poniedziałek, 24 grudnia 2012

Życzenia znalezione na marginesie

Świąt Bożego Narodzenia radosnych, pełnych światła i przesyconych duchem tego czasu, niosących inspiracje i pozwalających na dystans wobec naszej zabieganej codzienności za to zbliżających do Boga oraz szampańskiej zabawy sylwestrowej i szczęśliwego nowego dwa tysiące trzynastego roku, aby nie był gorszy od upływającego,

życzy A. Anonim

piątek, 14 grudnia 2012

Gdyby tylko Akwinata wiedział...

   Tukidydes spychający nas na krawędź konfliktu nuklearnego nie wyczerpuje problemów tłumaczeń z języków martwych. Klasycznym tego przykładem jest niekończący się proces tłumaczenia Starego Testamentu. Czasami wydaje mi się, że muzułmanie mają rację, gdy twierdzą, że należy raczej uczyć się arabskiego, niż tłumaczyć Al-Quran. Na przykład w Księdze Rodzaju już w drugim wersie trafiamy na minę w postaci frazy tohu wa bohu. O ile wyraz wa oznacza spójnik „i”, to pozostałe wyrazy tak ślicznie się rymujące nie występują nigdzie poza tym wersem. Wariant nadający znaczenie „chaos i nieład” jest pewnego rodzaju wariantem optymalnym, w sensie „nic lepszego na razie nie odkryliśmy, więc przyjmijmy, że to właśnie oznaczają”.
     Gorzej, gdy przejdziemy do Księgi Wyjścia i tam w rozdziale trzecimi czternastym wersie lokator gorejącego krzewu przedstawia się jako 'ehjeh 'aszer 'ehjeh, znane w naszym tłumaczeniu jako Jestem Który Jestem. Wspaniałe. Doskonale rozumiem św. Tomasza z Akwinu, który rozsnuł całą szkołę scholastycznej metafizyki wokół tego zdania. Można je kontemplować godzinami, ba, dniami! Ale nie o to chodzi. Ostatnio, rozgryzając zawiłości języka hebrajskiego, uczeni postawili hipotezę, że Bóg w tym zdaniu po prostu wymigał się od odpowiedzi na pytanie Mojżesza. Tenże, jak przystało na prostego człeka epoki wczesnego brązu, zapytał z którym to bogiem ma do czynienia. Z Egiptu znał już kilku – mieli imiona, przydomki, drzewa genealogiczne i wszytko, co szanujące się ówcześnie bóstwo mieć powinno. Tymczasem Bóg nie chce być nazywany, mówi coś w guście „Moje imię nie gra roli”. Ówczesny język nie miał tak rozwiniętego aparatu pojęciowego i słownika, by móc to wyrazić inaczej. Zapisano tak jak potrafiono. Skądinąd szczerze powątpiewam w to, że Bóg mówił do Mojżesza po hebrajsku. Bóg przekazywał informację, Mojżesz ubierał ją w słowa jak potrafił, św. Tomasz odczytywał słowa Mojżesza jak potrafił. Taki wariant zabawy w „głuchy telefon”.
    Ciekawe co by Akwinata powiedział, gdyby mógł usłyszeć, że jego metafizyka, która stanowiła jeden z kamieni węgielnych filozofii europejskiej, zbudowana została wokół nieporozumienia. Aż mi się przypomina zakończenie nowelki Borgesa pt. „Teologowie”.
   Opowiadanie zaczyna się od opisu najazdu Hunów na bliżej nieokreślony klasztor, czego konsekwencją jest między innymi spalenie biblioteki. W jej zgliszczach jednak ocalał fragment Platona, w którym autor naucza, iż w końcu czasów wszystkie rzeczy odzyskują swoją postać i on znów wykładać będzie tę ideę w Atenach przed tym samym audytorium. Księga ta została jako jedyna ocalona otoczona czcią i stała się zarzewiem herezji monotonnych, zwanych pierścienistymi, którzy twierdzili, że historia się powtarza. Nie wiedzieli, że Platon po to sformułował ten pogląd, by go w następnych częściach swego traktatu obalić. Dwóch teologów - Aurelian i Jan z Panonii - konkurujących o prymat swej myśli napisało traktaty potępiające herezję, z których janowy został wybrany jako oficjalna odpowiedź Kościoła. Rzecz jasna drugiego skazało to na męki zazdrości. Toteż gdy wybuchła kilka lat później inna herezja, histrionów, którzy wierzyli, że przez niegodziwości i cierpienie na tym świecie dostąpią świętości i ulgi w przyszłym, Aurelian znów postanowił napisać refutację teologiczną piętnującą błędne poglądy. I dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się, że słowa traktatu Jana przeciw monotonnym wpisują się w nową herezję. Aurelian delikatnie zadenuncjował Jana pisząc, że inny uczony mąż wyznaje takie poglądy. Oczywiście musiał zeznać inkwizycji kto zacz i Jan spłonął na stosie. Aurelian snuł się obrzeżach znanego świata i znalazł śmierć w czasie burzy, gdy od pioruna spłonął leśny szałas, w którym teolog mieszkał. Zatem zginął podobnie do swego konkurenta. I tu następuje interesujący nas fragment, który pozwolę sobie przytoczyć:

Niewykluczone, iż należałoby powiedzieć, że Aurelian rozmawiał z Bogiem i że On tak mało interesuje się sporami religijnymi, iż wziął go za Jana z Panonii. Jednak to sugerowałoby jakiś zamęt w boskim umyśle. Właściwsze będzie twierdzenie, że w raju Aurelian dowiedział się, iż dla niezbadanego bóstwa on i Jan z Panonii (...) stanowią jedną osobę.
J. L. Borges "Teologowie"

Żadne zdanie Borgesa nie marnuje się. Na początku wspomina, że bogiem Hunów był bułat z żelaza, a na końcu okazuje się, że bogiem teologów były księgi – równie kiepski to bóg jak i ten żelazny. Bóg, którego spotkał Aurelian po śmierci, nie przyklasnął mu za przyczynienie się do spalenia Jana z Panonii. Nic dlań nie znaczył ten spór doktrynalny narosły wokół zgliszcz biblioteki. Nawet można się pokusić o wniosek, iż jedyne co Attyli można zarzucić, to tyle, że nie dopalił wszystkich ksiąg do końca. To bardzo przewrotny wniosek, skoro formułuje go ktoś, kto uważa Li Sy za jednego z największych zbrodniarzy w dziejach. To oczywiście jest jeden z wniosków lektury Borgesa, ten odpowiadający na potrzeby niniejszego posta.
    Czy to jednak argument za tym, by zwątpić w Pismo Święte i wszystkie księgi objawione? Wszak może się okazać, że wszystkie, lub przynajmniej większość, objawień i słów natchnionych spisanych w martwych językach jest obarczonych mniejszym lub większym błędem tłumacza i interpretatora.
    Uważam, że nie powinno to stanowić problemu ważącego na czyjejś wierze. Osoby, które dosłownie biorą księgi objawione, to ludzie o płytkich umysłach. Kreacjoniści i fundamentaliści religijni nie rozumieją jak działa język, jak przebiega komunikacja, czym jest sformułowanie informacji przez nadawcę, a czym odczytanie jej przez odbiorcę. Ludzie, którzy chronią literę, zamiast kontemplować ducha tekstu, zarzynają go. Boga nie należy szukać w tekście. Musiałby bowiem Bóg być wynikiem semiozy. Zjawiska naturalnego. Dlaczego nie fotosyntezy? Bóg jest sprytny. Potrafi przemycić informację niczym gryps więzienny pomimo zjawiska semiozy, ale do tego potrzeba otwartości na Jego Słowo.
   Następnym krokiem tych rozważań musiałaby być analiza dwóch książek Philipa K. Dicka: "VALIS" i "Boża inwazja". I obiecuję uczynić to wkrótce, gdy tylko odzyskam władzę nad swoim księgozbiorem.

sobota, 8 grudnia 2012

Jak Tukidydes rozpętałby trzecią wojnę światową

Tytuł niniejszego posta w celowy sposób jest prowokacyjny i tabloidalny. A żeby było ciekawiej, jego sednem jest ochrona ginącego gatunku philologus classicus.
   Tukidydes jest jednym z ojców historiografii. Znany jest nam z jednego dzieła, ale za to wiekopomnego (o czym sam autor nieskromnie wspomina). Jego „Wojna peloponeska” jest niezwykłym opisem konfliktu, który Ateny i Sparta toczyły kilkadziesiąt lat, i którego efektem było wyniszczenie klasycznego systemu greckich polis.
   Wojna peloponeska była toczona między dwiema potęgami, które rzadko kiedy walczyły ze sobą bezpośrednio, a raczej wspierali lokalne konflikty swoich aliantów, lub wręcz rozgrywali konflikty traktując ich jak figury szachowe, żeby wspomnieć u zarania wojny konflikt Korkyry i Koryntu, czy napaść prospartańskich Teb na wierne zawsze Atenom Plateje. Rzadkość bezpośrednich walk między hegemonami wynikała po trosze z odmiennych predyspozycji militarnych. Siłą Aten była flota. Niczym osiemnastowieczna Brytania drwić mogły z oblężenia, póki do Pireusu mogły zawijać statki z zaopatrzeniem. Z drugiej strony byli w stanie opanować całkowicie sytuację na morzu rozbijając wyspiarskie konstelacje prospartańskie na izolowane wyspy (tautologia, wiem) i pacyfikując jej jedna po drugiej. Tymczasem Sparta dysponowała świetną armią lądową i nieraz ateńczycy musieli znosić jej widok z murów swego miasta. Wytwarzało to dość ciekawy efekt równowagi sił strategicznych przy jej braku na poziomie operacyjnym – każda akcja morska Spartan była takim hazardem, jak lądowy zagon Attyjczyków.
   Przez oczywiste analogie wojna peloponeska stała się modelem sytuacji politycznej powstałej po drugiej wojnie światowej. Silnie spolaryzowany świat skonfliktowany wzdłuż osi USA-ZSRR, mocarstw podobnie dalekich sobie ideologicznie co demokratyczna Attyka i oligarchiczna Sparta, rozgrywał swe marionetkowe wojny od Korei i Wietnamu po Afganistan nie angażując (chwalić Boga, bo nie byłoby teraz tego posta, bloga, ani problemu kalendarza Majów) w pełni sił obu hegemonów. Oczywiście, biorąc pod uwagę fakt, że nuklearne arsenały zbudowali posiadacze uformowanych w neolicie mózgów, pełnych przesądów i upraszczających systemów wnioskowania, musiało to doprowadzić do sytuacji w której tukidydesowe dzieło potraktowane zostanie jako księga prorocza. Analitycy strategiczni, doradcy, sztabowcy wojskowi, doktrynerzy polityczni, oni wszyscy czytali „Wojnę peloponeską” jako mapę, zbiór informacji objawiających im dalszy rozwój sytuacji. Dlatego, gdy w opisie sporu między Korkyrą i Koryntem przed ateńskim zgromadzeniem ludowym Tukidydes wtrąca zdania o nieuchronności wojny, przekalkowano ten pogląd na sytuację zimnowojenną stawiając tezę o nieuchronności eskalacji konfliktu do postaci otwartej wojny.
   Ale czy Tukidydes na pewno to napisał? Analitycy sztabowi i doradcy strategiczni nie znali starogreckiego, więc czytali przekłady. A w przekładach Crawleya i Warnera czasownik anankasai tłumaczono jako „czynić nieuniknionym”. Tymczasem spora część filologów klasycznych wolałaby aby tłumaczyć jako „wymuszać”. Zwłaszcza w kontekście pierwszej księgi, gdy omawiane są przyczyny wojny. Otóż jedną z przyczyn był... styl życia Greków. Hellenowie musieli walczyć. Przypisuje się Wikingom krwiożerczość i pogardę do śmierci w łożu, ale ci starożytni przodkowie dzisiejszych Greków mogli ich spokojnie zakasować na tym polu. W niczym nie przypominali obecnych leniwców, którzy rzucają petardami w obronie sjesty. Choć może właśnie ta gwałtowna reakcja, imperatyw nakazujący zabijać w obronie swej wygody jest spuścizną genetyczną gwałtownych Hellenów? Mniejsza o to. Ówcześni Grecy czuli przymus walki. Stąd też popularność greckich najemników w niemal wszystkich okolicznych wojnach tamtego okresu. Żeby wspomnieć tylko Ksenofonta i jego powrót z terenów obecnego Iranu, gdzie brał udział w rebelii Cyrusa Młodszego. To widać między słowami Tukidydesa. Greckie polis nie kierują się żadnymi wartościami podobnymi do honoru, sprawiedliwości czy uczciwości. Ich słowa ociekają takimi terminami, lecz pod ich powierzchnią krążą cyniczne prądy rachunku sił i szans powodzenia. Dla Ateńczyków najważniejszym pytaniem nie było „czy to się godzi?”, ale „czy wygramy?”. Sama możliwość odniesienia zwycięstwa była dla nich dostatecznym powodem, by wszcząć wojnę. Pod tym względem w tyle zostawiali takich starożytnych podpalaczy świata jak Sargon, Tiglapilasar, Nabukednesar czy Kserkses. Chyba dopiero Czyngis-chan mógłby im być pokrewny. Ateńczycy, znudzeni piętnastoletnim pokojem (a był to dopiero półmetek wynegocjowanego okresu rozejmu!) wymusili rozpoczęcie wojny ładując się w awanturę między prospartańskim Koryntem a jego bogatą, a przede wszystkim silną militarnie, kolonią.
    Zbyt dosłowni w odczytywaniu analogii urzędnicy Departamentu Stanu i sztabowcy Pentagonu rozrysowali sobie diagramy, z których wynikało, że najlepszym biznesem czasów powojennych jest budowa schronów przeciwatomowych. Oni wcale nie mieli krwiożerczej natury greckich strategosów, po prostu im to wychodziło z lektury, że wyścig zbrojeń i przedłużający się czas pokoju muszą doprowadzić do wojny.
    Na szczęście splot różnych okoliczności, w tym owe wspomniane neolitycznie formowane mózgi o silnie rozwiniętym instynkcie przetrwania, doprowadził do wygaszenia zimnej wojny. Dzięki temu zarobiliśmy trochę czasu, który możemy poświecić na zastanowienie się nad przyczynami naszych zachowań, doborem lektur i... tłumaczy.
    Morał tej historii jest osobliwy. Chrońmy filologów klasycznych bardziej niż zagrożone gatunki. Bez nich pewnego dnia sami możemy się stać gatunkiem zagrożonym.

PS.
A propos, czy ktoś (nie licząc Pentagonu) nie potrzebuje zatrudnić pracowitego filologa klasycznego? Pytanie jest zadane bardzo serio.

środa, 28 listopada 2012

Co wypada pani Adzie?

Jest kilka osób o nazwisku Lovelace, które znaczą co nieco dla kultury światowej. Jeśli znasz choć jedną, witamy na poziomie drugim znajomości światowej kultury. Jeśli ta jedną osobą jest Linda Lovelace – wracasz na poziom pierwszy.
    Dziś chciałem przypomnieć tu lady Augustę Adę King hrabinę Lovelace, znaną nam w skróconej wersji jako Ada Lovelace.
    Jej ojciec umarł, gdy miała lat osiem. Zresztą nie miała z nim nigdy dobrych relacji. Zwłaszcza, że jej ojciec oczekiwał sukcesora w postaci „cudownego chłopca” i narodzinami córki był, eufemistycznie to nazywając, zawiedziony. Niedługo zresztą przetrwał sam związek jej ojca z baronessą Anną Izabellą („Annabellą”, jak zwykł ją nazywać) – już miesiąc po narodzinach małej Augusty zwanej przez ojca „Adą”, Annabella wyprowadziła się do swych rodziców z córką. Wprawdzie prawo brytyjskie w sytuacji separacyjnej oddawało dzieci pod wyłączną kuratelę ojca, ale w zaistniałej sytuacji tenże nie był zainteresowany wychowaniem dziecka. Zdawać się mogło, że bardziej go interesowała sprawa niepodległej Grecji. Trzeba przyznać, że matka także nie pałała zbytnim uczuciem do swej potomkini, oddając ją na wychowanie babci, a uczucie swe markując listownie. Co zresztą też wychodziło kuriozalnie, gdy o małej Adzie pisała „to”, lub „ono”.
    Nieszczęśliwa Ada, odrzucona przez oboje rodziców, musiała „trafić w niedobre towarzystwo”. W jej przypadku byli to hipnotyzerzy, mesmeryści, frenolodzy i... matematycy. A wśród nich Charles Babbage, jeden z twórców maszyn liczących, które przybliżyły naszą epokę komputerów.
   Charles Babbage był pod wielkim wrażeniem umysłowości Ady. Z uwagi na jej talent matematyczny i bystrość myślenia nazywał ją „Zaklinaczką Liczb”. Ada nie tylko dorównywała twórcy maszyny różnicowej, lecz jeszcze stawiała pytania, które wyprzedzały jej epokę i szukała na nie odpowiedzi. Tłumacząc dla Babbagea artykuł włoskiego matematyka na temat maszyny analitycznej dołączyła własne przemyślenia dotyczące możliwości obliczania liczb Bernoulliego za jej pomocą. Zostało to uznane przez historię jako pierwszy opis algorytmu programu dla maszyny liczącej. Ba, ponieważ maszyna analityczna miała sformalizowany system wprowadzania danych za pomocą kart perforowanych, opracowanie algorytmu, który można było zaimplementować w maszynie liczącej sklasyfikowane zostało jako napisanie programu maszynowego. I tak oto Ada King hrabina Lovelace (gdyż już wtedy była zamężną i miała troje dzieci), została pierwszą w historii programistką komputerową.
    W sto sześćdziesiątą piątą rocznicę jej urodzin, 10 grudnia 1980 roku Pentagon zatwierdził specyfikację języka programowania nazwanego od jej imienia Ada.
    Jest coś osobliwego w tym zestawieniu. Ojciec i córka. Dwa bieguny. Ojciec, wirtuoz słowa, genialny poeta i niepokorny pędziwiatr unoszony duchowymi (i cielesnymi) porywami. Córka, przykładna żona i matka, wirtuozerię okazuje, gdy przychodzi do liczb i automatów. Oboje są mistrzami w posługiwaniu się językiem, lecz w przypadku każdego z nich jest to inny język. Córka, Ada, włada sformalizowanym językiem liczb, układa algorytmy, które jak klasyczny język mają swoje gramatyki i części mowy (komenda, parametr, wartość). Zaklinała maszyny, niczym jej ojciec zaklinał słuchaczy deklamując swoją poezję. Ojciec, lord George Gordon Byron, szósty baron Byron, skandalista i ikona światowej poezji romantycznej był artystą języka obrazującego uczucia. Programował ludzkie reakcje, jak jego córka maszyny.
    Ta polaryzacja jest niesamowita.
   Niektóre panie zajmujące się naukami humanistycznymi chętnie zaznałyby rozkoszy z lordem Byronem. I znam panów, którzy z rozkoszą spędziliby czas z hrabiną Lovelace roztrząsając problemy zawarte w zbiorze HAKMEM.
   Dziwny bywa ten świat.

piątek, 16 listopada 2012

Tempus fugit

Przyczynkiem do niniejszego wpisu stał się fakt braku czasu na jego napisanie.
   Czas jest najdroższą rzeczą na tym świecie. Tak twierdzą nawet ekonomiści, którzy uzasadniają to faktem, iż jest to zasób, którego nie można zakumulować, ani powiększyć. Stoi to w sprzeczności w praktyką tzw. „banków czasu”, które pozwalają przez wykonanie jakiejś pracy dla osoby A „zaksięgować” czas, który z kolei poświęci nam kiedy indziej osoba B.
    W ogóle wobec czasu, który jest tak nietypowym przedmiotem (w sensie przedmiotu rozważań, omińmy tu Heideggera, Kanta i spółkę, dobrze?), stosuje się niezwykle dużo określeń łączących go z ekonomią: można wykonać coś w sposób pozwalający na oszczędność czasu, ale można czas trwonić lub marnować. Można także zyskać czas, lub – synonimicznie – zyskać na czasie. Zatem jest już pewne, iż sformułowanie czas to pieniądz musiało powstać prędzej, czy później.
    Warto poświęcić czas, by zastanowić się nad jego istotą. Nie chodzi o to, by formułować tezy ontologiczne, które zakasują niemieckich filozofów, bo to kiepski pomysł. Kiedy mówię, że warto pobiegać, nie mam na myśli zamiaru poprawienia rekordu świata w sprincie na sto metrów. Po prostu dla swojej rozrywki przy kawie lub herbacie zastanówcie się (i podzielcie ze mną, jeśli możecie i chcecie) nad tym, jak postrzegamy czas. Czy jest on dla Ciebie wymiarem? Zasobem, jak gotówka? Czy przeszło Ci przez myśl, że odczuwanie czasu nijak się ma do jego pomiaru?
    Czas jest przez nas odczuwany. Ale żeby dać sobie radę z organizacją życia (czyli czasu...) określamy jego upływ przez cykliczne zdarzenia – zachody słońca, pełnie księżyca, równonoce i obiegi wskazówek. Ale odczuwamy zupełnie inaczej! Gdy robimy coś, co sprawia nam przyjemność, czas umyka bardzo szybko, gdy wykonujemy uciążliwą pracę, cierpimy, męczymy się fizycznie – czas płynie niesłychanie powoli. Odrębną kwestią są zmienione stany świadomości – czy przez modlitwę/kontemplację/medytację, czy przez psychotropy. Wtedy odczuwanie czasu nijak ma się do zegara. Pisał już o tym ibn Arabi setki lat temu, gdy spostrzegł, że mistyk w ciągu kilku chwil jest w stanie przeżyć kilka lat jakby zatopiony w innym świecie. Trochę niczym Rip Van Winkle, wieśniak z Catskill, który grał całą noc z duchami załogi Hudsona i gdy wrócił do swej wioski okazało się, że w międzyczasie jego żona umarła, syn dorósł a Stany Zjednoczone uzyskały niepodległość. Kilka lat mu zleciało. To prowadzi nas w dwa kierunki: do wspomnień hucznych imprez „w nocy z piątku na poniedziałek” i tak zwanego paradoksu bliźniąt: gdy jedno z bliźniąt wyślemy w podróż z prędkością bliską prędkości światła, to po jego powrocie okaże się, że ten, który pozostał na Ziemi zestarzał się o wiele bardziej, niż jego brat-astronauta. Tu wkraczamy w świat fizyki relatywistycznej i fascynujące przekształcenia czasu, masy i gabarytów związane z rozpędzaniem do prędkości przyświetlnych. Ale nie zatrzymam się tu, gdyż brak mi na to czasu.
    Czy ktoś mógłby wpaść na to, by potraktować czas jako element boski? By oddawać mu cześć? Nie inaczej. Ba, nawet nie trzeba do tego jakiejś wyrafinowanej szkoły myśli religijnej. Już pierwsze aryjskie ludy osiadłe (nie koczownicze!) w środkowej Azji czciły Zurwana, Czas Nieskończony.
    Na koniec tylko zahaczę o literaturę. Wydaje mi się, że tytuł Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu” jest mocno ironiczny. Tak naprawdę dotyczy czytelnika, który powieścisko to przebrnął i zorientował się, że mógł ten czas spożytkować o wiele lepiej.
    Ja nie przebrnąłem.
   Nie miałem czasu.

Father, father,
Can you tell me where the hours go?
Where time flows?
Is it written in the stars, upon the Milky Way
That we must burn bright before we fade away?

Ojcze, ojcze,
Powiedz mi, gdzie zmierzają godziny?
Dokąd płynie czas?
Czy zapisano w gwiazdach, ponad Mleczną Drogą,
Że musimy jasno płonąć nim zgaśniemy ostatecznie?

BRENDAN PERRY „Voyage of Bran”

piątek, 9 listopada 2012

Klucz do Kamiennej Róży

Są książki, do których lubię wrócić. Po latach. Bogatszy o nową wiedzę, doświadczenia, lektury. „Po co to czytasz?”, pytają mnie, „Przecież już to znasz”. To prawda. Ale mogę teraz odczytać na nowo. Mogę zwrócić uwagę na szczegół, który wcześnie mi umknął. Tak jak oglądając obraz po raz któryś zaczyna się dostrzegać rzeczy drugo- lub trzecioplanowe, w których nierzadko autor zawarł coś, co podpowiada nam interpretację, pozwala odczytać coś w obrazie dodatkowo, ukazać go w nowym świetle.
    Tak na przykład uświadomiłem sobie, że wbrew tym wszystkim porównaniom do „Utopii” Morusa i „Podróży Guliwera” Swifta, „Grimus” nie jest opowieścią o budowie raju i jego zniszczeniu. Jeśli główny bohater przemierza wyspę w towarzystwie grabarza imieniem Virgil, to nie może być raj, lecz piekło, które Dante zwiedza prowadzon przez Wergiliusza. Szczegół, który piętnaście lat temu umknął mi z powodu natłoku innych symbolicznych odniesień. Teraz mogłem też dzięki temu lepiej się przyjrzeć jak Trzepoczący Orzeł, Indianin z plemienia Axonów (przypuszczalnie mocno fikcyjnego) poznaje Cielęcą Wyspę (Calf Island – odniesienie do Złotego Cielca) wędrując poprzez jej kolejne kręgi, a każdy z nich potworniejszy od poprzedniego: plaża z parą Jones – O'Toole, Las Cielęcy i gorączka endymionów, miasteczko Ch. z jego nieśmiertelnymi, pogrążonymi w swych obsesjach mieszkańcami, czarny dom Liv i wreszcie Grimus z Kamienną Różą.
    Większa część fabuły związana jest z Wyspą Cielęcą. Oczywiście nawiązuje ona do biblijnego fałszywego idola wskazując Grimusa, władcę wyspy, jako demiurga, boga ułomnego. Chyba jednak jest bardziej istotne, że miejsce to jest wyspą. Dlaczego nie górską kotliną, lub niedostępnym płaskowyżem? Oczywiście, można rozważać wyspę jako archetyp miejsca izolowanego (słowo izolacja nawiązuje do łacińskiego insula, czyli wyspa), lecz to akurat wynika z morskich korzeni naszej kultury. Bardziej wydaje mi się być to związane z faktem, że powieściowy przewodnik nosząc imię Wergiliusza namiętnie cytuje i nawiązuje jedynie do Shakespeare'a. Nie dawało mi to spokoju przy aktualnej lekturze, aż do momentu, gdy w rozmowie na zupełnie inny temat ktoś wymówił jedno, nietypowe imię: Prospero. Bo też „Grimus” jest trawestacją „Burzy”. Cudną, bo nienachalną. Nienachalną do tego stopnia, że niedostrzegalną w pierwszym czytaniu.
    Jest jeszcze jeden schemat, według którego można oczytać tę powieść. To schemat „Zamku” Kafki. Trzepoczący Orzeł w charakterze geometry i Grimus jako Klamm. Ale wyłom w schemacie następuje w momencie konfrontacji i można byłoby to potraktować jako alternatywne zakończenie „Zamku”. Autor na pewno nie miał na myśli nawiązania do Kafki, ale spodobała mi się taka zabawa w poszukiwanie wzorca, którego tam autor nie zawarł.
    To trochę jak dziecięca zabawa w odkrywanie znajomych kształtów w poszarpanych konturach chmur. To wyrwanie się ze szkolnego schematu „co autor miał na myśli” i dopasowywania swoich myśli do edukacyjnego klucza wbrew własnym odczuciom. Czy wolno mi tak uczynić? Czy nie jest niczym niestosownym doszukiwać się sensów, których w utworze nie przewidziano? Samo zadanie tego pytania jest objawem spętania umysłu. A dlaczego nie?! Czytelnik, według teorii, które wspiera profesor Umberto Eco, jest niezbędnym podmiotem semiozy i nieomal równouprawnionym autorowi. Innymi słowy: autor pisze utwór jako znak mający przekazać jakąś informację, niepełną, konieczną do dopełnienia przez kontekst i doświadczenie czytelnika modelowego, a czytelnik empiryczny, zgodnie ze swoimi uwarunkowaniami odczytuje utwór. Nie zawsze (a raczej - prawie nigdy) nie jest to odczytanie doskonale pasujące do tego, co odczytałby czytelnik modelowy. No ale takie jest prawo czytelnika empirycznego - odczytać po swojemu i nadać swój sens. Oczywiście myśl ta może zawieść nas na manowce i w rezultacie czytelnik odebrawszy z utworu treść domniemaną, „nieautoryzowaną”, może się poczuć dotknięty i zwrócić przeciw twórcy. A z tym już nie ma żartów.
   O czym przekonał się autor „Grimusa”, gdy po interpretacji innej jego powieści za jego głowę wyznaczono cenę dwóch milionów dolarów. Kurs tejże głowy ostatnio wzrósł o ponad połowę.

PS.
Do „Grimusa" pewnie kilka razy wrócę, gdyż jest ta powieść świetnym modelem do ukazywania pewnych mechanizmów.

czwartek, 1 listopada 2012

(Nie) wszystkie szczęśliwe powroty

Jako że rok 2012 już nam się chyli ku końcowi, zaczynają się pojawiać różne myśli podsumowujące. Z mojej perspektywy jako ważne oceniam dwa „powroty”: Ridleya Scotta do świata „Obcego” i DEAD CAN DANCE do szerzej pojętego świata muzyki, zarówno poprzez wydanie nowej płyty, jak i trasę koncertową.
   Jak to jednak bywa z wiadomościami, jedna jest zazwyczaj trochę gorsza od drugiej. Nie to, żeby zła. Po prostu... niedobra. I od niej zaczniemy.
    Początek „Prometeusza” jest intrygujący – planeta, ale nie wiemy jaka, humanoid, ale nie człowiek. Co robi? Połyka dziwną substancję nad brzegiem wodospadu. Wodospad niczym nie przypomina tego z „Błękitnej laguny” - szara woda przetacza się z hukiem po szarych skałach. Szare jest także niebo. Humanoid przełknął wszytko do końca i... umarł. Zginął w męczarniach strawiony dziwną, czarną substancją, którą połknął. Jego szczątki wpadają do wody i w ujęciu kojarzącym się ze wstawkami animowanymi do serialu „Dr House”, zaczynają tworzyć molekuły DNA. Zawdzięczamy mu życie. Ale... czy on się poświęcił? Czy został zdradzony? Nie dowiadujemy się tego, gdyż akcja się przenosi na małą skalistą wysepkę, gdzie grupa archeologów odkrywa malunki w jaskini... I od tego momentu jest źle. Fabułka staje się cienka jak zupa na festynie: od razu znajduje się multimiliarder, który za zylion dolarów wystawia statek kosmiczny, zbiera super-grupę naukowców i oddaje ich pod komendę swojej córki, sam zaś (uwaga, spojler!) zaszywa się na statku „pod podłogą”, aby wyskoczyć jak diabeł z pudełka w odpowiednim momencie. Choć słowo „wyskoczyć” może nie pasuje do stuletniego człowieka na wózku inwalidzkim. Tymczasem cała ekipa dolatuje sobie na planetę docelową bez przeszkód w atmosferze nawiązań do wcześniejszych części (jak choćby rzut piłką do kosza) i klasyków kinematografii (android oglądający „Lawrance'a z Arabii” w pomieszczeniach o wystroju z „2001 Odysei kosmicznej”). Na planecie od razu znajdują coś między Kopcem Kościuszki a trackim kurhanem i zaczynają się zachowywać jak wycieczka zakładowa, a nie wyprawa naukowa. Ściągają hełmy, skoro tylko wiadomo, że skład atmosfery jest dobry. Nikt nie myśli o wirusach, prionach, dziwnym nano i tym podobnych – po co. Członkowie ekipy łażą jak chcą, oddzielają się od grupy jakby to była wycieczka do marketu. Gubią się w prostych korytarzach, głaszczą obce formy życia, mimo, że śmiertelnie się bali chwilę temu wszystkiego. Leje się alkohol, zdarza się przygodny seks, a podstępny android bezwzględnie wypełnia zamierzenia swego zleceniodawcy, aż do jego śmierci. I niemal swojej – w ramach nawiązań do poprzednich części obowiązkowo ktoś musi mu urwać głowę. Potem nagle staje po drugiej stronie barykady i pomaga głównej bohaterce, którą wcześniej urządził makabrycznie chcąc z niej uczynić matkę czegoś w rodzaju kałamarnicy (roboczo zwanej na forach internetowych „Cthulhu”). Bohaterka na szczęście jest zaradną niewiastą i przy użyciu jakiejś megazaawansowanej technologicznie maszynerii medycznej z oprogramowaniem przystosowanym jedynie do obsługi mężczyzn (sic!) robi sobie cesarkę, usuwa Cthulhu, a maszyneria za kolejne pół zyliona zielonych zszywa ranę czymś w rodzaju zszywacza tapicerskiego. Już kilka minut potem, bohaterka z tymi zszywkami w brzuchu niczym jakiś frankensteinoid Eda Wooda biega po korytarzach.
   No i ogólnie jest kiepsko. I dialogi niedobre. Bardzo niedobre dialogi.
    Rozczarowanie.
    A jednak coś w tym filmie jest. Gdyby tylko Scott nie wziął do pisania scenariusza pryszczatego nastolatka, którego jedyny kontakt z science-fiction stanowiła kreskówka „Laboratorium Dextera”, byłby ten film wielki. Jest tam potężny potencjał obudzony sceną z czołówki i sugerowany motywem krzyżyka noszonego przez główną bohaterkę.

Zdecydowanie na drugim biegunie plasuje się powrót DEAD CAN DANCE.
    Wieść o powrocie duetu Gerard-Perry do wspólnego i aktywnego życia muzycznego wzbudziła moje szczere zdziwienie, niedowierzanie i lekką obawę. Kierunki, w które udali się jeszcze przed rozpadem DCD, były tak rozbieżne, że raczej uwierzyłbym w restytucję THE SEX PISTOLS z Glenem Matlockiem na basie, niż w nową, dobrą płytę DCD.
    Z resztą pierwszy kontakt z „Anastasis” moje obawy podsycił. Rozpoczynający płytę „Children of the Sun” wydał mi się tak naiwny muzycznie i tekstowo, że obawiałem się najgorszego. Wokal Perry'ego wpadający w melorecytację brzmiał „jak zwykle”, nie wnosząc nic nowego. Kolejny utwór, „Anabasis”, przypadł Lisie Gerard i jako taki w całości mógł się znaleźć na jej płycie „Duality” z 1998 roku. Ładny, ale nie nowy. W „Agape” odnaleźć można było wyraźne ślady muzyki sefardyjskiej – zgodnie z deklaracjami zespołu o śródziemnomorskich akcentach na płycie. Ale i tak utwór w pierwszym słuchaniu przegrałby z „Sacred Shabbat” LOREENY MCKENNITT. Znana z radia „Amnesia” nie wzbudziłą zachwytu. Potem już „Kiko”, reklamowany przez kolegę jako megahit „Opium”, dziwny „Return of the She-King”, który mogłaby nagrać ENYA i na koniec „All In Good Time”, który jest stylistyczną kalką z „Archangel” z brendanowej płyty „Eye of the Hunter”. Dobranoc. Rozczarowanie? Niedosyt. Ręka sama znalazła klawisz „play”. I potem jeszcze raz. I jeszcze raz.
    To coś tkwi pod powierzchnią. Ukryte niczym nasiono czekające wody, by wykiełkować. Oczarować najpierw prostą zielenią, aby na koniec oszołomić barwą kwiecia i feerią tropikalnych zapachów. Wszystkie dźwięki są doskonale dobrane, aranżacje – perfekcyjnie wyważone, głosy stłumione, by nie dominować pasaży dźwięków budujących wizje, które niewolą zmysły niczym tytułowe opium. Nie pozwalają bez siebie żyć.
   Ktoś powiedział, że pisać o muzyce, to jak tańczyć o architekturze. Muszę więc tonować niezdarne podrygi, którymi próbuję wysłowić majestat gotyckiej katedry – prostej w swojej bryle, lecz zniewalającej w detalu i pozwalającej przez długie dnie kontemplować doskonałość jej proporcji. Fachowcy mówią o zastosowaniu w „Kiko” rytmu 6/8 wywodzącego się bodajże z Maghrebu. Inni wskazują na oczarowujący – jak zwykle u DCD – efekt miejsca nagrań. Albowiem studio w Quivvy, stary, zdesakralizowany kościółek anglikański, jest już od lat dodatkowym instrumentem w niemałym arsenale Brendana Perry. Nie bezpośrednio – nikt nie siedzi okrakiem na dachu, by walić weń jak w bęben. Ale charakterystyczny „ciemny pogłos” w studyjnych utworach zawdzięczamy właśnie akustyce tego miejsca.
   Końcowy odbiór płyty wygląda już zgoła inaczej: zakręcona melodia wpleciona w „Children of the Sun” towarzyszy mi od porannego mycia zębów do późnego wieczora. Wszystkie sekrety rytmiki „Anabasis” dają kopa niczym poranna, podwójna kawa. A gdy chcę sobie zrobić ucztę, wtedy słucham/nucę/podśpiewuję „Opium” i na koniec, zwieńczeniem lektury płyty, strzelistą wieżą katedry i wspaniałą podróżą przez pustynię okrytą rozgwieżdżoną nocą jest „Kiko”.
    Co mogę rzec więcej, prócz tego, ze jestem oczarowany? Mogę wszystkim malkontentom spodziewającym się kolejnego „Wihin the Realm of Dying Sun” odpowiedzieć: „Within the Realm...”, mimo że najbardziej rozpoznawalny album zespołu, był tylko jednym z przystanków podróży muzycznej. Karawana idzie dalej. Muzycy, którzy mają za sobą długie lata solowych doświadczeń dokonali cudownej ich fuzji i zaoferowali płytę, która jest syntezą wszystkiego (lub przynajmniej sporej części tego) czego się nauczyli od czasu swego rozstania w 1998 roku. Po czternastu latach dostaliśmy perłę wśród płyt DCD, gdzie Lisa i Brendan pokazują, że są artystami przez wielkie i złote „A”. Nie szokują, nie szukają nowych granic. Za to perfekcyjnie władają materią muzyki. Ci, który szukają kolejnego „Within the Realm...” odsyłam do szwedzkiej grupy ARCANA, która wyspecjalizowała się w produkcji klonów Czarnej Płyty. Tych, którzy twierdzą z przekąsem, że to nie homogeniczna płyta, lecz jakby siłowe połączenie utworów każdego z artystów osobno, muszę oświecić, że już po „Spleen and Ideal” właśnie tak było. I nikomu to nie przeszkadzało, gdy powstawał „Into the Labyrinth”, „Aion” i „The Serpent's Egg”. I „Within the Realm...” także.
    Rekapitulacja?
    Rok 2012, rok Wodnego Smoka w kalendarzu chińskim, przyniósł nam dwa powroty, a w każdym z nich potencjał na długą, dalszą drogę. Prawda, że w pierwszym przypadku Scott postanowił zarżnąć swój pomysł niepoważnym scenariuszem, ale – wiedząc o następnych częściach – mam nadzieję, że się opamięta. W drugim przypadku mam nadzieję, że artyści nie zaprzepaszczą tak dobrego początku. Już teraz w wywiadach zapowiadają zimową pracę nad nowym albumem, a w przyszłe lato – powrót do Polski, tym razem nie na jeden koncert, lecz kilka.
    To był dobry rok.

But the spirit of life keeps us strong
And the spirit of life is the will to carry on
DEAD CAN DANCE „Spirit”

piątek, 26 października 2012

Archipelagi

Zazwyczaj przyjmujemy, że cieśniny dzielą wyspy, a drogi łączą miasta. Myśląc o drogach, które dzielą wpadamy w dyskomfort myślowy rozpatrując drogę jedynie w jej jednowymiarowym, abstrakcyjnym aspekcie komunikacyjnym. Podobnie, będąc istotami lądowymi, myślimy o przestrzeni wody jako oddzielającej wyspy. Tymczasem już taka Wenecja, czy Amsterdam każą nam zastanowić się, czy kanały dzielą wyspy, czy je łączą? Oczywiście wtedy zmieniamy optykę nazywając (ach, słodkie jarzmo języka!) kanały „drogami wodnymi”. A jak nazwać w dziedzinie inżynierii lądowej drogi, które dzielą?
    Obiecałem sobie solennie zakładając tego bloga, że nie ruszę tematu polityki. Mam nadzieję, że przyrzeczenia tego dotrzymam wspominając tylko informację podaną przez Noama Chomsky'ego w „Interwencjach” o eksterytorialnych autostradach budowanych przez Izrael na terenie Autonomii Palestyńskiej. Mają one, według autora, na celu maksymalne rozbicie terytorialne państwa palestyńskiego i uniemożliwienie integracji. Zatem istnienie dróg, których zadaniem jest dzielić pod pozorem łączenia, można przyjąć jako fakt.
    Jedną z powieści, które wywarły na mnie kolosalne wrażenie, jest bez wątpienia „Wyspa” nieodżałowanego J. G. Ballarda. Język autora jest chropawy i niewyszukany – żadne tłumaczenie żadnej z jego powieści tego nie jest w stanie zamaskować. Tematy, które Ballard porusza (przynajmniej w powieściach, które znam) są niesamowite, wydają się wydumane, ale czytelnik podskórnie zdaje sobie sprawę, że nie są nieprawdopodobne. I to jest właśnie to, co mnie u Ballarda urzeka – nie sama powieść, lecz to, w jaki sposób wpływa na nasze myślenie. To osobliwe zastanowienie „a jak ja bym postąpił na miejscu bohatera?”. I ręczę Wam, że przeciętny człowiek nie ma gotowych recept i wzorców. Wątpię, czy nawet Pałkiewicz, Grylls i Norris mieliby scenariusze przygotowane na sytuację, gdy zostajesz zamknięty w galerii handlowej zabarykadowanej przez fanatyków broniących faszyzującej subkultury a na zewnątrz trwa policyjne oblężenie („Królestwo nadchodzi”), czy uczestniczysz w ekologicznym proteście mającym na celu ratowanie tropikalnego atolu i nagle orientujesz się, że celem przywódcy jest eksterminacja... podwładnych („W pośpiechu do raju”). Albo wypadasz z autostrady na tytułową wyspę na jej węźle i przez zbieg okoliczności pozostajesz tam zdany na siebie, a wszyscy szukają Cię wszędzie indziej, niż na kilkukilometrowym odcinku łączącym (dzielącym?) miejsce Twego zamieszkania od miejsca Twej pracy. Oczywiście, zaraz ktoś powie, że to taki Robinson Cruzoe. No i nie sposób się nie zgodzić. Jest pewne ale. Ballard napisał książkę tak, że w pewnym momencie ogarnia czytelnika wrażenie, że nic tam nie dzieje się prawdziwie, lecz są to halucynacje bohatera, który z mózgiem na asfalcie dogorywa po inicjującym powieść wypadku. To, co się przydarza bohaterowi jest dziwne, groteskowe, wynaturzone, chore. No dobrze, chyba przesadziłem z epitetami, bo zaraz ktoś będzie chciał pomyśleć o „Wyspie” jak o wytworze Lovecrafta, lub przynajmniej Barbie Gill Graynor.
    Wracamy do naszej bohaterki. Tak, tak, bo to nie Robert Maitland jest naszym obiektem zainteresowania, lecz wyspa, na której się rozbił.
    Gdy czytałem tę powieść w latach 90. XX wieku nie mogłem sobie do końca wyobrazić miejsca akcji, niczym Awerroes, który nie mógł poradzić sobie z pojęciem komedii. Przyczyna była konkretna i ta sama, co u Ibn-Ruszda – brak bezpośredniego doświadczenia. Wiedziałem jak wygląda skrzyżowanie bezkolizyjne i wyobraziłem sobie duże (jak na moje wyobrażenie) skrzyżowanie, z czterema odpowiednimi wyspami ulokowanymi w drogowej „koniczynce”. No i nie wiedziałem, dlaczego (nawet biorąc pod uwagę stan zdrowia Maitlanda, trudności terenowe, czy co tam innego) nie mógł się stamtąd wydostać, ale mógł spędzić tam kilka tygodni. Ba, wydawało mi się, że większym moim problemem byłoby tam zostać, niż stamtąd uciec. Dopóki nie zastanowiłem się nad prawdziwym węzłem autostradowym.
    W Polsce, w chwili obecnej największym skrzyżowaniem autostrad jest węzeł Sośnica w Gliwicach. Największym, bo jedynym. Co nie znaczy, że obiektywnie nie jest duży. Wcześniej było tam węzeł łączący autostradę A4 z ulicą Pszczyńską. W tej chwili krzyżują się dwie autostrady: A4 i A1 oraz wspomniana ulica Pszczyńska (DK 44 w kierunku na Mikołów i Tychy). Powiem tylko tyle, że po przebudowie droga do pracy wydłużyła mi się o trzy kilometry. Czy to jest wyczuwalne? Wcześniejszy zjazd „ślimakiem” z wiaduktu na pas A4 jest teraz trzykilometrową drogą w labiryncie dojazdów, zjazdów i przejazdów. Wyjeżdżając z Gliwic w kierunku Katowic przemierzyć trzeba rondo na estakadzie i dwa duże wiadukty. W czasie, gdy piszę tego posta, na jednej z „wysp” we wnętrzu węzła trwa budowa jednego z największych w Polsce parków handlowych. A przypuszczam, że to skrzyżowanie jest nieduże w porównaniu do angielskich węzłów, których ofiarą padł ballardowski bohater. Bez obrazu tych hektarów łąk, lasów i czegoś w rodzaju śląskiego buszu (nieuporządkowanej plątaniny bzu, głogu, leszczyny i brzóz) moje wyobrażenie o miejscu, gdzie rozgrywa się powieść przypominało próbę ogarnięcia akcji „Złego” przez mieszkańca wsi Taplary z „Konopielki” Redlińskiego – wyobraziłby sobie Warszawę jako powiększone do monstrualnych wymiarów Taplary, gdzie mieszka kilkaset tysięcy ludzi, ale wszyscy się znają po imieniu i słuchają jednego sołtysa, a jak trza co zdecydować, to się w takiej wielkiej izbie zbiorom. Proszę nie myśleć, że piszę to o Sejmie! To nie jest blog o polityce!
    Czytając dziś „Wyspę”, zwłaszcza jej fragmenty, gdy Maitland widzi w nocy światła miasta, nie sposób się opędzić od myśli, że cała ta sytuacja byłaby niemożliwa w dobie telefonii komórkowej i policyjnych śmigłowców z szukaczami po milion luksów. Ale czy aby na pewno? Co się stanie, gdy komórka się rozbije? Co się stanie, gdy w wyniku zbiegu okoliczności wszyscy sadzić będą, że Twoja nieobecność to weekendowa ekskursja, chęć pobycia samemu ze sobą przy wyłączonej komórce? A co się stanie, gdy...?
    Jednak naprawdę ciekawe w „Wyspie” jest dla mnie coś innego – zmiana percepcji. Podobnie jak w przypadku „Niewidzialnego popiersia Woltera”, o którym już wspominałem, tu następuje przesunięcie punktu percepcji przestrzeni. Normalnie postrzegamy pewne miejsca niczym wyspy: dom, praca, galeria handlowa, mieszkanie Stefana, gdzie spotykamy się na wódce... Drogi zaś stają się mostami, które je łączą. Tymczasem bohater „Wyspy”, a za nim czytelnik modelowy, przesuwają się ku pozycji, z której przestrzeń poszatkowana została drogami na archipelagi niepołączonych ze sobą wysp.
    Po lekturze „Wyspy” jazda po autostradzie nie będzie już taka sama. Węzły przestaną być dla nas li tylko połączeniem dróg. Dostrzeżemy w jaki sposób drogi dzielą ziemię, a strumienie samochodów są bardziej zdradliwe niż morskie prądy w cieśninach.


Fragmentacja jest prawem,
Jedności nie uczy się w szkole.
SONIC YOUTH „Making the Nature Scene”

piątek, 19 października 2012

Na Dzień Nauczyciela - postękiwania starego zarozumialca

    Ponieważ blog powstaje zazwyczaj w jakiejś relacji do czasu jego tworzenia, więc pomyślałem, że napiszę jakiś tekst okolicznościowy o przyznanej na dniach literackiej nagrodzie Nobla. Albo o szkole z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Ponieważ jednak nie znam dorobku tegorocznego noblisty, a etap szkolnej edukacji mam już dawno za sobą, więc w umyśle zrodził mi się szatański w swej prostocie pomysł połączenia obu tematów w zawiesistym sosie staropolskiego narzekania na wszystko. Do dzieła!
    Zacząłem od przejrzenia listy osób nagrodzonych literackim noblem, a następnie odnalazłem za pomocą niezawodnej wyszukiwarki na „G” maksymalnie rozszerzoną listę lektur polecanych na maturę A.D. 2013. Wyszło jak zwykle – niezazbytnio.
   Do „najświeższych” obecnych w spisach lektur noblistów należą Polacy: Czesław Miłosz (nagrodzony w 1980 roku) i Wisława Szymborska (1996). Z „zagranicznych” to Hemingway (1954) i Camus (1957). Ani słowa o Grassie, Brodskim, czy Marquezie.
   Ja oczywiście rozumiem, że niektórzy dostali się do zaszczytnego grona noblistów właściwie ku zdziwieniu wszystkich (na przykład co w tej plejadzie gwiazd literatury robi Dario Fo, to zachodzę w głowę; dlaczego w takim razie nie dać nobla Eduardo Mendozie?), ale całkowite zamknięcie się szkół średnich na współczesną literaturę jest doprawdy karygodne.
    Oczywiście – programy są przeładowane, młodzież coraz bardziej ech-ta-dzisiejsza, ale, na VALISa, czy przypadkiem nie omawia się wciąż polskich czterech sążnistych powieści końca XIX wieku? Kolejno: „Nad Niemnem”, „Lalka”, „Potop”/”Quo Vadis” i „Chłopi”. Tak, oczywiście, „Quo Vadis” i „Chłopi” to noblowskie utwory. Ale czy nie można ich nieco przykrócić? Skoncentrować się na jakimś wyborze? Skoro potrafili pociąć „Dekameron” w dwunowelkowe gwizdek-wie-co, to i „Chłopów” by się dało jakoś skompresować. Czy współczesna, ech-ta-dzisiejsza młodzież jest w stanie zrozumieć niuanse zachowań Rzeckiego i Wokulskiego? Nie.
    „Za moich czasów”, jeśli mnie pamięć nie zmyla, śmiertelnie się nudziliśmy czytając niezrozumiałe dla nas zupełnie perypetie różnych Bohatyrowiczów i Judymów, z których rozterkami nie mogliśmy mieć nic wspólnego. Zastanawialiśmy się, dlaczego nasza polonistka usilnie chce, byśmy żyli problemami sprzed stulecia z okładem. Nie mogliśmy pojąć, po co przerabia się pod rząd trzy powieści Żeromskiego: „Syzyfowe prace”, „Ludzi bezdomnych” i „Przedwiośnie”. Bliższy już nam był Kordian, niż Cezary Baryka! Za to, gdy program języka polskiego dobrnął z nami szczęśliwie do Dwudziestolecia, to i Tuwim się nam podobał, i Awangarda, a Borowski i Herling-Grudziński wstrząsnęli nami do głębi. „Inny świat”, jak żadna inna lektura, był komentowany na przerwach i wstydem towarzyskim było tej książki nie skończyć. A było to technikum, pełne ludzi nie pióra, lecz lutownicy. Ileż bardziej byliby moi rówieśnicy zachwyceni, gdyby mogli „przerobić” „Mistrza i Małgorzatę”!... No ale cóż. Nie, to nie. Za to Żeromskiego przerabialiśmy pół roku.
   Ale nawet, gdybyśmy jeszcze rzutem na taśmę omówili Bułhakowa, kafkowski „Proces” i, nie wiem, może „Tango” Mrożka (najważniejszy dla mnie dramat polski, może kiedyś opowiem dlaczego), to i tak kończąc szkołę średnią o literaturze iberoamerykańskiej dowiedzieć się można było tylko z telewizji. Internetu nie było jeszcze „dla ludu”, ale za to w telewizji, miast „Gwiazd tańczących z talentami” emitowano „Ogród sztuk”, nieodżałowany program pani Kamili Dreckiej, który poszerzał nasze formowane lekcjami polskiego horyzonty.
   Dlaczego nie mówi się uczniom o tym, co pisane jest teraz?
    Ministerstwo, z cichym, zaciekłym, drobnomieszczańskim uporem godnym madame Dulskiej, okopało się w liście lektur nadających się jedynie do tego, by Gałkiewiczowi postawić pałkę. Bo tak jest wygodniej. Ustalić klucz mówiący co autor miał na myśli i w kółko nauczać tego samego, bo tak łatwiej, udając, że literatura zatrzymała się gdzieś w połowie dwudziestego wieku. Wytwarza się dziwna sytuacja społeczeństwa dwóch prędkości: z jednej strony ci, którzy zostali uformowani przez szkołę, z której wynieśli ognistą nienawiść do literatury, a z drugiej ci, którzy są z literaturą współczesną w miarę na bieżąco i przez to dla tych pierwszych już niezrozumiali. I mówi się, że ludzie nie czytają książek, więc pewnie tak musi być i nie ma co z tym walczyć, więc nie ma co modernizować programów nauczania, ani inwestować w nauczycieli. No i takie są rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie. Młodzież dorasta w przekonaniu, że nauczyciel, ten zmęczony człowieczek bełkocący zza katedry, że Słowacki wielkim poetą, jest niedorajdą życiową i trzeba unikać wszystkiego co się z nim kojarzy, by nie skończyć jak on. Przede wszystkim – nie czytać. Zwłaszcza, że ich zdaniem nie ma co czytać, bo wychodząc ze szkoły pamiętają Sienkiewicza i Mickiewicza. Oczywiście wśród nich są również ci, którzy szczerze chcą jeszcze coś dobrego przeczytać w życiu. I padają ofiarami pięćdziesięciu zmierzchów Graya.
    Pamiętam taką jesienną noc, gdy będąc abiturientem uczelni technicznej, siedziałem przed kominkiem w towarzystwie świetnego kabareciarza, laureata PAKI i artysty Piwnicy Pod Baranami, który na chleb zarabiał konferansjerką na otwarciu kolejnych McDonald'sów. Za aliantów mieliśmy butelkę wytrawnego wina i około hektolitra kawy. Była to jedna z cudowniejszych nocy, gdy prowadziliśmy spory o Jagiełłę, Kazimierza Wielkiego i pojęcie „polskości”. Dyskutowaliśmy o książkach, powieściach, dramatach, reżyserach i aktorach. Przy czym przez większość czasu on mówił, a ja słuchałem. I tak, po tej nieprzespanej nocy, w liście moich lektur znalazły się (między innymi) utworzy A. Gide'a, o którym na lekcjach polskiego nie miałbym szansy usłyszeć. Nie chcę, by elementami wyposażenia klas były stojaki na butelki i ekspresy do kawy. Raczej marzę o tym, żeby nauczyciel potrafił wskazać uczniom ciekawe lektury. Zamiast wstawiania ocen za recytację "Ody do młodości" przedstawić Wojaczka. Chwyci na pewno: "Chodzę i pytam" Elektryczne Gitary przetworzyły na rewelacyjny, rockowy kawałek. Był hitem. Nuciliśmy go w drodze ze szkoły do domu. Ale idźmy dalej.
   Skoro powszechnie wiadomo, że ludzie nie lubią zbyt złoconych pomników, dlaczego nie powiedzieć, że Shakespeare, będąc największym dramaturgiem anglosaskim, pisał pod publiczkę. Nie był Wernerem Herzogiem teatru, lecz raczej Jamesem Cameronem, chciał zabawiać, a nie zbawiać. Dlaczego nie powiedzieć, że owszem, Sienkiewicz, Reymont, Żeromski, ale w tej chwili tworzy pisarz równie sprawnie władający piórem i o warsztacie, który. moim skromnym zdaniem, przewyższa starych mistrzów - Jacek Dukaj. Dlaczego nie opowiedzieć młodzieży o co tak na prawdę chodziło w krwawej aferze wokół "Szatańskich wersetów", ile przyniosła ofiar i jakie były konsekwencje?
    Żeby nie utrwalić się jako „onetoidowy hejter”, napiszę co uważam za stosowne uczynić, by rzecz naprawić.
   Primo, przywrócić prestiż zawodowi nauczyciela. Chór głosów już słyszę: „wiśta wio, łatwo powiedzieć”. Łatwiej, niż się przypuszcza. Gdy zawód nauczycielski zacznie nieść korzyści materialne, selekcja materiału dokona się niejako łatwiej, a prestiż wzrośnie zaraz potem. Trzeba tylko zacząć myśleć o nauczaniu (nieważne, czy polskiego, fizyki, czy wuefu) jako o inwestycji w zasoby ludzkie, a nie jako o opiece paliatywnej młodych umysłów. Niebezpiecznie dryfuję w stronę polityki, od której chcę tego bloga uchronić. Ale już wracam na poprzedni kurs.
   Secundo, w ramach nauczania języka polskiego przestać hołubić XIX wiek i poświęcić mu tyle czasu, co barokowi i renesansowi – zgoła niewiele. Wygospodarowany czas przeznaczyć na literaturę nam współczesną. Wszak nie mówimy o literaturze antycznego Rzymu, która jest zamkniętym rozdziałem (nie odkrytym do końca, ale nic nowego Cyceron już nie napisze), lecz o literaturze, która współbrzmi ze światem przez nas obserwowanym. Niech będzie nawet Stasiuk (choć go nie trawię, ale trawią moi koledzy), byleby młodzi mogli odnaleźć w literaturze siebie samych.
   Tertio, obowiązkową lekturą klasy maturalnej winna być pozycja napisana przez laureata literackiej nagrody Nobla z roku poprzedzającego. I nie może tu być egzegetycznych wykładów „co autor miał na myśli”, lecz jedynie wspólna z uczniami próba docieczenia tego. Nawet z „Małżeństwa otwartego” Dario Fo dałoby się wyciągać wnioski co do kondycji europejskiego modelu rodziny. Czego nie da się na przykład z „Tanga” Mrożka, które jest alegorią kultury, a nie obrazkiem rodzajowym, jak to chciała polonistka mojego kolegi, który uczęszczał do liceum.

Ultimo, zapamiętać trzeba, że – wbrew etymologii – uczeń nie potrzebuje, by go uczyć, ale by go zainteresować. A nauczy się już wtedy sam.

Nie ma większego bogactwa w narodzie nad światłych obywateli. 
Karol Wojtyła

piątek, 12 października 2012

Opętani językiem

Abu Al-Walida Muhammada Ibn Ahmada Ibn Muhammada Ibn Ahmada Ibn Ahmada Ibn Ruszda zwanego Awerroesem poznajemy gdy w swym domu w Marrakeszu od niechcenia pisze swoje najsławniejsze dzieło „Tahafut al-tahafut”, polemikę w obronie Arystotelesa. Lecz jego prawdziwym wyzwaniem jest próba przetłumaczenia arystotelesowskiej „Poetyki” na arabski. Dokładnie rzecz ujmując ma problem z tłumaczeniem pojęć tragedia i komedia. Nie ma zielonego pojęcia co te słowa mogą oznaczać. Ba, nikt w świecie islamu nie ma nawet cienia przypuszczenia. Słowa te są enigmatyczne jak tohu wa bohu w pierwszych wersetach Księgi Rodzaju.
    Awerroes jest mądry. Wie, że odpowiedź może być niezmiernie blisko. Patrzy więc przez okno na dzieci bawiące się w meczet: jedno naśladuje muezzina, drugie wiernego, trzecie, niosąc pierwsze na ramionach, jest minaretem. Potem idzie na spotkanie do Faradża – prominentnego badacza Koranu, u którego towarzystwo rozmawia na temat wyobcowania, poezji i dziwnych zwyczajów mieszkańców kraju Sin (obecnie znanego nam jako Chiny). O tych ostatnich opowiada Abu'l-Kasim, który zawitał tam do domu z malowanego drewna, w którym grupa piętnastu lub dwudziestu osób modliła się, śpiewała i przemawiała.

Byli więźniami, ale nie dostrzegało się krat; galopowali, ale nikt nie dostrzegał koni; walczyli, ale miecze były z trzciny; umierali, a potem znowu podnosili się z ziemi.
- Czyny szalonych – powiedział Faradż – przekraczają przewidywania roztropnych.
- Nie byli szaleńcami – pospieszył wyjaśnić Abu'l-Kasim – Przedstawiali, jak mi powiedział jeden z najemników, wydarzenia.
Nikt nic nie zrozumiał, ani nawet nie usiłował zrozumieć.
J. L. Borges „Dociekania Awerroesa”

Pozostawmy w tym miejscu naszego bohatera, by przyjrzeć się spokojnej, statecznej rodzinie, która właśnie smacznie śpi.
   Przygotujcie się na poważny przeskok, gdyż z rozgrzanego słońcem Marrakeszu przeskakujemy od razu w spowitą polarną nocą Dolinę Muminków. Jak przypuszczam szok mentalnego przejścia od człowieka, który uratował Arystotelesa dla filozofii zachodniej, do postaci z opowieści dla dzieci jest równie wstrząsający, co ewentualny szok termiczny dla prawdziwego podróżnika.
    Tymczasem rodzina Muminków stoi przed poważnym wyzwaniem. Zostali obudzeni w środku zimowego snu przez zaaferowanego Paszczaka, który twierdził, że idzie jakaś Wigilia. Pojęcie to Muminkom jest równie obce jak Awerroesowi pojęcia tragedia i komedia. Gorzej – dla Awerroesa jest to rodzaj intelektualnego wyzwania, natomiast dla Muminków może być to kwestia życia i śmierci. Wszyscy dookoła biegają tak zestresowani i zachowują się tak irracjonalnie, że niemożliwym wydaje się inna interpretacja wydarzeń niż przygotowanie na zbliżający się kataklizm lub co najmniej potwór. (Aczkolwiek w naszej kulturze zawsze przygotowania do Bożego Narodzenia mają w sobie coś z reżyserowanego kataklizmu.) Muminki postanawiają się dowiedzieć jak najwięcej o grożącym niebezpieczeństwie, by móc się na nie jak najlepiej przygotować. Ciotka Paszczaka ciągnąc świerk na saniach każe im znaleźć choinkę nim się ściemni, co sugeruje, że niebezpieczeństwo nadejdzie wieczorem. Wybierają dużą choinkę domniemywając, że konieczne będzie schowanie się w niej. Z Gapsy wyciągnęli, że choinkę trzeba ubrać. Mama już martwiła się, że nie mają tak wielkich ubrań, lecz na szczęście jakieś stworzonko podpowiedziało, że oznacza to udekorowanie ładnymi rzeczami. Sytuacja zaczyna się klarować.

- Przez chwilę bądźcie cicho i pozwólcie mi pomyśleć – powiedział Tatuś. - Jeżeli choinka ma być przystrojona, i to najładniej, to chyba nie po to, żebyśmy się mieli w niej ukrywać przed jakimś niebezpieczeństwem, ale chyba po to, żeby je raczej przebłagać. Zaczynam rozumieć o co tu chodzi.
T. Jansson „Choinka”

No, brawo, brawo. Frazer i Eliade, a może nawet Levi Strauss, byliby z niego dumni. Co gorsza, sylogizm Tatusia Muminka jest tak poprawny, że znając pierwotny kontekst choinki, zastanawiam się, czy wnioski wyciągane przez nich wobec obcych kultur nie są równie trafne, co choinkowe egzegezy małego trolla.
    Zarówno Awerroes, jak i rodzina Muminków zetknęli się z Nieznanym. Z czymś co mieści się poza ich kulturą. Kultura i język są ze sobą nierozerwalnie związane. Wszystko co zostanie wciągnięte w obszar kultury zostaje osadzone w jakimś kontekście i oswojone poprzez nazwanie.
    Nazywanie rzeczy jest najważniejsze. Nazywanie rzeczy daje nam wrażenie panowania nad nimi. Jest to w człowieku tak głęboko zakorzenione przekonanie (wcale nie twierdzę, że fałszywe), że już w Księdze Rodzaju Bóg przyprowadza Adamowi zwierzęta, by je ponazywał i nimi władał. Ursula Le Guin opiera zasady magii Ziemiomorza na znajomości tak zwanych „prawdziwych imion rzeczy”. Gdybyśmy poznali prawdziwe imię choćby kubka z kawą, który teraz stoi obok mnie, moglibyśmy go powiększyć, zmniejszyć, skłonić do latania lub kazać mu zniknąć.
    O powiązaniu władzy i nazywania wiedział dobrze Duerrenmatt. Czy miał tego świadomość, czy była to wiedza intuicyjna – trudno mi rzec. Lecz spójrzcie na zachowanie Klary Zachanassian, demonicznej Starszej Pani, która składa wizytę w swym rodzinnym miasteczku. Posiada w sensie prawnym całe miasteczko, ma szacunek mieszkańców, ma ich podziw, rozkazuje im co mają myśleć i jak postępować. Jest w stanie nakłonić ich do popełnienia zbrodni i nazwania jej „urzeczywistnieniem sprawiedliwości”. Okalecza fałszywych świadków i zatrzymuje pociągi ekspresowe na podrzędnej stacji. Ale, co uderzające, zmienia ludziom imiona. Zaczynają nosić idiotyczne miana z jednej sztancy: Koby, Loby, Toby, Noby, Roby, a nawet sędzia, przedstawiciel władzy wymierzającej sprawiedliwość, staje się jej ochmistrzem o imieniu Boby.
    Z kart historii wyłania się ku nam pochód Aleksandra przez Azję i jego podobne postępowanie wobec kultów. W każdym napotkanym bóstwie Grecy szukali swoich bogów. I tak Kybele stała się Artemidą, Marduk – Zeusem i dalej w ten deseń. Greków nie interesowały aspekty właściwe Mardukowi. Zauważyli jego podobieństwo do Zeusa i resztę odrzucili.
    Nazwać to objąć we władanie. Wciągnąć w obręb swego świata. Pojąć. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że na nazywaniu się nie kończy. Chodzi o całą percepcję świata. Jest obszar Znanego i obszar Nieznanego. Czy istnieje dla człowieka obszar Niepoznawalnego? Castaneda twierdzi, że tak. (Castaneda wyłazi nam w naszych rozważaniach tak często, że trzeba będzie mu poświęcić osobny post.) W swej książce „Wewnętrzny ogień” wkłada takie słowa w usta don Juana Matusa:

- Jednym z najwspanialszych przeżyć nowych widzących była chwila, gdy odkryli, że nieznane to po prostu emanacje odrzucone przez pierwszą uwagę. (…) Z kolei niepoznawalne to wieczność (…)
C. Castaneda „Wewnętrzny ogień”

Ponieważ dziwaczny aparat pojęciowy Castanedy nie jest powszechnie znany (żadna szkoda), więc pokuszę się o przekład:
   „Jednym z najwspanialszych odkryć meksykańskich czarowników nowej generacji było to, że Nieznane to po prostu te obszary otaczającej nas rzeczywistości, które nie znajdują się w obszarze naszej percepcji. Z kolei Niepoznawalne to cała reszta, która nie mieści się w opisie, czy pojmowaniu. Którego istnienie można jedynie dopuszczać do myśli.”
    Czyli mamy trzy strefy: Znane (co znamy) i Nieznane, między którymi granicę możemy przesuwać, i Niepoznawalne, którego nigdy nawet nie dotkniemy. Granicę miedzy Znanym i Nieznanym można przesuwać, albo prawdziwie (doświadczając czegoś), albo fałszywie - tłumacząc go elementami należącymi do dziedziny Znanego. Nazywając. Tragedia i komedia były dla Awerroesa elementami Nieznanego. A właśnie – co u niego? Jak wybrnął z problemu tłumaczenia? Cytując Pakosę – niezazbytnio.
    Mając w ręku potrzebne klucze (dziecięcą zabawę i opowieść o chińskim teatrze), nie zauważa ich. Myli wskazówki i odpowiedzi. W końcu zapisuje:

Aristu [Arystoteles] nazywa tragedią panegiryki, komedią zaś satyry i anatemy. Na stronicach Koranu i w muallakach Świątyni roi się od przecudownych tragedii i komedii”.
J. L. Borges „Dociekania Awerroesa”

W ostatecznym rozrachunku Awerroes nie dokonał więcej od Tatusia Muminka.

Po co ja w ogóle o tym piszę? Ku przestrodze. I nauce pokory.
    Jeśli ktoś się pobłażliwe spogląda na problemy Ibn Ruszda czy Muminków z pojęciami względnie oczywistymi, niech się zastanowi, ile razy sam postąpił podobnie (lub gorzej) z pojęciami, które chciał zrozumieć, lecz nie był w stanie, gdyż należały one do kontekstu obcej kultury. Sam jestem na to uczulony, gdyż pewne rzeczy dotyczą moich rejonów zainteresowań, a gdy słyszę, że chińskie słowo qi (czyt. [ći]) oznacza „energię”, a zen to „spekulatywna szkoła filozofii buddyjskiej”, to zalewa mnie krew. Na razie w przenośni.
    Nie jest to znak jedynie naszych czasów, gdyż już Mickiewicz, mimo fascynującego przekładu kasydy Asz-Szanfary, popełnił później utwór wierszowany ze zwrotkami i refrenem, który z uwagi na pustynne tło nazwał też kasydą. Arabscy sza'ir z okresu Dżahiliji zabiliby go śmiechem. Jednak dopiero dwa pokolenia po Mickiewiczu urodził się człowiek, który mógłby mu wytłumaczyć jakie warunki musi spełnić utwór liryczny by móc nazwać go kasydą. Podobnie Mickiewiczowi teraz zachowują się młodzi poeci sądzący, że skąpiąc słów wierszom mogą nazywać je haiku.
    Dziś nauka wciąż stoi przed problemem rozwikłania znaczenia pewnych słów. Na przykład jedną z klas społecznych wymienionych w Kodeksie Hammurabiego są muszkenum. Nie wiadomo jednak kim do końca byli. Wiadomo, jaki był ich status prawny, lecz nie wiadomo jaki był ich status kulturowy (np. prestiż społeczny, pełnione funkcje). Są pewne przypuszczenia. Mam na ten temat także pewną swoją hipotezę, ale jej nie przedstawię. Tylko dlatego, że spojrzawszy na nią z dystansu okazało się, że jest ona jedynie odbiciem mojej wiedzy na temat obecnego, europejskiego systemu prawnego.
    Jesteśmy podobni borgesowskiemu Awerroesowi, który poczuł lęk przed wyobrażeniem pustyni wielkiej na dwakroć czterdzieści dni drogi: jak on ulegamy magii opowieści o egzotycznych krainach i łatwiej nam odczuć pokorę przed odległością roku świetlnego, niż wyobrazić sobie, że pojęcia, o których słyszymy są dalsze naszemu pojmowaniu niż centrum galaktyki. Wolimy żyć w świętym przekonaniu, że wszystko jesteśmy w stanie zrozumieć, bo wszystko jesteśmy w stanie spętać swoim językiem.

Zadanie domowe – czy to my posiedliśmy język, czy też język posiadł nas?

piątek, 5 października 2012

Zagrajmy w strach (cz. II)

Zatrzymaliśmy się w ostatnim poście na analizie nie-swojości i jej aktualnym, bestsellerowym wcieleniu, czyli grze „Slender”. Można skonkludować to zdaniem: „Szukamy nowych źródeł strachu w sztuce”.

    No dobrze. Ale po co? Po co w ogóle się interesujemy tym, czego się boimy? Powinniśmy tego unikać. Prosta logika wskazuje, że unikamy rzeczy niemiłych – potraw zbyt ostrych, dźwięków zbyt głośnych, temperatur zbyt wysokich/niskich. Unikamy kopnięć prądem i trucizn. Powinniśmy unikać także strachu.
    Osobiście opowiadam się za opcją, że lubimy się bać, gdyż pomaga nam to strach pokonać. Uzasadnienie? Pozwólcie, że w telegraficznym skrócie opowiem wam o wampirach.
    Budzący lęk ohydny stwór, zmarły wychodzący nocami z grobu, by żywić się krwią rodziny i sąsiadów przeszedł długą drogę, by z potwora stać się kiczowatą przytulanką.
   Mieliście kiedyś do czynienia z martwym ciałem? Martwe ciało wzbudza podświadomie uczucie nie-swojości. Zwykliśmy człowieka postrzegać jako ciało, a tu zostaje ciało pozbawione człowieka. Do tego dochodzi cały szereg biologicznych efektów rozkładu ciała. Albowiem ciało zaczyna się rozkładać już kilka minut po śmierci. Pierwszy ulega mózg. Potem inne tkanki miękkie. Środowisko flory jelitowej traci stabilność, co skutkuje wytwarzaniem gazów. Do tego dochodzi przechodzenie od wiotkości ciała do jego stężenia i na powrót zwiotczenie. A jeśli jeszcze uchyli się powieka i ujrzeć będzie można eliptyczną źrenicę... No cóż. Fantazmat wampira miał swoje konkretne źródła. Toteż i ludowy wampir (serbski), czeski upir, lub nasz upiór był raczej bliższy temu co w literaturze fantasy jest określane jako strzyga lub strzygoń – potwór zdecydowanie odstręczający w przeciwieństwie do Edwarda Cullena.
    Metody obrony też nie odejmowały nic z makabry zjawiska wampiryzmu. Choć właściwie trzeba nazwać je prewencją wampiryczną, a nie obroną. Nie wiem, czy ktoś się z wampirem ganiał, raczej starano się zapobiec jego atakom albo niezwłocznie po śmierci, albo rozkopując jego grób za dnia. Jakoś nie przypominam sobie doniesień o wioskowych mano a mano ze strzygą. Jakie zatem czynności prewencyjne podejmowano? Prócz znanego nam przebicia klatki piersiowej kołkiem w celu przybicia ciała do gruntu bądź trumny, należało (w zależności od regionu) odrąbać głowę zmarłemu, spalić ciało (pamiętajcie, że nie było krematoriów – ciało płonęło na stosie na wolnym powietrzu wydzielając gryzący dym, skwiercząc, a po wszystkim należało uprzątnąć niespopielone szczątki) lub - co po tej wyliczance brzmi prozaicznie – przebić czaszkę żelaznym gwoździem. Proszę Was, byście się na chwilę zatrzymali, by wyobrazić sobie, że po śmierci kogoś ze swej rodziny musicie (wszak cała wioska patrzy na Was) własnoręcznie dokonać którejś z powyższych czynności.
    No i ten wytwór ludowej demonologii stał się obiektem zainteresowań sztuki. Najpierw wysoko: Goethe, Byron, Le Fanu, Dumas. Z natury swej pisarze ci nie akceptowali powalanego błotem umrzyka w charakterze bohatera literackiego, toteż ich wampiry są już arystokratami i arystokratkami. Potem już wampir schodzi niżej – Stoker, Benson, Grabiński, King. Można rzec, iż ich wampiry mają już łaty naszyte na łokciach. Są bliżej, są bezpośrednie, mogą nas dotknąć, w przeciwieństwie do niedostępnych arystokratów. Byronowski lord Ruthven nie zastuka do Twojego okna, jak to robi postać w „Miasteczku Salem”. W kinie także z wyżyn niemieckiego ekspresjonizmu zszedł do sztuki rozrywkowej – aż do komedii (Polański i Brooks nie byli wyjątkami) i kabaretu. Ba, nawet do „Ulicy Sezamkowej”, gdzie spotykamy postać o imieniu Count von Count. Sympatyczny wampir uczy cyferek z uwagi na kalambur występujący w języku angielskim, gdzie słowo count oznacza liczyć i hrabia. A w kulturze stokerowski Dracula tak się zakorzenił, że teraz Amerykanie sądzą, iż każdy hrabia to wampir mając te pojęcia za synonimy.
    Ale dlaczego wampir trafił do komedii? Z przesytu. Było go na tyle dużo w sztuce, że przestał straszyć, zaczął bawić. Już nie skomentuję tak zwanego „fenomenu 'Zmierzchu'”. Lęk przed wampirem legł w gruzach. Pokonaliśmy go. Score one for the good guys.
    To samo ale w zdecydowanie szybszym tempie obserwujemy obecnie. Wspomniałem o fenomenie Slendermana. W tej chwili, aby oswoić mem, miesza się go z aktualnie wiodącymi memami humorystycznymi, takimi jak koreański piosenkarz PSY wykonujący charakterystyczny taniec od tytułu piosenki zwany „Gangnam Style”. No i mamy animacje Slendermana tańczącego Taniec Jeźdźca i mamy screeny z gry „Slender”, gdzie zamiast Istoty Bez Twarzy spotykamy komicznie tańczącego Koreańczyka. Podejmujemy (jako ludzkość internetowa) grę ze strachem – ubieramy go w postać Slendermana, by go schwytać, i wyśmiewamy go każąc mu tańczyć, by go oswoić.
   Lubimy grać ze strachem, bo strach można pokonać. Oswajamy strach, gdyż strach oswojony umiera.

Każda gra zawiera ideę śmierci.
James Douglas Morrison

piątek, 28 września 2012

Zagrajmy w strach (cz. I)

Dawno temu poszliśmy w parę osób na seans „Blair Witch Project”. Mało kto wiedział czego się spodziewać. Ogólnie – horroru; szczególnie – filmu nietypowego, kręconego „z ręki” (a niektóre ujęcia, jak się okazało, wręcz „z nogi”), stylizowanego na dokument. Mieliśmy jakieś informacje na temat szczucia aktorów dziwnymi wydarzeniami, co miało spowodować efekt ukazania przed kamerą prawdziwego stresu, a nawet strachu. No i tyle. Zasiadając w czerwonopluszowej sali nie istniejącego już kina „Bajka” zwróciliśmy uwagę, że większość publiki spodziewała się jedynie tej ogólnej cechy: horroru. Innymi słowy – przyszli po rozrywkową krwawą kiszkę. Do tego grona zaliczało się między innymi czterech pijanych dżentelmenów siedzących trzy rzędy za nami. Byłem zirytowany ich zachowaniem żywiąc przekonanie, że zepsują tak zwany „klimat”. Nim film się skończył Bogu dziękowałem za ich obecność.
    Co się okazało. Film – dla tych co nie widzieli – w dużej części składa się z nic nie znaczących scen z życia piknikowego trapionego kolejnymi, feralnymi zdarzeniami. A to brak mapy, brak możliwości lokalizacji swego położenia, coś zginęło, ktoś zniknął, nikt się nie wyspał, bo coś szurało, ktoś krzyczał w nocy, etc. Sedno tkwiło w tym, że oglądaliśmy grupę naturszczyków, którzy przed kamerą prawdziwie się bali. Jeśli do tego dodamy fakt, że widz, mając do dyspozycji jedynie to, co widzi okiem kamery, a zatem to samo co przerażeni bohaterowie, nie jest w stanie racjonalnie wytłumaczyć ukazanych zdarzeń, to otrzymamy przepis na „zainfekowanie strachem”. Gorzej się dzieje jeszcze, gdy ktoś na sali zaczyna się bać. Pomijając teorie o wyczuwalnym podprogowo zapachu ludzkiego strachu, to pozostają (również podprogowo wyczuwalne) odgłosy przyspieszonego oddechu, mimowolne piski, komentarze wypowiadane drżącym głosem etc. A to dopiero „zaraża”. Tego na DVD nie będziecie mieli nigdy. Mówiąc krótko – po sali kinowej rozpędzała się prawdziwa fala najnormalniejszego w świecie zwierzęcego strachu. Jedynym falochronem była postawa wspomnianych „czterech wspaniałych”, który w miarę upływającego czasu coraz bardziej gubili się w rozumieniu nieskomplikowanej fabuły, za to coraz głośniej śmiali się i komentowali rozdygotane, szare kadry. I chyba tylko dlatego nie skończyło się jakimś wybuchem paniki, czy podobnego zjawiska. Nawet moja zaprawiona w horrorach koleżanka z zacięciem filmoznawcy dostała jakiejś adrenalinowej zadyszki. Doświadczenie było pouczające.
    Film przypomniał mi czas, gdy z kolegą wymyśliliśmy założenia gry komputerowej mającej wzbudzać u gracza strach. Nie będę wdawał się w szczegóły, dość rzec, że wtedy porzuciliśmy zamiar realizacji z uwagi na ograniczenia ówczesnej techniki (były to lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku) i zastrzeżenia etyczne. Chcę tu opowiedzieć o zasadzie, którą wtedy przyjęliśmy. Otóż strach wynika z niewiedzy. Jeśli czegoś nie znamy, to się tego boimy. A właściwie nie tego się boimy co nieznane, ale utraty znanego za przyczyną nieznanego. Najważniejsze, by gracz/widz/czytelnik nie miał skonkretyzowanego obiektu, którym będzie straszony. Ma się obawiać wszystkich i wszystkiego, bo każdy i cokolwiek może spowodować stratę (życia, zdrowia, zmysłów etc.). No ale jak to zrealizować?
    Carlos Castaneda wspomina w jednej ze swoich książek o wydarzeniu, którego była świadkiem podczas pewnej nocy w górach Meksyku. Razem ze swoim nagualem wędrowali przez góry i spotkali kilku Indian udających się na poszukiwanie szamana-nauczyciela (nagual jest kimś właśnie takim). Don Juan zaprezentował im pewne zjawisko. Skrył się na chwilę a potem wszedł w krąg światła rzucanego przez ognisko. I każdy z widzów zobaczył coś innego. Carlos Castaneda zobaczył... pirata. Indianie zobaczyli coś, co należało do ich kręgu kulturowego: mnicha, włóczęgę, konnego jeźdźca. Ciekawe, że jedni widzieli, że trzyma coś w rękach, drudzy, że miał je puste. Innymi słowy, każdy zobaczył coś, co mógł zasymilować. Co było „jego”, jemu bliskie. Oczywiście celem prezentacji naguala Matusa nie było przestraszenie widzów, lecz uświadomienie im, że subiektywna percepcja jest kluczowym elementem świata, który znamy. Że świat dla każdego z nas jest inny, gdyż percepcyjnie inaczej go „organizujemy”. Że nie zawsze to co widzimy jest tym, czym się wydaje.
    Miałem kiedyś w ręku książkę B. Lumleya pt. „Dom pełen drzwi”. Jej bohaterowie zostali wciągnięci w niebezpieczną grę w tytułowym konstrukcie. Każdy z nich, w poszczególnych komnatach-uniwersach stykał się ze swoim największym koszmarem – niezrozumiałymi maszynami, byłym mężem-oprawcą, ciasnymi, dusznymi tunelami etc. Książka nie straszyła, książka skłaniała do postawienia sobie pytania o twój najgłębszy lęk. Pytanie postawiłem sobie nader skutecznie budząc się w środku nocy zlany potem, z szeroko otwartymi z przerażenia oczyma. Uważam „Dom pełen drzwi” za jeden z najlepszych horrorów z jakimi miałem do czynienia.
    Ale nie zawsze możemy u odbiorcy wymusić przywołanie jego strachów. Za to możemy sięgnąć po inny trick: freudowskie das Unheimlische. Chodzi o wywołanie lęku czymś, co jest dalece obce, nie-swoje, bo tak dokładnie należałoby przetłumaczyć niemiecki termin. Czy próbowaliście się zastanowić, dlaczego nie przeraża nas Godzilla (choćby i sam Emmerich ją nakręcił), ale przeraża nas o kilka kalibrów mniejszy ksenomorf (obcy z serii filmów „Obcy”)? Czy zdajecie sobie sprawę, że ksenomorf przestałby budzić lęk, gdyby mu... domalować oczy? Ten brak oczu, słynny uzębiony język – to składa się nie-swojość obcego.
    Czy zdajecie sobie sprawę co budzi lęk w „Lśnieniu” Kubricka? Ciekawostka dotycząca tego filmu jest taka, że jest on dość odległy od pierwowzoru. Ale jest genialny, jeśli chodzi o klimat. Kubrick dobrze wiedział co robi odchodząc od literalnej adaptacji książki. King ma „intuicję języka”, Kubrick miał „intuicję obrazu” i jego klasy dowodzi umiejętność translacji tego nieuchwytnego czegoś z książki na film. Gdy sam King nakręcił remake „Lśnienia”, z większym budżetem i dwukrotnie dłuższy – nie osiągnął trzeciej części piorunującego efektu Kubricka. Oczywiście – można argumentować, że bez Jacka Nicholsona nie byłoby tego efektu. Ale gdy żona pisarza w pustym hallu znajduje stosy kartek zapisane jednym tylko zdaniem, to nie ma tam – skądinąd świetnego w swej roli – Nicholsona. Te wielkie, puste pomieszczenia, cisza, w której stukot maszyny do pisania odbija się echem i niewyjaśnione spotkania z widmami (choć nie noszą powłóczystych szat ani nie brzęczą pordzewiałymi łańcuchy), to one stanowią sedno budowania nie-swojego klimatu. Tym samym jest ciemny, szary, rachityczny las, w którym wiedźmy z Blair nikt nie spotkał, a ze strachu można narobić w spodnie. Tym samym jest płonąca kopalnia i padający z nieba popiół w „Silent Hill”. Dlaczego w „Silent Hill” budzi nasz lęk Piramidogłowy? Bo jest duży? Bo wypatroszył jednym ruchem człowieka? Nie. Bo w swoim idiotycznym nakryciu głowy jest tak cholernie nie-swój, co jeszcze podkreśla wycie syren ostrzegających przed jego nadejściem. Co zapamiętaliśmy przerażającego z „Egzorcysty”? Pierwsze co się nasuwa, to nienaturalny obrót głowy małej Regan. Nie-swój gest. A co decyduje o tym, że „Suspiria” jest zapamiętanym horrorem? Nie-swój klimat. A w szczególności odrealniona scena z pokojem pełnym zwojów drutu kolczastego. Nie miały już tego pozostałe części trylogii, więc wielu mieniących się fanami horroru nie wie nawet, że „Suspiria” rozpoczynała jakąś serię.
    Ta nie-swojość jest kluczem, który nie potrzebuje drogich efektów specjalnych, wymaga jednak wyczucia, maestrii lub zwykłego szczęścia. Znacie Slendermana? Powinniście.
   Nie wdając się w szczegóły genezy samego memu (historia godna uwagi), gra oparta na tym memie powstała przez przypadek. Facet ćwiczył sobie. Robił wprawki do posługiwania się tzw. silnikiem do grafiki komputerowej. Napisał prostą jak budowa cepa gierkę: chodzisz po ciemnym lesie z latarką i musisz znaleźć osiem pobazgranych kartek papieru (nie nazwę tego częściami manuskryptu, jak niektórzy, bo w przeciwieństwie do nich rozumiem słowo „manuskrypt”). Jest jedno ale – musisz unikać chudej postaci z obwisłymi, mackowatymi ramionami i pozbawionej twarzy. Brzmi banalnie. Ale gra zrobiła furorę. „Slender” - bo taki nosi tytuł – stał się interaktywnym „Blair Witch Project”.
Chrzęst gałęzi pod nogami. Pole widzenia ograniczone do małego pola światła z latarki, która się wyładowuje, więc światło jest coraz słabsze. Ciemny las, trawa faluje pod nogami, może to wiatr, ale gałęzie są nieruchome. Trawa faluje w niepokojącym rytmie. Dziwne konstrukcje budowlane. Jakieś cysterny, budynki z popękanymi kaflami, plamy białej substancji na podłodze przypominają krew w konwencji „Sin City”. Pierwsza kartka i pojawia się muzyka. No, przesada. Deprymujący głos bębnów, który wzmaga niepokój. Pojawia się Slenderman - obraz zaczyna śnieżyć. Musisz uciekać. Słychać dyszenie zmęczonego człowieka, które powoduje, że zdajesz sobie sprawę, że opuszczają Cię siły. A Slenderman podąża za Tobą bez ustanku i bez szelestu. Gdy będzie zupełnie blisko – w uszy uderzy dojmujący pisk, obraz zniknie. Śmierć. Nawet po kilku dniach gry w tym momencie wszystkie włosy na ciele miałem zjeżone, do tego strzał adrenaliny w żyłach. To fizjologia. Tego umysłem nie potrafię opanować. Może gdy zagram w to setny raz...
    Ta gra, spełniając większość założeń wymyślonego przez nas projektu, powstała nie w mozolnej premedytacji, lecz jako żartobliwa wprawka. Majstersztyk mimo woli.

Zrobiło się przydługawo, zatem przerwiemy w tym miejscu by dokończyć następnym razem. Miłych snów!

piątek, 21 września 2012

Piraci scen elżbietańskich

Jeśli czegoś nie można zwalczyć, należy to zalegalizować, aby sprawować nad tym kontrolę.
    Stosując tę zasadę starą jak świat najbardziej spektakularną akcję legalizacyjną przeprowadziła królowa angielska Elżbieta, gdy masowo wciągała na służbę piratów i kupców nazywając ich korsarzami. W ten sposób królowa z jednej strony zbudowała wspaniałą flotę do nękania habsburskiej Hiszpanii, a z drugiej strony zmniejszyła skalę przestępczego zjawiska piractwa. Ale mało kto wie, że za czasów elżbietańskich kwitło inne zjawisko, które obecnie nazywamy „piractwem” w kontekście naruszenia praw autorskich, którego Jej Królewska Mość zalegalizować nie była chętna, lecz nie wiadomo, czy przez palce nań nie patrzyła.
    Z drugiej strony ciekawe jest to, że obecni orędownicy pełnego liberalizmu w gospodarce z oburzeniem wypowiadają się o pracy młodocianych czy zjawisku tzw. „piractwa”. Nie traktowałbym tego jako zwyczajnej hipokryzji, lecz jako rodzaj nieuświadomionych barier intelektualnych wyrosłych z naszej europejskiej – wbrew pozorom – socjalistycznej tradycji.
    Ale, jak mawiał kolega Gienek – „do ad remu”.
   Rolę obecnie pełnioną przez kinematografię pełnił w ówczesnej Anglii teatr. Obowiązywał ten sam system dystrybucji co teraz: najpierw sztuka jest wystawiona, a potem zostaje wydana w postaci książki jak teraz film po kilku miesiącach w kinie trafia na płyty, najpierw do wypożyczalni, potem do indywidualnego obiegu. No, może poza obecnym ostatnim stadium dystrybucji w postaci płyt dokładanych do periodyków. Ale odpowiednikiem tego były późniejsze powieści drukowane w odcinkach.
   Można byłoby pomyśleć, że zjawisko przynoszenia kamer do kina celem uzyskania nieautoryzowanej kopii jest wynalazkiem naszych czasów czerpiącym z bootlegów, czyli nieoficjalnych nagrań koncertowych. Nic bardziej błędnego. W teatrze elżbietańskim odbywało się to zupełnie podobnie, tyle że tekst sztuki wykradali aktorzy utrwalając go – a jakżeby inaczej – w swej pamięci. G. Blakemore Evans pisze o tym, jak aktorzy opłacani przez wydawnictwa recytowali swoje role, które potem składano do pełnego tekstu i wydawano. Recytując tekst nieświadomie go przeinaczali. Skracali go, antycypowali (czyli wypowiadali pewne kwestie, lub nawet sceny zbyt wcześnie), lub odwrotnie – opóźniali ich pojawienie się w tekście. Naturalnym było też zapożyczanie podobnych zdań czy imion z innych sztuk. Można stwierdzić za Borgesem, że pamięć ich bywała wynalazcza.
   Onegdaj spędzając weekend w górskim miasteczku Wisła natknąłem się na zjawisko już bez mała niespotykane, czyli stragan bukinisty. On też zdawał sobie sprawę ze swej wyjątkowości i ceny, które sobie życzył za oferowane woluminy, nadawały książkom blady odcień ekskluzywności. Pewnie przez to nic bym tam nie nabył, gdyby nie to, że natknąłem się na charakterystyczna czerwoną okładkę „Hamleta” wydanego w 1987 roku przez Wydawnictwo Literackie. Dwadzieścia lat temu wypożyczenie takiej książki było pierwszym moim zetknięciem z historią szekspirowskiego księcia.
    „Tragedia Hamleta księcia Danii” miała swoją premierę w „The Globe” w 1601 roku. W 1603 roku ukazało się pierwsze wydanie w formacie Quarto. Rzecz jasna – pirackie. I ten właśnie tekst przełożył Juliusz Kydryński na potrzeby jednego z warszawskich teatrów, a ja mogłem poznać tę wersję jako pierwszą, nim jeszcze miałem możliwość przeczytać przekład M. Słomczyńskiego czy J. Paszkowskiego.
    Uważa się, jak twierdzi w posłowiu pan Kydryński, że tekstu nie zdradził żaden z aktorów trupy Lorda Szambelana, lecz jeden z aktorów najętych przygodnie. Przeto tekst jest nie dość, że uboższy, to poprzekręcany a niektóre imiona są wcale do znanego nam tekstu nie podobne: to że Rosencranz stał się Rossencraftem, to małe piwo, lecz jak Poloniusz został Corambisem jest rzeczą już nader ciekawą.
    Rzecz jasna, aby Szekspir mógł swe dzieło sprzedać w tych warunkach, musiał je wzbogacić. Dlatego też autorska i autoryzowana wersja, również wydana w formacie Quarto w roku 1604 jest o wiele dłuższa i – rzec można kolokwialnie – bardziej przegadana. Jednakże pamiętać należy, że Quarto z 1603 roku, tzw. bad Quarto („złe Quarto”) jest bliższe temu, co faktycznie widzowie zobaczyli na scenie.
    Widzimy zatem tu zatem bardzo konkretny mechanizm wolnego rynku: chcesz sprzedać, daj coś, czego inni nie mają. Oczywiście od razu zerwie się chór głosów nazywających przedstawioną sytuacje kradzieżą a Shakespeare'a nazywając pokrzywdzonym i dalej na tę modłę. I dobrze. Czekałem na tę reakcję.
   Współcześni psedoliberałowie przypominają nastolatków, którzy w czarnych podkoszulkach z napisami „Anarchy” i „Olewaj system” przychodzą na komisariat żalić się, że ktoś ich pobił. Brakuje tu konsekwencji. Ale do ad remu.
    Co stanowi o geniuszu „Hamleta”? Fabuła? Warsztat literacki? Pomysł? Ja swoje stanowisko opiszę zdaniem samego bohatera: słowa, słowa, słowa. Sama fabuła w postaci cichego zamachu stanu i odstawieniu księcia na boczny tor, co powoduje jego zemstę, nie jest ani oryginalna, ani specjalnie ciekawa. A historia Hamleta księcia Danii w swej pierwotnej odsłonie była w ogóle tak kiepska, że jej tekst nie zachował się do dnia dzisiejszego. Zdumieni?
    Wiadomo, że utwór opiewający dolę duńskiego księcia powstał około 1589 roku, a zatem dekadę przed premierą szekspirowskiej wersji. Imię Hamleta i motyw zemsty wystawiany na deskach teatrów wspominany jest w dziennikach i listach połowy lat dziewięćdziesiątych szesnastego wieku. Dramat ów, zaginiony obecnie, znany w kręgach specjalistów jako „Ur-Hamlet”, jest przypisywany Thomasowi Kydowi, innemu dramatopisarzowi ery elżbietańskiej, którego „Hiszpańską tragedię” traktuje się jako pierwszy dramat rozpoczynający nurt zwany „tragediami zemsty”. Nie chciałbym, aby przez to utożsamiać „Hiszpańską tragedię” z „Ur-Hamletem”. Raczej o to, że w tamtym czasie Kyd stanowi głównego podejrzanego, który mógłby stać za preszekspirowskim tekstem „Hamleta”, który to tekst bez wątpienia istniał i był wystawiany. Chciałoby się rzec, że istnienie „Ur-Hamleta” lepiej jest udokumentowane, niż istnienie Sokratesa.
    Jak już powiedziano, drugie Quarto było dość mocno rozbudowane i można przyjąć, że była to wersja do czystej lektury. Z uwagi na objętość nie nadawała się do wystawienia na scenie. Zatem dla potrzeb scenicznych powstała w 1623 roku trzecia wersja, znów od formatu zwana Folio, która generalnie stanowi okrojoną wersję right Quarto, za wyjątkiem osiemdziesięciu pięciu wersów, których wcześniej być nie mogło z uwagi na aktualną w 1604 roku sytuację polityczną.
    Jak widzimy, „Hamlet” jest procesem. Nie tylko jako dramat – predestynowany do bycia dynamiczną, odgrywaną formą sztuki, lecz także jako tekst, który różny jest w 1601 roku od tego z 1603, a ten z kolei od tego z 1604 a wszystkie od Folio z 1623 roku. „Hamlet” ewoluował. A ewolucję zawdzięczał prawom rynku tak wolnego, że obecni pseudoliberałowie nazwaliby je prawami dżungli.
     To nie jest tak, że gloryfikuję tamte czasy. To jest tak, że wskazuję źródła pewnych zjawisk. W tym przypadku zjawiskiem jest „Hamlet”.

Warto wspomnieć ten skromny wkład teatralnych piratów w rozwój kultury europejskiej. Na złość ludziom, którzy zwą się liberałami, lecz przyklaskują wyrokowi nazywającemu plagiatem smartfona firmy na „S” tylko dlatego, że jest prostokątny na podobieństwo smartfona firmy pieczętującej się ogryzkiem. Gdyby nie ta upajająca wolność rynku wymuszająca przebiegłość kancelarii prawniczych miast innowacyjności inżynierów, być może pogrobowcy Jobsa musieliby zrobić po prostu lepszy produkt, zamiast zabraniać produkować innym.

Reszta jest milczeniem.
W. Shakespeare „Hamlet”

PS.
Słowa „The rest is silence” („Reszta jest milczeniem”) nie pojawiają się w bad Quarto, zatem mogę z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że nie słyszeli tego widzowie pierwszych sezonów, a stratfordczyk dołożył te słowa dopiero w right Quarto. A to oznacza, że gdyby nie piracki proceder imci Nicholasa Linga i Johna Trundella (wydawców bad Quarto) kultura europejska byłaby teraz uboższa zarówno o tę kwestię, jak i wiele innych.