piątek, 6 stycznia 2017

Konkluzja wujka Staszka #10: ryby jako rodzaj warzyw


Zasadniczo nie wolno polować na zwierzynę za pomocą pułapek, sideł i wnyk. Chyba, że chodzi o ryby. Wtedy wędki i sieci są w porządku.
    Zasadniczo post bezmięsny oznacza powstrzymanie się od spożywania mięsa. Chyba, że chodzi o ryby.
    Ryba, której greckie miano potraktować można jako akrostych „Jezus Chrystus Boga Syn Zbawiciel”, nie była pokarmem luksusowym w obszarze Morza Śródziemnego. Post to odmowa zbytkownego pożywienia, więc w Palestynie, Helladzie i Italii ryb nie obejmował. Cóż, że obecnie w tej części Europy to niekoszerna wieprzowina zajęła rybie miejsce. Tam pościli rybami, więc ryby są u nas – potocznie ujmując – „pokarmem bezmięsnym”.
    Do tego stopnia traktowane są jako nie-mięso, że kiedyś znajomy wegetarianin zapytał koleżankę o zrobioną przez nią sałatkę, czy nie zawiera mięsa. Odpowiedziała, że specjalnie dla niego nie dała mięsa. Tylko tuńczyka.
    Co do zasady ze zwierząt otrzymujemy mięso. Chyba, że chodzi o ryby, to wtedy otrzymujemy coś w guście warzyw.
    Jeśli kraby, kalmary, przegrzebki, ośmiornice i krewetki są zwane „owocami morza”, to ryby są traktowane jako morza tego marchew i buraki.



środa, 28 grudnia 2016

Polak mały, sztuczka kusa


Wspomniałem ostatnio o filmach Bagińskiego. Że chciałbym obejrzeć„Pokój światów” w reżyserii del Toro, czy choćby Bagińskiego. Pierwotnie miałem to zilustrować linkiem do filmu „Twardowsky 2.0”, ale okazało się, że trafiłem na nowy film: „Jaga” (oraz poprzedzający go „Operacja Bazyliszek”). Odleciałem. I w tym miejscu pragnę przeprosić pana Bagińskiego i rzec, że wolałbym „Pokój światów” w jego reżyserii, niż czyjejkolwiek innej.
    A Ty? Znasz już cykl „Legendy polskie”?
    Dawno temu ukazała się na serwisie YouTube krótkometrażówka Bagińskiego pt. „Smok”. Nie powiem, ciekawa. I epizodyczna rola Jerzego Stuhra jako hejnalisty, i koncepcja smoka porywającego… dziewczęta (boć się pojęcie dziewicy przewaluowało od czasu Kadłubka), i realizacja – fajne. Potem przyszedł „Twardowsky”. No i było jeszcze lepiej. Imć Twardowski, nasz pierwszy Polak na Księżycu, który pięknie wyprowadza w pole (a właściwie wysadza w pole) uroczą diablicę o imieniu Lucynka, po czym przywłaszcza sobie jej kosmolot i odlatuje w siną przestrzeń. Ciekawa kreacja Więckiewicz, choć miało się wrażenie, że gra on dalej tego samego kmiota, co w „Ciele” i „Ile waży koń trojański”. Ale wciąż tylko było to ciekawostką.
    Przełom przyszedł z filmem „Twardowsky 2.0”. Najdłuższy dotąd, dwudziestominutowy film, w którym pojawia się pewien rozmach. Akcja dzieje się i w Raczkach (gdzie znajduje się wejście do Polskiego Piekła) i w pierścieniach Saturna, gdzie Twardowski utknął z braku paliwa. A już po niego leci znów Lucynka… Nie chcę spojlerować. Napiszę tylko, że Twardowski wykazuje się znów „polskim duchem przedsiębiorczości” i nie tylko wyprowadza w pole Lucynkę, ale jeszcze starszego szatana Borutę, Dyrektora Piekła Polskiego. W ogóle piękny duet: Tomasz Drabek jako Boruta, młody karierowicz, bufon i niedorajda techniczna, za to zawsze pełen typowo meneżerskich „dobrych” pomysłów, a z drugiej strony Piotr Machalica jako Rokita, stonowany, doświadczony diabeł, który musi znosić te wszystkie fanaberie Boruty. Może i jest Rokita bez polotu, ale pewnie nie dopuściłby do tego, co Twardowski zrobił w części „2.0” i co staje się kanwą następnych, prześwietnych filmów: „Operacja Bazyliszek” i „Jaga”. Oba te filmy są obecne od niedawna, w tym „Jaga” ledwie od paru tygodni, a cytaty z nich już obrosły pewnego rodzaju kultowością, zwłaszcza z „Jagi”, więc nie zdziw się, proszę, gdy ktoś Cię przywita słowami: Wiewiórki i bobry, dzień dobry, dzień dobry! To nie wariat. To ktoś, kto testuje, czy należysz do pewnego kręgu odbiorców, tak jak wtrącenie uwagi o Świętym Granacie Ręcznym z Antiochii ma na celu sprawdzenie fanów Latającego Cyrku Monty Pythona.
   Wspominałem, że lubię światotwórstwo. Otóż nie tylko filmy tworzą pewną jedność (choć „Smok” jest luźno związany – w „Twardowskym” widzimy jedynie downloading duszy Smoka do Piekła), ale są jeszcze inne elementa. Oto klipy muzyczne. Np. cover „Alei Gwiazd” śpiewanej oryginalnie przez Zdzisławę Sośnicką. Albo „Mój jest ten kawałek podłogi” MR. ZOOB. W zupełnie nowej aranżacji. Z zupełnie nowym sensem nadanym przez warstwę wizualną. Albowiem widzimy odrębne historie bohaterów filmów. Dowiadujemy się dlaczego Lucynka zszataniała (to za „Złotą Galerą” Dukaja), dlaczego Eugeniusz Bardacha („Operacja Bazyliszek”) został policjantem, albo jak też wyglądała w Piekle ta „przytulna cela z pięknym obrazkiem”, z której uciekła Baba Jaga. Można rzec, że klipy są tym dla całej serii, czym „Gwiezdne Wojny: Historie” stają się dla głównej sagi - uzupełnieniem, które pozwoli widzowi/czytelnikowi lepiej poznać bohaterów i ich motywacje.
    Dlaczego napisałem widzowi/czytelnikowi? Ano dlatego, że Allegro prócz produkcji filmów i klipów wydało także dwa e-booki. Jeden zawiera wywiad z Borutą (w wersji audio z Tomaszem Drabkiem rozmawia Krystyna Janda), a drugi serię opowiadań, które niejako dopełniają świat ukazany w filmach. Dzieją się w różnych czasach i różnych rzeczywistościach (Królestwo Polskie władane przez Annę XIII Jagiellonkę to szczególnie alternatywny przypadek), ale każdy jest jakoś związany z treścią i atmosferą „Legend Polskich”. W każdym choć raz musi przewinąć się nazwisko Twardowskiego. Dowiadujemy się zatem jak wyglądała geneza fortuny Pierwszego Polaka na Księżycu i jak to się stało, że Śpiący Rycerze pod Giewontem nie skorzystali z jego mechów bojowych. Ale zobaczymy też akcję filmu „Smok” z perspektywy… robotów, które główny bohater konstruuje. W tym tego najważniejszego, który został feralną dla smoka owcą. I to właśnie opowiadanie pt. „Milczenie owcy” pióra Roberta M. Wegenera uważam za wybitne. Może głównie przez problematykę i pryzmat, przez który została ukazana.
   Mamy filmy, klipy, e-booki i audiobook. Mamy pełen wachlarz oddziaływań. Ale jest w tym naprawdę treść. Bagiński robi świetne filmy, ale myślę, że bez scenariuszy Błażeja Dzikowskiego nie byłoby szału. Nie wiem, czy Dzikowski sam pisze dialogi, ale są one coraz lepsze. O ile w „Smoku” właściwie ich nie ma, to w „Jadze” stanowią podstawowy wymiar filmu po scenie strzelaniny. Pojedyncze teksty jak wspomniane powitanie Boruty, czy pytanie o zamiary Jagi w naszym świecie (Uciekłaś z przytulnej celi z pięknym obrazkiem na ścianie, żeby co? Na YouTubie uczyć szydełkowania? Grzybki sprzedawać przez internet?) rozładowują całą tę podniosłą atmosferę, w której zanurzona jest scena walki Baby Jagi z ludźmi z Żelaznej Góry. Peter Jackson może przyjść na korepetycje.
    Wspomniana scena jest też pewnego rodzaju majstersztykiem. Walka Baby Jagi, która jest słowiańskim demonem przyrody porównywalnym potęgą jedynie do greckiej Artemidy, z najemnikami w czarnych mundurach, odzianymi w kevlar i nomex, posługującymi się bronią automatyczną i srebrnymi kulami, jest epickim pastiszem wszelakich strzelanin ukazanych w zwolnionym tempie, z „Matrixem” i „Equilibrium” na czele. Podkreślam: epicki pastisz. To trzeba zobaczyć. I posłuchać. Gdyż tło muzyczne to ostatnie wersy „Jaskółki uwięzionej” Stana Borysa w wykonaniu Atanasa Wałkowa i Georginii Tarasiuk. I są to wersy, których… brakuje w oficjalnym klipie opublikowanym kilka tygodni po premierze „Jagi”. A brakuje, bo strzelanina w stodole jest zakończeniem historii, którą opowiada teledysk – chcesz obejrzeć całość wątku bez anachronizmu: obejrzyj klip „Jaskółka uwięziona”, a potem „Jagę” od dokładnie drugiej minuty. Wiesz, że lubię te strukturalistyczne gierki…
Nowe czasy, nowi wiedźmini (źródło)

    Na sam koniec oficjalnie oświadczam, że Allegro nie zapłaciło ani grosza za niniejszy tekst (chwalę się, czy żalę…?). To naprawdę ładny kawał roboty, który powoli ukazuje pewne uniwersum ukute z naszych legend. I to warto podkreślić. W latach 90, u schyłku zeszłego millenium, A. Sapkowski popełnił na łamach „Nowej Fantastyki” tekst pt. „Piróg albo Nie ma złota w Szarych Górach”, czym wywołał wielką burzę. AS był zawsze trochę nadętym bufonem (choć nad Borutą górował już wtedy wiekiem), więc tekst, który miał zmitygować młodocianych autorów penetrujących turbosłowiańską niszę w literaturze fantasy, nabrał charakteru połajanki z lejtmotywem pt. „wiedźmin mój jeno jest dobry, a wam nic ze słowiańskiej fantasy nie wyjdzie, bo Chrobry wyplewił nam prakulty i został jeno żur i pierogi”. Zamiast spokojnie coś zasygnalizować, AS kazał nam przyjąć do wiadomości, że zostaje nam powielanie wzorów anglosaskich, bo im mitologia została, a nam nie. Rozpętała się wojna listowna (tak, tak, fora wtedy polegały na wysyłaniu papierzastych listów do redakcji; też takich parę popełniłem w tej wojnie), która była dość kiepską, bo po jednej stronie stał bufon z dorobkiem, a z drugiej ludzie wyposażeni jedynie w przeświadczenie. Ile „Legendy Polskie” zawdzięczają przemyśleniom tamtej gównoburzy przedinternetowej? Wiem, że gdybyśmy wtedy dysponowali takim materiałem, to AS nawet by nie pisnął. Nawet by swojego felietonu nie dał do publikacji.
    A teraz czekam. Czekam na kolejne filmy. Chcę wiedzieć, czy uwolniono Peruna, dokąd doleciał Twardowski, chciałbym zobaczyć epizod z diabłem Piszczałką (pojawia się na kilka sekund w jednej ze scen po napisach końcowych – z głosem puszczonym przez wokoder, ze swoimi krzywymi widłami i w górniczym kasku). Chcę poznać ten świat.
 
Na koniec polecenia godna kolejność oglądania (bardzo ważne: to nie są filmy, które wskazane są dla dzieci!!! Zdecydowanie - NIE)
 

sobota, 17 grudnia 2016

A zwłaszcza jeden łotr

   Disney zrobił film wojenny w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Kropka.
    To najkrótsza i w dodatku pełna recenzja „Łotra 1”. Jeśli przyjmiemy, że subiektywny odbiór nie winien nam się w recenzji mieszać. A jaki jest ten subiektywny odbiór? Jestem niecałą godzinę po seansie, gdy piszę te słowa; nie wiem jednak kiedy posta wystawię zupełnie nie wiem, kiedy go czytasz. I czy znasz już fabułę i przebieg akcji filmu. Nie wiem. Postaram się nie spojlerować.
    Zatem spojlerem nie będzie oświadczenie, że udało się wykraść plany Gwiazdy Śmierci. I że wielu ludzi oddało za to swoje życie. To już wiemy z epizodu IV, z „Nowej Nadziei”. Nadzieja jest tu przyzywana kilkukrotnie w czasie filmu, zarówno w działaniach, jak i w tekście. I dobrze. Uważam, że cnoty teologalne winny mieć swoje miejsce w kulturze i w sztuce. Na razie największą reprezentację ma miłość. Wiara powinna mieć lepsze jakościowo publikacje, a kwestia nadziei do dziś wygląda nader marnie.
Fanowski plakat nawiązujący do "Full Metal Jackoff". Zupełnie słusznie, bo... obejrzyj. A tu źródło
     Jaki jest film? Obejrzyj.
    Czy mi się podobał? Tak.
    Czy coś mi wyjątkowo podobało? Tak. Wielki Moff Wilhuff Tarkin.
Gdy przeszło dwie dekady temu na ekrany wchodził „Forrest Gump” działo się to w aurze zachwytów nad „przywróceniem do życia” postaci historycznych w charakterze aktorów. I tak mogliśmy widzieć, jak główny bohater rozmawia z Kennedym lub Lennonem. Ba, film otrzymał oskara za efekty specjalne dystansując „Maskę” i „Prawdziwe kłamstwa” z austriackim gubernatorem Kalifornii w roli głównej. Ale w "Forreście Gumpie" to były kolaże autentycznych nagrań, do których dosztukowano Toma Hanksa.
    Tym razem mamy więcej. Ciekawym co czuł Guy Henry grając Tarkina ze świadomością, że nikt nie zobaczy jego twarzy. Bo dzięki zaawansowanej magii CGI widzimy twarz Petera Cushinga. Jak dobrze wykonano robotę niech świadczy tekst usłyszany z widowni: „to ten aktor jeszcze żyje?!”. Otóż nie żyje. Nie żył już w czasie, gdy wręczano wspomnianego oskara za specefekty dla filmu „Forrest Gump”. Ale ożył dla nas na ekranie, by historia mogła się dopełnić. By „Łotr 1” kończył się w tym miejscu, tymi ujęciami, którymi zaczyna się „Nowa Nadzieja”.
    I to właśnie postrzegam jako największy walor tego filmu. Oto przywracamy nieżyjących aktorów na scenę, trochę jak w mickiewiczowskich „Dziadach” wywołując ich duchy i wysyłając na bronowickie wesele, by zmieszać ich z tłumem aktualnych gości.
    Czy czeka nas megaprodukcja wszech czasów, w której romans nawiążą Rudolf Valentino z Marylin Monroe? Myślę, że wykonaliśmy pierwszy krok.
PS.
    UWAGA SPOJLER: wszyscy giną. Ale zginęli też wszyscy w „Hamlecie”, a ludzie wciąż chodzą na to do teatrów i kin. Bo rzecz w tym, co się przed śmiercią zdąży zrobić.

sobota, 10 grudnia 2016

Inne Klechdy. Nic nowego.

Powieść Pawła Majki pt. „Pokój Światów” zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Choć można westchnąć „Nihil novi sub sole”, to jednak nie tylko cieszę się, że ją przeczytałem, ale jeszcze nie mogę się doczekać ciągu dalszego.
    Jeśli coś można zarzucić J. Dukajowi to jego ostentację światotwórstwa. On jest w stanie wykreować zachwycający, kompletny świat dla potrzeb opowiadania i porzucić go. Nie kontynuuje. Nawet jeśli coś zamierzył kontynuować (urwania „Perfekcyjnej niedoskonałości” nie potrafię mu zapomnieć). I tak dla potrzeb „Innych pieśni” utkał świat z żywiołów Empedoklesa, w którym osią jest wywieranie wpływu na keros przez kratistosów, a wyzwaniem, które stoi przed bohaterami jest pokonanie adynatoi, istot, których nazwa po polsku brzmi niemożliwi. Piękne było i się skończyło. Pozostawieni sami sobie czytelnicy próbowali różnych środków na stłumienie tęsknoty za tym pięknym światem: przeżuwali akapity na forach, próbowali tworzyć RPG w oparciu powieść (a można nawet i bitewniaka, moim skromnym zdaniem, bo powieść jest dość wszechstronna). Teraz (no, dwa lata temu) dostali towar „pieśniopodobny” w postaci „Pokoju światów”
    Punkt wyjścia jest klasycznie wellsowski: oto najazd Obcych w trójnogich pojazdach. Wprost na pola bitew Wielkiej Wojny (zwanej w naszym świecie pierwszą wojną światową). Obcy posługują się osobliwą bronią, taką jak np. mitbomby, które sprawiają, że to w co odpowiednio silnie wierzymy staje się namacalną rzeczywistością. I wstają na ziemi legiony wiedźm, demonów, leszych, rusałek, gnomów, wstają bohaterowie literaccy, starzy bogowie, nowi bogowie, wykreowani w laboratoriach wojennych Marsjan, czarty na rozstajnych drogach, Smok Wawelski, Kościej Bezsmiertnyj, Krak i Wanda… Długo by wymieniać. W tym całym pandemonium flota inwazyjna Obcych (zwanych przez ludzi Marsjanami) ponosi klęskę, z powodu tzw. fali zwrotnej. Nie byli przygotowani, że ludzkość tyle energii wkłada w wiarę i zabobony. W efekcie cała flota spada na ziemię, a ci z Marsjan, którzy ocaleli muszą się zaadaptować. I to jest tło. Marsjanie i inwazja. Nic nowego.
    Teraz mamy bohatera numero uno. Mściciel. Nic nowego. Mściciel nazywa się Mirosław Kutrzeba (albo i inaczej, ale tak się przedstawia) i hoduje w sobie zmorę niczym symbionta. Zmora go wzmacnia, podgrzewa jego nienawiść i żądzę zemsty, a także jest w stanie go nieco zmienić (karnacja, kolor oczu, te sprawy). Prócz tego zmora syczy na inne kobiety (więc Mirek siennych figli nic nie uświadczy, niczym Jackie Estacado), za to okazyjnie może wyjść z człeka i stanąć obok. I zatańczyć z nosicielem. Kutrzeba jawi mi się jak postać z westernów Sergio Leone lub bohater wyjęty z Zelaznego, którego można śmiało postawić obok Widmowego Jacka, księcia Corwina, czy – może najbardziej – samego DilvishaPrzeklętego. Jest to cyniczny, do cna zgorzkniały stwór, który powstał w miejscu człowieka, któremu rodzinę zabito w imię zysku.
   Oczywiście jest zadanie, quest. Nic nowego. Ma towarzyszyć Marsjaninowi w wyprawie mającej na celu odnalezienie wraku marsjańskiego statku, by wydobyć z niego to, co jeszcze nadaje się do użytku. Nowe technologie wykopane z ziemi. Wydobyte z wraków – tak wygląda rozwój w nowym świecie, pełnym demonów i dusz potępionych.
    Jest do tej wyprawy drużyna. Syntetyczny bóg zwany Szulerem Losu, który marzy o stabilizacji i ma inklinacje do filozofowania, jest jego „córka”, jest Jasiek,Trzeci Syn, który potrafi rozmawiać ze zwierzętami, ale prawiczkiem zostanie aż do dnia spotkania królewny z bajki, którą – rzecz dlań oczywista – sam wyratuje. Jest olbrzym, jest cygańska czarownica, jest i Mioczka, optętaniec, w którego implementowano dwanaście demonów. Całość kojarzy mi się silnie z ekipą BPRD od Hellboya. O wiele bardziej niż z wymuskanymi awendżersami. Drużyna jak drużyna. Nic nowego.
Wanda, Szuler i Wanda. Obrazek w stylu Mignoli pochodzi stąd
    Są i adwersarze. Co jeden potężniejszy. Ale nie będę ich opisywał, gdyż tu definitywnie popsułbym radość czytania. Są też i po drodze sojusznicy. Także ich nie opiszę. Ale radość z odkrywania ich imion i pierwowzorów jest przednia. Wrogowie i sprzymierzeńcy. Nic nowego.
    Jest model narracji. Różne strumienie czasu multipleksowane według najlepszych wzorców Tarantino: jeśli nie patrzysz uważnie na podane na początku rozdziału daty, to zginiesz jak Antka gumowce w bagnie. Zwłaszcza, że niektóre wydarzenia mają tych samych bohaterów i te same miejsca, tylko różne daty. Jest pięknie, gdy w pamięci rośnie Ci schemat intrygi, klocki wpadają na swoje miejsca, a fabuła i świat rosną na podobieństwo kwiatów lodu zamarzających na szybie. Jest dobry warsztat opowieści w formie konfetti do samodzielnego montażu. Nic nowego.
   Jest i humor. Brutalny czasami. Czasami czarny. Głównie czarny. Jest dystans i autoironia. Jest swoboda języka, która powoduje, ze banalne teksty brzmią lekko i zabawnie. Jest i humor sytuacyjny – efektu zastosowania magicznego lusterka nie zapomnę chyba nigdy.
    No i jest zakończenie, które otwiera przed nami kolejne drzwi. W te drzwi hipotezy i domysły walą jak klienci dyskontu spożywczego na promocję karpi. Czy…? A kto był…? Czy to znaczy, że on był samodzielny w swoich działaniach, czy był tylko marionetką tamtych? Kim jest ten ostatni? Nie będzie wielkim spojlerem, jeśli powiem, że Kutrzeba nie dosięgnął wszystkich zabójców swej rodziny. Sam Majka nie unika tematu kontynuacji w swym posłowiu. Czekam więc na ciąg dalszy Sagi o Mścicielu. Nic nowego.
    Ale to nihil novi jest porywające. Ma Majka rękę do fabuły, postaci i akcji, do humoru sytuacyjnego i shrekowskich nawiązań – bo jak nazwać inaczej krakowski przekręt, w którym Kutrzeba występuje pod przybranym nazwiskiem pana Oceańskiego? Tu Majka zna umiar i miejsce, w czym lepszy jest od pani Kisiel. Nim spotkamy imć pana Oceańskiego, mamy już wyrobiony wizerunek głównego bohatera, więc widmo Clooneya nam nie grozi.
    Z innych nazwisk znaczących pięknie mi się komponuje Grabiński. Dawny detektyw kolejowy, oburęczny, niezawodny strzelec, alkoholik i przyjaciel Kutrzeby. Też postać kilkuwymiarowa i bardzom ciekaw, co autor przygotował z nim w następnej części. Nie da się odegnać jednak wspomnienia Stefana Grabińskiego, wielkiego i – niestety! – zapoznanego mistrza polskiej literatury grozy. Twórcy, który uczynił z galicyjskich kolei miejsce grozy dorównujące transylwańskim zamczyskom i nowoangielskim miastom. Może to także efekt tego, że w jednym z własnych opowiadań użyłem figury Grabińskiego-pisarza ze skłonnością do wyrobów spirytusowych. Mam szczerą nadzieję że gdy je wydam, nikt nikt będzie krzyczał o plagiacie z Majki, boć swój tekst napisałem w zeszłym milenium.
    Polecać? Po tysiąckroć – tak! To wszystko już było, ale Majka tworzy klimat, którego chyba w polskiej literaturze jeszcze nie było. Można powiedzieć, że to łotrzykowska powieść z gatunku zaklęć i pary, lecz byłoby to zbytnie uproszczenie. To świetna powieść fantasy-SF-post-apo z wielkim polotem i bardzo dobrym warsztatem.
    Aż się zastanawiam, ile oskarów zebrałby film nakręcony przez Jossa Whendona lub (lepiej) Guillermo del Toro (choć należę do tych, co uważają, że komiks Mignoli jest lepszy od filmu). No dobrze, na początek niech będzie Bagiński.
 
My, ludzie, nie mamy magicznych mocy, które mogłyby nam zastąpić nasza małą, poręczną podłość – odparł Korycki, przeżegnał się na wszelki wypadek i odszedł.
P. Majka „Pokój światów”

poniedziałek, 28 listopada 2016

Magazyn osobliwości

Pożyczył mi przyjaciel książkę Jerzego Kosińskiego. Pominę moje skandaliczne opóźnienie pomiędzy momentem wypożyczenia a rozpoczęciem lektury. Przejdę do sedna.
    Czym jest recenzja? Na wszelki wypadek nie czytam słownikowej definicji. Poprzestanę na moim, kalekim, rozumieniu. Czy recenzja ma być wyrokiem? „Podoba mi-się/ Nie podoba mi-się; niepotrzebne skreślić”? Sentencją wyroku z uzasadnieniem: „podoba mi się, bo...”? Jak to szło w szkolnych zadaniach? „Uzasadnij odpowiedź wykorzystując dostępne źródła”? A może recenzja ma być przybliżeniem treści bez spoilerów? To by z niej czyniło rodzaj sympatycznego kalamburu wciągającego odbiorcę w zabawę, w której wyniku zdecyduje, czy chce się zapoznać z danym utworem, czy nie. Chyba lepiej, niż subiektywny wyrok? A może recenzja winna być pogłębionym zastanowieniem nad treścią? Takim „co autor chciał powiedzieć”, ale bez sztubackiego stresu i zastanawiania się, co Pani Od Polskiego chce usłyszeć? Może to już za daleko. Może to już protoesej, a nie recenzja? Co zatem przeczytacie poniżej? Nie będę nazywał.
    Rzecz dotyczy powieści „Cockpit”. Czy powieści? Ano właśnie. Rozsiadłem się wgodnie w fotelu i zagłębiłem w lekturze. Oto mamy początek w niezwykle dla mnie apetycznej narracji drugoosobowej, która już po kilku stronach traci swego adresata zamieniając się w pierwszoosobową gawędę prowadzoną przez tajemniczego narratora na temat wypadków jego „życia”. Cudzysłów jest tu bardzo istotny, ale uratuję tę myśl później.
    Czym dalej brnąłem w treść, tym bardziej byłem skonsternowany. Potem konsternacja przemieniła się w irytację, aby przejść do desperackiego marszu, brnięcia przez kolejne przypadki, aż na koniec objawi się jakiś sens, klamra, zwrot akcji, choćby inwazja Marsjan. Ale nie. Zamknąłem książkę z pełnym przekonaniem, że przeczytałem literacki odpowiednik okładki albumu „Last Rights” SKINNY PUPPY. Skład osobliwości, odrażających, dziwnych, niepokojących, bluźnierczych, nieludzkich. No i tu zacząłem się zastanawiać znów.
Mogła by to być okładka książki Kosińskiego. Bez wielkich retuszów. (źródło)
No bo właściwie kim jest narrator? Wiemy o nim tak dużo i tak mało. Znamy jego upodobania, fascynacje, historię jego ucieczki przez Żelazną Kurtynę, jego pożądania, fetysze. Obserwujemy jego chore zabawy i na koniec nie wiemy nawet jak ma na imię. Ale czy ma jakieś imię? Pytam o tzw. prawdziwe imię, bo dokumentów tożsamości w swym „życiu” miał wiele. Różnych. Czy ma prawdziwe imię? Chyba nie. Bo nie jest człowiekiem.
    Pokazałem kiedyś komuś jak można policzyć czas, w którym dzieją się przygody Koziołka Matołka na podstawie samego tekstu i że okres ten nieco nadwyręża czas życia przeciętnej kozy. Nawet nie próbuję zliczyć ile czasu trwają wszystkie te przypadki opisane w książce. Nie mogę nazwać tego „fabułą powieści”, bo to nie jest powieść, ani nie ma fabuły – to ciąg wydarzeń, które tworzy i prowokuje narrator. Którymi kieruje w swej schorzałej żądzy kontroli. Bo musi stanąć na jego. Wielki Manipulator. Wielki Deprawator. Czas, który zajęłoby normalnemu człowiekowi dokonanie tych wszystkich nieprawości przekroczyłby dobrze ponad setkę lat. Nie licząc młodości. Gdy się dowiadujemy, że tu spędził kilka lat, tam spędził kilka miesięcy, w gruncie rzeczy na zabawie, jak z nauką jedynego skoku na nartach, tylko po to, by doprowadzić do kalectwa kilku zbyt pewnych siebie młodzieńców, to automatycznie zastanawiam się, czy doprawdy warto na to poświęcać czas? Owszem. Jeśli się jest nieśmiertelnym. Nieśmiertelni są znudzeni, zblazowani, zdeprawowani. Mówią o tym greckie mity, mówi o tym Castaneda. No dobrze, ale. Prócz nieśmiertelności trzeba jeszcze mieć za co to robić. Narrator może i nie ma imienia. Ale ma czas i pieniądze. Furę pieniędzy. Już pierwsza deklaracja budzi zdumienie:

Komorne płacę za trzy lata z góry. Deponuję także w administracji budynku sporą sumę na opłacenie rachunków za wodę, ogrzewanie, telefon i kablową telewizję. Właściciele kamienic bardzo sobie cenią ten dopływ pieniędzy (...)
J. Kosiński „Cockpit”

Widać – to nie jest jednorazowy wybryk. Liczba mnoga w słowie „właściciele” wskazuje, że to jego zwyczaj. A jeszcze dysponuje pieniędzmi na zakupy wymyślnych urządzeń, sprzętu najwyższej jakości, wystawne życie i na zwyczajne przekupstwa.
    Kim jest narrator? Najłatwiej byłoby przyjąć proste założenie: diabłem. Nie takim rogatym, ale takim prosto nieludzkim, jakiego zagrał Al Pacino w „Adwokacie diabła”. Traktującym ludzi jako łowną zwierzynę. Mógłby być nawet inkarnacją Nyarlathotepa (na okładce płyty po lewej stronie widać figurkę przypominającą rzeźbę Wilcoxa przedstawiającą Cthulhu z lovecraftowskiego arcyklasyka). Rzecz warta zastanowienia. Wszak już w „Wystarczy być” główny bohater nie może być brany poważnie jako człowiek z krwi i kości. Dlatego życiem jest to jedynie w cudzysłowie. Kosiński pcha między ludzi archetypiczne pałuby, by pokazać interakcje świata z awatarem pewnych, mocno destylowanych cech. I to jest u Kosińskiego najcenniejsze. To jego wkład w światową literaturę.
    Problemem jednak jest forma. „Cockpit” to szkicownik, z którego dałoby się wypracować kilkanaście powieści i pół setki nowelek. Zamiast krwistej literatury dostajemy brulion autora, który w pierwszoosobowej narracji zaledwie szkicuje nam jakąś sytuację. Czytelnik nie dostaje nic, czym mógłby się zachwycić, lub czym mógłby się wzburzyć. Wyobrażam sobie, jak byłaby rozegrana wewnątrz „Cockpitu” „Zbrodnia i kara”: „Zatłukłem ją siekierą, żeby sprawdzić, czy mi się to uda zrobić bez większych wyrzutów sumienia. A ponieważ śledztwo strasznie się ślimaczyło i było wyjątkowo nieudolnie prowadzone, postanowiłem się przyznać sam”. Aż się prosi zacytować klasyka z Latającego Cyrku Monty Pythona: „… a ten Hitchcock rozciągnął to do dwóch godzin i stracił całe napięcie”.
    Czyli? Podobało mi się, czy nie? Jaki werdykt? Chcę jakoś wybrnąć, milczeniem osłonić szatański pomysł i ciężką formę. Ale za plecami stoi wujek Staszek, który nieźle umi w internety i rzuca krótko: „Suche. Nie polecam.” Ale to jego zdanie. Tylko jego.

sobota, 29 października 2016

Witajcie w Wielkim Guslarze

Myliłby się ten, kto uważałby, że zachwyciłem się Night Vale jako zjawiskiem nowym, niezwykłym. Zdaję sobie sprawę, że to nie pierwsze miasteczko osobliwości. A jedno z ważniejszych dla fantastyki takich miast znajdowało się w Związku Radzieckim, nad rzeką Guś. A w tym szczególnym mieście szczególny był zwłaszcza dom przy ulicy Puszkina 16.
Witajcie w Wielkim Guslarze
Miasteczko Wielki Guslar liczy sobie osiemnaście tysięcy mieszkańców, i choć leży na równinie, to z punktu widzenia nieziemców leży na jakiejś wypukłej krzywiźnie skorupy ziemskiej, która widoczna jest dopiero z dystansu kilku parseków. I dlatego od 1967 roku niemal regularnie się tam zapuszczają, wiedząc, że przy ulicy Puszkina 16 zawsze wyciągnie do nich pomocną dłoń Korneliusz Udałow, kierownik przedsiębiorstwa budowlanego.

   Kirył Bułyczow był obecny na polskim rynku fantastyki „od zawsze”. Jego lekkie, satyryczne opowiadania osadzone w konwencji light-SF (w opozycji do sjerjożnej hard-SF) bawiły zderzeniem rosyjskiej mentalności, sowieckiego ustroju i pozaziemskich problemów. Jak w opowiadaniu „Trzeba pomóc”, gdy w paskudny, wietrzny i deszczowy wieczór w jego pokoju zmaterializowała się dziwna istota, która przedstawiła się jako kosmita imieniem Fywa. Fywa słabym rosyjskim wymówił się od herbaty i poprosił o pilną pomoc w związku z kryzysem gospodarczym, którego przyczyną jest pomór krupików.

(…) Jeden raz wzięli wasze krupiki i zawieźli na nasza planeta.
Czekajcie – przerwał Udałow. – Co to są krupiki?
Ja zapominaj wasz słowo. Malutki, szary z uszami, siedzi pod choinką, skacze. Krupiki.
Zając? – zapytał Udałow.
Nie – zaoponowała istota. – Zając ja wiem, królik wiem, kangur wiem. Inny zwierz.
K. Bułyczow „Trzeba pomóc”
Pomoc Udałowa ma się ograniczyć do pozyskania pewnego kwiatka, który ma uratować krupiki. Kwiatek należy do staruszki Niuszy. Na następnych stronach czeka nas przedziwna mieszanka bezinteresowności, poświęcenia i słowiańskiej odmiany fatalizmu, słowem – tak wyglądałaby fantastyka, gdyby o obcych pisał Gogol. Przy czym cały czas Udałowa pospołu z czytelnikiem intryguje czym jest ten krupik.
   W innych opowiadaniach jest jeszcze ciekawiej. „Świeży transport złotych rybek” opowiada o sytuacji, gdy do guslarskiego zoologicznego zarząd okręgowy rzucił złote rybki, żeby mieć odpowiednie wykonanie planu sprzedaży. Ale takie bajkowe złote rybki, co to gada i życzenia spełnia. I owszem, któryś z mieszkańców (niejeden zresztą) zażyczył sobie, by z kranu płynęła wódka. Mieszka też na Puszkina 16 profesor Lew Chrystoforowicz Minc, który zirytowany opieszałością robotników budowlanych opracował ad hoc eliksir pracowitości. Rzecz jasna stężenie dawki dobowej trzeba było ustalać w trakcie testów klinicznych na rzeczonych robotnikach. Ale cudowne rybki i wynalazki profesora Minca to jednak mniejszość. Nawet, gdy pojawiają się gdzieś rozbudowane wątki trącące alchemią, jak w „Rycerzach na rozdrożu”, to i tak na koniec wylizie skądsiś ufok i wszystko kończy się na pozaziemskiej interwencji. Nawet, gdy w sumie nie ma żadnych dowodów na kosmiczne pochodzenie fenomenu, to i tak Korneliusza Udałowa nawiedzi sen, z którego wyniknie, że hipopotam, który przypałętał się na ich podwórko kilka dni wcześniej, to rozbitek innej cywilizacji. A milczy, bo języka nie zna („Miłość do milczącego stworzenia”).
     Zatem, gdy nasycicie się już gorącym, pustynnym powietrzem Night Vale, zapraszam do chłodnego, położonego na rzeką Wielkigo Guslaru.

niedziela, 23 października 2016

Witajcie w Night Vale

Witajcie w przyjaznej, pustynnej społeczności, gdzie słońce mocno przygrzewa, księżyc jest wyjątkowo piękny, a tajemnicze światła wędrują nad naszymi głowami, w czasie gdy wszyscy udajemy, że śpimy.
    Witajcie w miasteczku, gdzie zwykłe rzeczy nie dzieją się zbyt często.
Witajcie w Night Vale.


Nieważne, czy obchodzisz Dzień Zaduszny, ango-saksoński Halloween, celtycki Samhain (czyt. sauuin), czy też swojsko-literackie Dziady. Czas przełomu października i listopada jest tradycyjnie poświęcony życiu post-biologicznemu oraz wszelkim przejawom życia nadnaturalnego. Dlatego nie od rzeczy jest właśnie teraz wspomnieć o zjawisku, które ukazało się światu 15 lipca 2012 roku, czyli zgoła niedawno, lecz zyskało wielu fanów na całym świecie. Chodzi o słuchowisko „Welcome to Night Vale” autorstwa Josepha Finka i Jeffreya Cranora, które publikowane jest w internecie w postaci podcastów.
    Starsi czytelnicy („starszego” autora niniejszego bloga aż w krzyżu strzyknęło) mogą pamiętać kultowy serial pt. „Przystanek Alaska”, którego jednym podstawowych wątków była audycja „Chris o poranku”, czyli audycja lokalnego radia prowadzona przez lokalnego prezentera omawiająca lokalne problemy trapiące lokalną społeczność. A teraz wyobraźcie sobie, że słuchacie takiego samego radia, tylko, że nie nadawanego w Cicely na Alasce, ale w tajemniczym miasteczku Night Vale na pustyni, przy którym Roswell to piknik w porównaniu do Las Vegas, wszystkie sezony „Archiwum X” mogłyby aspirować jedynie do bycia dobranocką dla szczególnie małych dzieci, a do niedawno otwartego Parku Dla Psów nie wolno zbliżać się z psami. Bez psów tym bardziej. A w ogóle to lepiej nie patrzyć w tamtym kierunku. Żeby nie narazić się tajemniczym Zakapturzonym Postaciom. Takie jest Night Vale i takie są audycje, prowadzone przez Cecila G. Palmera, któremu głosu użycza Cecil Baldwin.
    Night Vale jest miejscem, gdzie wszystkie spiskowe teorie i wszystkie złe sny mają swoje obywatelstwo. Już w odcinku pilotowym, którego pierwsze słowa przywołałem w pierwszych słowach postu dowiadujemy się, że nie należy pozwalać dzieciom bawić się na dworze gdy w powietrzu krążą czarne helikoptery Światowego Rządu. Miastem rządzi Rada Miejska, której skład nie zmienił się od 1824 roku. Rada Miejska jest już w chwili obecnej czymś w rodzaju wspólnego umysłu w wielu ciałach, podejmuje jednogłośnie decyzje i jednogłośnie je obwieszcza. Mimo, iż od prawie dwóch stuleci zasiadają w niej… te same istoty (tak byłoby najtrafniej), jej skład jest wyłaniany w cyklicznych wyborach. Wszak Night Vale leży w Stanach Zjednoczonych, kolebce demokracji. I nieprawdą jest, że nieustająco jednaki wynik wyborów zapewnia Tajna Policja Samorządowa (w oryginale: Sheriff’s Secret Police), która przed wyborami z każdej rodziny zaprasza po jednym przedstawicielu, którego zabiera do opuszczonej kopalni znajdującej się w zupełnie nieznanym miejscu, gdzie zaproszeni goście pozostają aż do pomyślnego rozstrzygnięcia wyborów. O, nie! Z resztą Tajna Policja dba o mieszkańców i troszczy się o ich dobro, tak jak w przypadku, gdy nad miasteczko nadciągnęła Świecąca Chmura i Tajna Policja za pośrednictwem rzeczonej audycji radiowej radziła mieszkańcom biec w stronę chmury krzycząc i wymachując rękoma „po to, by sprawdzić co się stanie”. Sama chmura przeszła nad miasteczkiem nie powodując większych perturbacji prócz opadu martwych zwierząt (sic!), a w krótkim czasie objęła (chmura, tak, tak) stanowisko w szkolnym komitecie rodzicielskim. Jednak nie tylko wielkie zdarzenia goszczą na antenie. Są także sielskie opowieści o zwykłych sąsiedzkich sprawach, jak anioły, które przybyły do Starej Josie mieszkającej obok komisu samochodowego, by wymienić jej żarówkę przed domem. Albo ogłoszenie Staruszki Bez Twarzy, która sekretnie zamieszkuje Twój dom, szpera w Twojej szafie i ogląda Twoje albumy ze zdjęciami, gdy jesteś poza domem. Jest także odpowiedzialna za dziwne wyniki wyszukiwania, które znajdujesz na swoim komputerze, szczególnie te z fotografiami martwych wilków. I otóż Staruszka Bez Twarzy złożyła za pośrednictwem stacji radiowej oświadczenie, że masz w swojej lodówce niesamowity bałagan i zbyt rzadko zmieniasz prześcieradła, przez co musi robić to za Ciebie. No i pytała o hasło do Twojego wi-fi.

Co jest naprawdę fajne? Możesz tego słuchać za darmo (z rewelacyjną, niemal brytyjską dykcją i akcentem C. Baldwina) na stronie http://nightvale.libsyn.com/. Możesz przeczytać transkrypcje fanowskie na http://cecilspeaks.tumblr.com. Możesz posłuchać z polskim tłumaczeniem na YouTube (pierwszy odcinek: https://www.youtube.com/watch?v=Gy-bNY0palU). A możesz nawet obejrzeć fanowskie filmy, takie jak „A Story About You”.

Swoją drogą epizod pt. „A Story About You” jest dla mnie słodką rewelacją. Jestem wielkim fanem niezwykle trudnej narracji drugoosobowej, a cały epizod napisany jako radiowa relacja na żywo z tego co robisz jako mieszkaniec Night Vale jest po prostu kawałem dobrej, pisarskiej roboty. I narracyjnie, i stylistycznie, gdyż duszny klimat tego odcinka mógłby wprawić w zakłopotanie samego Franza Kafkę.
   Co mogę napisać więcej? Szkoda, że nie mogłem być na październikowym występie w Warszawie. Tak, ekipa tworząca „Welcome To Night Vale” zawitała do Polski ze swoim programem na żywo. To musiało być ciekawe.
    Reasumując: jeśli jesteś jednocześnie fanką/fanem „Archiwum X”, „Latającego Cyrku Monty Pythona”, Davida Lyncha, H. P. Lovecrafta i slapstickowych komedii, zdecydowanie zapraszam do Night Vale.
    Zatem nasłuchujcie dźwięku ludzkiego oddechu. Który prawdopodobnie jest Waszym oddechem… prawdopodobnie.
    Dobranoc, Night Vale. Dobranoc.

Przysłowie na dziś: ludzka dusza waży 21 gram, pachnie jak grillowane warzywa, wygląda jak kilt z plisowanego tartanu i brzmi jak ruch uliczny na moście.
J. Fink, J. Craynor „Welcome To Night Vale” odc. 26: „Staruszka Bez Twarzy”