piątek, 16 listopada 2012

Tempus fugit

Przyczynkiem do niniejszego wpisu stał się fakt braku czasu na jego napisanie.
   Czas jest najdroższą rzeczą na tym świecie. Tak twierdzą nawet ekonomiści, którzy uzasadniają to faktem, iż jest to zasób, którego nie można zakumulować, ani powiększyć. Stoi to w sprzeczności w praktyką tzw. „banków czasu”, które pozwalają przez wykonanie jakiejś pracy dla osoby A „zaksięgować” czas, który z kolei poświęci nam kiedy indziej osoba B.
    W ogóle wobec czasu, który jest tak nietypowym przedmiotem (w sensie przedmiotu rozważań, omińmy tu Heideggera, Kanta i spółkę, dobrze?), stosuje się niezwykle dużo określeń łączących go z ekonomią: można wykonać coś w sposób pozwalający na oszczędność czasu, ale można czas trwonić lub marnować. Można także zyskać czas, lub – synonimicznie – zyskać na czasie. Zatem jest już pewne, iż sformułowanie czas to pieniądz musiało powstać prędzej, czy później.
    Warto poświęcić czas, by zastanowić się nad jego istotą. Nie chodzi o to, by formułować tezy ontologiczne, które zakasują niemieckich filozofów, bo to kiepski pomysł. Kiedy mówię, że warto pobiegać, nie mam na myśli zamiaru poprawienia rekordu świata w sprincie na sto metrów. Po prostu dla swojej rozrywki przy kawie lub herbacie zastanówcie się (i podzielcie ze mną, jeśli możecie i chcecie) nad tym, jak postrzegamy czas. Czy jest on dla Ciebie wymiarem? Zasobem, jak gotówka? Czy przeszło Ci przez myśl, że odczuwanie czasu nijak się ma do jego pomiaru?
    Czas jest przez nas odczuwany. Ale żeby dać sobie radę z organizacją życia (czyli czasu...) określamy jego upływ przez cykliczne zdarzenia – zachody słońca, pełnie księżyca, równonoce i obiegi wskazówek. Ale odczuwamy zupełnie inaczej! Gdy robimy coś, co sprawia nam przyjemność, czas umyka bardzo szybko, gdy wykonujemy uciążliwą pracę, cierpimy, męczymy się fizycznie – czas płynie niesłychanie powoli. Odrębną kwestią są zmienione stany świadomości – czy przez modlitwę/kontemplację/medytację, czy przez psychotropy. Wtedy odczuwanie czasu nijak ma się do zegara. Pisał już o tym ibn Arabi setki lat temu, gdy spostrzegł, że mistyk w ciągu kilku chwil jest w stanie przeżyć kilka lat jakby zatopiony w innym świecie. Trochę niczym Rip Van Winkle, wieśniak z Catskill, który grał całą noc z duchami załogi Hudsona i gdy wrócił do swej wioski okazało się, że w międzyczasie jego żona umarła, syn dorósł a Stany Zjednoczone uzyskały niepodległość. Kilka lat mu zleciało. To prowadzi nas w dwa kierunki: do wspomnień hucznych imprez „w nocy z piątku na poniedziałek” i tak zwanego paradoksu bliźniąt: gdy jedno z bliźniąt wyślemy w podróż z prędkością bliską prędkości światła, to po jego powrocie okaże się, że ten, który pozostał na Ziemi zestarzał się o wiele bardziej, niż jego brat-astronauta. Tu wkraczamy w świat fizyki relatywistycznej i fascynujące przekształcenia czasu, masy i gabarytów związane z rozpędzaniem do prędkości przyświetlnych. Ale nie zatrzymam się tu, gdyż brak mi na to czasu.
    Czy ktoś mógłby wpaść na to, by potraktować czas jako element boski? By oddawać mu cześć? Nie inaczej. Ba, nawet nie trzeba do tego jakiejś wyrafinowanej szkoły myśli religijnej. Już pierwsze aryjskie ludy osiadłe (nie koczownicze!) w środkowej Azji czciły Zurwana, Czas Nieskończony.
    Na koniec tylko zahaczę o literaturę. Wydaje mi się, że tytuł Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu” jest mocno ironiczny. Tak naprawdę dotyczy czytelnika, który powieścisko to przebrnął i zorientował się, że mógł ten czas spożytkować o wiele lepiej.
    Ja nie przebrnąłem.
   Nie miałem czasu.

Father, father,
Can you tell me where the hours go?
Where time flows?
Is it written in the stars, upon the Milky Way
That we must burn bright before we fade away?

Ojcze, ojcze,
Powiedz mi, gdzie zmierzają godziny?
Dokąd płynie czas?
Czy zapisano w gwiazdach, ponad Mleczną Drogą,
Że musimy jasno płonąć nim zgaśniemy ostatecznie?

BRENDAN PERRY „Voyage of Bran”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz