piątek, 5 października 2012

Zagrajmy w strach (cz. II)

Zatrzymaliśmy się w ostatnim poście na analizie nie-swojości i jej aktualnym, bestsellerowym wcieleniu, czyli grze „Slender”. Można skonkludować to zdaniem: „Szukamy nowych źródeł strachu w sztuce”.

    No dobrze. Ale po co? Po co w ogóle się interesujemy tym, czego się boimy? Powinniśmy tego unikać. Prosta logika wskazuje, że unikamy rzeczy niemiłych – potraw zbyt ostrych, dźwięków zbyt głośnych, temperatur zbyt wysokich/niskich. Unikamy kopnięć prądem i trucizn. Powinniśmy unikać także strachu.
    Osobiście opowiadam się za opcją, że lubimy się bać, gdyż pomaga nam to strach pokonać. Uzasadnienie? Pozwólcie, że w telegraficznym skrócie opowiem wam o wampirach.
    Budzący lęk ohydny stwór, zmarły wychodzący nocami z grobu, by żywić się krwią rodziny i sąsiadów przeszedł długą drogę, by z potwora stać się kiczowatą przytulanką.
   Mieliście kiedyś do czynienia z martwym ciałem? Martwe ciało wzbudza podświadomie uczucie nie-swojości. Zwykliśmy człowieka postrzegać jako ciało, a tu zostaje ciało pozbawione człowieka. Do tego dochodzi cały szereg biologicznych efektów rozkładu ciała. Albowiem ciało zaczyna się rozkładać już kilka minut po śmierci. Pierwszy ulega mózg. Potem inne tkanki miękkie. Środowisko flory jelitowej traci stabilność, co skutkuje wytwarzaniem gazów. Do tego dochodzi przechodzenie od wiotkości ciała do jego stężenia i na powrót zwiotczenie. A jeśli jeszcze uchyli się powieka i ujrzeć będzie można eliptyczną źrenicę... No cóż. Fantazmat wampira miał swoje konkretne źródła. Toteż i ludowy wampir (serbski), czeski upir, lub nasz upiór był raczej bliższy temu co w literaturze fantasy jest określane jako strzyga lub strzygoń – potwór zdecydowanie odstręczający w przeciwieństwie do Edwarda Cullena.
    Metody obrony też nie odejmowały nic z makabry zjawiska wampiryzmu. Choć właściwie trzeba nazwać je prewencją wampiryczną, a nie obroną. Nie wiem, czy ktoś się z wampirem ganiał, raczej starano się zapobiec jego atakom albo niezwłocznie po śmierci, albo rozkopując jego grób za dnia. Jakoś nie przypominam sobie doniesień o wioskowych mano a mano ze strzygą. Jakie zatem czynności prewencyjne podejmowano? Prócz znanego nam przebicia klatki piersiowej kołkiem w celu przybicia ciała do gruntu bądź trumny, należało (w zależności od regionu) odrąbać głowę zmarłemu, spalić ciało (pamiętajcie, że nie było krematoriów – ciało płonęło na stosie na wolnym powietrzu wydzielając gryzący dym, skwiercząc, a po wszystkim należało uprzątnąć niespopielone szczątki) lub - co po tej wyliczance brzmi prozaicznie – przebić czaszkę żelaznym gwoździem. Proszę Was, byście się na chwilę zatrzymali, by wyobrazić sobie, że po śmierci kogoś ze swej rodziny musicie (wszak cała wioska patrzy na Was) własnoręcznie dokonać którejś z powyższych czynności.
    No i ten wytwór ludowej demonologii stał się obiektem zainteresowań sztuki. Najpierw wysoko: Goethe, Byron, Le Fanu, Dumas. Z natury swej pisarze ci nie akceptowali powalanego błotem umrzyka w charakterze bohatera literackiego, toteż ich wampiry są już arystokratami i arystokratkami. Potem już wampir schodzi niżej – Stoker, Benson, Grabiński, King. Można rzec, iż ich wampiry mają już łaty naszyte na łokciach. Są bliżej, są bezpośrednie, mogą nas dotknąć, w przeciwieństwie do niedostępnych arystokratów. Byronowski lord Ruthven nie zastuka do Twojego okna, jak to robi postać w „Miasteczku Salem”. W kinie także z wyżyn niemieckiego ekspresjonizmu zszedł do sztuki rozrywkowej – aż do komedii (Polański i Brooks nie byli wyjątkami) i kabaretu. Ba, nawet do „Ulicy Sezamkowej”, gdzie spotykamy postać o imieniu Count von Count. Sympatyczny wampir uczy cyferek z uwagi na kalambur występujący w języku angielskim, gdzie słowo count oznacza liczyć i hrabia. A w kulturze stokerowski Dracula tak się zakorzenił, że teraz Amerykanie sądzą, iż każdy hrabia to wampir mając te pojęcia za synonimy.
    Ale dlaczego wampir trafił do komedii? Z przesytu. Było go na tyle dużo w sztuce, że przestał straszyć, zaczął bawić. Już nie skomentuję tak zwanego „fenomenu 'Zmierzchu'”. Lęk przed wampirem legł w gruzach. Pokonaliśmy go. Score one for the good guys.
    To samo ale w zdecydowanie szybszym tempie obserwujemy obecnie. Wspomniałem o fenomenie Slendermana. W tej chwili, aby oswoić mem, miesza się go z aktualnie wiodącymi memami humorystycznymi, takimi jak koreański piosenkarz PSY wykonujący charakterystyczny taniec od tytułu piosenki zwany „Gangnam Style”. No i mamy animacje Slendermana tańczącego Taniec Jeźdźca i mamy screeny z gry „Slender”, gdzie zamiast Istoty Bez Twarzy spotykamy komicznie tańczącego Koreańczyka. Podejmujemy (jako ludzkość internetowa) grę ze strachem – ubieramy go w postać Slendermana, by go schwytać, i wyśmiewamy go każąc mu tańczyć, by go oswoić.
   Lubimy grać ze strachem, bo strach można pokonać. Oswajamy strach, gdyż strach oswojony umiera.

Każda gra zawiera ideę śmierci.
James Douglas Morrison

4 komentarze:

  1. Moje refleksje główne są dwie. Pierwszą z nich pewnie powinnam umieścić pod poprzednim postem, bo tam pojawiła się opinia, że strach karmi się niewiedzą. Na tym samym zasadza się kierowanie ludźmi i wykorzystywanie demagogii jako narzędzia do wywoływania określonych reakcji. Podstawą sukcesu jest niewiedza odbiorcy. Tu może należy sobie zadać pytanie, jak często demagodzy wywołują poczucie zagrożenia, tworzą "strachy". I wrogów oczywiście. A tu już kłania nam się Umberto Eco...

    OdpowiedzUsuń
  2. Druga refleksja jest zdecydowanie bardziej literacka. O czym myslisz, czytając słowa: "Oswajamy strach, gdyż strach oswojony umiera"? Przed moimi rodzicielskimi oczami stanęła Buka tańcząca na plaży w "Tatusiu Muminku i morzu". W końcu, w przedziwny sposób ta najstraszniejsza postać dziecięcych opowieści zostaje obłaskawiona przez ubranie w "swoje" cechy - przywiązanie (do Muminka), umiejętność cieszenia się (z możliwości tańczenia dla Muminka). No, prawie ją lubimy! O innej formie "umierania oswojonego strachu", opisanego w jednym z odcinków "Brygady Ó" nie będę tu wspominać ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kreowanie wrogów poprzez tworzenie strachu wobec ludzi/grup/narodów/idei/zjawisk to norma dziejowa - zauważamy ją na każdym kroku. Czy to będą "podszyte tyranią" rządy Peryklesa, czy spisek żydo-masoński, Iluminaci, komunizm, czy - jak się ostatnio dzieje - załamanie systemu bankowego.

    Co zaś się tyczy oswajania strachu w celu jego zabicia - przykład Buki w "Tatusiu Muminka i morzu" wydaje się adekwatny, ale tylko częściowo. Owszem, Muminek "oswaja" Bukę i swój lęk przed nią, mota Bukę w rytuał - najpotężniejszą znaną ludzkości broń przeciw nie-swojości, ale w gruncie rzeczy nie jestem pewien, czy się jej tak strasznie boi. Gdy się pierwszy raz pojawia Buka podążając za Topikiem i Topcią, to okazuje się, że właściwie tylko oni się jej boją. Mama Muminka owija się tylko mocniej szalem, a Migotek targuje się z nią jak kramarz na damasceńskim suku.
    Nota bene: czy ktoś zauważył, że Buka potrafi się wtedy skutecznie porozumiewać? Dopiero w następnych częściach "traci mowę".

    OdpowiedzUsuń
  4. Po targowaniu się z Ryjkiem tez bym już pewnie nie chciała więcej mówić...

    OdpowiedzUsuń