piątek, 14 września 2012

Rzecz zwana niczym

Dziś wpisując w wyszukiwarce obrazów hasło „Niewidzialne popiersie Woltera” otrzymujemy od razu całkiem zgrabną serię miniaturek, z których wyziera ku nam uśmiechnięte oblicze kandydowego autora. Złośliwie stwierdzę, że za moich czasów tak łatwo nie było.
   Salvadore Dali, geniusz, hochsztapler, wariat i artysta kiczu, zawsze należał do moich ulubieńców. Pewnie w życiu prywatnym, gdybyśmy się mogli spotkać, nie przypadlibyśmy sobie wzajem do gustu. Ale jego malarstwo, mimo że w większej części wysilone i samonaśladujące, co jakiś czas przebłyskuje geniuszem. Jego idea szukania obiektów w przestrzeni pomiędzy innymi obiektami nie jest może olśniewająca, ani nie był jej prekursorem, ale miał tu pewne zasługi.
   Byłem swego czasu na okrzyczanej wystawie grafik holenderskich (w tym Rembrandta) i Salvadora Dali, która miejsce miała w stolicy Dolnego Śląska. Była ta wystawa przykładem jak można w pięknym opakowaniu sprzedać popioły i popłuczyny (dla przykładu – grafika Rembrandta van Rijn była dosłownie jedna wśród kilkudziesięciu pomniejszych sławą i talentem kolegów). Grafiki Salvadora Dali musiały mieć wspaniałą oprawę i pompę, gdyż bez tego wyglądały na bohomazy nierozgarniętego indywiduum o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności umysłowej, który dostał w swoje ręce cykl „Kaprysów” Goyi i pudełko flamastrów. Może było kilka, które naprawdę warte były zastanowienia, większość natomiast były to próby wyłowienia jakichś kształtów z przestrzeni pomiędzy rzeczami i osobami, które na swoich grafikach umieścił Goya. I oto w miejscu pomiędzy jakąś postacią a drzewem pojawia się końska głowa. Albo w szczelinie między innymi pojawia się prozaiczna miotła. Ogólnie rzecz biorąc najbardziej do myślenia dawała przestrzeń pomiędzy wartością wystawy zareklamowaną (i zapłaconą) a jej poziomem, która układała się w kształt pojęcia „wyrwigrosz”. Doprawdy, gdyby nie wielkie reprodukcje autografów katalońskiego malarza, byłbym przekonany, że reprodukcje Goyi rozdano uczniom szkół podstawowych do porysowania w ramach badań nad ich rozwojem emocjonalnym.
   Ale prócz takich – miernych, moim skromnym zdaniem – dziwolągów, katalończyk potrafił sztukę „dostrzegania czegoś między rzeczami” wyprowadzić na wyżyny mistrzostwa, jak w przypadku „Niewidzialnego popiersia Woltera”.
   Pierwszy raz z tym obrazem zetknąłem się w albumie z reprodukcjami pożyczonym od kolegi. Przekazując mi go bardzo chwalił „Niewidzialne popiersie”. Ja natomiast nie odkryłem w nim nic szczególnego. Ba, uważałem tytuł za prowokację, gdyż płótno przedstawiało wszystko za wyjątkiem postaci Woltera. Gdy kolega przekonywał mnie, że ono tam jest i że znalezienie go zmienia punkt widzenia na sztukę szalonego Salvadora, nie wierzyłem mu, sądząc, że to żart. I nieomal z lupą szukałem tego popiersia w szczegółach reprodukcji wydrukowanej na rozkładówce dwa razy A4, co dawało nieomal tysiąc dwieście centymetrów kwadratowych upstrzonych surrealistycznymi kształtami. No cóż. Zostawiłem album rozłożony na łóżku i wyszedłem po coś. Gdy wróciłem do pokoju, zaraz po wejściu kątem oka dostrzegłem w albumie dziwną, uśmiechniętą twarz o błękitnawej cerze. Miałem go!
   Głowa Woltera składa się na tym obrazie w znacznej części z niczego. Jej najbardziej charakterystyczną cechą jest wysokie czoło (ordynarna łysina) powstałe przez obramowanie nieba ciemną arkadą. Oczy są głowami dwóch kupców ubranych w czarno-białe szaty bliżej nieokreślonego kroju udrapowane w szyję i ramiona filozofa. Rewelacja.
   Podobny pomysł na sztukę miał niejaki Antartido A. Garay z nowelki J. L. Borgesa pt. „Selektywne oko”. Jak wielu bohaterów „Kronik Bustosa Domecqa” miał on problemy zarówno z recepcją swej sztuki, jak i z bieżącymi płatnościami, co w sprzężeniu zwrotnym rzutowało na dobór środków wyrazu. Na swojej wystawie w Salonie Przyjaciół Sztuki zaprezentował swoje pierwsze, jak byśmy to teraz nazwali, instalacje:

Składały się na nią bryły gipsu, jakich uczy pani od rysunków w szkole podstawowej, ustawione po dwie na przeciw siebie lub po trzy z kształtami liści, stóp, owoców. Antartido A. Garay obdarzył nas komentarzem objaśniającym, że nie należy przypatrywać się liściom, stopom, ani owocom, a raczej przestrzeni, czyli powietrzu między bryłami, które miało stanowić to, co on nazywa (…) rzeźbą wklęsłą.

Kolejna wystawa poszła w kierunku większego radykalizmu, gdy między czterema gołymi ścianami znajdowało się jedynie trochę gruzu i kilka gzymsów na suficie, a zdaniem jej twórcy „rzeczą najważniejszą dla wyrafinowanego smaku jest przestrzeń między gzymsami a gruzem”. Wystawa, z uwagi na niewyrobione gusta publiczności zakończyła się skandalem, interwencją straży ogniowej i obrażeniami ciała twórcy. Ale niezrażony Antartido A. Garay rozwinął swą wizję w postaci monumentalnej rzeźby, na którą składała się przestrzeń między budynkami na skrzyżowaniu ulic, nie wyłączając ławek, drzew, rynsztoków i przechodniów. Pomysł przedni, pomijając model biznesowy tego nurtu, który zasługiwał na odrębną pochwałę, lecz nie wiadomo, czy w ramach kategorii „wyłudzenie”, czy już „wymuszenie”. Ale to już zapraszam do lektury. (Nawiasem mówiąc jestem przekonany, że narrator „Selektywnego oka” i wspólnik A. A. Garaya musiał zainspirować pomysłodawców wspomnianej wrocławskiej wystawy grafik).
   O ile można się śmiać z bohaterów Borgesa i traktować ich „sztukę” w kategoriach ciekawych, lecz abstrakcyjnych rozważań teoretycznych, to w świecie muzyki pojawił się taki Antartido A. Garay i nie tylko odniósł sukces artystyczny, lecz jeszcze kilka dni temu Drugi Program Polskiego Radia fetował setną rocznicę jego urodzin. Mowa oczywiście o Johnie Cage'u i jego utworze „4'33''”, który składa się z... ciszy o tytułowej długości. Dokładnie rzecz biorąc koncertowe realia – z dźwięków, które dochodzą do słuchacza w czasie gdy wykonawca w bezruchu tkwi nad klawiaturą fortepianu. John Cage na pewno był wielkim konceptualistą (jeśli to słowo naprawdę istnieje), lecz marnym kompozytorem, podobnie jak wspomniany bohater „Selektywnego oka” był marnym rzeźbiarzem. Szczerze powiedziawszy, z tych utworów, które słyszałem, żadnego nie potrafiłbym strawić po raz drugi (poza wspomnianym „4'33''”). Ale świadom jestem tego, że sam słucham muzyki, która bez jego dokonań koncepcyjnych nie powstałaby wcale. I za to przed Cagem zdejmuję beret.
   Gdzieś w tym nurcie pozostaje także Cortazar ze swoim niewidzialnym czempionem nokautującym Juana Yepesa, o czym już wspominałem w poprzednim poście, więc nie będziemy się dłużej zatrzymywać.
   Dostrzeganie czegoś w przestrzeni między innymi rzeczami to dar, czy umiejętność nabyta? I czy to w ogóle ma sens? Victor Sanchez, niejako sukcesor Carlosa Castanedy (w pozytywnym znaczeniu sukcesji), twierdzi, że jest to wręcz jedna z najbardziej praktycznych umiejętności jakie można posiąść. Rozszerza ona percepcję i poprzez wyciszenie, które te ćwiczenia niosą pozwala na bardziej efektywne wykorzystanie naszej uwagi. Proponuje on takie ćwiczenia jak postrzeganie cieni jako brył czy postrzeganie nieba między liśćmi drzew jako drugiego drzewa, utkanego ze światła.
   Reasumując: z pustego i Salomon nie naleje, ale Salvadore Dali namaluje, Antartido A. Gayard wyrzeźbi, John Cage skomponuje, Julio Cortazar napisze, a Victor Sanchez ułoży ćwiczenia na poszerzenie percepcji.

Wszystkim odczuwającym jeszcze podskórny horror vacui na deser zaserwuję jeszcze zdanie od Starego Mistrza (Lao Tsy):

Trzydzieści szprych zbiega się w jednej piaście;
Pusta przestrzeń w środku koła stanowi oparcie dla wozu.

Tao Te Ching

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz