wtorek, 9 sierpnia 2016

Mnemozyne jest zamaskowaną Klio

Pamięć jest zawodna. Borges napisał – a już nie pamiętam gdzie – że pamięć jest wynalazcza. I nie można mu odmówić racji.
    Spotkany ostatnio kolega wytknął mi dwa błędy w moim poście ointerpretacji jako akcie woli czytelnika. Po pierwsze, że nie da się zinterpretować tego filmu w jeden z podanych przeze mnie sposobów. A dokładnie nie można tego uczynić od momentu konfrontacji Danielsa z doktorem Cawley’em, gdy grany przez Marka Ruffalo agent Aule pojawia się dość znienacka w zupełnie nowej roli. A nawet gdyby chcieć na to przymknąć oko, to jego skinięcie głową w czasie rozmowy na schodach, na końcu filmu, dobija ostatnie argumenty. No cóż. Niewykluczone, że ma rację. Gorzej z drugą. Zarzucił mi, że na żywca przepisałem coś z niespecjalnie rzetelnej recenzji pewnego znanego portalu filmowego. Spytałem co niby takiego. Odparł, że Daniels i Aule nie byli agentami FBI. Ależ oczywiście, że byli! Przedstawiają się jako agenci federalni, nikt nie był w tym czasie agentem federalnym, tylko ludzie Hoovera! No nie, spostponował mnie kolega, oni obaj przedstawiają się i pokazują wyraźnie odznaki. I są to odznaki U. S. Marshals.
Mnemozyne, portret z pamięci (źródło)
 U. S. Marshal Service to najstarsza amerykańska służba mundurowa, powołana jeszcze w XVIII wieku w celu wykonywania czynności sądowych: transportu skazanych, poszukiwania zbiegów oraz szeroko pojętej ochrony świadków. W polskiej sferze kultury znani są jako „szeryfowie”, takoż przedstawiają się w polskojęzycznej wersji filmu „Shutter Island”. Niebezpodstawnie, gdyż to do tej właśnie formacji należeli także ci słynni westernowi szeryfowie. Ci historyczni zresztą też, żeby wymienić tylko Dzikiego Billa Hickoka i Wyatta Earpa.
    Dlaczego zatem dokonałem mentalnego transferu szeryfów do federalnego biura śledczego? Czy zmyliły mnie prochowce i kapelusze, tak bardzo kojarzące się z… „Nietykalnymi” de Palmy? Tylko, że Eliot Ness i jego ludzie także nie należeli do FBI, tylko Federalnego Biura Prohibicji, podlegającego Departamentowi Skarbu. Ale co tam. W Polsce i tak nie znamy ani tej organizacji, ani jej afiliacji, a i o Kevinie Costnerze mawiają, że w tym filmie wcielił się w agenta FBI. Ciekawe. Drapiąc się w zakłopotaniu po głowie uświadamiam sobie, że w sumie jedynymi postaciami filmowymi, co do których w tym momencie jestem pewien, że należeli do FBI, są agent specjalny Cooper z „Miasteczka Twin Peaks” i załoga „Archiwum X”. Nie świadczy to o szczególnym poważaniu FBI w świecie seriali.
   Czemu nakładam tak silne filtry na poznane fabuły?
  Chciałem swego czasu napisać post o najważniejszych fałszywych cytatach. Rzecz jasna królowałby Bogart z papierosem w ustach mówiący „Play it again, Sam”, którego wszyscy pamiętamy, choć słowa te nigdy w „Cassablance” nie padły. Tymczasem sam sobie zgotowałem taką samą pralnię mózgu i to dwa razy. Podnosząc wzrok na półkę z książkami zastanawiam się, ile z nich pamiętam, a ile sam zmyśliłem. Ile razy kłóciłem się z kimś o treść książki, fabułę, bądź szczegóły filmu, choć tak naprawdę konfrontowaliśmy jedynie blade wspomnienia utworów.
    Jak zatem mam wierzyć swoim własnym wspomnieniom? Ile, z rzeczy, które pamiętam, wydarzyło się naprawdę? Czy jesteśmy jak filmowy agent (szeryf) Daniels, który wyparł swoje traumy w postać spiskowej teorii wyspy? Czy wyparcia i projekcje mogą nam tak bardzo przesłonić świat? Jak zatem wierzyć własnym wspomnieniom?
    Może to jedynie posępne pajęczyny fikcji snutych przez blade pająki mojej podświadomości?

Powiedz mi gdzie ja wczoraj byłam
Czy naprawdę stamtąd wróciłam
Powiedz mi co tam się zdarzyło
Nic nie wiem, może tylko się śniło
CLOSTERKELLER „Iluzyt”

wtorek, 2 sierpnia 2016

Konkluzja wujka Staszka #9: Z czego wynika, że jesteśmy ciężko doświadczeni przez skojarzenia

Gdy w drugiej części filmowego „Hobbita” Tauriel mówi do Legolasa o Kilim: „jest wysoki jak na krasnoluda”, natrętne skojarzenie dopowiada w umyśle: „ale wciąż za niski jak na szturmowca”.
Przygotowując się do walki z Płaczącym Aniołem (Dr. Who) (źródło)
PS.
Rzecz jasna tytuł posta również wynika z pewnego skojarzenia i  jest nawiązaniem do opowiadania. Zagadka: kto je napisał i gdzie ukrył się  jaguar, który ranił w rękę żonę narratora? Wiesz?

wtorek, 19 lipca 2016

Masz jeszcze jeden wybór

Pisałem czas jakiś temu (cóż za eufemizm, miesięcy ze trzydzieści!) oksiążkach, które w ręce czytelnika dają wybór rozwoju sytuacji,wybór drogi fabularnej. Co zrobisz? Czy otworzysz drzwi, gdy pukają? Czy uratujesz krwawiącego przeciwnika? I tak dalej.
    A dziś opowiem Ci o jeszcze innym wyborze. Wyborze interpretacji. Bo i tak można do rzeczy podejść. Można przyjąć pewną interpretację utworu, która wszystko zmienia, która obraca całą historię na nice i ukazuje nam sytuację zupełnie inną.
    Wskaże tylko dwa utwory, jak dwa przykłady: jeden oczywisty, drugi subtelny. Oba mistrzowskie. Zaczynajmy zatem!
    Pierwszym jest film Martina Scorsese z roku 2010 pt. „Wyspa tajemnic” (oryginalny tytuł: „Shutter Island”) z Leonardo DiCaprio i Markiem Ruffalo w rolach głównych. Choć nie. W rolach najczęstszych pod względem czasu ekranowego. Bo role główne to Leonardo DiCaprio grający jednego z agentów FBI i Ben Kingsley grający doktora Cawleya. Grający drugiego z agentów Mark Ruffalo, choć lubię go jako Hulka, po prostu zostaje zepchnięty na bok tym starciem tytanów. I mówię Ci, że gdy Ben Kingsley zamknie oczy po raz ostatni, wtedy wszyscy się zorientują, jakiego aktora stracili. Takiego Alana Rickmana razy trzy. Ale do rzeczy. O czym jest film? O dwu agentach, FBI, którzy przybywają na wyspę nieopodal Bostonu (Nowa Anglia, Providence, Arkham, czujesz ten klimat?), na której to z zakładu psychiatrycznego znika pacjentka. Prowadzą śledztwo w sprawie jej zniknięcia. A nim je skończą, okaże się, że zaginionym pacjentem jest grany przez DiCaprio agent Daniels, a całe śledztwo – terapią umyśloną przez doktora Cawleya. A może jednak nie? Może jednak naprawdę zniknęła pacjentka, a zaszyfrowana wiadomość była prawdziwa? Może próba obrócenia agenta federalnego w pacjenta to zagranie va banque Cawleya, któremu grunt usuwa się spod nóg, gdy na jaw wychodzą mroczne sprawy, które miały zostać w obrębie wyspy?
    Ten film to majstersztyk. Sami musimy zdecydować, w którą stronę pójdziemy z interpretacją. Komu zaufamy, komu zarzucimy kłamstwo. Czy uznamy Danielsa za pacjenta, czy prawdziwego stróża prawa. Wybór pozostaje w naszych rękach. A dokonany wybór spolaryzuje określony sposób odczytania fabuły.
Jedyna, prawdziwa oś fabuły (źródło)
     Drugim utworem, o którym chcę opowiedzieć, jest „Kupiec wenecki” Shakespeare’a. Jest to dla mnie jeden z tych utworów, które powodują, że myślę o jego autorze jako o geniuszu, choć nie wiem, czy był świadom tego, co pisze. Czy jest tak, że był tego geniusza piórem, a słowa same płynęły przez niego, niczym przez odbiornik radiowy? Ale do rzeczy.
    Ma Porcja trzy szkatułki: złotą, srebrną i ołowianą. Jedna z nich skrywa jej konterfekt, a kto go odnajdzie, ten Porcję poślubi. Natychmiast. Mają szkatułki opisy im przypisane: na złotej pisze, że ten, który ją wybierze otrzyma to, czego wielu pożąda; na srebrnej: że otrzyma to, na co zasłużył; na ołowianej: że kto ją wybierze, wszystko musi na szalę rzucić. Widz, tudzież czytelnik, zaprawiony w baśniach Grimmów i Andersena, doskonale wie, że należy wybrać ołowianą, ale nie o tym chciałem mówić. Zwróć, proszę uwagę, jak się zachowują zalotnicy. Zakładam w tym miejscu, że znasz tekst, lub możesz po niego sięgnąć. Każdy z kandydatów do ręki po swojemu interpretuje przesłanie danej szkatuły. Taką szkatułą jest też cały ów dramat. Reżyser chcąc go wystawić musi go zinterpretować, albo w sposób antysemicki, albo wręcz przeciwnie, ukazując Shylocka jako ofiarę. Tak! Tekst napisany przez Stratfordczyka jest świetne zbalansowany. Można położyć większy akcent na odstręczających cechach Shylocka, zohydzić starego Żyda, a można ukazać go jako człowieka, który staje przeciw całemu miastu: sługa go opuszcza, córka ucieka do chrześcijanina i jeszcze okrada, a dłużnicy pogardzając nim pożyczają odeń duże sumy, których nie zamierzają spłacać. Dlaczego nie traktują go z godnością, na którą zasługuje ludzka istota? Toteż Shylock skarży się:

Jeśli kłujecie nas, czy nie krwawimy? Jeśli łaskoczecie nas, czy nie śmiejemy się? Jeśli trujecie nas, czy nie giniemy?
W. Shakespeare „Kupiec wenecki”, akt III, scena 1

Cały ten monolog jest tą przeciwwagą, do wszystkich tych momentów, gdy widzimy go wręcz w paroksyzmach zachłanności. Można wytykać mu, że biadoli nad diamentem i dublonami, ale pierwej pyta Tubala, swego przyjaciela, czy odnalazł jego córkę. Tak, jak zapytałby każdy normalny ojciec. I teraz zagwozdka reżysera: czy Shylock ma z trwogą i nadzieją pytać o córkę, a potem marudzić o skradzionym diamencie, czy ma zdawkowo o córkę zapytać a potem pomstować za utratę diamentu z Frankfurtu za całe dwa tysiące dukatów?
   Można zrobić z Shylocka potwora, można i zrobić z niego weneckiego Hioba. Szkatuła jest opisana tekstem dramatu. Wybór należy do Ciebie.

wtorek, 12 lipca 2016

Kopia bezpieczeństwa

Któż z nas, rozbestwionych komputerowymi grami lub doświadczeniem admina, nie chciałby trzymać swojej kopii na wypadek wypadku? Archiwizowany „ja”, po którego sięgnięto by, gdy moje ciało podstawowe uległoby daleko idącemu uszkodzeniu, czy też zgoła zniszczeniu – śmierci. Po prostu klon. Czyżby?
   Są pewne ale. Po pierwsze: czy to byłbym ja? Musiałaby moja kopia być kontynuatorem obecnej linii świadomości. Po drugie: jak tę świadomość wpisać? I jakie mogą być tego wszystkiego konsekwencje?
    Literatura fantastyczna już od dłuższego czasu żywo się interesowała się tym zagadnieniem. Z różnym skutkiem. Na przykład w „Perfekcyjnej niedoskonałości” J. Dukaj prowadzi nas po świecie powieściowym w specyficzny dla siebie sposób – poprzez wrzucenie czytelnika na głęboką wodę. Toteż nie do końca rozumiemy, czego jesteśmy początkowo świadkami. Podany fragment „widzimy” oczyma córki Judasa McPhersona, Angeliki:

   Na trawnik wpadła czarna jak heban kobieta z ogniem nad głową.
  Była naga, oczy miała krwistoczerwone, paznokcie trupiobiałe. Biegła wielkimi susami. Ludzie sięgali jej do pasa. Metrowej wysokości płomień buchał wzwyż z jej bezwłosej czaszki, oślepiający pióropusz, miecz czystej plazmy.
(…)
   Judas oddał kelnerowi kieliszek, zdjął okulary i odetchnął głębiej. Z kolei powiedział coś do żony i Angelika ujrzała wtedy ponad ramieniem matki spokojną twarz ojca.
Udało jej się odczytać słowa z oszczędnych ruchów jego warg:
Malowniczy zamach, nie powiem, postarali się.
(…)
Mam nadzieję, że zarchiwizowałeś się z pamięcią tych trzech dni w Puermageze.
J. Dukaj „Perfekcyjna niedoskonałość”

Dlaczego Judas tak spokojnie do tego podszedł? Tak spokojnie przyjął śmierć? Żeby był ciekawie, inną śmierć McPhersona oglądał Adam Zamoyski, główny bohater powieści, o czym opowiada Ninie:

McPherson nie żyje. Dogrzebała się do jego mózgu. – Zachichotał. – Miała wyjątkowo długie paznokcie.
Stahs Judas McPherson żyje. Wydał już stosowne rozkazy w twojej sprawie. Jest przyzwyczajony do zamachów, ma wiele przygotowanych ciał.
J. Dukaj „Perfekcyjna niedoskonałość”

Przyzwyczajony do własnej śmierci. Nieźle. Zarchiwizowany z pamięcią wydarzeń poprzednich ciał, które są wgrywane do następnych. Jak? Na to pytanie Dukaj nie daje odpowiedzi, bo akcja zmierza ku innym zjawiskom. Trzeba wytłumaczyć czym jest „kraftunek”, „port”, „phoebe”, „osca”… Wgrywanie świadomości trzeba pozostawić swoim wyobrażeniom. Lub niedopowiedzeniom, które uważam za bardziej wyrafinowane i niezawodne.
   Miał Dukaj jeszcze jeden (minimum jeden) utwór o transferze świadomości, lecz nie do klonów, a do hardware’u, dlatego wspomnę tylko o nim na boku – to „Starość aksolotla”. Ciekawe, że tego samego roku, w którym wychodzi „Starość aksolotla”, na ekrany wchodzi „Chappie” Neilla Blomkampa, który doskonale koresponduje w jednym motywie z powieścią Dukaja. Właśnie w wykonywaniu backupu swej świadomości i wpisywaniu go w maszynę:



Wcześniej, dużo wcześniej temat świadomości klonów przerabiał Frank Herbert już od drugiego tomu cyklu „Diuny”, gdy Duncan Idaho wraca jako ghola, czyli właśnie klon powstały z komórek martwej osoby. Ghola o imieniu Hayt nie posiada żadnych wspomnień, lecz…

Mięśnie gholi stężały, a ciało zadygotało w dreszczu.
„… co musi być zrobione!” Słowa te przedzierały się przez jego umysł, niczym wielka ryba prująca ku powierzchni. „… co musi być zrobione!” To… to brzmiało jak słowa Starego Księcia, dziada Paula, z którego panicz miał coś w sobie. „… co musi być zrobione!”
I pąki owych słów zaczęły się rozkładać w świadomości gholi, a wraz z tym coraz wyraźniej spostrzegał, że toczą się w nim jednocześnie dwa życia: Hayt-Idaho, Hayt-Idaho… Stał się nagle jednym, wydzielonym łącznikiem dwóch ciągów. Zalały go wspomnienia. Przesiewał je, dopasowywał do nowego pojmowania, tworzył zręby nowej świadomości. Nowa osoba obejmowała na pewien czas rządy tyrana w jego wnętrzu.
(…)
A więc stało się. Wiedział, że jest Duncanem Idaho i jednocześnie pamiętał wszystko, co dotyczyło Hayta, jak gdyby był to materiał gdzieś w nim złożony i czekający na podpałkę.
F. Herbert „Mesjasz Diuny”

Cała historia Duncana Idaho rozgrywa się poprzez następne części, tak iż uważny czytelnik zauważa że to on jest prawdziwym Kwisatz Haderach. Albo i nie tym prawdziwym, ale właśnie niezamierzonym, przeoczonym i przez Bene Gesserit i przez Atrydów. Mniejsza o to. Cały wątek Duncana Idaho zasadza się na tym, że autor postuluje ukrycie wspomnień i świadomości w materiale biologicznym. Potrzeba tylko odpowiedniego bodźca, aby je odblokować. I tak dzieje się z każdym z kolejnych ghol Duncana. Z każdym z kolejnych... kilku setek.
   A jeszcze wcześniej, nim nadeszła epoka poważnego myślenia o klonowaniu i transferze świadomości, Stanisław Lem już pisał:

To nic – rzekł urzędnik. – Pobywszy u nas dłużej przywyknie pan jakoś. Proszę, oto pana bile…
Nie dokończył. Zabłysło, zagrzmiało, podniósł się kurz, a gdy opadł, zamiast mojego rozmówcy ujrzałem olbrzymią dziurę w podłodze. Stałem jak skamieniały. Nie minęła minuta, a kilku Ardrytów w kombinezonach załatało dziurę i przytoczyło niski wózek z dużym pakunkiem. Gdy go rozwinięto, oczom mym okazał się urzędnik z biletem w ręku. Strącił z siebie resztę opakowania i sadowiąc się na wieszaku, rzekł:
Tu są pańskie bilety. Mówiłem panu, że to nic takiego. Każdy z nas w razie potrzeby zostaje zdublowany. (…)
S. Lem „Dzienniki gwiazdowe”, Podróż czternasta

Myliłby się ten, kto myślałby, że dobrodziejstwa takich kopii dotyczą jedynie kosmitów należących do szlachetnego gatunku Ardrytów:

Gdy podnoszono pokrywę, coś uderzyło mnie potężnie w ciemię i straciłem przytomność. Odzyskałem ją na tym samym miejscu. (…) Załapałem się za głowę – guza nie było.
Co się ze mną stało? – spytałem szeptem sąsiadkę.
Proszę? A, meteor pana zabił, ale nic pan nie stracił z przedstawienia, bo ten duet był fatalny. Inna rzecz, że skandal: po pańską rezerwę musieli posyłać aż do Galaxu – zaszeptała w odpowiedzi uprzejma Ardrytka.
Po jaką rezerwę? – spytałem, czując, że ciemnieje mi w oczach.
No, po pańską właśnie…
A gdzie ja jestem?
Jak to? W teatrze. Czy panu słabo?
To ja jestem rezerwą?
– No tak.
S. Lem „Dzienniki gwiazdowe”, Podróż czternasta

Tematy klonowania, paradoksów czasowych i transferów świadomości są stałym lejtmotywem „Dzienników gwiazdowych” i ogólnie całej twórczości Lema. Wszak Marek Tempe z „Fiaska” to ktoś, kto poskładany został z tego, co pozostało z dwóch pilotów: Pirxa i Parvisa. Zagadką jest, ile w nim pozostało i którego...
   Na koniec wspomnimy o utworze, który ukazuje nam co się dzieje, gdy uruchomimy zbyt wiele swoich kopii. Świetny„Multplicity” Harolda Ramisa (tego od „Dnia świstaka”), film już dwudziestoletni, lecz nadal rewelacyjny. Występuje także pod polskim tytułem „Mężowie i żona”.
   Miłego kopiowania!

sobota, 2 lipca 2016

Paranormal Wilkowyje

Wszyscy jakoś się rozpływają w zachwytach nad „Dożywociem” Marty Kisiel. To się i porozpływam ja. Ale nie tak do końca.
    Po pierwsze primo, trzeba mieć rozeznanie o czym mówimy. A mówimy o przeszło dwustustronnicowej powieści opisującej młodego (dla mnie młodego) pisarza imieniem Konrad, który obejmuje w spadku po mało znanym krewnym dom za miastem wraz z tzw. dożywotnikami. Oczekuje sympatycznego dworku z jakimś dziadkiem lub babcią, ale gdyby tak było, to ani ja bym tego nie czytał, ani Kruk by się nad tym nie pochylił. Dom okazuje się być perłą drewnianego flamboyant, dożywotnicy przeżyli już trzech właścicieli i czwarty też nie będzie ich ostatnim, gdyż ich drużyna składa się z młodocianego (?!?!) anioła imieniem Licho, wywołanego z Otchłani mackowatego potwora imieniem Krakers, cokolwiek materializującego się widma seryjnego samobójcy, czyli nieszczęsnego panicza Szczęsnego, oraz czterech utopców, które zasadniczo winny siedzieć w stawie, ale niepilnowane łacno kolonizują domową łazienkę. A, jeszcze jest kotka o imieniu Zmora. Nie jest łatwo zaprowadzić ład w tym domu. Za jedynego ziemskiego alianta nasz bohater ma Szymona Kusy, zamieszkującego nieopodal. Zasadniczo nasze skojarzenia nasze winny biec w kierunku „Hotelu Transylwania”, czy też „Mrocznych cieni”. Ale pani Kisiel urozmaiciła całość dodając tym istotom swojskie a praktyczne inklinacje: Licho jest fanatykiem sprzątania, Krakers świetnie gotuje, Szczęsny haftuje i robi na drutach. No, utopce są nieco niepraktyczne. Ale prócz tego warto by głównym bohaterom dodać nieco komicznych cech, które będą stanowiły punkty zaczepienia gagów, czasem zgoła slapstickowych: Licho jest aniołem mającym alergię na pierze, w tym głównie własne, panicz Szczęsny zaś jest poetą, prawiczkiem i gamoniem tak irytującym, że Helleni uczyniliby go bogiem irytacji i składali mu ofiary, byleby się od nich odczepił. Autorka ma lekkie pióro, świetny gust literacki, tekst lśni od nienachalnych nawiązań i sugestii, a do moich ulubionych należy uporczywe przekręcanie imienia agentki literackiej z Kamili na Carmillę. Może dlatego, że bardzo lubię oryginalną Carmillę i jej hugenockiego autora. Humor skrzy się po stronicach i zdarzało mi się przy lekturze parsknąć śmiechem.
No one expect Rudolf Valntino! (źródło)

No to na co narzekać? Na nachalne skojarzenia. Gdy „złota rączka” przedstawia się jako Kusy, to cała fala mimowolnych skojarzeń z serialem „Rancho” burzy świeżość pomysłu. Tylko tyle. Nie widzę w tej powieści jakiegoś nowatorstwa poza skrzyżowaniem serialu „Rancho” z opowiadaniem J. Morresy’ego pt. „Pracusie z parku sztywnych”. Skądinąd jest to skrzyżowanie bardzo udane i pratchettowsko sympatyczne. Nie żałuję ani jednej chwili spędzonej nad tą powieścią. Ale wrażenie, że czytam scenariusz do nowego serialu komediowego dla TVP do nadawania w niedzielne wieczory pozostaje niezatarte.
    I idąc tym tropem zastanawiałem się nad obsadą. I mam już pewną listę z propozycjami dla ewentualnego producenta:

Konrad Romańczuk, literat i dziedzic na Lichotce: Marcin Szczurkiewicz (z Kabaretu Skeczów Męczących);
Potencjalny odtwórca głównej roli, Marcin Szczurkiewicz (źródło), nasz kandydat do Oscara
Szymon Kusy, dobry sąsiad: Bogusław Linda (w imię zasad);
Licho, młodociany anioł stróż: może być CGI;
Szczęsny, nieszczęsny poeta: Michał Żebrowski (po lekkim liftingu);
Krakers, potwór z Otchłani: cthulhupodobny stwór z „Prometeusza”;

Krakers lubi przytulać i głaskać domowników... (źródło)
Aurelia Bercikówna: Joanna Bartel (nazwisko było znaczące, prawda, pani Marto?);
Pan Żubr, lokalny autorytet moralny: Ryszard Kotys (jego wypowiedzi na milę czuć Paździochem);
Pan Migło, działacz wielozadaniowy: Artur Barciś;
Zmora: dowolna kotka, byle nie czarna (w tekście jest to istotne);
Rudolf Valentino: morderczy królik z jaskini Caerbannog (u góry strony);
Utopce: Żaby z „Domisiów” (po lekkim liftingu).
Utopce na skalę naszych naszych możliwości (źródło)
 Oraz Michael Palin jako Człowiek z Największymi Napisami.

PS.
Naprawdę polecam tę powieść.

PPS.
Podobała mi się na tyle, że starałem się nie umieścić w poście żadnego spoilera. Doceń to.

PPPS.
Nawet królika nie wydałom, alleluja.

sobota, 18 czerwca 2016

Demon antymagiczny i rubieże gaussowskie

Nie wiem, czy wiem czym jest cud.
Vaclav Havel

Ja też nie wiem. Nie wiem też czym jest magia. Ale chętnie przychylam się do tezy Toma Crosshilla, że magia to wybór pewnego zdarzenia o niezerowym prawdopodobieństwie. Choć wydającym się czasem niemożliwością. Na przykład władając magią mogę sprawić, że w losowaniu totolotka wypadną liczby, które skreśliłem, albo że w zagrażającego mi na ulicy napastnika uderzy piorun. I magii nie da się udowodnić. Nie da się uchwycić jej działania. Zawsze jest prawdopodobieństwo, że to tylko splot okoliczności. Mogę sprawić swą mocą wygraną w totolotka, ale tylko raz. Drugi raz już mi się to nie powiedzie. I ta niemożność udowodnienia, wliczenia do kalkulacji, jest zmorą panującej nad światem sztucznej inteligencji, która zmierza do wszechwiedzy, którą pan Laplace przypisuje pewnemu teoretycznemu konstruktowi zwanemu „demonem”.
    Nowelka pt. „Magia i demon Laplace’a” ukazała się na łamach „Nowej Fantastyki” w numerze 04/2015, który zakupiłem w celu przeczytania wywiadu z J. Dukajem. Wywiadu już nie pamiętam, nowelka wbiła mi się w pamięć. Znów do niej wróciłem. Jest równie dobra, jak przed rokiem. Szczerze polecam.
    Wiesz, że jestem fanem ładnych, najlepiej pomysłowych, nieszablonowych struktur narracyjnych. Ta jest, jak na objętość tekstu, świetna. W pościgu za tajemniczym magiem poznajemy w retrospekcjach historię starcia demonicznej sztucznej inteligencji i magów. Poznajemy w dialogach i refleksjach narratora (a jest nim owa sztuczna i nader demoniczna inteligencja) jak kształtowała się wiedza na tema magii. Czym jest magia? Dlaczego ma tyle wspólnego z fizyką kwantową? Można zgoła powiedzieć, że stanowi makroefekt kwantowy. Jednocześnie, niejako obok, dostajemy materiał do refleksji o imperatywach, które wpisujemy maszynom i jak mogłaby taki imperatyw odczytać i rozwinąć sztuczna inteligencja. I jak bardzo przypominać to będzie ustrój totalitarny. I tak właściwie to ludzkość chciałaby utulić się w skrzydłach totalitaryzmu, gdyby dać jej odpowiednią złudę wolności.
    I to wszystko na kilku stronach, na końcu których znajdujemy piękne zwieńczenie: scenę, którą można odczytać na dwa sposoby. Taki fabularny kot Schroedingera (też kwantowa historia!). Dla przypomnienia: kot Schroedingera to kot zamknięty w pudełku z ampułką gazu trującego, który go zabije, ale nie wiadomo, w którym momencie to nastąpi. Póki pudełko jest zamknięte, musimy kota traktować w obliczeniach jako żywego i martwego jednocześnie. Dopiero otwarcie pudełka ukazuje nam jego stan w danej chwili i kończy eksperyment. Takie jest to zakończenie. Niejednoznaczne. Możemy zdecydować, czy zinterpretujemy je jako wygraną demona, czy też odczytamy fakty inaczej i będzie to wygrana maga. Piękne, otwarte na interpretacje, czyste zakończenie.
    Że to niemożliwe?

Dlaczego stroszysz się tak akurat na myśl o tej właśnie niemożliwości?
S. Rushdie „Harun i Morze Opowieści”

sobota, 11 czerwca 2016

Człowiek z „Marco Polo”, cz. 2

Kapitan J. N. Forbes dowodził poprzez terror. Ale właścicielom Black Ball Line, jego pracodawcom, odpowiadało, że mogą szczycić się szybkością i pewnością spedycji, mając za nic protesty załóg (nie było wtedy związków zawodowych, a i załogi dostawały premie za każdy rekordowy przelot, co łagodziło trochę sytuację), czy nawet pasażerów.
„Marco Polo”
 Na żaglowcach przyjęto, że decyzję o postawieniu dodatkowych żagli, czy też zrzuceniu obecnie wykorzystywanych lub ich zrefowaniu (zmniejszeniu powierzchni) podejmował tylko kapitan. Kapitan Forbes był pod tym względem nieugięty. Zdarzały się delegacje pasażerów przynoszących petycje o zrefowanie żagli w obawie o życie. Zdarzały się niesubordynacje oficerów wachtowych, którzy ryzykując karierę nakazywali zrzucanie lub refowanie żagli, gdy kapitan spał. Dla zabezpieczenia się przed taki praktykami Forbes zapinał fały (liny do wciągania i zrzucania żagli) na kłódki. A gdy i kłódki mu rozbijano, sypiał na pokładzie, przykryty pledem, z dwoma odbezpieczonymi pistoletami, których nie zawahałby się użyć przeciw tchórzliwej, w jego ocenie, załodze.
    Trzeba temu tyranowi przyznać jedno – jego statkom niewiele działo się złego, co mogłoby wskazywać, że wie, co robi. Toteż powierzono mu po „Marco Polo” kolejny kliper - „Lightning”, jednego z najszybciej żeglujących kliprów świata. Aż powierzono mu dowodzenie „Schombergiem”, największym żaglowcem zbudowanego jako kliper. I tu się szczęście odwróciło.
„Schomberg” w drodze do Australii

Gdy ominie się całkowe rafy, którymi profesor Marchaj usiał swoje dzieła fundamentalne dla teorii żeglowania, zostanie nam garść uproszczeń, wśród których znajduje się takie: czym dłuższa linia wodna statku (przy określonej smukłości, czyli proporcji długości do szerokości kadłuba), tym większą prędkość teoretycznie możemy nim rozwinąć. „Schomberg” był sporo większy od innych kliprów, sporo więcej zatem do niego oczekiwano. Więc i „Bully” Forbes sporo więcej obiecywał. I gdy w dziewiczym rejsie pogoda okazała mu swą nieprzychylność zrozumiał, że z kolejnego rekordu nici. Forbes nie był człowiekiem, który przeszedłby do porządku dziennego nad tym, że wynik przelotu będzie przeciętny. Frustracja odebrała mu chęć zajmowania się rejsem. Tej feralnej nocy pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia 1855 roku (znów gwiazdkowa data!) oficer wachtowy zameldował, że brzeg po zawietrznej jest zbyt blisko. Kapitan miał w takiej chwili decydować o manewrze. Jednakże nasz kapitan nie miał do tego rejsu już serca. Stwierdził, że wyjdzie na pokład, gdy skończy rozgrywanego właśnie robra. (Rober jest częścią rozgrywki brydżowej; pisząc to czuję się już niedzisiejszy, ale chyba muszę to tłumaczyć). Nie zdążył. Kliper osiadł na mieliźnie niedaleko australijskiego przylądka Otway. Uratowano wszystkich pasażerów i większość ich bagażu oraz część przewożonego towaru i poczty. Statek sprzedano lokalnym handlarzom, którzy mieli go rozszabrować. Dwóch z nich poniosło śmierć próbując dostać się do wraku.
   Tak załamała się wielka kariera kapitana Forbesa, nieustraszonego tyrana, do którego należał cały pęk rekordów szybkości w najwspanialszej klasie żaglowców – kliprów.
    Dlaczego kapitan Forbes nie wyszedł wtedy na pokład? Nie wierzę, że los statku był mu obojętny. Wiedział, co może im grozić. Wiedział, ile stracić może sam. Utrata statku, to koniec kariery. Zatem? Może zgubiła go rutyna (ponoć mielizna, na którą wpadł „Schomberg” nie była naniesiona na mapy), może, nie mogąc ustanowić rekordu, postanowił zrobić wrażenie na pasażerach i oficerach przez nonszalancję wobec sztormu i ryzyka katastrofy? Trudno to ocenić. Donald Fox, na swoim blogu w zeszłorocznym artykule wskazuje, że wokół katastrofy szybko mnożyć się zaczęły plotki i pomówienia pod adresem nielubianego Forbesa. Może więc było inaczej: Forbes był na pokładzie, wiedział co robi „ścinając zakręt” koło Oatway – zaryzykował i przegrał, gdy wpadł na nieoznakowaną mieliznę?
   Kapitan Forbes został osądzony i skazany przez nieprzychylną mu prasę, nim jakikolwiek prawdziwy sąd w Australii (nadal brytyjskiej kolonii) dokonał swego przewodu. A było to nieproste. Nie było tak jasnego prawa morskiego jak teraz. Nie był też „Schomberg” okrętem wojennym, bo wtedy proces byłby szybki i czytelny, jak opisywali je C. S. Forester i P. O’Brian. Wytoczono Forbesowi kilka procesów z różnymi zarzutami, od cywilnych po kryminalne. Jedne procesy Forbes wygrywał z braku silnych dowodów przeciw niemu, inne kończyły się umorzeniem z powodu braku funduszy na koszta sądowe po stronie wnoszącej powództwo. Warto zaakcentować, że połowa batalii na argumenty, przedstawienia zeznań świadków i wyjaśnień oskarżonego, odbyła się na łamach prasy. A była dopiero połowa XIX wieku, gdzie tam do naszych onetoidów! Prasowe przepychanki skończyły się dopiero, gdy Forbes wrócił na Wyspy Brytyjskie. Wieści o jego procesach były tak odgrzewanym kotletem, że ich już po postu nie publikowano więcej. Sądy oczyściły go z zarzutów, lecz twarz została już utracona.
    Kapitan Forbes dowodził jeszcze potem kilkoma statkami. Był „Hastings”, którego był dowódcą i właścicielem jednocześnie. Nawet dobrze obchodził się z pasażerami. Ale „Hastings” też skończył na mieliźnie. Był „Ajax”, był „General Wyndham” i był… „Marco Polo”. Dość wysłużony, nieco uszkodzony, ale nadal żeglujący. Jak Forbes trafił na niego? Chyba przez desperację armatora: gdy zmarł aktualny kapitan „Marco Polo”, zaszła pilna potrzeba znalezienia dowódcy na rejs frachtowy, nim weźmie go inny spedytor. Forbes był już emerytem, ale nie przewożono pasażerów, nie było ryzyka skandalu i wpadki, więc szybko go ściągnięto i wysłano do Mobile Bay po ładunek bawełny.
    12 sierpnia 1867 roku kapitan Forbes po raz ostatni zszedł z pokładu jako dowódca statku. Zmarł na zapalenie płuc 14 czerwca 1874 roku. Na nagrobku wyryto mu napis „Dowódca klipra Marco Polo”.
Nagrobek Jamesa Nicola Forbesa
Sam „Marco Polo” dalej pływał jako frachtowiec. 25 lipca 1883 roku z powodu licznych przecieków, którym pompy nie dawały już rady, statek został wprowadzony na plażę nieopodal Cavendish na kanadyjskiej Wyspie Księcia Edwarda. Jego maszty zostały zwalone, żeby wiatr bardziej nie uszkodził konającego statku. Tak zmarła druga połowa legendy australijskiego szlaku.
    Agonii statku przyglądała się szesnastoletnia dziewczyna, która potem opisała to w nowelce pod tytułem „Wrak Marco Polo”. Nazywała się Lucy Maud Montgomery.