piątek, 19 października 2012

Na Dzień Nauczyciela - postękiwania starego zarozumialca

    Ponieważ blog powstaje zazwyczaj w jakiejś relacji do czasu jego tworzenia, więc pomyślałem, że napiszę jakiś tekst okolicznościowy o przyznanej na dniach literackiej nagrodzie Nobla. Albo o szkole z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Ponieważ jednak nie znam dorobku tegorocznego noblisty, a etap szkolnej edukacji mam już dawno za sobą, więc w umyśle zrodził mi się szatański w swej prostocie pomysł połączenia obu tematów w zawiesistym sosie staropolskiego narzekania na wszystko. Do dzieła!
    Zacząłem od przejrzenia listy osób nagrodzonych literackim noblem, a następnie odnalazłem za pomocą niezawodnej wyszukiwarki na „G” maksymalnie rozszerzoną listę lektur polecanych na maturę A.D. 2013. Wyszło jak zwykle – niezazbytnio.
   Do „najświeższych” obecnych w spisach lektur noblistów należą Polacy: Czesław Miłosz (nagrodzony w 1980 roku) i Wisława Szymborska (1996). Z „zagranicznych” to Hemingway (1954) i Camus (1957). Ani słowa o Grassie, Brodskim, czy Marquezie.
   Ja oczywiście rozumiem, że niektórzy dostali się do zaszczytnego grona noblistów właściwie ku zdziwieniu wszystkich (na przykład co w tej plejadzie gwiazd literatury robi Dario Fo, to zachodzę w głowę; dlaczego w takim razie nie dać nobla Eduardo Mendozie?), ale całkowite zamknięcie się szkół średnich na współczesną literaturę jest doprawdy karygodne.
    Oczywiście – programy są przeładowane, młodzież coraz bardziej ech-ta-dzisiejsza, ale, na VALISa, czy przypadkiem nie omawia się wciąż polskich czterech sążnistych powieści końca XIX wieku? Kolejno: „Nad Niemnem”, „Lalka”, „Potop”/”Quo Vadis” i „Chłopi”. Tak, oczywiście, „Quo Vadis” i „Chłopi” to noblowskie utwory. Ale czy nie można ich nieco przykrócić? Skoncentrować się na jakimś wyborze? Skoro potrafili pociąć „Dekameron” w dwunowelkowe gwizdek-wie-co, to i „Chłopów” by się dało jakoś skompresować. Czy współczesna, ech-ta-dzisiejsza młodzież jest w stanie zrozumieć niuanse zachowań Rzeckiego i Wokulskiego? Nie.
    „Za moich czasów”, jeśli mnie pamięć nie zmyla, śmiertelnie się nudziliśmy czytając niezrozumiałe dla nas zupełnie perypetie różnych Bohatyrowiczów i Judymów, z których rozterkami nie mogliśmy mieć nic wspólnego. Zastanawialiśmy się, dlaczego nasza polonistka usilnie chce, byśmy żyli problemami sprzed stulecia z okładem. Nie mogliśmy pojąć, po co przerabia się pod rząd trzy powieści Żeromskiego: „Syzyfowe prace”, „Ludzi bezdomnych” i „Przedwiośnie”. Bliższy już nam był Kordian, niż Cezary Baryka! Za to, gdy program języka polskiego dobrnął z nami szczęśliwie do Dwudziestolecia, to i Tuwim się nam podobał, i Awangarda, a Borowski i Herling-Grudziński wstrząsnęli nami do głębi. „Inny świat”, jak żadna inna lektura, był komentowany na przerwach i wstydem towarzyskim było tej książki nie skończyć. A było to technikum, pełne ludzi nie pióra, lecz lutownicy. Ileż bardziej byliby moi rówieśnicy zachwyceni, gdyby mogli „przerobić” „Mistrza i Małgorzatę”!... No ale cóż. Nie, to nie. Za to Żeromskiego przerabialiśmy pół roku.
   Ale nawet, gdybyśmy jeszcze rzutem na taśmę omówili Bułhakowa, kafkowski „Proces” i, nie wiem, może „Tango” Mrożka (najważniejszy dla mnie dramat polski, może kiedyś opowiem dlaczego), to i tak kończąc szkołę średnią o literaturze iberoamerykańskiej dowiedzieć się można było tylko z telewizji. Internetu nie było jeszcze „dla ludu”, ale za to w telewizji, miast „Gwiazd tańczących z talentami” emitowano „Ogród sztuk”, nieodżałowany program pani Kamili Dreckiej, który poszerzał nasze formowane lekcjami polskiego horyzonty.
   Dlaczego nie mówi się uczniom o tym, co pisane jest teraz?
    Ministerstwo, z cichym, zaciekłym, drobnomieszczańskim uporem godnym madame Dulskiej, okopało się w liście lektur nadających się jedynie do tego, by Gałkiewiczowi postawić pałkę. Bo tak jest wygodniej. Ustalić klucz mówiący co autor miał na myśli i w kółko nauczać tego samego, bo tak łatwiej, udając, że literatura zatrzymała się gdzieś w połowie dwudziestego wieku. Wytwarza się dziwna sytuacja społeczeństwa dwóch prędkości: z jednej strony ci, którzy zostali uformowani przez szkołę, z której wynieśli ognistą nienawiść do literatury, a z drugiej ci, którzy są z literaturą współczesną w miarę na bieżąco i przez to dla tych pierwszych już niezrozumiali. I mówi się, że ludzie nie czytają książek, więc pewnie tak musi być i nie ma co z tym walczyć, więc nie ma co modernizować programów nauczania, ani inwestować w nauczycieli. No i takie są rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie. Młodzież dorasta w przekonaniu, że nauczyciel, ten zmęczony człowieczek bełkocący zza katedry, że Słowacki wielkim poetą, jest niedorajdą życiową i trzeba unikać wszystkiego co się z nim kojarzy, by nie skończyć jak on. Przede wszystkim – nie czytać. Zwłaszcza, że ich zdaniem nie ma co czytać, bo wychodząc ze szkoły pamiętają Sienkiewicza i Mickiewicza. Oczywiście wśród nich są również ci, którzy szczerze chcą jeszcze coś dobrego przeczytać w życiu. I padają ofiarami pięćdziesięciu zmierzchów Graya.
    Pamiętam taką jesienną noc, gdy będąc abiturientem uczelni technicznej, siedziałem przed kominkiem w towarzystwie świetnego kabareciarza, laureata PAKI i artysty Piwnicy Pod Baranami, który na chleb zarabiał konferansjerką na otwarciu kolejnych McDonald'sów. Za aliantów mieliśmy butelkę wytrawnego wina i około hektolitra kawy. Była to jedna z cudowniejszych nocy, gdy prowadziliśmy spory o Jagiełłę, Kazimierza Wielkiego i pojęcie „polskości”. Dyskutowaliśmy o książkach, powieściach, dramatach, reżyserach i aktorach. Przy czym przez większość czasu on mówił, a ja słuchałem. I tak, po tej nieprzespanej nocy, w liście moich lektur znalazły się (między innymi) utworzy A. Gide'a, o którym na lekcjach polskiego nie miałbym szansy usłyszeć. Nie chcę, by elementami wyposażenia klas były stojaki na butelki i ekspresy do kawy. Raczej marzę o tym, żeby nauczyciel potrafił wskazać uczniom ciekawe lektury. Zamiast wstawiania ocen za recytację "Ody do młodości" przedstawić Wojaczka. Chwyci na pewno: "Chodzę i pytam" Elektryczne Gitary przetworzyły na rewelacyjny, rockowy kawałek. Był hitem. Nuciliśmy go w drodze ze szkoły do domu. Ale idźmy dalej.
   Skoro powszechnie wiadomo, że ludzie nie lubią zbyt złoconych pomników, dlaczego nie powiedzieć, że Shakespeare, będąc największym dramaturgiem anglosaskim, pisał pod publiczkę. Nie był Wernerem Herzogiem teatru, lecz raczej Jamesem Cameronem, chciał zabawiać, a nie zbawiać. Dlaczego nie powiedzieć, że owszem, Sienkiewicz, Reymont, Żeromski, ale w tej chwili tworzy pisarz równie sprawnie władający piórem i o warsztacie, który. moim skromnym zdaniem, przewyższa starych mistrzów - Jacek Dukaj. Dlaczego nie opowiedzieć młodzieży o co tak na prawdę chodziło w krwawej aferze wokół "Szatańskich wersetów", ile przyniosła ofiar i jakie były konsekwencje?
    Żeby nie utrwalić się jako „onetoidowy hejter”, napiszę co uważam za stosowne uczynić, by rzecz naprawić.
   Primo, przywrócić prestiż zawodowi nauczyciela. Chór głosów już słyszę: „wiśta wio, łatwo powiedzieć”. Łatwiej, niż się przypuszcza. Gdy zawód nauczycielski zacznie nieść korzyści materialne, selekcja materiału dokona się niejako łatwiej, a prestiż wzrośnie zaraz potem. Trzeba tylko zacząć myśleć o nauczaniu (nieważne, czy polskiego, fizyki, czy wuefu) jako o inwestycji w zasoby ludzkie, a nie jako o opiece paliatywnej młodych umysłów. Niebezpiecznie dryfuję w stronę polityki, od której chcę tego bloga uchronić. Ale już wracam na poprzedni kurs.
   Secundo, w ramach nauczania języka polskiego przestać hołubić XIX wiek i poświęcić mu tyle czasu, co barokowi i renesansowi – zgoła niewiele. Wygospodarowany czas przeznaczyć na literaturę nam współczesną. Wszak nie mówimy o literaturze antycznego Rzymu, która jest zamkniętym rozdziałem (nie odkrytym do końca, ale nic nowego Cyceron już nie napisze), lecz o literaturze, która współbrzmi ze światem przez nas obserwowanym. Niech będzie nawet Stasiuk (choć go nie trawię, ale trawią moi koledzy), byleby młodzi mogli odnaleźć w literaturze siebie samych.
   Tertio, obowiązkową lekturą klasy maturalnej winna być pozycja napisana przez laureata literackiej nagrody Nobla z roku poprzedzającego. I nie może tu być egzegetycznych wykładów „co autor miał na myśli”, lecz jedynie wspólna z uczniami próba docieczenia tego. Nawet z „Małżeństwa otwartego” Dario Fo dałoby się wyciągać wnioski co do kondycji europejskiego modelu rodziny. Czego nie da się na przykład z „Tanga” Mrożka, które jest alegorią kultury, a nie obrazkiem rodzajowym, jak to chciała polonistka mojego kolegi, który uczęszczał do liceum.

Ultimo, zapamiętać trzeba, że – wbrew etymologii – uczeń nie potrzebuje, by go uczyć, ale by go zainteresować. A nauczy się już wtedy sam.

Nie ma większego bogactwa w narodzie nad światłych obywateli. 
Karol Wojtyła

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz