sobota, 8 grudnia 2012

Jak Tukidydes rozpętałby trzecią wojnę światową

Tytuł niniejszego posta w celowy sposób jest prowokacyjny i tabloidalny. A żeby było ciekawiej, jego sednem jest ochrona ginącego gatunku philologus classicus.
   Tukidydes jest jednym z ojców historiografii. Znany jest nam z jednego dzieła, ale za to wiekopomnego (o czym sam autor nieskromnie wspomina). Jego „Wojna peloponeska” jest niezwykłym opisem konfliktu, który Ateny i Sparta toczyły kilkadziesiąt lat, i którego efektem było wyniszczenie klasycznego systemu greckich polis.
   Wojna peloponeska była toczona między dwiema potęgami, które rzadko kiedy walczyły ze sobą bezpośrednio, a raczej wspierali lokalne konflikty swoich aliantów, lub wręcz rozgrywali konflikty traktując ich jak figury szachowe, żeby wspomnieć u zarania wojny konflikt Korkyry i Koryntu, czy napaść prospartańskich Teb na wierne zawsze Atenom Plateje. Rzadkość bezpośrednich walk między hegemonami wynikała po trosze z odmiennych predyspozycji militarnych. Siłą Aten była flota. Niczym osiemnastowieczna Brytania drwić mogły z oblężenia, póki do Pireusu mogły zawijać statki z zaopatrzeniem. Z drugiej strony byli w stanie opanować całkowicie sytuację na morzu rozbijając wyspiarskie konstelacje prospartańskie na izolowane wyspy (tautologia, wiem) i pacyfikując jej jedna po drugiej. Tymczasem Sparta dysponowała świetną armią lądową i nieraz ateńczycy musieli znosić jej widok z murów swego miasta. Wytwarzało to dość ciekawy efekt równowagi sił strategicznych przy jej braku na poziomie operacyjnym – każda akcja morska Spartan była takim hazardem, jak lądowy zagon Attyjczyków.
   Przez oczywiste analogie wojna peloponeska stała się modelem sytuacji politycznej powstałej po drugiej wojnie światowej. Silnie spolaryzowany świat skonfliktowany wzdłuż osi USA-ZSRR, mocarstw podobnie dalekich sobie ideologicznie co demokratyczna Attyka i oligarchiczna Sparta, rozgrywał swe marionetkowe wojny od Korei i Wietnamu po Afganistan nie angażując (chwalić Boga, bo nie byłoby teraz tego posta, bloga, ani problemu kalendarza Majów) w pełni sił obu hegemonów. Oczywiście, biorąc pod uwagę fakt, że nuklearne arsenały zbudowali posiadacze uformowanych w neolicie mózgów, pełnych przesądów i upraszczających systemów wnioskowania, musiało to doprowadzić do sytuacji w której tukidydesowe dzieło potraktowane zostanie jako księga prorocza. Analitycy strategiczni, doradcy, sztabowcy wojskowi, doktrynerzy polityczni, oni wszyscy czytali „Wojnę peloponeską” jako mapę, zbiór informacji objawiających im dalszy rozwój sytuacji. Dlatego, gdy w opisie sporu między Korkyrą i Koryntem przed ateńskim zgromadzeniem ludowym Tukidydes wtrąca zdania o nieuchronności wojny, przekalkowano ten pogląd na sytuację zimnowojenną stawiając tezę o nieuchronności eskalacji konfliktu do postaci otwartej wojny.
   Ale czy Tukidydes na pewno to napisał? Analitycy sztabowi i doradcy strategiczni nie znali starogreckiego, więc czytali przekłady. A w przekładach Crawleya i Warnera czasownik anankasai tłumaczono jako „czynić nieuniknionym”. Tymczasem spora część filologów klasycznych wolałaby aby tłumaczyć jako „wymuszać”. Zwłaszcza w kontekście pierwszej księgi, gdy omawiane są przyczyny wojny. Otóż jedną z przyczyn był... styl życia Greków. Hellenowie musieli walczyć. Przypisuje się Wikingom krwiożerczość i pogardę do śmierci w łożu, ale ci starożytni przodkowie dzisiejszych Greków mogli ich spokojnie zakasować na tym polu. W niczym nie przypominali obecnych leniwców, którzy rzucają petardami w obronie sjesty. Choć może właśnie ta gwałtowna reakcja, imperatyw nakazujący zabijać w obronie swej wygody jest spuścizną genetyczną gwałtownych Hellenów? Mniejsza o to. Ówcześni Grecy czuli przymus walki. Stąd też popularność greckich najemników w niemal wszystkich okolicznych wojnach tamtego okresu. Żeby wspomnieć tylko Ksenofonta i jego powrót z terenów obecnego Iranu, gdzie brał udział w rebelii Cyrusa Młodszego. To widać między słowami Tukidydesa. Greckie polis nie kierują się żadnymi wartościami podobnymi do honoru, sprawiedliwości czy uczciwości. Ich słowa ociekają takimi terminami, lecz pod ich powierzchnią krążą cyniczne prądy rachunku sił i szans powodzenia. Dla Ateńczyków najważniejszym pytaniem nie było „czy to się godzi?”, ale „czy wygramy?”. Sama możliwość odniesienia zwycięstwa była dla nich dostatecznym powodem, by wszcząć wojnę. Pod tym względem w tyle zostawiali takich starożytnych podpalaczy świata jak Sargon, Tiglapilasar, Nabukednesar czy Kserkses. Chyba dopiero Czyngis-chan mógłby im być pokrewny. Ateńczycy, znudzeni piętnastoletnim pokojem (a był to dopiero półmetek wynegocjowanego okresu rozejmu!) wymusili rozpoczęcie wojny ładując się w awanturę między prospartańskim Koryntem a jego bogatą, a przede wszystkim silną militarnie, kolonią.
    Zbyt dosłowni w odczytywaniu analogii urzędnicy Departamentu Stanu i sztabowcy Pentagonu rozrysowali sobie diagramy, z których wynikało, że najlepszym biznesem czasów powojennych jest budowa schronów przeciwatomowych. Oni wcale nie mieli krwiożerczej natury greckich strategosów, po prostu im to wychodziło z lektury, że wyścig zbrojeń i przedłużający się czas pokoju muszą doprowadzić do wojny.
    Na szczęście splot różnych okoliczności, w tym owe wspomniane neolitycznie formowane mózgi o silnie rozwiniętym instynkcie przetrwania, doprowadził do wygaszenia zimnej wojny. Dzięki temu zarobiliśmy trochę czasu, który możemy poświecić na zastanowienie się nad przyczynami naszych zachowań, doborem lektur i... tłumaczy.
    Morał tej historii jest osobliwy. Chrońmy filologów klasycznych bardziej niż zagrożone gatunki. Bez nich pewnego dnia sami możemy się stać gatunkiem zagrożonym.

PS.
A propos, czy ktoś (nie licząc Pentagonu) nie potrzebuje zatrudnić pracowitego filologa klasycznego? Pytanie jest zadane bardzo serio.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz