środa, 28 listopada 2012

Co wypada pani Adzie?

Jest kilka osób o nazwisku Lovelace, które znaczą co nieco dla kultury światowej. Jeśli znasz choć jedną, witamy na poziomie drugim znajomości światowej kultury. Jeśli ta jedną osobą jest Linda Lovelace – wracasz na poziom pierwszy.
    Dziś chciałem przypomnieć tu lady Augustę Adę King hrabinę Lovelace, znaną nam w skróconej wersji jako Ada Lovelace.
    Jej ojciec umarł, gdy miała lat osiem. Zresztą nie miała z nim nigdy dobrych relacji. Zwłaszcza, że jej ojciec oczekiwał sukcesora w postaci „cudownego chłopca” i narodzinami córki był, eufemistycznie to nazywając, zawiedziony. Niedługo zresztą przetrwał sam związek jej ojca z baronessą Anną Izabellą („Annabellą”, jak zwykł ją nazywać) – już miesiąc po narodzinach małej Augusty zwanej przez ojca „Adą”, Annabella wyprowadziła się do swych rodziców z córką. Wprawdzie prawo brytyjskie w sytuacji separacyjnej oddawało dzieci pod wyłączną kuratelę ojca, ale w zaistniałej sytuacji tenże nie był zainteresowany wychowaniem dziecka. Zdawać się mogło, że bardziej go interesowała sprawa niepodległej Grecji. Trzeba przyznać, że matka także nie pałała zbytnim uczuciem do swej potomkini, oddając ją na wychowanie babci, a uczucie swe markując listownie. Co zresztą też wychodziło kuriozalnie, gdy o małej Adzie pisała „to”, lub „ono”.
    Nieszczęśliwa Ada, odrzucona przez oboje rodziców, musiała „trafić w niedobre towarzystwo”. W jej przypadku byli to hipnotyzerzy, mesmeryści, frenolodzy i... matematycy. A wśród nich Charles Babbage, jeden z twórców maszyn liczących, które przybliżyły naszą epokę komputerów.
   Charles Babbage był pod wielkim wrażeniem umysłowości Ady. Z uwagi na jej talent matematyczny i bystrość myślenia nazywał ją „Zaklinaczką Liczb”. Ada nie tylko dorównywała twórcy maszyny różnicowej, lecz jeszcze stawiała pytania, które wyprzedzały jej epokę i szukała na nie odpowiedzi. Tłumacząc dla Babbagea artykuł włoskiego matematyka na temat maszyny analitycznej dołączyła własne przemyślenia dotyczące możliwości obliczania liczb Bernoulliego za jej pomocą. Zostało to uznane przez historię jako pierwszy opis algorytmu programu dla maszyny liczącej. Ba, ponieważ maszyna analityczna miała sformalizowany system wprowadzania danych za pomocą kart perforowanych, opracowanie algorytmu, który można było zaimplementować w maszynie liczącej sklasyfikowane zostało jako napisanie programu maszynowego. I tak oto Ada King hrabina Lovelace (gdyż już wtedy była zamężną i miała troje dzieci), została pierwszą w historii programistką komputerową.
    W sto sześćdziesiątą piątą rocznicę jej urodzin, 10 grudnia 1980 roku Pentagon zatwierdził specyfikację języka programowania nazwanego od jej imienia Ada.
    Jest coś osobliwego w tym zestawieniu. Ojciec i córka. Dwa bieguny. Ojciec, wirtuoz słowa, genialny poeta i niepokorny pędziwiatr unoszony duchowymi (i cielesnymi) porywami. Córka, przykładna żona i matka, wirtuozerię okazuje, gdy przychodzi do liczb i automatów. Oboje są mistrzami w posługiwaniu się językiem, lecz w przypadku każdego z nich jest to inny język. Córka, Ada, włada sformalizowanym językiem liczb, układa algorytmy, które jak klasyczny język mają swoje gramatyki i części mowy (komenda, parametr, wartość). Zaklinała maszyny, niczym jej ojciec zaklinał słuchaczy deklamując swoją poezję. Ojciec, lord George Gordon Byron, szósty baron Byron, skandalista i ikona światowej poezji romantycznej był artystą języka obrazującego uczucia. Programował ludzkie reakcje, jak jego córka maszyny.
    Ta polaryzacja jest niesamowita.
   Niektóre panie zajmujące się naukami humanistycznymi chętnie zaznałyby rozkoszy z lordem Byronem. I znam panów, którzy z rozkoszą spędziliby czas z hrabiną Lovelace roztrząsając problemy zawarte w zbiorze HAKMEM.
   Dziwny bywa ten świat.

piątek, 16 listopada 2012

Tempus fugit

Przyczynkiem do niniejszego wpisu stał się fakt braku czasu na jego napisanie.
   Czas jest najdroższą rzeczą na tym świecie. Tak twierdzą nawet ekonomiści, którzy uzasadniają to faktem, iż jest to zasób, którego nie można zakumulować, ani powiększyć. Stoi to w sprzeczności w praktyką tzw. „banków czasu”, które pozwalają przez wykonanie jakiejś pracy dla osoby A „zaksięgować” czas, który z kolei poświęci nam kiedy indziej osoba B.
    W ogóle wobec czasu, który jest tak nietypowym przedmiotem (w sensie przedmiotu rozważań, omińmy tu Heideggera, Kanta i spółkę, dobrze?), stosuje się niezwykle dużo określeń łączących go z ekonomią: można wykonać coś w sposób pozwalający na oszczędność czasu, ale można czas trwonić lub marnować. Można także zyskać czas, lub – synonimicznie – zyskać na czasie. Zatem jest już pewne, iż sformułowanie czas to pieniądz musiało powstać prędzej, czy później.
    Warto poświęcić czas, by zastanowić się nad jego istotą. Nie chodzi o to, by formułować tezy ontologiczne, które zakasują niemieckich filozofów, bo to kiepski pomysł. Kiedy mówię, że warto pobiegać, nie mam na myśli zamiaru poprawienia rekordu świata w sprincie na sto metrów. Po prostu dla swojej rozrywki przy kawie lub herbacie zastanówcie się (i podzielcie ze mną, jeśli możecie i chcecie) nad tym, jak postrzegamy czas. Czy jest on dla Ciebie wymiarem? Zasobem, jak gotówka? Czy przeszło Ci przez myśl, że odczuwanie czasu nijak się ma do jego pomiaru?
    Czas jest przez nas odczuwany. Ale żeby dać sobie radę z organizacją życia (czyli czasu...) określamy jego upływ przez cykliczne zdarzenia – zachody słońca, pełnie księżyca, równonoce i obiegi wskazówek. Ale odczuwamy zupełnie inaczej! Gdy robimy coś, co sprawia nam przyjemność, czas umyka bardzo szybko, gdy wykonujemy uciążliwą pracę, cierpimy, męczymy się fizycznie – czas płynie niesłychanie powoli. Odrębną kwestią są zmienione stany świadomości – czy przez modlitwę/kontemplację/medytację, czy przez psychotropy. Wtedy odczuwanie czasu nijak ma się do zegara. Pisał już o tym ibn Arabi setki lat temu, gdy spostrzegł, że mistyk w ciągu kilku chwil jest w stanie przeżyć kilka lat jakby zatopiony w innym świecie. Trochę niczym Rip Van Winkle, wieśniak z Catskill, który grał całą noc z duchami załogi Hudsona i gdy wrócił do swej wioski okazało się, że w międzyczasie jego żona umarła, syn dorósł a Stany Zjednoczone uzyskały niepodległość. Kilka lat mu zleciało. To prowadzi nas w dwa kierunki: do wspomnień hucznych imprez „w nocy z piątku na poniedziałek” i tak zwanego paradoksu bliźniąt: gdy jedno z bliźniąt wyślemy w podróż z prędkością bliską prędkości światła, to po jego powrocie okaże się, że ten, który pozostał na Ziemi zestarzał się o wiele bardziej, niż jego brat-astronauta. Tu wkraczamy w świat fizyki relatywistycznej i fascynujące przekształcenia czasu, masy i gabarytów związane z rozpędzaniem do prędkości przyświetlnych. Ale nie zatrzymam się tu, gdyż brak mi na to czasu.
    Czy ktoś mógłby wpaść na to, by potraktować czas jako element boski? By oddawać mu cześć? Nie inaczej. Ba, nawet nie trzeba do tego jakiejś wyrafinowanej szkoły myśli religijnej. Już pierwsze aryjskie ludy osiadłe (nie koczownicze!) w środkowej Azji czciły Zurwana, Czas Nieskończony.
    Na koniec tylko zahaczę o literaturę. Wydaje mi się, że tytuł Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu” jest mocno ironiczny. Tak naprawdę dotyczy czytelnika, który powieścisko to przebrnął i zorientował się, że mógł ten czas spożytkować o wiele lepiej.
    Ja nie przebrnąłem.
   Nie miałem czasu.

Father, father,
Can you tell me where the hours go?
Where time flows?
Is it written in the stars, upon the Milky Way
That we must burn bright before we fade away?

Ojcze, ojcze,
Powiedz mi, gdzie zmierzają godziny?
Dokąd płynie czas?
Czy zapisano w gwiazdach, ponad Mleczną Drogą,
Że musimy jasno płonąć nim zgaśniemy ostatecznie?

BRENDAN PERRY „Voyage of Bran”

piątek, 9 listopada 2012

Klucz do Kamiennej Róży

Są książki, do których lubię wrócić. Po latach. Bogatszy o nową wiedzę, doświadczenia, lektury. „Po co to czytasz?”, pytają mnie, „Przecież już to znasz”. To prawda. Ale mogę teraz odczytać na nowo. Mogę zwrócić uwagę na szczegół, który wcześnie mi umknął. Tak jak oglądając obraz po raz któryś zaczyna się dostrzegać rzeczy drugo- lub trzecioplanowe, w których nierzadko autor zawarł coś, co podpowiada nam interpretację, pozwala odczytać coś w obrazie dodatkowo, ukazać go w nowym świetle.
    Tak na przykład uświadomiłem sobie, że wbrew tym wszystkim porównaniom do „Utopii” Morusa i „Podróży Guliwera” Swifta, „Grimus” nie jest opowieścią o budowie raju i jego zniszczeniu. Jeśli główny bohater przemierza wyspę w towarzystwie grabarza imieniem Virgil, to nie może być raj, lecz piekło, które Dante zwiedza prowadzon przez Wergiliusza. Szczegół, który piętnaście lat temu umknął mi z powodu natłoku innych symbolicznych odniesień. Teraz mogłem też dzięki temu lepiej się przyjrzeć jak Trzepoczący Orzeł, Indianin z plemienia Axonów (przypuszczalnie mocno fikcyjnego) poznaje Cielęcą Wyspę (Calf Island – odniesienie do Złotego Cielca) wędrując poprzez jej kolejne kręgi, a każdy z nich potworniejszy od poprzedniego: plaża z parą Jones – O'Toole, Las Cielęcy i gorączka endymionów, miasteczko Ch. z jego nieśmiertelnymi, pogrążonymi w swych obsesjach mieszkańcami, czarny dom Liv i wreszcie Grimus z Kamienną Różą.
    Większa część fabuły związana jest z Wyspą Cielęcą. Oczywiście nawiązuje ona do biblijnego fałszywego idola wskazując Grimusa, władcę wyspy, jako demiurga, boga ułomnego. Chyba jednak jest bardziej istotne, że miejsce to jest wyspą. Dlaczego nie górską kotliną, lub niedostępnym płaskowyżem? Oczywiście, można rozważać wyspę jako archetyp miejsca izolowanego (słowo izolacja nawiązuje do łacińskiego insula, czyli wyspa), lecz to akurat wynika z morskich korzeni naszej kultury. Bardziej wydaje mi się być to związane z faktem, że powieściowy przewodnik nosząc imię Wergiliusza namiętnie cytuje i nawiązuje jedynie do Shakespeare'a. Nie dawało mi to spokoju przy aktualnej lekturze, aż do momentu, gdy w rozmowie na zupełnie inny temat ktoś wymówił jedno, nietypowe imię: Prospero. Bo też „Grimus” jest trawestacją „Burzy”. Cudną, bo nienachalną. Nienachalną do tego stopnia, że niedostrzegalną w pierwszym czytaniu.
    Jest jeszcze jeden schemat, według którego można oczytać tę powieść. To schemat „Zamku” Kafki. Trzepoczący Orzeł w charakterze geometry i Grimus jako Klamm. Ale wyłom w schemacie następuje w momencie konfrontacji i można byłoby to potraktować jako alternatywne zakończenie „Zamku”. Autor na pewno nie miał na myśli nawiązania do Kafki, ale spodobała mi się taka zabawa w poszukiwanie wzorca, którego tam autor nie zawarł.
    To trochę jak dziecięca zabawa w odkrywanie znajomych kształtów w poszarpanych konturach chmur. To wyrwanie się ze szkolnego schematu „co autor miał na myśli” i dopasowywania swoich myśli do edukacyjnego klucza wbrew własnym odczuciom. Czy wolno mi tak uczynić? Czy nie jest niczym niestosownym doszukiwać się sensów, których w utworze nie przewidziano? Samo zadanie tego pytania jest objawem spętania umysłu. A dlaczego nie?! Czytelnik, według teorii, które wspiera profesor Umberto Eco, jest niezbędnym podmiotem semiozy i nieomal równouprawnionym autorowi. Innymi słowy: autor pisze utwór jako znak mający przekazać jakąś informację, niepełną, konieczną do dopełnienia przez kontekst i doświadczenie czytelnika modelowego, a czytelnik empiryczny, zgodnie ze swoimi uwarunkowaniami odczytuje utwór. Nie zawsze (a raczej - prawie nigdy) nie jest to odczytanie doskonale pasujące do tego, co odczytałby czytelnik modelowy. No ale takie jest prawo czytelnika empirycznego - odczytać po swojemu i nadać swój sens. Oczywiście myśl ta może zawieść nas na manowce i w rezultacie czytelnik odebrawszy z utworu treść domniemaną, „nieautoryzowaną”, może się poczuć dotknięty i zwrócić przeciw twórcy. A z tym już nie ma żartów.
   O czym przekonał się autor „Grimusa”, gdy po interpretacji innej jego powieści za jego głowę wyznaczono cenę dwóch milionów dolarów. Kurs tejże głowy ostatnio wzrósł o ponad połowę.

PS.
Do „Grimusa" pewnie kilka razy wrócę, gdyż jest ta powieść świetnym modelem do ukazywania pewnych mechanizmów.

czwartek, 1 listopada 2012

(Nie) wszystkie szczęśliwe powroty

Jako że rok 2012 już nam się chyli ku końcowi, zaczynają się pojawiać różne myśli podsumowujące. Z mojej perspektywy jako ważne oceniam dwa „powroty”: Ridleya Scotta do świata „Obcego” i DEAD CAN DANCE do szerzej pojętego świata muzyki, zarówno poprzez wydanie nowej płyty, jak i trasę koncertową.
   Jak to jednak bywa z wiadomościami, jedna jest zazwyczaj trochę gorsza od drugiej. Nie to, żeby zła. Po prostu... niedobra. I od niej zaczniemy.
    Początek „Prometeusza” jest intrygujący – planeta, ale nie wiemy jaka, humanoid, ale nie człowiek. Co robi? Połyka dziwną substancję nad brzegiem wodospadu. Wodospad niczym nie przypomina tego z „Błękitnej laguny” - szara woda przetacza się z hukiem po szarych skałach. Szare jest także niebo. Humanoid przełknął wszytko do końca i... umarł. Zginął w męczarniach strawiony dziwną, czarną substancją, którą połknął. Jego szczątki wpadają do wody i w ujęciu kojarzącym się ze wstawkami animowanymi do serialu „Dr House”, zaczynają tworzyć molekuły DNA. Zawdzięczamy mu życie. Ale... czy on się poświęcił? Czy został zdradzony? Nie dowiadujemy się tego, gdyż akcja się przenosi na małą skalistą wysepkę, gdzie grupa archeologów odkrywa malunki w jaskini... I od tego momentu jest źle. Fabułka staje się cienka jak zupa na festynie: od razu znajduje się multimiliarder, który za zylion dolarów wystawia statek kosmiczny, zbiera super-grupę naukowców i oddaje ich pod komendę swojej córki, sam zaś (uwaga, spojler!) zaszywa się na statku „pod podłogą”, aby wyskoczyć jak diabeł z pudełka w odpowiednim momencie. Choć słowo „wyskoczyć” może nie pasuje do stuletniego człowieka na wózku inwalidzkim. Tymczasem cała ekipa dolatuje sobie na planetę docelową bez przeszkód w atmosferze nawiązań do wcześniejszych części (jak choćby rzut piłką do kosza) i klasyków kinematografii (android oglądający „Lawrance'a z Arabii” w pomieszczeniach o wystroju z „2001 Odysei kosmicznej”). Na planecie od razu znajdują coś między Kopcem Kościuszki a trackim kurhanem i zaczynają się zachowywać jak wycieczka zakładowa, a nie wyprawa naukowa. Ściągają hełmy, skoro tylko wiadomo, że skład atmosfery jest dobry. Nikt nie myśli o wirusach, prionach, dziwnym nano i tym podobnych – po co. Członkowie ekipy łażą jak chcą, oddzielają się od grupy jakby to była wycieczka do marketu. Gubią się w prostych korytarzach, głaszczą obce formy życia, mimo, że śmiertelnie się bali chwilę temu wszystkiego. Leje się alkohol, zdarza się przygodny seks, a podstępny android bezwzględnie wypełnia zamierzenia swego zleceniodawcy, aż do jego śmierci. I niemal swojej – w ramach nawiązań do poprzednich części obowiązkowo ktoś musi mu urwać głowę. Potem nagle staje po drugiej stronie barykady i pomaga głównej bohaterce, którą wcześniej urządził makabrycznie chcąc z niej uczynić matkę czegoś w rodzaju kałamarnicy (roboczo zwanej na forach internetowych „Cthulhu”). Bohaterka na szczęście jest zaradną niewiastą i przy użyciu jakiejś megazaawansowanej technologicznie maszynerii medycznej z oprogramowaniem przystosowanym jedynie do obsługi mężczyzn (sic!) robi sobie cesarkę, usuwa Cthulhu, a maszyneria za kolejne pół zyliona zielonych zszywa ranę czymś w rodzaju zszywacza tapicerskiego. Już kilka minut potem, bohaterka z tymi zszywkami w brzuchu niczym jakiś frankensteinoid Eda Wooda biega po korytarzach.
   No i ogólnie jest kiepsko. I dialogi niedobre. Bardzo niedobre dialogi.
    Rozczarowanie.
    A jednak coś w tym filmie jest. Gdyby tylko Scott nie wziął do pisania scenariusza pryszczatego nastolatka, którego jedyny kontakt z science-fiction stanowiła kreskówka „Laboratorium Dextera”, byłby ten film wielki. Jest tam potężny potencjał obudzony sceną z czołówki i sugerowany motywem krzyżyka noszonego przez główną bohaterkę.

Zdecydowanie na drugim biegunie plasuje się powrót DEAD CAN DANCE.
    Wieść o powrocie duetu Gerard-Perry do wspólnego i aktywnego życia muzycznego wzbudziła moje szczere zdziwienie, niedowierzanie i lekką obawę. Kierunki, w które udali się jeszcze przed rozpadem DCD, były tak rozbieżne, że raczej uwierzyłbym w restytucję THE SEX PISTOLS z Glenem Matlockiem na basie, niż w nową, dobrą płytę DCD.
    Z resztą pierwszy kontakt z „Anastasis” moje obawy podsycił. Rozpoczynający płytę „Children of the Sun” wydał mi się tak naiwny muzycznie i tekstowo, że obawiałem się najgorszego. Wokal Perry'ego wpadający w melorecytację brzmiał „jak zwykle”, nie wnosząc nic nowego. Kolejny utwór, „Anabasis”, przypadł Lisie Gerard i jako taki w całości mógł się znaleźć na jej płycie „Duality” z 1998 roku. Ładny, ale nie nowy. W „Agape” odnaleźć można było wyraźne ślady muzyki sefardyjskiej – zgodnie z deklaracjami zespołu o śródziemnomorskich akcentach na płycie. Ale i tak utwór w pierwszym słuchaniu przegrałby z „Sacred Shabbat” LOREENY MCKENNITT. Znana z radia „Amnesia” nie wzbudziłą zachwytu. Potem już „Kiko”, reklamowany przez kolegę jako megahit „Opium”, dziwny „Return of the She-King”, który mogłaby nagrać ENYA i na koniec „All In Good Time”, który jest stylistyczną kalką z „Archangel” z brendanowej płyty „Eye of the Hunter”. Dobranoc. Rozczarowanie? Niedosyt. Ręka sama znalazła klawisz „play”. I potem jeszcze raz. I jeszcze raz.
    To coś tkwi pod powierzchnią. Ukryte niczym nasiono czekające wody, by wykiełkować. Oczarować najpierw prostą zielenią, aby na koniec oszołomić barwą kwiecia i feerią tropikalnych zapachów. Wszystkie dźwięki są doskonale dobrane, aranżacje – perfekcyjnie wyważone, głosy stłumione, by nie dominować pasaży dźwięków budujących wizje, które niewolą zmysły niczym tytułowe opium. Nie pozwalają bez siebie żyć.
   Ktoś powiedział, że pisać o muzyce, to jak tańczyć o architekturze. Muszę więc tonować niezdarne podrygi, którymi próbuję wysłowić majestat gotyckiej katedry – prostej w swojej bryle, lecz zniewalającej w detalu i pozwalającej przez długie dnie kontemplować doskonałość jej proporcji. Fachowcy mówią o zastosowaniu w „Kiko” rytmu 6/8 wywodzącego się bodajże z Maghrebu. Inni wskazują na oczarowujący – jak zwykle u DCD – efekt miejsca nagrań. Albowiem studio w Quivvy, stary, zdesakralizowany kościółek anglikański, jest już od lat dodatkowym instrumentem w niemałym arsenale Brendana Perry. Nie bezpośrednio – nikt nie siedzi okrakiem na dachu, by walić weń jak w bęben. Ale charakterystyczny „ciemny pogłos” w studyjnych utworach zawdzięczamy właśnie akustyce tego miejsca.
   Końcowy odbiór płyty wygląda już zgoła inaczej: zakręcona melodia wpleciona w „Children of the Sun” towarzyszy mi od porannego mycia zębów do późnego wieczora. Wszystkie sekrety rytmiki „Anabasis” dają kopa niczym poranna, podwójna kawa. A gdy chcę sobie zrobić ucztę, wtedy słucham/nucę/podśpiewuję „Opium” i na koniec, zwieńczeniem lektury płyty, strzelistą wieżą katedry i wspaniałą podróżą przez pustynię okrytą rozgwieżdżoną nocą jest „Kiko”.
    Co mogę rzec więcej, prócz tego, ze jestem oczarowany? Mogę wszystkim malkontentom spodziewającym się kolejnego „Wihin the Realm of Dying Sun” odpowiedzieć: „Within the Realm...”, mimo że najbardziej rozpoznawalny album zespołu, był tylko jednym z przystanków podróży muzycznej. Karawana idzie dalej. Muzycy, którzy mają za sobą długie lata solowych doświadczeń dokonali cudownej ich fuzji i zaoferowali płytę, która jest syntezą wszystkiego (lub przynajmniej sporej części tego) czego się nauczyli od czasu swego rozstania w 1998 roku. Po czternastu latach dostaliśmy perłę wśród płyt DCD, gdzie Lisa i Brendan pokazują, że są artystami przez wielkie i złote „A”. Nie szokują, nie szukają nowych granic. Za to perfekcyjnie władają materią muzyki. Ci, który szukają kolejnego „Within the Realm...” odsyłam do szwedzkiej grupy ARCANA, która wyspecjalizowała się w produkcji klonów Czarnej Płyty. Tych, którzy twierdzą z przekąsem, że to nie homogeniczna płyta, lecz jakby siłowe połączenie utworów każdego z artystów osobno, muszę oświecić, że już po „Spleen and Ideal” właśnie tak było. I nikomu to nie przeszkadzało, gdy powstawał „Into the Labyrinth”, „Aion” i „The Serpent's Egg”. I „Within the Realm...” także.
    Rekapitulacja?
    Rok 2012, rok Wodnego Smoka w kalendarzu chińskim, przyniósł nam dwa powroty, a w każdym z nich potencjał na długą, dalszą drogę. Prawda, że w pierwszym przypadku Scott postanowił zarżnąć swój pomysł niepoważnym scenariuszem, ale – wiedząc o następnych częściach – mam nadzieję, że się opamięta. W drugim przypadku mam nadzieję, że artyści nie zaprzepaszczą tak dobrego początku. Już teraz w wywiadach zapowiadają zimową pracę nad nowym albumem, a w przyszłe lato – powrót do Polski, tym razem nie na jeden koncert, lecz kilka.
    To był dobry rok.

But the spirit of life keeps us strong
And the spirit of life is the will to carry on
DEAD CAN DANCE „Spirit”