piątek, 26 października 2012

Archipelagi

Zazwyczaj przyjmujemy, że cieśniny dzielą wyspy, a drogi łączą miasta. Myśląc o drogach, które dzielą wpadamy w dyskomfort myślowy rozpatrując drogę jedynie w jej jednowymiarowym, abstrakcyjnym aspekcie komunikacyjnym. Podobnie, będąc istotami lądowymi, myślimy o przestrzeni wody jako oddzielającej wyspy. Tymczasem już taka Wenecja, czy Amsterdam każą nam zastanowić się, czy kanały dzielą wyspy, czy je łączą? Oczywiście wtedy zmieniamy optykę nazywając (ach, słodkie jarzmo języka!) kanały „drogami wodnymi”. A jak nazwać w dziedzinie inżynierii lądowej drogi, które dzielą?
    Obiecałem sobie solennie zakładając tego bloga, że nie ruszę tematu polityki. Mam nadzieję, że przyrzeczenia tego dotrzymam wspominając tylko informację podaną przez Noama Chomsky'ego w „Interwencjach” o eksterytorialnych autostradach budowanych przez Izrael na terenie Autonomii Palestyńskiej. Mają one, według autora, na celu maksymalne rozbicie terytorialne państwa palestyńskiego i uniemożliwienie integracji. Zatem istnienie dróg, których zadaniem jest dzielić pod pozorem łączenia, można przyjąć jako fakt.
    Jedną z powieści, które wywarły na mnie kolosalne wrażenie, jest bez wątpienia „Wyspa” nieodżałowanego J. G. Ballarda. Język autora jest chropawy i niewyszukany – żadne tłumaczenie żadnej z jego powieści tego nie jest w stanie zamaskować. Tematy, które Ballard porusza (przynajmniej w powieściach, które znam) są niesamowite, wydają się wydumane, ale czytelnik podskórnie zdaje sobie sprawę, że nie są nieprawdopodobne. I to jest właśnie to, co mnie u Ballarda urzeka – nie sama powieść, lecz to, w jaki sposób wpływa na nasze myślenie. To osobliwe zastanowienie „a jak ja bym postąpił na miejscu bohatera?”. I ręczę Wam, że przeciętny człowiek nie ma gotowych recept i wzorców. Wątpię, czy nawet Pałkiewicz, Grylls i Norris mieliby scenariusze przygotowane na sytuację, gdy zostajesz zamknięty w galerii handlowej zabarykadowanej przez fanatyków broniących faszyzującej subkultury a na zewnątrz trwa policyjne oblężenie („Królestwo nadchodzi”), czy uczestniczysz w ekologicznym proteście mającym na celu ratowanie tropikalnego atolu i nagle orientujesz się, że celem przywódcy jest eksterminacja... podwładnych („W pośpiechu do raju”). Albo wypadasz z autostrady na tytułową wyspę na jej węźle i przez zbieg okoliczności pozostajesz tam zdany na siebie, a wszyscy szukają Cię wszędzie indziej, niż na kilkukilometrowym odcinku łączącym (dzielącym?) miejsce Twego zamieszkania od miejsca Twej pracy. Oczywiście, zaraz ktoś powie, że to taki Robinson Cruzoe. No i nie sposób się nie zgodzić. Jest pewne ale. Ballard napisał książkę tak, że w pewnym momencie ogarnia czytelnika wrażenie, że nic tam nie dzieje się prawdziwie, lecz są to halucynacje bohatera, który z mózgiem na asfalcie dogorywa po inicjującym powieść wypadku. To, co się przydarza bohaterowi jest dziwne, groteskowe, wynaturzone, chore. No dobrze, chyba przesadziłem z epitetami, bo zaraz ktoś będzie chciał pomyśleć o „Wyspie” jak o wytworze Lovecrafta, lub przynajmniej Barbie Gill Graynor.
    Wracamy do naszej bohaterki. Tak, tak, bo to nie Robert Maitland jest naszym obiektem zainteresowania, lecz wyspa, na której się rozbił.
    Gdy czytałem tę powieść w latach 90. XX wieku nie mogłem sobie do końca wyobrazić miejsca akcji, niczym Awerroes, który nie mógł poradzić sobie z pojęciem komedii. Przyczyna była konkretna i ta sama, co u Ibn-Ruszda – brak bezpośredniego doświadczenia. Wiedziałem jak wygląda skrzyżowanie bezkolizyjne i wyobraziłem sobie duże (jak na moje wyobrażenie) skrzyżowanie, z czterema odpowiednimi wyspami ulokowanymi w drogowej „koniczynce”. No i nie wiedziałem, dlaczego (nawet biorąc pod uwagę stan zdrowia Maitlanda, trudności terenowe, czy co tam innego) nie mógł się stamtąd wydostać, ale mógł spędzić tam kilka tygodni. Ba, wydawało mi się, że większym moim problemem byłoby tam zostać, niż stamtąd uciec. Dopóki nie zastanowiłem się nad prawdziwym węzłem autostradowym.
    W Polsce, w chwili obecnej największym skrzyżowaniem autostrad jest węzeł Sośnica w Gliwicach. Największym, bo jedynym. Co nie znaczy, że obiektywnie nie jest duży. Wcześniej było tam węzeł łączący autostradę A4 z ulicą Pszczyńską. W tej chwili krzyżują się dwie autostrady: A4 i A1 oraz wspomniana ulica Pszczyńska (DK 44 w kierunku na Mikołów i Tychy). Powiem tylko tyle, że po przebudowie droga do pracy wydłużyła mi się o trzy kilometry. Czy to jest wyczuwalne? Wcześniejszy zjazd „ślimakiem” z wiaduktu na pas A4 jest teraz trzykilometrową drogą w labiryncie dojazdów, zjazdów i przejazdów. Wyjeżdżając z Gliwic w kierunku Katowic przemierzyć trzeba rondo na estakadzie i dwa duże wiadukty. W czasie, gdy piszę tego posta, na jednej z „wysp” we wnętrzu węzła trwa budowa jednego z największych w Polsce parków handlowych. A przypuszczam, że to skrzyżowanie jest nieduże w porównaniu do angielskich węzłów, których ofiarą padł ballardowski bohater. Bez obrazu tych hektarów łąk, lasów i czegoś w rodzaju śląskiego buszu (nieuporządkowanej plątaniny bzu, głogu, leszczyny i brzóz) moje wyobrażenie o miejscu, gdzie rozgrywa się powieść przypominało próbę ogarnięcia akcji „Złego” przez mieszkańca wsi Taplary z „Konopielki” Redlińskiego – wyobraziłby sobie Warszawę jako powiększone do monstrualnych wymiarów Taplary, gdzie mieszka kilkaset tysięcy ludzi, ale wszyscy się znają po imieniu i słuchają jednego sołtysa, a jak trza co zdecydować, to się w takiej wielkiej izbie zbiorom. Proszę nie myśleć, że piszę to o Sejmie! To nie jest blog o polityce!
    Czytając dziś „Wyspę”, zwłaszcza jej fragmenty, gdy Maitland widzi w nocy światła miasta, nie sposób się opędzić od myśli, że cała ta sytuacja byłaby niemożliwa w dobie telefonii komórkowej i policyjnych śmigłowców z szukaczami po milion luksów. Ale czy aby na pewno? Co się stanie, gdy komórka się rozbije? Co się stanie, gdy w wyniku zbiegu okoliczności wszyscy sadzić będą, że Twoja nieobecność to weekendowa ekskursja, chęć pobycia samemu ze sobą przy wyłączonej komórce? A co się stanie, gdy...?
    Jednak naprawdę ciekawe w „Wyspie” jest dla mnie coś innego – zmiana percepcji. Podobnie jak w przypadku „Niewidzialnego popiersia Woltera”, o którym już wspominałem, tu następuje przesunięcie punktu percepcji przestrzeni. Normalnie postrzegamy pewne miejsca niczym wyspy: dom, praca, galeria handlowa, mieszkanie Stefana, gdzie spotykamy się na wódce... Drogi zaś stają się mostami, które je łączą. Tymczasem bohater „Wyspy”, a za nim czytelnik modelowy, przesuwają się ku pozycji, z której przestrzeń poszatkowana została drogami na archipelagi niepołączonych ze sobą wysp.
    Po lekturze „Wyspy” jazda po autostradzie nie będzie już taka sama. Węzły przestaną być dla nas li tylko połączeniem dróg. Dostrzeżemy w jaki sposób drogi dzielą ziemię, a strumienie samochodów są bardziej zdradliwe niż morskie prądy w cieśninach.


Fragmentacja jest prawem,
Jedności nie uczy się w szkole.
SONIC YOUTH „Making the Nature Scene”

piątek, 19 października 2012

Na Dzień Nauczyciela - postękiwania starego zarozumialca

    Ponieważ blog powstaje zazwyczaj w jakiejś relacji do czasu jego tworzenia, więc pomyślałem, że napiszę jakiś tekst okolicznościowy o przyznanej na dniach literackiej nagrodzie Nobla. Albo o szkole z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Ponieważ jednak nie znam dorobku tegorocznego noblisty, a etap szkolnej edukacji mam już dawno za sobą, więc w umyśle zrodził mi się szatański w swej prostocie pomysł połączenia obu tematów w zawiesistym sosie staropolskiego narzekania na wszystko. Do dzieła!
    Zacząłem od przejrzenia listy osób nagrodzonych literackim noblem, a następnie odnalazłem za pomocą niezawodnej wyszukiwarki na „G” maksymalnie rozszerzoną listę lektur polecanych na maturę A.D. 2013. Wyszło jak zwykle – niezazbytnio.
   Do „najświeższych” obecnych w spisach lektur noblistów należą Polacy: Czesław Miłosz (nagrodzony w 1980 roku) i Wisława Szymborska (1996). Z „zagranicznych” to Hemingway (1954) i Camus (1957). Ani słowa o Grassie, Brodskim, czy Marquezie.
   Ja oczywiście rozumiem, że niektórzy dostali się do zaszczytnego grona noblistów właściwie ku zdziwieniu wszystkich (na przykład co w tej plejadzie gwiazd literatury robi Dario Fo, to zachodzę w głowę; dlaczego w takim razie nie dać nobla Eduardo Mendozie?), ale całkowite zamknięcie się szkół średnich na współczesną literaturę jest doprawdy karygodne.
    Oczywiście – programy są przeładowane, młodzież coraz bardziej ech-ta-dzisiejsza, ale, na VALISa, czy przypadkiem nie omawia się wciąż polskich czterech sążnistych powieści końca XIX wieku? Kolejno: „Nad Niemnem”, „Lalka”, „Potop”/”Quo Vadis” i „Chłopi”. Tak, oczywiście, „Quo Vadis” i „Chłopi” to noblowskie utwory. Ale czy nie można ich nieco przykrócić? Skoncentrować się na jakimś wyborze? Skoro potrafili pociąć „Dekameron” w dwunowelkowe gwizdek-wie-co, to i „Chłopów” by się dało jakoś skompresować. Czy współczesna, ech-ta-dzisiejsza młodzież jest w stanie zrozumieć niuanse zachowań Rzeckiego i Wokulskiego? Nie.
    „Za moich czasów”, jeśli mnie pamięć nie zmyla, śmiertelnie się nudziliśmy czytając niezrozumiałe dla nas zupełnie perypetie różnych Bohatyrowiczów i Judymów, z których rozterkami nie mogliśmy mieć nic wspólnego. Zastanawialiśmy się, dlaczego nasza polonistka usilnie chce, byśmy żyli problemami sprzed stulecia z okładem. Nie mogliśmy pojąć, po co przerabia się pod rząd trzy powieści Żeromskiego: „Syzyfowe prace”, „Ludzi bezdomnych” i „Przedwiośnie”. Bliższy już nam był Kordian, niż Cezary Baryka! Za to, gdy program języka polskiego dobrnął z nami szczęśliwie do Dwudziestolecia, to i Tuwim się nam podobał, i Awangarda, a Borowski i Herling-Grudziński wstrząsnęli nami do głębi. „Inny świat”, jak żadna inna lektura, był komentowany na przerwach i wstydem towarzyskim było tej książki nie skończyć. A było to technikum, pełne ludzi nie pióra, lecz lutownicy. Ileż bardziej byliby moi rówieśnicy zachwyceni, gdyby mogli „przerobić” „Mistrza i Małgorzatę”!... No ale cóż. Nie, to nie. Za to Żeromskiego przerabialiśmy pół roku.
   Ale nawet, gdybyśmy jeszcze rzutem na taśmę omówili Bułhakowa, kafkowski „Proces” i, nie wiem, może „Tango” Mrożka (najważniejszy dla mnie dramat polski, może kiedyś opowiem dlaczego), to i tak kończąc szkołę średnią o literaturze iberoamerykańskiej dowiedzieć się można było tylko z telewizji. Internetu nie było jeszcze „dla ludu”, ale za to w telewizji, miast „Gwiazd tańczących z talentami” emitowano „Ogród sztuk”, nieodżałowany program pani Kamili Dreckiej, który poszerzał nasze formowane lekcjami polskiego horyzonty.
   Dlaczego nie mówi się uczniom o tym, co pisane jest teraz?
    Ministerstwo, z cichym, zaciekłym, drobnomieszczańskim uporem godnym madame Dulskiej, okopało się w liście lektur nadających się jedynie do tego, by Gałkiewiczowi postawić pałkę. Bo tak jest wygodniej. Ustalić klucz mówiący co autor miał na myśli i w kółko nauczać tego samego, bo tak łatwiej, udając, że literatura zatrzymała się gdzieś w połowie dwudziestego wieku. Wytwarza się dziwna sytuacja społeczeństwa dwóch prędkości: z jednej strony ci, którzy zostali uformowani przez szkołę, z której wynieśli ognistą nienawiść do literatury, a z drugiej ci, którzy są z literaturą współczesną w miarę na bieżąco i przez to dla tych pierwszych już niezrozumiali. I mówi się, że ludzie nie czytają książek, więc pewnie tak musi być i nie ma co z tym walczyć, więc nie ma co modernizować programów nauczania, ani inwestować w nauczycieli. No i takie są rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie. Młodzież dorasta w przekonaniu, że nauczyciel, ten zmęczony człowieczek bełkocący zza katedry, że Słowacki wielkim poetą, jest niedorajdą życiową i trzeba unikać wszystkiego co się z nim kojarzy, by nie skończyć jak on. Przede wszystkim – nie czytać. Zwłaszcza, że ich zdaniem nie ma co czytać, bo wychodząc ze szkoły pamiętają Sienkiewicza i Mickiewicza. Oczywiście wśród nich są również ci, którzy szczerze chcą jeszcze coś dobrego przeczytać w życiu. I padają ofiarami pięćdziesięciu zmierzchów Graya.
    Pamiętam taką jesienną noc, gdy będąc abiturientem uczelni technicznej, siedziałem przed kominkiem w towarzystwie świetnego kabareciarza, laureata PAKI i artysty Piwnicy Pod Baranami, który na chleb zarabiał konferansjerką na otwarciu kolejnych McDonald'sów. Za aliantów mieliśmy butelkę wytrawnego wina i około hektolitra kawy. Była to jedna z cudowniejszych nocy, gdy prowadziliśmy spory o Jagiełłę, Kazimierza Wielkiego i pojęcie „polskości”. Dyskutowaliśmy o książkach, powieściach, dramatach, reżyserach i aktorach. Przy czym przez większość czasu on mówił, a ja słuchałem. I tak, po tej nieprzespanej nocy, w liście moich lektur znalazły się (między innymi) utworzy A. Gide'a, o którym na lekcjach polskiego nie miałbym szansy usłyszeć. Nie chcę, by elementami wyposażenia klas były stojaki na butelki i ekspresy do kawy. Raczej marzę o tym, żeby nauczyciel potrafił wskazać uczniom ciekawe lektury. Zamiast wstawiania ocen za recytację "Ody do młodości" przedstawić Wojaczka. Chwyci na pewno: "Chodzę i pytam" Elektryczne Gitary przetworzyły na rewelacyjny, rockowy kawałek. Był hitem. Nuciliśmy go w drodze ze szkoły do domu. Ale idźmy dalej.
   Skoro powszechnie wiadomo, że ludzie nie lubią zbyt złoconych pomników, dlaczego nie powiedzieć, że Shakespeare, będąc największym dramaturgiem anglosaskim, pisał pod publiczkę. Nie był Wernerem Herzogiem teatru, lecz raczej Jamesem Cameronem, chciał zabawiać, a nie zbawiać. Dlaczego nie powiedzieć, że owszem, Sienkiewicz, Reymont, Żeromski, ale w tej chwili tworzy pisarz równie sprawnie władający piórem i o warsztacie, który. moim skromnym zdaniem, przewyższa starych mistrzów - Jacek Dukaj. Dlaczego nie opowiedzieć młodzieży o co tak na prawdę chodziło w krwawej aferze wokół "Szatańskich wersetów", ile przyniosła ofiar i jakie były konsekwencje?
    Żeby nie utrwalić się jako „onetoidowy hejter”, napiszę co uważam za stosowne uczynić, by rzecz naprawić.
   Primo, przywrócić prestiż zawodowi nauczyciela. Chór głosów już słyszę: „wiśta wio, łatwo powiedzieć”. Łatwiej, niż się przypuszcza. Gdy zawód nauczycielski zacznie nieść korzyści materialne, selekcja materiału dokona się niejako łatwiej, a prestiż wzrośnie zaraz potem. Trzeba tylko zacząć myśleć o nauczaniu (nieważne, czy polskiego, fizyki, czy wuefu) jako o inwestycji w zasoby ludzkie, a nie jako o opiece paliatywnej młodych umysłów. Niebezpiecznie dryfuję w stronę polityki, od której chcę tego bloga uchronić. Ale już wracam na poprzedni kurs.
   Secundo, w ramach nauczania języka polskiego przestać hołubić XIX wiek i poświęcić mu tyle czasu, co barokowi i renesansowi – zgoła niewiele. Wygospodarowany czas przeznaczyć na literaturę nam współczesną. Wszak nie mówimy o literaturze antycznego Rzymu, która jest zamkniętym rozdziałem (nie odkrytym do końca, ale nic nowego Cyceron już nie napisze), lecz o literaturze, która współbrzmi ze światem przez nas obserwowanym. Niech będzie nawet Stasiuk (choć go nie trawię, ale trawią moi koledzy), byleby młodzi mogli odnaleźć w literaturze siebie samych.
   Tertio, obowiązkową lekturą klasy maturalnej winna być pozycja napisana przez laureata literackiej nagrody Nobla z roku poprzedzającego. I nie może tu być egzegetycznych wykładów „co autor miał na myśli”, lecz jedynie wspólna z uczniami próba docieczenia tego. Nawet z „Małżeństwa otwartego” Dario Fo dałoby się wyciągać wnioski co do kondycji europejskiego modelu rodziny. Czego nie da się na przykład z „Tanga” Mrożka, które jest alegorią kultury, a nie obrazkiem rodzajowym, jak to chciała polonistka mojego kolegi, który uczęszczał do liceum.

Ultimo, zapamiętać trzeba, że – wbrew etymologii – uczeń nie potrzebuje, by go uczyć, ale by go zainteresować. A nauczy się już wtedy sam.

Nie ma większego bogactwa w narodzie nad światłych obywateli. 
Karol Wojtyła

piątek, 12 października 2012

Opętani językiem

Abu Al-Walida Muhammada Ibn Ahmada Ibn Muhammada Ibn Ahmada Ibn Ahmada Ibn Ruszda zwanego Awerroesem poznajemy gdy w swym domu w Marrakeszu od niechcenia pisze swoje najsławniejsze dzieło „Tahafut al-tahafut”, polemikę w obronie Arystotelesa. Lecz jego prawdziwym wyzwaniem jest próba przetłumaczenia arystotelesowskiej „Poetyki” na arabski. Dokładnie rzecz ujmując ma problem z tłumaczeniem pojęć tragedia i komedia. Nie ma zielonego pojęcia co te słowa mogą oznaczać. Ba, nikt w świecie islamu nie ma nawet cienia przypuszczenia. Słowa te są enigmatyczne jak tohu wa bohu w pierwszych wersetach Księgi Rodzaju.
    Awerroes jest mądry. Wie, że odpowiedź może być niezmiernie blisko. Patrzy więc przez okno na dzieci bawiące się w meczet: jedno naśladuje muezzina, drugie wiernego, trzecie, niosąc pierwsze na ramionach, jest minaretem. Potem idzie na spotkanie do Faradża – prominentnego badacza Koranu, u którego towarzystwo rozmawia na temat wyobcowania, poezji i dziwnych zwyczajów mieszkańców kraju Sin (obecnie znanego nam jako Chiny). O tych ostatnich opowiada Abu'l-Kasim, który zawitał tam do domu z malowanego drewna, w którym grupa piętnastu lub dwudziestu osób modliła się, śpiewała i przemawiała.

Byli więźniami, ale nie dostrzegało się krat; galopowali, ale nikt nie dostrzegał koni; walczyli, ale miecze były z trzciny; umierali, a potem znowu podnosili się z ziemi.
- Czyny szalonych – powiedział Faradż – przekraczają przewidywania roztropnych.
- Nie byli szaleńcami – pospieszył wyjaśnić Abu'l-Kasim – Przedstawiali, jak mi powiedział jeden z najemników, wydarzenia.
Nikt nic nie zrozumiał, ani nawet nie usiłował zrozumieć.
J. L. Borges „Dociekania Awerroesa”

Pozostawmy w tym miejscu naszego bohatera, by przyjrzeć się spokojnej, statecznej rodzinie, która właśnie smacznie śpi.
   Przygotujcie się na poważny przeskok, gdyż z rozgrzanego słońcem Marrakeszu przeskakujemy od razu w spowitą polarną nocą Dolinę Muminków. Jak przypuszczam szok mentalnego przejścia od człowieka, który uratował Arystotelesa dla filozofii zachodniej, do postaci z opowieści dla dzieci jest równie wstrząsający, co ewentualny szok termiczny dla prawdziwego podróżnika.
    Tymczasem rodzina Muminków stoi przed poważnym wyzwaniem. Zostali obudzeni w środku zimowego snu przez zaaferowanego Paszczaka, który twierdził, że idzie jakaś Wigilia. Pojęcie to Muminkom jest równie obce jak Awerroesowi pojęcia tragedia i komedia. Gorzej – dla Awerroesa jest to rodzaj intelektualnego wyzwania, natomiast dla Muminków może być to kwestia życia i śmierci. Wszyscy dookoła biegają tak zestresowani i zachowują się tak irracjonalnie, że niemożliwym wydaje się inna interpretacja wydarzeń niż przygotowanie na zbliżający się kataklizm lub co najmniej potwór. (Aczkolwiek w naszej kulturze zawsze przygotowania do Bożego Narodzenia mają w sobie coś z reżyserowanego kataklizmu.) Muminki postanawiają się dowiedzieć jak najwięcej o grożącym niebezpieczeństwie, by móc się na nie jak najlepiej przygotować. Ciotka Paszczaka ciągnąc świerk na saniach każe im znaleźć choinkę nim się ściemni, co sugeruje, że niebezpieczeństwo nadejdzie wieczorem. Wybierają dużą choinkę domniemywając, że konieczne będzie schowanie się w niej. Z Gapsy wyciągnęli, że choinkę trzeba ubrać. Mama już martwiła się, że nie mają tak wielkich ubrań, lecz na szczęście jakieś stworzonko podpowiedziało, że oznacza to udekorowanie ładnymi rzeczami. Sytuacja zaczyna się klarować.

- Przez chwilę bądźcie cicho i pozwólcie mi pomyśleć – powiedział Tatuś. - Jeżeli choinka ma być przystrojona, i to najładniej, to chyba nie po to, żebyśmy się mieli w niej ukrywać przed jakimś niebezpieczeństwem, ale chyba po to, żeby je raczej przebłagać. Zaczynam rozumieć o co tu chodzi.
T. Jansson „Choinka”

No, brawo, brawo. Frazer i Eliade, a może nawet Levi Strauss, byliby z niego dumni. Co gorsza, sylogizm Tatusia Muminka jest tak poprawny, że znając pierwotny kontekst choinki, zastanawiam się, czy wnioski wyciągane przez nich wobec obcych kultur nie są równie trafne, co choinkowe egzegezy małego trolla.
    Zarówno Awerroes, jak i rodzina Muminków zetknęli się z Nieznanym. Z czymś co mieści się poza ich kulturą. Kultura i język są ze sobą nierozerwalnie związane. Wszystko co zostanie wciągnięte w obszar kultury zostaje osadzone w jakimś kontekście i oswojone poprzez nazwanie.
    Nazywanie rzeczy jest najważniejsze. Nazywanie rzeczy daje nam wrażenie panowania nad nimi. Jest to w człowieku tak głęboko zakorzenione przekonanie (wcale nie twierdzę, że fałszywe), że już w Księdze Rodzaju Bóg przyprowadza Adamowi zwierzęta, by je ponazywał i nimi władał. Ursula Le Guin opiera zasady magii Ziemiomorza na znajomości tak zwanych „prawdziwych imion rzeczy”. Gdybyśmy poznali prawdziwe imię choćby kubka z kawą, który teraz stoi obok mnie, moglibyśmy go powiększyć, zmniejszyć, skłonić do latania lub kazać mu zniknąć.
    O powiązaniu władzy i nazywania wiedział dobrze Duerrenmatt. Czy miał tego świadomość, czy była to wiedza intuicyjna – trudno mi rzec. Lecz spójrzcie na zachowanie Klary Zachanassian, demonicznej Starszej Pani, która składa wizytę w swym rodzinnym miasteczku. Posiada w sensie prawnym całe miasteczko, ma szacunek mieszkańców, ma ich podziw, rozkazuje im co mają myśleć i jak postępować. Jest w stanie nakłonić ich do popełnienia zbrodni i nazwania jej „urzeczywistnieniem sprawiedliwości”. Okalecza fałszywych świadków i zatrzymuje pociągi ekspresowe na podrzędnej stacji. Ale, co uderzające, zmienia ludziom imiona. Zaczynają nosić idiotyczne miana z jednej sztancy: Koby, Loby, Toby, Noby, Roby, a nawet sędzia, przedstawiciel władzy wymierzającej sprawiedliwość, staje się jej ochmistrzem o imieniu Boby.
    Z kart historii wyłania się ku nam pochód Aleksandra przez Azję i jego podobne postępowanie wobec kultów. W każdym napotkanym bóstwie Grecy szukali swoich bogów. I tak Kybele stała się Artemidą, Marduk – Zeusem i dalej w ten deseń. Greków nie interesowały aspekty właściwe Mardukowi. Zauważyli jego podobieństwo do Zeusa i resztę odrzucili.
    Nazwać to objąć we władanie. Wciągnąć w obręb swego świata. Pojąć. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że na nazywaniu się nie kończy. Chodzi o całą percepcję świata. Jest obszar Znanego i obszar Nieznanego. Czy istnieje dla człowieka obszar Niepoznawalnego? Castaneda twierdzi, że tak. (Castaneda wyłazi nam w naszych rozważaniach tak często, że trzeba będzie mu poświęcić osobny post.) W swej książce „Wewnętrzny ogień” wkłada takie słowa w usta don Juana Matusa:

- Jednym z najwspanialszych przeżyć nowych widzących była chwila, gdy odkryli, że nieznane to po prostu emanacje odrzucone przez pierwszą uwagę. (…) Z kolei niepoznawalne to wieczność (…)
C. Castaneda „Wewnętrzny ogień”

Ponieważ dziwaczny aparat pojęciowy Castanedy nie jest powszechnie znany (żadna szkoda), więc pokuszę się o przekład:
   „Jednym z najwspanialszych odkryć meksykańskich czarowników nowej generacji było to, że Nieznane to po prostu te obszary otaczającej nas rzeczywistości, które nie znajdują się w obszarze naszej percepcji. Z kolei Niepoznawalne to cała reszta, która nie mieści się w opisie, czy pojmowaniu. Którego istnienie można jedynie dopuszczać do myśli.”
    Czyli mamy trzy strefy: Znane (co znamy) i Nieznane, między którymi granicę możemy przesuwać, i Niepoznawalne, którego nigdy nawet nie dotkniemy. Granicę miedzy Znanym i Nieznanym można przesuwać, albo prawdziwie (doświadczając czegoś), albo fałszywie - tłumacząc go elementami należącymi do dziedziny Znanego. Nazywając. Tragedia i komedia były dla Awerroesa elementami Nieznanego. A właśnie – co u niego? Jak wybrnął z problemu tłumaczenia? Cytując Pakosę – niezazbytnio.
    Mając w ręku potrzebne klucze (dziecięcą zabawę i opowieść o chińskim teatrze), nie zauważa ich. Myli wskazówki i odpowiedzi. W końcu zapisuje:

Aristu [Arystoteles] nazywa tragedią panegiryki, komedią zaś satyry i anatemy. Na stronicach Koranu i w muallakach Świątyni roi się od przecudownych tragedii i komedii”.
J. L. Borges „Dociekania Awerroesa”

W ostatecznym rozrachunku Awerroes nie dokonał więcej od Tatusia Muminka.

Po co ja w ogóle o tym piszę? Ku przestrodze. I nauce pokory.
    Jeśli ktoś się pobłażliwe spogląda na problemy Ibn Ruszda czy Muminków z pojęciami względnie oczywistymi, niech się zastanowi, ile razy sam postąpił podobnie (lub gorzej) z pojęciami, które chciał zrozumieć, lecz nie był w stanie, gdyż należały one do kontekstu obcej kultury. Sam jestem na to uczulony, gdyż pewne rzeczy dotyczą moich rejonów zainteresowań, a gdy słyszę, że chińskie słowo qi (czyt. [ći]) oznacza „energię”, a zen to „spekulatywna szkoła filozofii buddyjskiej”, to zalewa mnie krew. Na razie w przenośni.
    Nie jest to znak jedynie naszych czasów, gdyż już Mickiewicz, mimo fascynującego przekładu kasydy Asz-Szanfary, popełnił później utwór wierszowany ze zwrotkami i refrenem, który z uwagi na pustynne tło nazwał też kasydą. Arabscy sza'ir z okresu Dżahiliji zabiliby go śmiechem. Jednak dopiero dwa pokolenia po Mickiewiczu urodził się człowiek, który mógłby mu wytłumaczyć jakie warunki musi spełnić utwór liryczny by móc nazwać go kasydą. Podobnie Mickiewiczowi teraz zachowują się młodzi poeci sądzący, że skąpiąc słów wierszom mogą nazywać je haiku.
    Dziś nauka wciąż stoi przed problemem rozwikłania znaczenia pewnych słów. Na przykład jedną z klas społecznych wymienionych w Kodeksie Hammurabiego są muszkenum. Nie wiadomo jednak kim do końca byli. Wiadomo, jaki był ich status prawny, lecz nie wiadomo jaki był ich status kulturowy (np. prestiż społeczny, pełnione funkcje). Są pewne przypuszczenia. Mam na ten temat także pewną swoją hipotezę, ale jej nie przedstawię. Tylko dlatego, że spojrzawszy na nią z dystansu okazało się, że jest ona jedynie odbiciem mojej wiedzy na temat obecnego, europejskiego systemu prawnego.
    Jesteśmy podobni borgesowskiemu Awerroesowi, który poczuł lęk przed wyobrażeniem pustyni wielkiej na dwakroć czterdzieści dni drogi: jak on ulegamy magii opowieści o egzotycznych krainach i łatwiej nam odczuć pokorę przed odległością roku świetlnego, niż wyobrazić sobie, że pojęcia, o których słyszymy są dalsze naszemu pojmowaniu niż centrum galaktyki. Wolimy żyć w świętym przekonaniu, że wszystko jesteśmy w stanie zrozumieć, bo wszystko jesteśmy w stanie spętać swoim językiem.

Zadanie domowe – czy to my posiedliśmy język, czy też język posiadł nas?

piątek, 5 października 2012

Zagrajmy w strach (cz. II)

Zatrzymaliśmy się w ostatnim poście na analizie nie-swojości i jej aktualnym, bestsellerowym wcieleniu, czyli grze „Slender”. Można skonkludować to zdaniem: „Szukamy nowych źródeł strachu w sztuce”.

    No dobrze. Ale po co? Po co w ogóle się interesujemy tym, czego się boimy? Powinniśmy tego unikać. Prosta logika wskazuje, że unikamy rzeczy niemiłych – potraw zbyt ostrych, dźwięków zbyt głośnych, temperatur zbyt wysokich/niskich. Unikamy kopnięć prądem i trucizn. Powinniśmy unikać także strachu.
    Osobiście opowiadam się za opcją, że lubimy się bać, gdyż pomaga nam to strach pokonać. Uzasadnienie? Pozwólcie, że w telegraficznym skrócie opowiem wam o wampirach.
    Budzący lęk ohydny stwór, zmarły wychodzący nocami z grobu, by żywić się krwią rodziny i sąsiadów przeszedł długą drogę, by z potwora stać się kiczowatą przytulanką.
   Mieliście kiedyś do czynienia z martwym ciałem? Martwe ciało wzbudza podświadomie uczucie nie-swojości. Zwykliśmy człowieka postrzegać jako ciało, a tu zostaje ciało pozbawione człowieka. Do tego dochodzi cały szereg biologicznych efektów rozkładu ciała. Albowiem ciało zaczyna się rozkładać już kilka minut po śmierci. Pierwszy ulega mózg. Potem inne tkanki miękkie. Środowisko flory jelitowej traci stabilność, co skutkuje wytwarzaniem gazów. Do tego dochodzi przechodzenie od wiotkości ciała do jego stężenia i na powrót zwiotczenie. A jeśli jeszcze uchyli się powieka i ujrzeć będzie można eliptyczną źrenicę... No cóż. Fantazmat wampira miał swoje konkretne źródła. Toteż i ludowy wampir (serbski), czeski upir, lub nasz upiór był raczej bliższy temu co w literaturze fantasy jest określane jako strzyga lub strzygoń – potwór zdecydowanie odstręczający w przeciwieństwie do Edwarda Cullena.
    Metody obrony też nie odejmowały nic z makabry zjawiska wampiryzmu. Choć właściwie trzeba nazwać je prewencją wampiryczną, a nie obroną. Nie wiem, czy ktoś się z wampirem ganiał, raczej starano się zapobiec jego atakom albo niezwłocznie po śmierci, albo rozkopując jego grób za dnia. Jakoś nie przypominam sobie doniesień o wioskowych mano a mano ze strzygą. Jakie zatem czynności prewencyjne podejmowano? Prócz znanego nam przebicia klatki piersiowej kołkiem w celu przybicia ciała do gruntu bądź trumny, należało (w zależności od regionu) odrąbać głowę zmarłemu, spalić ciało (pamiętajcie, że nie było krematoriów – ciało płonęło na stosie na wolnym powietrzu wydzielając gryzący dym, skwiercząc, a po wszystkim należało uprzątnąć niespopielone szczątki) lub - co po tej wyliczance brzmi prozaicznie – przebić czaszkę żelaznym gwoździem. Proszę Was, byście się na chwilę zatrzymali, by wyobrazić sobie, że po śmierci kogoś ze swej rodziny musicie (wszak cała wioska patrzy na Was) własnoręcznie dokonać którejś z powyższych czynności.
    No i ten wytwór ludowej demonologii stał się obiektem zainteresowań sztuki. Najpierw wysoko: Goethe, Byron, Le Fanu, Dumas. Z natury swej pisarze ci nie akceptowali powalanego błotem umrzyka w charakterze bohatera literackiego, toteż ich wampiry są już arystokratami i arystokratkami. Potem już wampir schodzi niżej – Stoker, Benson, Grabiński, King. Można rzec, iż ich wampiry mają już łaty naszyte na łokciach. Są bliżej, są bezpośrednie, mogą nas dotknąć, w przeciwieństwie do niedostępnych arystokratów. Byronowski lord Ruthven nie zastuka do Twojego okna, jak to robi postać w „Miasteczku Salem”. W kinie także z wyżyn niemieckiego ekspresjonizmu zszedł do sztuki rozrywkowej – aż do komedii (Polański i Brooks nie byli wyjątkami) i kabaretu. Ba, nawet do „Ulicy Sezamkowej”, gdzie spotykamy postać o imieniu Count von Count. Sympatyczny wampir uczy cyferek z uwagi na kalambur występujący w języku angielskim, gdzie słowo count oznacza liczyć i hrabia. A w kulturze stokerowski Dracula tak się zakorzenił, że teraz Amerykanie sądzą, iż każdy hrabia to wampir mając te pojęcia za synonimy.
    Ale dlaczego wampir trafił do komedii? Z przesytu. Było go na tyle dużo w sztuce, że przestał straszyć, zaczął bawić. Już nie skomentuję tak zwanego „fenomenu 'Zmierzchu'”. Lęk przed wampirem legł w gruzach. Pokonaliśmy go. Score one for the good guys.
    To samo ale w zdecydowanie szybszym tempie obserwujemy obecnie. Wspomniałem o fenomenie Slendermana. W tej chwili, aby oswoić mem, miesza się go z aktualnie wiodącymi memami humorystycznymi, takimi jak koreański piosenkarz PSY wykonujący charakterystyczny taniec od tytułu piosenki zwany „Gangnam Style”. No i mamy animacje Slendermana tańczącego Taniec Jeźdźca i mamy screeny z gry „Slender”, gdzie zamiast Istoty Bez Twarzy spotykamy komicznie tańczącego Koreańczyka. Podejmujemy (jako ludzkość internetowa) grę ze strachem – ubieramy go w postać Slendermana, by go schwytać, i wyśmiewamy go każąc mu tańczyć, by go oswoić.
   Lubimy grać ze strachem, bo strach można pokonać. Oswajamy strach, gdyż strach oswojony umiera.

Każda gra zawiera ideę śmierci.
James Douglas Morrison