poniedziałek, 24 grudnia 2012

Życzenia znalezione na marginesie

Świąt Bożego Narodzenia radosnych, pełnych światła i przesyconych duchem tego czasu, niosących inspiracje i pozwalających na dystans wobec naszej zabieganej codzienności za to zbliżających do Boga oraz szampańskiej zabawy sylwestrowej i szczęśliwego nowego dwa tysiące trzynastego roku, aby nie był gorszy od upływającego,

życzy A. Anonim

piątek, 14 grudnia 2012

Gdyby tylko Akwinata wiedział...

   Tukidydes spychający nas na krawędź konfliktu nuklearnego nie wyczerpuje problemów tłumaczeń z języków martwych. Klasycznym tego przykładem jest niekończący się proces tłumaczenia Starego Testamentu. Czasami wydaje mi się, że muzułmanie mają rację, gdy twierdzą, że należy raczej uczyć się arabskiego, niż tłumaczyć Al-Quran. Na przykład w Księdze Rodzaju już w drugim wersie trafiamy na minę w postaci frazy tohu wa bohu. O ile wyraz wa oznacza spójnik „i”, to pozostałe wyrazy tak ślicznie się rymujące nie występują nigdzie poza tym wersem. Wariant nadający znaczenie „chaos i nieład” jest pewnego rodzaju wariantem optymalnym, w sensie „nic lepszego na razie nie odkryliśmy, więc przyjmijmy, że to właśnie oznaczają”.
     Gorzej, gdy przejdziemy do Księgi Wyjścia i tam w rozdziale trzecimi czternastym wersie lokator gorejącego krzewu przedstawia się jako 'ehjeh 'aszer 'ehjeh, znane w naszym tłumaczeniu jako Jestem Który Jestem. Wspaniałe. Doskonale rozumiem św. Tomasza z Akwinu, który rozsnuł całą szkołę scholastycznej metafizyki wokół tego zdania. Można je kontemplować godzinami, ba, dniami! Ale nie o to chodzi. Ostatnio, rozgryzając zawiłości języka hebrajskiego, uczeni postawili hipotezę, że Bóg w tym zdaniu po prostu wymigał się od odpowiedzi na pytanie Mojżesza. Tenże, jak przystało na prostego człeka epoki wczesnego brązu, zapytał z którym to bogiem ma do czynienia. Z Egiptu znał już kilku – mieli imiona, przydomki, drzewa genealogiczne i wszytko, co szanujące się ówcześnie bóstwo mieć powinno. Tymczasem Bóg nie chce być nazywany, mówi coś w guście „Moje imię nie gra roli”. Ówczesny język nie miał tak rozwiniętego aparatu pojęciowego i słownika, by móc to wyrazić inaczej. Zapisano tak jak potrafiono. Skądinąd szczerze powątpiewam w to, że Bóg mówił do Mojżesza po hebrajsku. Bóg przekazywał informację, Mojżesz ubierał ją w słowa jak potrafił, św. Tomasz odczytywał słowa Mojżesza jak potrafił. Taki wariant zabawy w „głuchy telefon”.
    Ciekawe co by Akwinata powiedział, gdyby mógł usłyszeć, że jego metafizyka, która stanowiła jeden z kamieni węgielnych filozofii europejskiej, zbudowana została wokół nieporozumienia. Aż mi się przypomina zakończenie nowelki Borgesa pt. „Teologowie”.
   Opowiadanie zaczyna się od opisu najazdu Hunów na bliżej nieokreślony klasztor, czego konsekwencją jest między innymi spalenie biblioteki. W jej zgliszczach jednak ocalał fragment Platona, w którym autor naucza, iż w końcu czasów wszystkie rzeczy odzyskują swoją postać i on znów wykładać będzie tę ideę w Atenach przed tym samym audytorium. Księga ta została jako jedyna ocalona otoczona czcią i stała się zarzewiem herezji monotonnych, zwanych pierścienistymi, którzy twierdzili, że historia się powtarza. Nie wiedzieli, że Platon po to sformułował ten pogląd, by go w następnych częściach swego traktatu obalić. Dwóch teologów - Aurelian i Jan z Panonii - konkurujących o prymat swej myśli napisało traktaty potępiające herezję, z których janowy został wybrany jako oficjalna odpowiedź Kościoła. Rzecz jasna drugiego skazało to na męki zazdrości. Toteż gdy wybuchła kilka lat później inna herezja, histrionów, którzy wierzyli, że przez niegodziwości i cierpienie na tym świecie dostąpią świętości i ulgi w przyszłym, Aurelian znów postanowił napisać refutację teologiczną piętnującą błędne poglądy. I dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się, że słowa traktatu Jana przeciw monotonnym wpisują się w nową herezję. Aurelian delikatnie zadenuncjował Jana pisząc, że inny uczony mąż wyznaje takie poglądy. Oczywiście musiał zeznać inkwizycji kto zacz i Jan spłonął na stosie. Aurelian snuł się obrzeżach znanego świata i znalazł śmierć w czasie burzy, gdy od pioruna spłonął leśny szałas, w którym teolog mieszkał. Zatem zginął podobnie do swego konkurenta. I tu następuje interesujący nas fragment, który pozwolę sobie przytoczyć:

Niewykluczone, iż należałoby powiedzieć, że Aurelian rozmawiał z Bogiem i że On tak mało interesuje się sporami religijnymi, iż wziął go za Jana z Panonii. Jednak to sugerowałoby jakiś zamęt w boskim umyśle. Właściwsze będzie twierdzenie, że w raju Aurelian dowiedział się, iż dla niezbadanego bóstwa on i Jan z Panonii (...) stanowią jedną osobę.
J. L. Borges "Teologowie"

Żadne zdanie Borgesa nie marnuje się. Na początku wspomina, że bogiem Hunów był bułat z żelaza, a na końcu okazuje się, że bogiem teologów były księgi – równie kiepski to bóg jak i ten żelazny. Bóg, którego spotkał Aurelian po śmierci, nie przyklasnął mu za przyczynienie się do spalenia Jana z Panonii. Nic dlań nie znaczył ten spór doktrynalny narosły wokół zgliszcz biblioteki. Nawet można się pokusić o wniosek, iż jedyne co Attyli można zarzucić, to tyle, że nie dopalił wszystkich ksiąg do końca. To bardzo przewrotny wniosek, skoro formułuje go ktoś, kto uważa Li Sy za jednego z największych zbrodniarzy w dziejach. To oczywiście jest jeden z wniosków lektury Borgesa, ten odpowiadający na potrzeby niniejszego posta.
    Czy to jednak argument za tym, by zwątpić w Pismo Święte i wszystkie księgi objawione? Wszak może się okazać, że wszystkie, lub przynajmniej większość, objawień i słów natchnionych spisanych w martwych językach jest obarczonych mniejszym lub większym błędem tłumacza i interpretatora.
    Uważam, że nie powinno to stanowić problemu ważącego na czyjejś wierze. Osoby, które dosłownie biorą księgi objawione, to ludzie o płytkich umysłach. Kreacjoniści i fundamentaliści religijni nie rozumieją jak działa język, jak przebiega komunikacja, czym jest sformułowanie informacji przez nadawcę, a czym odczytanie jej przez odbiorcę. Ludzie, którzy chronią literę, zamiast kontemplować ducha tekstu, zarzynają go. Boga nie należy szukać w tekście. Musiałby bowiem Bóg być wynikiem semiozy. Zjawiska naturalnego. Dlaczego nie fotosyntezy? Bóg jest sprytny. Potrafi przemycić informację niczym gryps więzienny pomimo zjawiska semiozy, ale do tego potrzeba otwartości na Jego Słowo.
   Następnym krokiem tych rozważań musiałaby być analiza dwóch książek Philipa K. Dicka: "VALIS" i "Boża inwazja". I obiecuję uczynić to wkrótce, gdy tylko odzyskam władzę nad swoim księgozbiorem.

sobota, 8 grudnia 2012

Jak Tukidydes rozpętałby trzecią wojnę światową

Tytuł niniejszego posta w celowy sposób jest prowokacyjny i tabloidalny. A żeby było ciekawiej, jego sednem jest ochrona ginącego gatunku philologus classicus.
   Tukidydes jest jednym z ojców historiografii. Znany jest nam z jednego dzieła, ale za to wiekopomnego (o czym sam autor nieskromnie wspomina). Jego „Wojna peloponeska” jest niezwykłym opisem konfliktu, który Ateny i Sparta toczyły kilkadziesiąt lat, i którego efektem było wyniszczenie klasycznego systemu greckich polis.
   Wojna peloponeska była toczona między dwiema potęgami, które rzadko kiedy walczyły ze sobą bezpośrednio, a raczej wspierali lokalne konflikty swoich aliantów, lub wręcz rozgrywali konflikty traktując ich jak figury szachowe, żeby wspomnieć u zarania wojny konflikt Korkyry i Koryntu, czy napaść prospartańskich Teb na wierne zawsze Atenom Plateje. Rzadkość bezpośrednich walk między hegemonami wynikała po trosze z odmiennych predyspozycji militarnych. Siłą Aten była flota. Niczym osiemnastowieczna Brytania drwić mogły z oblężenia, póki do Pireusu mogły zawijać statki z zaopatrzeniem. Z drugiej strony byli w stanie opanować całkowicie sytuację na morzu rozbijając wyspiarskie konstelacje prospartańskie na izolowane wyspy (tautologia, wiem) i pacyfikując jej jedna po drugiej. Tymczasem Sparta dysponowała świetną armią lądową i nieraz ateńczycy musieli znosić jej widok z murów swego miasta. Wytwarzało to dość ciekawy efekt równowagi sił strategicznych przy jej braku na poziomie operacyjnym – każda akcja morska Spartan była takim hazardem, jak lądowy zagon Attyjczyków.
   Przez oczywiste analogie wojna peloponeska stała się modelem sytuacji politycznej powstałej po drugiej wojnie światowej. Silnie spolaryzowany świat skonfliktowany wzdłuż osi USA-ZSRR, mocarstw podobnie dalekich sobie ideologicznie co demokratyczna Attyka i oligarchiczna Sparta, rozgrywał swe marionetkowe wojny od Korei i Wietnamu po Afganistan nie angażując (chwalić Boga, bo nie byłoby teraz tego posta, bloga, ani problemu kalendarza Majów) w pełni sił obu hegemonów. Oczywiście, biorąc pod uwagę fakt, że nuklearne arsenały zbudowali posiadacze uformowanych w neolicie mózgów, pełnych przesądów i upraszczających systemów wnioskowania, musiało to doprowadzić do sytuacji w której tukidydesowe dzieło potraktowane zostanie jako księga prorocza. Analitycy strategiczni, doradcy, sztabowcy wojskowi, doktrynerzy polityczni, oni wszyscy czytali „Wojnę peloponeską” jako mapę, zbiór informacji objawiających im dalszy rozwój sytuacji. Dlatego, gdy w opisie sporu między Korkyrą i Koryntem przed ateńskim zgromadzeniem ludowym Tukidydes wtrąca zdania o nieuchronności wojny, przekalkowano ten pogląd na sytuację zimnowojenną stawiając tezę o nieuchronności eskalacji konfliktu do postaci otwartej wojny.
   Ale czy Tukidydes na pewno to napisał? Analitycy sztabowi i doradcy strategiczni nie znali starogreckiego, więc czytali przekłady. A w przekładach Crawleya i Warnera czasownik anankasai tłumaczono jako „czynić nieuniknionym”. Tymczasem spora część filologów klasycznych wolałaby aby tłumaczyć jako „wymuszać”. Zwłaszcza w kontekście pierwszej księgi, gdy omawiane są przyczyny wojny. Otóż jedną z przyczyn był... styl życia Greków. Hellenowie musieli walczyć. Przypisuje się Wikingom krwiożerczość i pogardę do śmierci w łożu, ale ci starożytni przodkowie dzisiejszych Greków mogli ich spokojnie zakasować na tym polu. W niczym nie przypominali obecnych leniwców, którzy rzucają petardami w obronie sjesty. Choć może właśnie ta gwałtowna reakcja, imperatyw nakazujący zabijać w obronie swej wygody jest spuścizną genetyczną gwałtownych Hellenów? Mniejsza o to. Ówcześni Grecy czuli przymus walki. Stąd też popularność greckich najemników w niemal wszystkich okolicznych wojnach tamtego okresu. Żeby wspomnieć tylko Ksenofonta i jego powrót z terenów obecnego Iranu, gdzie brał udział w rebelii Cyrusa Młodszego. To widać między słowami Tukidydesa. Greckie polis nie kierują się żadnymi wartościami podobnymi do honoru, sprawiedliwości czy uczciwości. Ich słowa ociekają takimi terminami, lecz pod ich powierzchnią krążą cyniczne prądy rachunku sił i szans powodzenia. Dla Ateńczyków najważniejszym pytaniem nie było „czy to się godzi?”, ale „czy wygramy?”. Sama możliwość odniesienia zwycięstwa była dla nich dostatecznym powodem, by wszcząć wojnę. Pod tym względem w tyle zostawiali takich starożytnych podpalaczy świata jak Sargon, Tiglapilasar, Nabukednesar czy Kserkses. Chyba dopiero Czyngis-chan mógłby im być pokrewny. Ateńczycy, znudzeni piętnastoletnim pokojem (a był to dopiero półmetek wynegocjowanego okresu rozejmu!) wymusili rozpoczęcie wojny ładując się w awanturę między prospartańskim Koryntem a jego bogatą, a przede wszystkim silną militarnie, kolonią.
    Zbyt dosłowni w odczytywaniu analogii urzędnicy Departamentu Stanu i sztabowcy Pentagonu rozrysowali sobie diagramy, z których wynikało, że najlepszym biznesem czasów powojennych jest budowa schronów przeciwatomowych. Oni wcale nie mieli krwiożerczej natury greckich strategosów, po prostu im to wychodziło z lektury, że wyścig zbrojeń i przedłużający się czas pokoju muszą doprowadzić do wojny.
    Na szczęście splot różnych okoliczności, w tym owe wspomniane neolitycznie formowane mózgi o silnie rozwiniętym instynkcie przetrwania, doprowadził do wygaszenia zimnej wojny. Dzięki temu zarobiliśmy trochę czasu, który możemy poświecić na zastanowienie się nad przyczynami naszych zachowań, doborem lektur i... tłumaczy.
    Morał tej historii jest osobliwy. Chrońmy filologów klasycznych bardziej niż zagrożone gatunki. Bez nich pewnego dnia sami możemy się stać gatunkiem zagrożonym.

PS.
A propos, czy ktoś (nie licząc Pentagonu) nie potrzebuje zatrudnić pracowitego filologa klasycznego? Pytanie jest zadane bardzo serio.