poniedziałek, 30 grudnia 2013

Pożegnanie Wojciecha K.

Nie był ten rok dla nas zbyt łaskawy, jeśli chodzi o odejścia. Choć optymiści mogliby (pewnie najzupełniej słusznie) rzec, że mogło być znacznie gorzej.
    U progu 2014 roku odszedł od nas Wojciech Kilar.
    Kim był? Ktoś powie: kompozytorem. A co komponował? No, muzykę, oczywiście, ale jaką? Gdzie ją można było usłyszeć? Wielu ludzi powie, że słyszeli ją w filmach. No tak, „Dracula”, „Pianista” , może ktoś pamięta, że „Rejs”. Ale komponowanie muzyki filmowej było jego źródłem zarobkowania, powołaniem była muzyka, która napełniała sale koncertowe. Jeszcze teraz pod czaszką piłuje mnie niesamowity rytm „Orawy”, która jest fenomenalną fuzją wszystkiego co dał folklor podhalański z muzyką nowoczesną. Muzyką nowoczesną, którą w w naszych czasach tworzyło między innymi czterech wspaniałych polskich kompozytorów: Lutosławski, Górecki, Kilar, Penderecki.
    Z tej czwórki pierwszy nie żyje już dziesięć lat. Mało kto spoza tak zwanego „środowiska” wie, że mijający rok ogłoszony był przez Sejm RP rokiem Witolda Lutosławskiego.
   Drugi z nich odszedł niedawno. Henryka Mikołaja Góreckiego wspominaliśmy z okazji jego niedoszłej, osiemdziesiątej rocznicy urodzin, na początku grudnia. Drugi program Polskiego Radia przypomniał wtedy wywiad, którego – pamiętam jak dziś – udzielił po jednym z premierowych wykonań swojego utworu (Moguncja, rok 2000). Sam prowadził wtedy orkiestrę, a z roztargnienia, nie wziąwszy batuty, czynił to długopisem, który akurat miał przy sobie. W tamtym wywiadzie powiedział dużo, szczerze i brutalnie na temat sztuki, bycia artystą i osiąganiu mistrzostwa. Słowa te stały się dla mnie cennym probierzem w badaniu tak zwanej „sztuki współczesnej”. 12 listopada przypadła trzecia rocznica jego śmierci.
    Wojciech Kilar był przy nich luzakiem. Mało go było na salach koncertowych, zdecydowanie więcej w muzyce filmowej, choć pisał ją dla pieniędzy, czego nie wstydził się, ani nie ukrywał. Podkreślał jednak, że ważniejsze jest dla niego napisanie dobrej symfonii, niż zebranie tuzina nagród za oprawę muzyczną filmu. Przy tym wszystkim był człowiekiem bardzo dobrym. Ciepłym, obdarzonym poczuciem humoru i bardzo duchowym. Zafascynowany był Podhalem, podobnie jak i H. M. Górecki, który będąc jak i Kilar katowiczaninem przeprowadził się w pewnym momencie do podzakopiańskiej (lub lepiej: nadzakopiańskiej) wsi.
    Na temat Krzysztofa Pendereckiego niewiele mogę powiedzieć – nie jest tak bliski moim gustom muzycznym, więc słuchałem go mniej. Nie znam o nim anegdotek. Wiem, że w jego muzyce wartości duchowe są równie ważne, co u Kilara i Góreckiego. Nie wiele o nim mogę powiedzieć. Ale z wielkiej czwórki został naszej kulturze tylko on.
   W jak dobrych czasach przyszło mi żyć wiem teraz, gdy pozostało mi wypalone na kliszy pamięci wspomnienie z korytarza przed koncertem KRONOS QUARTET w 1995 w Katowicach. Padający sobie w objęcia, serdecznie się ze sobą witający Krzysztof Penderecki i Henryk Mikołaj Górecki.
   Nie poprzestawajmy na mantrowaniu, że Kilar wielkim kompozytorem był. Słuchajmy go. Wsłuchujmy się w jego muzykę. Ona jest naprawdę fajna. To najlepszy sposób, w jaki możemy uczcić jego pamięć.

PS.
Polecam stronę trzejkompozytorzy.pl. Naprawdę polecam.

niedziela, 29 grudnia 2013

Co oni ci zrobili, potworze?...

Obyłem kiedyś następujący dialog:

- Jak opisałbyś Frankensteina?
- Nie wiem. No... Potwór.
- Może spróbujmy pytaniami: czy jest duży, czy mały?
- Duży.
- Powolny, czy zwinny i szybki?

- Powolny i niezgrabny.
- Inteligentny, czy głupi?

- Głupi.


Dialog ten jest wręcz modelowym przykładem tego, jak popkultura obeszła się z Shelleyem.
    Zapytacie zaraz co ma piernik do wiatraka? Co ma traktowanie Shelley'a wspólnego z powieścią jego żony? Odpowiedź brzmi – to samo zapomnienie. Zniekształcenie właściwego wizerunku. I nie chodzi tu o nawiązania do eseju Paula de Man pt. „Shelley odkształcony, z figury doszczętnie odarty”. Poprzestanę na powieści Mary Shelley i jej genezie.
    Zacznę od rozprawienia się z pewnym obrazem. Z figurą Frankensteina o zielonkawym obliczu, klemami wystającymi z szyi, z niezgrabnym krokiem i IQ nie wyższym od pięciu tuzinów.
    Primo, potwór nie był wiele większy od człowieka. Secundo, był szybki. Bardzo szybki. Wielokrotnie umykał takiej, czy innej pogoni. Był też zwinny jak mało kto. Tertio, był bardzo inteligentny. Gdy opuszczał laboratorium nie wiedział nic, ale nie był głupi. Uczył się życia i uczył się ludzi. Uczył się szybko. Zaryzykuję, że był samoukiem tej klasy, co londonowski Wilk Larsen. Quarto, najważniejsze, nie nazywał się Frankenstein. Frankenstein, to nazwisko jego twórcy, odważnego, lecz tragicznego naukowca, sam potwór imienia nigdy nie miał. Ciekawe, że nie próbował sobie go nadać – chętnie był o tym pogadał z lady Shelley, gdybym miał okazję. Pani Shelley, mimo młodego wieku, napisała powieść niezwykle dojrzałą, pełną symboli i aluzji oraz trafnych obserwacji ludzkich zachowań, uprzedzeń i konwenansów. Napisała prawdziwą powieść romantyczną o szkatułkowej strukturze i pełni treści, bez pustosłowia i przemilczeń. Powieść niezwykle sprawnie napisaną, która nie była w żadnej mierze horrorem, a już bardziej kryminałem i moralitetem.
    Pełny tytuł powieści brzmi: „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”, nawiązując do mitu o Prometeuszu jako stworzycielu człowieka. Oto Wiktor Frankenstein, na podobieństwo greckiego tytana, ożywia martwe i nie tylko powołuje do życia kogoś, kto winien być martwy, lecz w dodatku jest on obdarzony inteligencją. Ale naukowiec nie jest w stanie unieść brzemienia, które sobie narzucił i porzuca swoje „dzieło”, które żwawym krokiem oddala się do lasu. Frankenstein jednak nie ucieknie przed konsekwencją swego czynu. Będzie musiał poświęcić siebie i rodzinę, by uwolnić świat od potwora. Choć z drugiej strony, gdy czytamy o rozterkach naukowca, to szlag nas może trafić i zaczynamy współczuć potworowi, który odrzucany jest przez społeczeństwo z powodu swej brzydoty, a do tego jest porzucony przez swego twórcę. Prócz klasycznego utożsamienia zła z brzydotą, mamy tu do czynienia w dodatku z symbolem stworzenia odtrąconego. Adama wygnanego z powodu słabości jego stwórcy. I w dodatku demiurg ów odmawia mu jego Ewy – to rodzi frustrację, cierpienie, gniew i zemstę: całą paletę romantycznych tematów. Ujmę to tak: psychologicznie jest lepiej niż w całej twórczości Mickiewicza razem wziętej.
    Co zrobiła z potwora popkultura? To co zawsze robiła z potworami: w każdej rundzie opowieści ujmowała mu zalet i dodawała wad. Ponieważ był brzydki, więc stał się głupi, potem niezgrabny, powolny i w końcu nie wiem czym sobie tłumaczono, że tak długo nie potrafiono się z nim uporać. Tymczasem zaglądając do powieści okaże się, że potwór potrafił zabić człowieka pozorując morderstwo dokonane przez zupełnie niewinną dziewczynę! Zakradł się niepostrzeżony do komnaty ślubnej Frankensteina! Altaïr ibn La-Ahad przy nim to amator. Po młodzieżowemu mówiąc: nie, no proszę Was...
    Popkultura przemieliła potwora na paskudne monstrum, zapomniała moralnych rozterek, sprowadziła jego inteligencję do swojego poziomu. Do tego kazała mu nosić imię jego twórcy, spychając razem z nim odium zła, które wyrządził, zabierając mu zaś tę moralną tabula rasa, która powodowała, że czytelnik widział w jego początkach nieskażone dobro. To ludzie nauczyli frankensteinową kreaturę zła. A popkultura okazała się dlań najbardziej podłą: zabrała mu wszystkie dobre cechy, a podrzuciła mu same wady, na koniec za te wady wyśmiewając w dziesiątkach pastiszy i nawiązań.

sobota, 21 grudnia 2013

Opowieść wigilijna

„Opowieść wigilijna” Dickensa jest pewnego rodzaju fenomenem. Zwłaszcza w świecie anglosaskim. Historia Ebenezera Scrooga, którego w ciągu czterech nocy nawiedzają cztery widma (jakoś nie pamięta isę Marleya) ukazując mu nędzę moralną jego życia została kulturowo zaadaptowana jako element świąt na równi z choinką i jemiołą. Może warto wspomnieć, że opowieść ma samych adaptacji filmowych do dziś dnia aż dwadzieścia siedem, z czego pierwszą, jeśli mnie pamięć nie zmyla, nakręcono w wersji niemej w 1908 roku.
   Zacznę od szczegółu literackiego. Otóż, ciekawostką jest dla mnie początek drugiego rozdziału, gdy Scrooge słucha bicia zegara i w pewnym momencie padają słowa:

The hour itself,’ said Scrooge triumphantly, ‘and nothing else!’

Co w wolnym tłumaczeniu brzmi:

Wybiła godzina, - triumfująco rzekł Scrooge – tylko tyle.

Zwróciła moją uwagę ta konstrukcja, gdyż bardzo przypomina początek „Kruka”, poematu E. A. Poe:

"'Tis some visitor," I muttered, "tapping at my chamber door-
Only this, and nothing more."

Co w przekładzie pai Jolanty Kozak brzmi:

"Jakiś gość", powiadam sobie, "w mój samotny stuka dom,
Nocny gość – i tylko on".

Nie twierdzę, że Dickens chciał nawiązać do Poego. Bynajmniej! W obu przypadkach mamy do czynienia jednakże z tą samą postawą: u progu zjawiska niezwykłego bohaterowie bronią się rozpaczliwie przed tym, co ma nastąpić racjonalizując i podobnymi słowami tłumacząc sobie banalność znaków (w obu przypadkach dźwiękowych), które podświadomość odczytuje jako zwiastowanie niezwykłych zdarzeń.. W obu przypadkach – Ebenezera i anonimowego podmiotu lirycznego „Kruka” – widać ten sam opór umysłu, który nie chce wyrwać się z kolein, nawet jeśli są to koleiny zła, jak w przypadku Scrooge'a. Świetnie werbalizuje to Bilbo Baggins w „Hobbicie”, gdy na początku deprecjonuje wartość przygody, gdyż można przez nią spóźnić się na obiad. (Zupełnie osobnym tematem jest obserwacja, jak bardzo dickensowska jest wspólnota Hobbitów).

Innym moim zastanowieniem jest zdumienie faktem, jak bardzo blaknie ten właściwy sens dickensowskiego opowiadania, gdy fabułę przerobi się na choinkową ozdobę. Jak bardzo słabe staje się nomen omen duchowe wezwanie do naprawy życia, gdy uczyni się z niego kulturowy element celebracji świąt Choinkowego Obżarstwa, podobnie jak znikło wezwanie do dobroczynności biskupa z Myrry, gdy jego imię zawłaszczył czerwono odziany grubas z siwą brodą, zatrudniony na etacie przez The Coca-Cola Company. Jak można z opowieści o nawróceniu uczynić telewizyjny wypełniacz czasu?
   Popkultura to straszne środowisko.

Z okazji nadchodzących świąt Narodzin Zbawiciela (żeby nie użyć zniszczonego popkulturą „Bożego Narodzenia”) życzę Ci dużo wewnętrznego spokoju, tego szczególnego rodzaju ciszy serca, która pozwala z lekkiego dystansu spojrzeć na przebytą drogę, ocenić ją i skorygować. Życzę Ci szczęścia, tego wewnętrznego poczucia, że jest dobrze, mimo że tyle rzeczy poszło źle, że może coś się rozsypało, zniszczyło. Ale wciąż masz w ręku swoje życie – możesz je uczynić dobrym i poczuć, jak to dobro do Ciebie wraca.

 Życzę Ci wszystkiego najlepszego.

sobota, 23 listopada 2013

Kontakt, ale jaki?

Sprawiedliwość i prawda”, rzekłem do rodaka
On był pierwszym, co spytał: „dobrze, ale jaka?”
K. Daukszewicz „Easy rider”

Żeby doszło do kontaktu, potrzebny jest język. Nie ten śmieszny kawałek mięsa w ustach, ale pewien zespół wzorców i kodów opisujący rzeczywistość i nie tylko. Żeby doszło do porozumienia, czyli kontaktu najwyższego lotu, potrzebny jest język zrozumiały dla obu stron. Jak dowodzi historia cywilizacji Zachodu, sprawa jest nietrywialna, choć traktowana była na przestrzeni wieków częstokroć lekceważąco, bądź z właściwym nie tylko Zachodowi przekonaniem, że to nasz język winien być płaszczyzną porozumienia. Przypomina mi się fragment „Troi północy” Kossak-Szczuckiej, gdy Otto z Bambergu słucha o krnąbrnych Słowianach, którzy głusi są na ewangelizację. Pyta zatem, w jakim języku głosi się im Dobrą Nowinę. W odpowiedzi słyszy, że jedynych dwóch przez Boga uznanych za godne: po łacinie i niemiecku... Mam nadzieję, że każdy, kto się teraz uśmiechnął boki zrywa ze śmiechu za każdym razem, gdy obcy spotkawszy Ziemian mówią do nich po angielsku.
   Trzeba jednakże przyznać, że Watts w „Ślepowidzeniu” wybrnął z problemu anglojęzyczności innoświatowców: jego obcy mówią po angielsku, gdyż... nauczyli się go od nas. Tak naprawdę to obcy nie wiedzą co dokładnie nam mówią, gdyż, według diagnozy Bandy Czworga (bohaterka... bohaterowie powieści: osobowość wieloraka zamknięta w jednym ciele), obcy są jedynie tzw. „chińskim pokojem”. Jak opisuje J. Searle, maszyna może się nauczyć reguł językowych do tego stopnia prawidłowych, że mogłaby zdać test Turinga (konwersacja z nią byłaby nieodróżnialna od konwersacji z człowiekiem), ale to nie znaczy, że maszyna byłaby inteligentna. Naśladować inteligencję poprzez język, to nie to samo, co być inteligentnym. Miałem nie zajmować się polityką, więc nie będę tej złośliwości rozwijał.
   Proszę, zwróćcie uwagę, że zazwyczaj obcy uczą się naszego języka, rzadko kiedy (lub zgoła wcale), Ziemianie nie uczą się języków innych cywilizacji. Jeśli ktoś mi zaraz wygarnie „Prometeuszem”, to mu przypomnę, że w języku Inżynierów mówił android. Ludzie okopali się w swoich postkolonialnych zwyczajach „hodowania tłumaczy”. Skonstruowali androida, tak jak płodzili metysów za czasów Pocahontas.
   Ale język, o którym mówimy, to system semiotyczny, syntaktyczny, gramatyczny etc. Czy możemy sobie wyobrazić inne sposoby porozumienia? Zasadniczo tak. Rzucę tylko dwa przykłady: „Solaris” Lema i „VALIS” P. K. Dicka.
    W „Solaris” Kelvin wreszcie przeczuwa jak można zrozumieć „mowę oceanu”. Oceanu, którego testowali metodami naukowymi chcąc od niego śladu kontaktu, a on testował ich wyciągniętymi z ich przeszłości traumami. Na ostatnich stronach Kelvin zrozumiał, czego może oczekiwać od oceanu.
W „VALIS” pojawia się pojęcie plazmatu. Czegoś, co implementowane jest w ludzkiej duszy, by mogła odpowiednio zinterpretować otaczającą ją rzeczywistość. Aby mogła zrozumieć, że mieszka w Czarnym Żelaznym Więzieniu, a prawdziwy świat jest je niedostępny, póki Więzienie nie upadnie. Tu nie ma słów. Nie ma ksiąg. Nie ma doktryny. Nie ma sygnału z gwiazd. Jest... „doświadczenie liliowego promienia”, jak się to określa w biografii P. K. Dicka, gdy mówi się o wydarzeniach z 3 kwietnia 1974 roku. Ale nie o tym teraz chciałem mówić. Chciałem wskazać kontakt dokonany poprzez nagłą iluminację. Implantację wiedzy i rozumienia. Creme de la creme porozumienia.
    Pozostaje jeszcze jedno rozwiązanie problemu pt. „jak zrozumieć obcych?”. Odpowiedź brzmi: nijak. I tu znów wytargamy „Głos Pana” Dziadka Lema, niczym broń ostateczną: ludzie nie porozumieją się z obcymi, bo nie potrafią porozumieć się sami ze sobą. Otrzymawszy sygnał stamtąd zbudujemy zaraz nową Wieżę Babel, którą sami zawalimy na tysiąc sposobów za każdym razem uzasadniając to „udoskonalaniem”, „racjonalizacją”, czy „oczyszczaniem naukowego podejścia”. Nie da rady – świat ludzi, to świat nie-porozumienia.

Czego zresztą oczekują, czego spodziewać się mogą ludzie po „nawiązaniu informacyjnej łączności” z myślącymi morzami?
S. Lem „Solaris”

niedziela, 17 listopada 2013

Mit kontaktu

Obawiam się, że kilka następnych wpisów traktować będzie o hard-SF, najbardziej naukowej odmianie literatury fantastycznej. Aczkolwiek pastwić się nie będę nad napędami FTL (ang. faster than light – nadświetlne), czy prawdopodobieństwem występowania antymaterii oraz fluktuacją gęstości tego prawdopodobieństwa. Będę pisał o KONTAKCIE.
    „Fatalnie. Ufoludki.” - przyznaj szczerze, że taka właśnie myśl przeszła Ci teraz przez świadomość. No właśnie świadomość. Zaraz do niej wrócimy.
    Jako źródło moich dywagacji muszę wskazać prześwietną książkę doktora Petera Wattsa pt. „Ślepowidzenie”. Zasadniczo jest to powieść hard-SF, jako się rzekło, lecz równocześnie jest to esej, lub przyczynek do eseju na temat świadomości, ewolucji i możliwości kontaktu między gatunkami. Idea, według której świadomość nie równa się inteligencji, a nawet jej przeszkadza, a homo sapiens przez nieomal przypadek zdominowali ekosferę Ziemi jest... inspirująca. Zmusza do rozważań, w których wspomnienia dotyczące idei opisanych przez Sancheza i Castanedę rozwijają się niczym róża jerychońska. Wcale nie trzeba być świadomym, żeby być inteligentnym, mówi nam dr Watts: popatrzcie na ośmiornice (jest biologiem morskim, wie co mówi). Ale trzeba być świadomym, żeby być egoistycznym dupkiem, a to zaprzepaszcza szanse na przeżycie – temu się nie da zaprzeczyć. Po lekturze pozostaje pytanie, które przed nią wydawało się paradoksem: jak się udało homo sapiens zdominować naszą planetę pomimo posiadania świadomości?! Może należy popatrzyć odwrotnie niż nam dotąd wmawiano. Może to nie świadomość jest bronią, którą zwojowaliśmy świat, lecz jest raczej pasożytem, który siedzi na nas niczym podnawka na rekinie i gdy rekin rozprawi się z jakimś zwierzęciem mawia: „ale go załatwiłam!”.
    Ale to wątek drugi. Podstawowy to kontakt. Czyli „ufoludki”.
    Podkreślam, pisząc o „Ślepowidzeniu”, że autor jest naukowcem o stopniu doktora. Lecz nie jest to od razu certyfikat apriorycznej racji. Wręcz odwrotnie - można by rzec parafrazując poprzedni akapit i patrząc na powieść „Kontakt” Carla Sagana, który też naukowcem był, a jego powieść winno się sfilmować jako serial i puszczać na RomanceTV. Jego pogląd na kontakt między cywilizacjami jest tak niedorzeczny, że Stanisław Lem napisał przez to „Głos Pana” - jedną z najbardziej rewelacyjnych powieści o niemożliwości kontaktu z obcymi. Lem zresztą miał jeszcze kilka takich rewelacyjnych „gaśnic entuzjazmu”, żeby wymienić tylko „Solaris”, „ ''Niezwyciężonego'' ” i jego ostatnią z wielkich powieści (nie ostatnią w ogóle), czyli „Fiasko”. Za każdym razem prawie przyczyna była podobna: możliwość kontaktu z obcym obnażała niedostatek kontaktu między ludźmi.
   Mit kontaktu jest bardziej powszechny niż się nam wydaje. Czy to Kelvin walczy ze swoimi duchami na Solaris próbując kontaktu z Oceanem, czy to Robinson Crusoe próbuje się dogadać z Piętaszkiem, schemat, archetyp obcego, jest ten sam. Popatrzcie proszę na „Tańczącego z wilkami” jako na opowieść o Kontakcie. Równie dobrze ten schemat pokazuje „Piekło na Pacyfiku” jak i „Anna i Król”! Dziwne, prawda?
   Ale kontakt w schemacie mitu wcale nie musi oznaczać porozumienia. „Solaris” jest tu sztandarowym przykładem, „Ślepowidzenie” idzie tym torem, zaraz za nim przygody pirksowego wskrzeszeńca z „Fiaska”, a potem Dukaj w... „Innych pieśniach”. Zaraz, co tu robi fantasy? Swoją robotę. Trudno w całej literaturze znaleźć coś równie obcego jak dukajowi Adynanatoi. W porównaniu do nich ksenomorf (seria filmów „Alien”) to szczeniaczek – gryzie, ale wiadomo, że czymś tam da się go bić. Zwróćmy uwagę – „Alien to też opowieść o swoistym kontakcie... No może prócz drugiej części, gdy była to opowieść o strzelaniu.
   Bodajże Emmanuel Levinas, albo Martin Buber, choć chyba obaj, zajmowali się na niwie filozofii problemem relacji z Innym. Archetyp kontaktu to symbol właśnie tej niesamowitej, podstawowej relacji: ja – Inny, ja – Ty. Dukaj, Lem, Watts: on wszyscy piszą o tym, jak trudno nawiązać kontakt w najprostszych relacjach: w rodzinie, w małżeństwie, między członkami załogi. A do tego dochodzi kontakt z Obcym, z Nieznanym (wracamy nieubłaganie na tereny łowieckie Castanedy).
   Pomyślmy, ile razy stoimy w schemacie mitu o kontakcie? Wobec swej nieświadomości? Wobec drugiego człowieka? Wobec Boga?...

wtorek, 12 listopada 2013

Osobliwy przypadek Jacka D.

Po ukazaniu się „Złotej Galery” w „Fantastyce” z pewnym przerażeniem spostrzegłem, że zaczyna się o mnie mówić jak o jakimś wieszczu, który widzi to, co dla zwykłego śmiertelnika zakryte.
J. Dukaj

Uszeregujmy fakty.
   Konkurs literacki wygląda mniej więcej tak, że nadsyła się swój utwór podpisany „godłem”, czyli tymczasowym pseudonimem. „Godłem” opatruje się też kopertę, która zawiera autentyczne dane teleadresowe na wypadek, gdyby się utwór niespodzianie jurorom spodobał.
   No i tak się stało, że pewnego razu spodobało się opowiadanie pt. „Złota Galera” traktujące o tytułowym tajemniczym obiekcie zbliżającym się do skąpanej w (pozornej) szczęśliwości Ziemi, gdzie zhierarchizowane społeczeństwo człowieczo-anielskie żyje w przeświadczeniu gwarantowanej świętości a modlitwa i symbole liturgiczne są cokolwiek technicznymi instrumentami. Zdecydowano, że jest to najlepsze opowiadanie fantastyczne w konkursie A.D. 1990.Odpieczętowano kopertę z danymi i skontaktowano się z autorem, który, jak się okazało, liczył sobie lat szesnaście...
    Było lato 1995 roku. Leżałem sobie na trawie na mazurskiej łące a moje pomarańczowe życie odpoczywało. Miałem w ręce numer „Nowej Fantastyki”, który już zdążyłem przeczytać cały z wyjątkiem drugiego odcinka powieści „Irrehaare”. Nie chciałem go czytać, bo nie lubię czytać od środka. Ale nie było nic innego na podorędziu, więc dałem się wciągnąć w dziwny świat opisany arcyniezrozumiałym językiem. Mówił tekst o niejakim Adrianie i towarzyszącym mu magu Santanie, którzy zdawali się być ludźmi, którzy utknęli w uniwersum gry komputerowej niczym pasażerowie zdefektowanej windy. Jedyną szansą wydostania się, jest pokonać system, a jedyną szansą na pokonanie systemu jest Adrian – mesjasz wirtualnego świata. Coś przypomina? Przypomnę i ja: „Matrix” powstał dopiero kilka lat później (premiera światowa to marzec 1999 roku). W chwili publikowania „Irrehaare” nazwisko Wachowski kojarzyło się jedynie z urzędującym jeszcze podówczas prezydenckim Sieciechem o imieniu Mieczysław. Gdy na przełomie milleniów pytano Dukaja o ewentualny pozew przeciw braciom (ówcześnie jeszcze byli to chłopcy) Wachowskim, starał się unikać tematu, tłumacząc się przypadkową zbieżnością inspiracji. Oczywiście: Czarne Żelazne Więzienie to i P. K. Dick obrabiał jako inspirację, ale oglądając „Matrix” czuło się w powietrzu swąd plagiatu.
    Ale ze swej niszy smok wychynął dopiero w 2008 roku, gdy za „Lód” otrzymał nagrodę Kościelskich. Ponieważ fantastyka, jak to już ongi Wojciech Sedeńko udowodnił, jest literaturą niewidzialną (to jest wydaje się ją, ale nie zauważają jej żadne środowiska uniwersyteckie), toteż zdziwienie powszechne szybko przerodziło się w naciągnięcie „Lodu” do literatury postpostmodernistowej (czy jakkolwiek ją określono, byle nie użyć brzydkiego słowa na „F”). W efekcie cała masa ludzi, którzy dukajowe utwory mieli za nieporadne gaworzenie (bo fantastyka, jak powszechnie wiadomo, jest dla dzieci i Papa Lem jeno dziatkom pisał), nagle rzucili się czytać i komentować największą, najgęstszą znaczeniowo i najbardziej złożoną powieść pana Jacka. To trochę wyglądało, jakby tłumek z lanserskiego przyjęcia poszedł w sukienkach i garniturach na Zamarłą Turnię, bo ktoś powiedział, że taternictwo jest w tym sezonie trendy. Szkoda, że nie ma w tej alegorii zakładów pogrzebowych zbierających żniwo martwych umysłów odpadających do mentalnie Pustej Dolinki. Złośliwym, wiem. Ale gdy patrzę na niektórych ludków gardzących fantastyką, a próbujących egzegezy „Lodu”... No cóż.
    Tak oto w kilku akapitach naszkicować chciałem sylwetkę autora, który nadał nową jakość polskiej i światowej fantastyce. A po co? Bo jeszcze będę o nim mówić...

sobota, 26 października 2013

Młynarz, zbój i niewidzialna ręka rynku

Młynarz Franciszek wracał przez las piaszczystym gościńcem na grzbiecie zmęczonego osła. Biedne zwierzę w jukach taszczyło jakieś paskudne klamoty, które obijały się i brzęczały irytująco przy każdym kroku. Prawdę powiedziawszy, to nie sposób było utrzymać irytacji przez kolejny dzień wędrówki, więc obaj podróżnicy – apatyczny osioł i frasobliwy jego pan – ignorowali ten klekot i brząkanie tak, jak rybacy ignorować zwykli szum morza. Osioł po prostu człapał w brudnym piachu średniowiecznego gościńca z całkowitą obojętnością. Aczkolwiek trzeba było rzec, że przy młynarzu wyglądał jak gimnazjalista po dopalaczach. Franciszek miał minę tak smutną i zrezygnowaną, jakby właśnie się dowiedział, że jako jedyny człowiek przeżyje apokalipsę tylko po to, żeby miał po niej kto posprzątać. I gdy już wydawać by się mogło, że nasz podróżnik winien trafić do Księgi Rekordów Guinnessa jako najnieszczęśliwszy człowiek świata, z zarośli przydrożnych wyskoczył nań zbój.
    Zbój z kolei był klasycznym do bólu osiłkiem wyposażonym w brodę, skołtunione włosy, dziki wzrok powodowany zalewaniem kawy Red Bullem, w jednej ręce dzierżącym maczugę, a w drugiej – ozdobionej zegarkiem Atlantic – aktówkę z dokumentami. Koszula od Hugo Bossa (z okresu tworzenia kreacji „Kryształowa Noc '38”) i jedwabny krawat dopełniały wyglądu okrutnika. Ryknął potężnie, powodując przewrócenie osła w miejscu i jego omdlenie. Młynarz Franciszek znalazł się przez to w odpowiedniej, choć dlań niekorzystnej, pozycji negocjacyjnej. Znalazł się jednak szybko w swoim nowym położeniu i rozpoczął rozmowę zgodnie z zasadami savoir-vivre'u obowiązującego w stosunkach zbója z ofiarą:
- Litości, panie zbóju! Czego pan chcesz ode mnie? - jęczał młynarz - Nic już nie mam! Trzy razy mnie już napadali w drodze z miasta, wszystko już oddałem!
- Czego chcę? Żebyś podpisał polisę na życie.
- Panie zbóju, miej pan litość! Mnie już trzy raz po drodze łupili, już musiałem kupić komplet garnków ze szkła żaroodpornego, a potem odkurzacz do sklepień krzyżowo-żebrowych, doskonały do katedr i sieni zamkowych. Nie stać mnie już na ubezpieczenie!
- Odkurzacz i garnki to dwa razy, a trzeci?
- Uwięzili mnie na dwa i pół dnia na degustacji wyrobów seropodobnych.
- No to ci szczerze współczuje. To mi się prawie żal ciebie zrobiło. Ale polisę sprzedać ci muszę!
- Łaski panie zbóju! Przecież jak już nie mam pieniędzy! Już na ten odkurzacz do sklepień katedralnych musiałem podpisać niekorzystną umowę ratalną!...
- No właśnie. A mój produkt finansowy przeznaczony jest właśnie dla osób mających problemy finansowe.
- A jakbym problemów finansowych nie miał? - podchwytliwie zapytał Franciszek
- A! To i na to rada się znajdzie – nasz produkt jest na tyle zaawansowany, że w takiej sytuacji szybko by cię w podobne kłopoty wpędził.
- Zgubiony jestem! - biadolił młynarz
- Może i jesteś. Ale moje ubezpieczenie jest jak ten kompas, który przeprowadzi cię przez życie bezpiecznie, bylebyś miał go przed oczami cały czas i składki płacił regularnie. Bo jak nie, to cię śmignę tą maczugą, co się Vindykacyja nazywa!
- Łaski panie!... - skomlał młynarz – Jakie są warunki tej waszej polisy?..
- Bardzo proste i przejrzyste. Polisa obejmuje życie, dożycie i przeżycie, dla was, waszej małżonki i waszych dziatek, a także inwentarza. Będziesz płacił co pół roku składkę jako ubezpieczony, po piętnaście florenów i tak aż do śmierci. Chyba, że przeżyjesz sto i pięć lat, wtedy w obecności obojga swoich rodziców możesz podjąć sumę ubezpieczenia pomniejszoną o opłaty manipulacyjne, administracyjne, kalkulacyjne, stabilizacyjne i tradycyjne. A różnicę dopłacisz i będziem kwita
- A jeśli nie dożyję stu i pięciu lat?...
- To wtedy płacić będą twoi spadkobiercy, aż do rocznicy umowy, która wypadnie w roku kalendarzowym, w którym ukończyłbyś sto i pięć lat. To chyba oczywiste.
- Aaaaj...!!! - złapał się młynarz za głowę - Toć to los gorszy od tego, co spotkał piekarza z Wilanówka, co mu zbój sprzedał bezterminową umowę na rozmowy za darmo do wszystkich sąsiadów w abonamencie za dwie świnie miesięcznie!
- No, no. Chyba nie chcesz powiedzieć, że to niekorzystna oferta. Podpisałem już w tym miesiącu dwa tuziny polis, a jest dopiero drugi. Wyobrażasz to sobie? W dwa dni dwa tuziny zadowolonych ofiar!
- Panie zbóju kochany, a gdyby tak skrócić te męki? Gdyby tak mnie pan po prostu walnął tą maczugą przez łeb, żeby na dwoje pękł? I weźmie sobie pan te garnki i odkurzacz... I trochę tu mam koreczków z tego seropodobnego czegoś...
- Oszalałeś pan? Zabijać? Dla odkurzacza stropowego i koreczków seropodobnych? Co my, w średniowieczu żyjemy? Toć to niehumanitarne! Masz płacić, choćby skały prały i już! Ja nie jestem opieką społeczną, żeby tak się litować...
- Panie zbóju, powiedz pan jak ja mam na to wszystko zarobić?... Panie zbóju, no jak żyć?...
Zbój zafrasował się, podłubał maczugą w uchu i odparł z westchnieniem:
- Może rozwinę swój biznes do emelema...
- Do czego?
- Do modelu marketingu wielopoziomowego. Wciągnę cię w moją strukturę, będziesz dla mnie pracował i pójdziesz do Czarciego Lasu, tam sprzedawać moje ubezpieczenia. Umowa stoi?

sobota, 12 października 2013

Pętla Czasu Apokalipsy

Mijają dwie godziny, czterdzieści osiem minut i dwadzieścia sekund filmu „Czas Apokalipsy” (wersja „Redux”), gdy pułkownik Kurtz zaczyna czytać:

We are the hollow men
We are the stuffed men
Leaning together
Headpiece filled with straw. Alas!
T. S. Eliot „The Hollow Men”

Co w tłumaczeniu na polski brzmi:

My, wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Razem się kołyszemy
Głowy napełnia nam słoma.
T.S. Eliot „Wydrążeni ludzie” tłum. Cz. Miłosz

Kurtz czyta Eliota. Barbarzyńca i poemat. Z drugiej strony to tylko figura znana już z „Wilka morskiego” J. Londona, gdzie kapitan Larsen, genialny samouk, stanowi na statku swoje prawo i swoją moralność, udowadniając głównemu bohaterowi (a w rzeczywistości modelowy autor modelowemu czytelnikowi), że ta ostatnia nie jest bezwzględną wartością, lecz jest budowana na ludzkim charakterze. Podobieństwa pułkownika Kurtza i Wilka Larsena winny być tematem co najmniej osobnego eseju. Ale nie o tym dziś chciałem opowiedzieć.
   Chciałem opowiedzieć o „Czasie Apokalipsy”, jego pierwowzorze, czyli „Jądrze ciemności” J. Conrada i mistrzowskim manewrze scenarzysty i reżysera w jednym, czyli F. F. Coppoli.
    W oryginale niejaki Marlow opowiada o swojej wyprawie w górę Kongo, gdzie ma ująć niejakiego Kurtza – agenta handlowego, który „urwał się ze smyczy” i buduje w sercu kontynentu własne państwo. Opowieść Marlowa jest tyleż opisem podróży w głąb Afryki, co podróży w głąb szaleństwa. A jednocześnie pytaniem, czy to, co wydaje się nam szaleństwem, nie jest przypadkiem nowym ładem. Budowanym z dala od cywilizacji Zachodu. Z dala od światła jego etyki. W sercu ciemności. Kurtz zostaje w końcu ujęty, ale umiera na statku w drodze do ujścia rzeki. Ostatnie jego słowo brzmi: „zgroza”
    Z drugiej strony mamy wyprawę kapitan Willarda w górę Mekongu po zbuntowanego pułkownika sił specjalnych – Kurtza. Wyprawa ta również jest ekspedycją w głąb szaleństwa, na końcu którego czeka przywódca nowych ludzi, budowanych w oparciu o nową moralność. Willard go zabije, a jego ostatnie słowo brzmieć będzie: „zgroza”. Ale nim to nastąpi Kurtz będzie czytać poemat Eliota swemu jeńcowi i równocześnie uczniowi (tu odniesienie znów do Londona). I nikt, kto nie zna poematu nie zasmakuje w tej scenie. Choćby dlatego warto czytać.
    Otóż Eliot rozpoczyna swój utwór cytatem, króry brzmi:

Mistah Kurtz—he dead.

   Są to słowa z „Jądra ciemności” Conrada, które łamaną angielszczyzną wypowiada murzyn na pokładzie statku informując Marlowa, że Kurtz zmarł.

sobota, 5 października 2013

Życie na gorąco

Nie wiem nawet pod jakim szyldem umieścić zjawisko, o którym chcę powiedzieć. Jest to historia jedyna w swoim rodzaju.
    Jakiś czas temu powodzeniem cieszyły się prymitywne reality show, których tematyką była nuda i pustka grupy podglądanych ludzi, a których zajmowano różnymi nieproduktywnymi zajęciami, by rzesza telewidzów mogła pustkę i nudę swojej egzystencji zająć ich podglądaniem. Pewnego rodzaju ekstrapolacją tego zjawiska był film „Truman Show” - kto nie widział, musi go obejrzeć.
    Obecny czas, dzięki splotowi nieoczekiwanych wydarzeń oraz postępowi technicznemu przyniósł zjawisko podobne do wspomnianego filmu: możemy oglądać życie człowieka, który nic o tym (dotąd) nie wie. I nie jest on upatrzonym specjalnie do tej roli wybranym dzieckiem, dla którego buduje się osobną kopułę o tysiącach kamerzastych oczu. Tu środki są zachwycająco ubogie: smartfon i chmura danych. I nasz bohater, który ma na imię Hafid i jest krawcem z Dubaju.
    Hafid wybrał się do swojej roli sam, posługuje się bowiem skradzionym (niewykluczone, że własnoręcznie) smartfonem z uruchomioną aplikacją zrzucającą automatycznie wykonane zdjęcia i filmy do chmury danych, której konto nadal kontroluje dawny właściciel smartfona. Tenże z kolei jest ma na tyle fantazji i złośliwości, że uruchomił bloga, na którym prezentuje to, co się w chmurze odłoży, okraszając to nader sarkastycznymi komentarzami. W ten sposób zaglądamy przez ramię dwudziestokilkuletniemu krawcowi, który żyje sobie w niezbyt dostatnich, lecz także niezbyt schludnych warunkach w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
    Zapraszam do ujrzenia jednego z dziwniejszych zjawisk internetu. Dla lepszej zabawy wymagana podstawowa znajomość języka angielskiego.

Blog dostępny pod tym adresem: http://lifeofastrangerwhostolemyphone.tumblr.com/

sobota, 21 września 2013

W nieciasnej niszy

Jak bardzo niszowej muzyki słucham zorientowałem się, gdy płytę grupy ZESPÓŁ POLSKI pt. „Muzyka Nizin” nabyłem za kwotę 5,45 zł (słownie: pięć złotych polskich czterdzieści pięć groszy).
   Na początek wyjaśnię czym jest ZESPÓŁ POLSKI. Istniejąca od 1995 grupa pod światłym przewodnictwem pani Marii Pomianowskiej zajmuje się muzyką ludową, tak, jak ją rozumiano jeszcze sto lat temu, nim muzyką ludową stał się utwór „Ona tańczy dla mnie”. Jednym z najważniejszych dokonań pani Marii et consortes była rekonstrukcja suki biłgorajskiej, strunowego instrumentu przypominającego źle wykonane skrzypce, na którym gra się w pozycji kolanowej (przypominającą trochę grę na wiolonczeli). Ekipa ZESPOŁU POLSKIEGO zbiera (lub zbierała) stare utwory ludowe z uwagą i podejściem etnologów jednocześnie zdradzając wrażliwość artystów muzyków. Są dla polskiego folkloru (nie folku! To nie jest GOLEC UORKIESTRA!) tym, czym Thor Hayerdahl dla żeglarstwa (facet przepłynął Atlantyk na łodzi z sitowia, która wykonał według staroegipskich malowideł).
    No i jeden z najważniejszych albumów tego ansamblu (zresztą ich pierwszy), znalazł się na proszkowo lakierowanej półce wielkopowierzchniowego sklepu za znikome pieniądze.
   Swego czasu Witkacy napisał: „Co kogo obchodzi, co się dzieje na ulicy Wspólnej nr 38 m. 10 (…). My chcemy w teatrze być w zupełnie innym świecie.”
   Witkacy w grobie wiruje, słysząc muzykę czołówki serialu „Na Wspólnej”, który chyba zatytułowano, by zrobić mu na złość. Ale jego twórczość i Marii Pomianowskiej są już w niszach, do których zepchnęli ich totalitarni ochlokraci. Mnie tam się to nawet podoba, dopóki w antykwariatach Witkacy będzie w tej cenie, w której ZESPÓŁ POLSKI w hipermarketach.
    Ale nic to. Dinozaury tez kiedyś spychały inne organizmy do nisz.

sobota, 14 września 2013

Aneks o sekretarkach

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak wmanewrowano sekretarki w rolę gastronomicznego personelu pomocniczego. Niedawno, czytając artykuł na portalu histmag.org o internetowym życiu obrazów Jana Matejki (z którego niekoniecznie byłby dumny, ale myślę, ze nieźle by się bawił), dowiedziałem się o istnieniu profilu Sztuczne Fiołki w serwisie facebook.com. Poświęciłem chyba ze dwie godziny, by pokontemplować sobie pythonowskie wręcz pomyły na nadanie innego sensu znanym obrazom. No i napatoczyłem się na taki obraz:



Obraz, autorstwa niejakiego Joachima Patinira przedstawia ucieczkę świętej rodziny do Egiptu, w czasie której widać m.in. św. Józefa naginającego ze wsi z dzbankiem mleka. W tle (według profilera Sztucznych Fiołków) kilka ilustracji do apokryficznych opowieści z dzieciństwa Jezusa w Egipcie. Ładne, owszem. Ale nic wielkiego, dopóki nie przeczytałem marudzenia św. Józefa. Miód.

sobota, 7 września 2013

Roczek

Minął rok od czasu, gdy pojawiły się pierwsze Marginalia. Jestem daleki od fetowania rocznic, zwłaszcza rocznic dotyczących mnie samego. Ale stwierdziłem, że przydałby się jakiś remanent i plan dalszego działania. I w związku z tym garść zapowiedzi (tak zwana „wiązka celów”):

  1. Marginalia pojawiać się będą rzadziej, ale sensowniej. Trzy razy w miesiącu jest chyba uczciwą częstotliwością.
  2. Mniej będzie narzekania, ale zastrzegam sobie prawo do piętnowania ignorancji i przejawów ochlokracji.
  3. Posty będą krótsze, unikać będę pisania traktatów, a jeśli będę chciał coś popełnić dłuższego, to będzie może na odrębnej stronie.
  4. Więcej miejsca poświęcę muzyce, bo przecież nie samym czytaniem człowiek żyje – czegoś do tego czytania trzeba słuchać.

No to zabieram się do roboty. A Wam życzę wytrwałości w utrzymywaniu własnego osądu – na przekór unifikującej rzeczywistości, wielu dobrych lektur, wyśmienitych filmów, ciekawych pomysłów i dobrego czasu.

piątek, 23 sierpnia 2013

Autocenzura a la Ojczulek Ubu

Wdałem się ostatnio na esensja.pl w spór z recenzentem zbioru tekstów krytycznych S. Rushdiego pod polskim tytułem „Ojczyzny wyobrażone” (oryg. „Imaginary Homelands”). Aby nie powielać tu całego sporu napiszę tylko, że autor recenzji zasugerował, że zbiór byłby lepszy, gdyby usunąć zeń niektóre teksty. Swoje zdanie uzasadnił tym, że są one doskonałym suplementem do historii Indii, ale tej sprzed 20-30-40 lat. No i nikt w Polsce ich nie zrozumie.
    Ręce mi opadły. Może gdyby to polski wydawca wybrał te teksty, to bym zrozumiał. Ale one zostały zestawione przez ich autora dwie dekady temu i tak wydawane są w całym zachodnim świecie. Może w teokracjach Azji są one kastrowane, ale w Europie? Pan Daniel jest pierwszy.
    Wychodząc z tego założenia, nie ma co drukować „Iliady”, bo kogo tam zajmowałby wojna sprzed kilku tysięcy lat. Zwłaszcza, że nawet jeśli miała miejsce, to jej opisy są co najmniej przesadzone. A jak już jesteśmy przy tym temacie, to Tukidydes też nie jest potrzebny i lepiej się nim nie zajmować – po co skoro oni wszyscy (bohaterowie wojen peloponeskich) już nie żyją. Efekt nie zajmowania się Tukidydesem przez filologów skończyłby się małą apokalipsą nuklearną, bo ci, którzy jeszcze mu czas poświęcali, przeczytali go źle, o czym już wspomniałem. Co by tu jeszcze obciąć? Może nie uczmy już „Pieśni o Rolandzie”, bo to takie beznadziejnie archaiczne? Albo wytnijmy z „Biblii” niektóre księgi. A, to już uczyniono – wystarczy porównać tzw. „brytyjkę” i „tysiąclatkę”.
    System totalitarny ma to do siebie, że nie dąży do eksterminacji swoich oponentów. Dąży do ich asymilacji, do eksterminacji niepoprawnych idei. Wszyscy mają myśleć tak, jak każe im system. Takie jest przesłanie1984 Orwella. Wartości systemu mają być wartościami jednostki. Jednym z narzędzi eksterminacji jest cenzura.
    Rzeczywistość, w której żyjemy, znów jest totalitarna. Nikt mnie nie próbuje wtrącać do więzienia za moje poglądy, ale coraz mocniej podkreślane jest moje odstawanie od systemu. I jest ono przyjmowane z widocznym niezadowoleniem. Wartością i ideą jest teraz brak wartości i idei, powszechna ignorancja i niechęć do rozwoju. Przejawem jest fragmentaryzacja postrzegania (krótkie wpisy na „fejsie” i „tłicie”), która nie pozwala na przekazywanie wiedzy, lecz sygnalizowanie zdarzeń. Jak w pierwotnej hordzie. Obniżając sobie intelektualną poprzeczkę, obniżamy ją i innym, żaląc się, że dzieci mają dziś zbyt dużo nauki. Osobiście uważam, że nie tyle zbyt dużo nauki, co niepotrzebnych informacji i chętnie bym przy programach nauczania pomajstrował. Ale też widzę opłakane statystyki zdawalności matur (uzasadniające obcinanie programów) jednocześnie przecierając oczy ze zdumienia nad ich trywialnością. Tzw. „maturę z historii” zdałby każdy pełnosprawny umysłowo człowiek bez wkutej wiedzy, jedynie opierając się na dostarczonym materiale – testy wyboru, analiza tekstu źródłowego wydrukowanego na arkuszu, analiza mapy załączonej do pytania... Kierunek, w którym zmierza nasza edukacja opisuje krążąca w internetach anegdotka o zadaniu matematycznym:

Rok 1950.
Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno kosztowało go 4/5 tej kwoty. Ile zarobił drwal?
Rok 1990
Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno kosztowało go 4/5 tej kwoty, czyli 80 zł.
Ile zarobił drwal?

Rok 2000
Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno kosztowało go 4/5 tej kwoty, czyli 80 zł. Drwal zarobił 20 zł.
Zakreśl Liczbę 20.

Rok 2013
Drwal sprzedał drewno za 100 zł.
Pokoloruj drwala.


Śmieszne tylko częściowo. Do czasu obejrzenia na YouTube serialu pt. „Matura to bzdura”. A myślicie, że osoby wyróżniające się wiedzą mają uprzywilejowaną pozycję społeczną? Ani w szkole, ani w życiu. Liczy się lans.
    Proszę porównać wyniki oglądalności teleturniejów „Jeden z dziesięciu” i „Jaka to melodia?”. Czekam z niepokojem, gdy teleturniej prowadzony przez pana Sznuka spadnie z anteny za „brak oglądalności”. Bo telewidzowie nie rozumieją zadawanych tam pytań. A gdzie tam mieliby znać na nie odpowiedzi... A przecież „Jeden z dziesięciu” to zaledwie turniej krzyżówkowiczów przy takiej „Wielkiej grze”!
    Trend wycinania programów popularyzujących wiedzę jest dla mnie formą cenzury stosowaną przez opresyjny system, w którym żyjemy. Coś słyszę, że mi się demokracja nie podoba. Tyle, że my nie żyjemy w demokracji, lecz w ochlokracji, z którą demokracja przegrała kulturowo kilkanaście lat temu, tak jak demokracja Weimaru przegrała z nazizmem. Teraz czarne bojówki „krytyków literackich” sugerować będą usunięcie niewygodnych (rzekomo niezrozumiałych) fragmentów książek. Brunatne koszule „reformatorów szkolnictwa” będą mieszać w młodych umysłach „promując umiejętności zamiast suchej wiedzy”. Ich patronem jest Ojczulek Ubu ze swoim wózkiem fynansowym i odmóżdżaniem.
    I znów, jak za punkowych czasów, mogę sobie krzyknąć: „NISZCZ SYSTEM!”, co tym razem jest synonimem do hasła: „Rozwijaj się, wysławiaj zamiast gadać, MYŚL”.

piątek, 16 sierpnia 2013

Odejście Baltazara

Wyszedłem wczoraj na popołudniowy spacer. Włączyłem radio w komórce i nastawiłem na „Trójkę”. Właśnie Adam Ferency zaczynał czytać jakiś tekst. Po kilku zdaniach zorientowałem się, że czyta „Baltazara”, autobiografię Sławomira Mrożka. I gdy skończył czytać, egzaltowano-omdlewający głos pani Marcinik w niezwykle poważnej tonacji przypomniał o informacji z przedpołudnia: w Nicei zmarł Sławomir Mrożek. Aż stanąłem w miejscu. Prowadzony przeze mnie pies zatrzymał się również i i zdziwiony obejrzał się – wszak niespodziewane stawanie przy drodze było dotąd jego domeną.
    Podobno ongi Kazimierz Dejmek zapytany o kondycję dramatu polskiego powiedział, że póki mamy Sławomira Mrożka, jest o polski dramat spokojny. K. Dejmek odszedł od nas w Sylwestra 2002 roku, więc spokojny był do końca. Teraz zacząłem niespokojny być ja.
   Nie będę udawał, że jestem Mrożka znawcą, czy że byłem z jego twórczością „na bieżąco”. Przypadek zrządził, że kilka miesięcy temu do ręki wpadł mi numer Dialogu, w którym opublikowano tekst najnowszej sztuki Mrożka pt. „Karnawał, czyli pierwsza żona Adama”. Dramat skromny, wręcz kameralny (choć u Mrożka nigdy nie było rozbuchanej obsady i scen batalistycznych), zdał się po pierwszej lekturze jakby... trochę nieporadny. Gdybym nie znał dorobku dramatopisarza, gdybym się nie zaczytywał dotąd w potoczystości jego dialogów, to pewnie byłbym pod wrażeniem. Ale miałem tu wrażenie, że wszystkie postaci są jakieś małomówne, zamknięte, tylko sygnalizują co mają do przekazania. Z następnego artykułu dowiedziałem się, że Sławomir Mrożek w wyniku udaru mózgu cierpiał na afazję. Afazja jest nie tyle utratą mowy, co utratą zdolności posługiwania się słowami – dla pisarza to kalectwo większe niż ślepota, czy utrata słuchu dla muzyka (choć van Beethoven dobrze sobie radził nawet dyrygując, tyle, że wkurzał muzyków orkiestry). Mrożek swoją słabość pokonał. Przybrał pseudonim „Baltazar”, by odróżnić się od pisarza Sławomira Mrożka, który odszedł wraz z udarem. Jako Baltazar napisał autobiografię i właśnie „Karnawał”. Ten dramat jest mimo swego deficytu retorycznego piękny. Dziesięć postaci, symbol na symbolu, bez mała fresk do kontemplacji przecinających się nawiązań, skojarzeń i refleksji. Stwierdziłem w duchu, że pierwsza sztuka Mrożka po przyjściu do zdrowia jest zwiastunem doskonałych, dalszych utworów. Niestety, okazała się ostatnim jego dziełem.
    Ciekawe jest dla mnie, że wszyscy podkreślają, że „odszedł autor «Tanga»”. Ciekawe ile osób kojarzy ten dramat i (w jakikolwiek sposób) go rozumie. Mam nadzieję, że sporo. Osobiście uważam „Tango” za jeden z dwóch najważniejszych dramatów powstałych w XX wieku (a nie jestem wcale znawcą spraw Melpomeny). Drugim jest „Wizyta starszej pani” Dürrematta. Oba ukazują pewne mechanizmy, którymi likwiduje się humanizm, każdy w inny sposób. U Mrożka to ukazanie nieubłaganego ciągu przyczynowo-skutkowego: dekadencja – neoortodoksja – kryzys – przemoc. I chciałbym to zobaczyć w dobrej adaptacji. Te, które widziałem, zbyt trącą magazynem zakurzonych manekinów. Okazuje się, że trudno zagrać archetyp. Bo to właśnie pisał Mrożek – opowieści o zderzeniach archetypów, niczym nowoczesne tytanomachie i gigantomachie. Każda postać, to symbol pewnej postawy, a Mrożek pokazuje jej silne i słabe strony, przy czym zachowuje sporo poczucia humoru. Pardon, zachowywał. Choć jako tzw. „autor modelowy” żyje cały czas w swoich dziełach. Dla mnie też.
    Odszedł wielki twórca.

Requiem aeternam dona eis, Domine:
et lux perpetua luceat eis

niedziela, 21 lipca 2013

Jak zaginano parol w czasach faraona

U Gogola czytamy o pewnym typie charakteru ludzkiego:

Każdy człowiek ma jakąś słabość; dla jednego tą słabością będą psy gończe; (…) szósty jest obdarzony taką ręką, która czuje nadnaturalną potrzebę, by złamać róg jakiemuś karowemu asowi albo dwójce, (…).

M. Gogol „Martwe dusze”

Czytelnik nie znający ówczesnych zwyczajów, w tym obowiązującego w towarzystwie kanonu gier karcianych, może co najwyżej pomyśleć, że ma do czynienia z obsesywnym wandalem, wręcz o przypadku nerwicy natręctw. Tymczasem ma to ścisły związek z pojęciem zagiąć parol i jest elementem gry w faraona.
   Gra w faraona popularna była dwa, try wieki temu w całej Europie – od Zatoki Biskajskiej po uralski stoki, lecz obecnie uległa niemal zapomnieniu. Jednak dzięki niezawodnemu internetowi możemy w każdej chwili sięgnąć po opis gry, bez żmudnego szukania po zakurzonych regałach bibliotecznych. I oto wpisując w gugla hasło „faraon gra w karty” możemy dostać m.in. taki opis:

Faraon – gra hazardowa, popularna w XVIII i XIX wieku. W Polsce pojawiła się najprawdopodobniej za Augusta III, choć nie można wykluczyć, że znana była nieco wcześniej, mianowicie u schyłku panowania Augusta II. Niezwykłą popularnością cieszyła się w czasach Augusta Poniatowskiego. Grać mogła w faraona dowolna liczba osób. Gdy bankier wysypywał pieniądze na stół i tasował karty ci, którzy chcieli przeciw niemu grać (zwano ich poniterami lub pontyjerami) zajmowali miejsca przy stole każdy z własną talią. Każdy też brał z niej kartę (jedną bądź więcej ilość nie była ograniczona) i kładł ją przed sobą na niej zaś stawkę. Karty, którymi grano przeciwko bankowi, zwane były „poniterkami”. Skończywszy tasowanie, bankier odkrywał po kolei wszystkie swoje karty kładąc pierwszą po prawej ręce, druga po lewej, trzecia znów po prawe, czwartą po lewej- i tak aż do wyczerpania talii. Karty, które znalazły się po prawej stronie, były wygraną banku, te po lewej wygraną poniterów. Jeśli wiec ktoś położył przed sobą siódemkę pik, a na niej dukata, zaś w talii bankiera siódemka pik upadała na prawo – wówczas tracił swojego dukata; jeśli jednak upadała na lewo wówczas bankier wypłacał graczowi dukata. Reguła ta miała także wyjątki. Mianowicie karta ostatnia, choć kładziona po lewej stronie wygrywała dla banku, a także, jeśli zdarzyło się, że po obu stronach leżały karty tej samej wartości tylko oczywiście innego koloru, zwało się to palija i gracz, który normalnie byłby wygrał tracił na rzecz banku połową swojej stawki. Kto wygrał w pierwszym ciągnieniu mógł zakończyć grę, mógł grać od nowa na inną kartę ale mógł też „parolować”. Jeśli parolował to zostawiał wygrane pieniądze na karcie i załamywał jeden róg karty. Jeśli tym razem przegrał tracił tylko początkową stawkę, jeśli wygrał podwajał kwotę leżącą na karcie. W następnym ciągnieniu grał „set lewa” łamiąc drugi róg poniterki i ponownie ryzykował utratę początkowej stawki, wygrana oznaczała podwojenie sumy stawianej. W ciągnieniu czwartym zaginał kolejny róg na znak, że gra „kenz lewa”. Poniterki tak szczęśliwej mógł gracz użyć jeszcze tylko raz, przy piątym ciągnieniu. Zwano ten rzadki przypadek „trant lewa”- wynik gry niósł ze sobą takie następstwa jak w ciągnieniach poprzednich.


Po co nam taka wiedza o grze zapomnianej?
    Po pierwsze, by nie zapomnieć. Może w dzisiejszych czasach trudniej będzie zorganizować turniej gry w faraona, gdyż po takim wieczorze podłoga zasłana była taliami zniszczonych kart o załamanych rogach, a każda talia to jakiś wydatek. Ale można zamiast łamać róg, na przykład kłaść jakiś żeton na oznaczenie parolu. Albo grę uczynić komputerową. Ja nie promuję hazardu. Ja tu mówię tylko o grze jako elemencie kultury.
    Po drugie, by móc lepiej rozumieć co się dzieje w takiej powieści jak „Martwe dusze”. Ta gra, nienazwana tam nigdzie faraonem (w przeciwieństwie do nazwanego wprost wista), cały czas jest obecna gdzieś w tle. Gdy Nozdriow nie chce sprzedać Cziczikowowi martwych dusz, lecz o nie grać, proponuje „grę w banczek”, jednocześnie zgłaszając się na bankiera, co budzi nieufność głównego bohatera. Zresztą niebezpodstawnie, gdyż (o czym wie tylko czytelnik) Nozdriow spędził ostatnich kilka dni kompletując specjalną, niezawodną talię, w której mógł rozpoznać każdą kartę przed jej odkryciem. Gdyby chciał nią grać jako poniter, nie mógłby parolować nie niszcząc jej, z kolei zgłaszając się ochotnie jako bankier (co jest w faraonie gorszą pozycją) – obudził czujność bohatera. Cziczikow zgadza się najdalej na grę w warcaby, lecz nawet tu Nozdriow skłonny jest oszukiwać. Gdybym nie czytał opisu tej partii, to bym nie uwierzył, że w warcaby można szachrować.
    Obawiam się, że wiele dzieł literatury światowej będzie sukcesywnie zapominana i wypierana z kanonu lektur czytanych (w odróżnieniu od lektur znanych, lecz nigdy nie przeczytanych, zwanych „klasyką”) z uwagi na ich niezrozumiałość. Sylwię Chutnik będzie się na razie czytać, bo znany jest jej kontekst kulturowy. A Gogol pójdzie na półkę obok Cervantesa i Villona.
     Byłoby szkoda.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Bo do brydża trzeba czworga...


Niedawno w telewizorni zobaczyłem nastosekundowe ujęcie, w którym Jan Nowicki przy kawiarnianym stoliku miał wygłosić jakieś błyskotliwe zdanie na temat kobiecych wdzięków. Jak to bywa w jego przypadku w dzisiejszych czasach – wyszło grubo a sprośnie. Tymczasem przypomniałem sobie, jak Tadeusz Pluciński wspominał w monologu scenicznym Jana Nowickiego w kontekście orędownika ubożejącego języka polskiego. Chodziło o zmianę obowiązującego czasownika określającego czynność opuszczania autobusu, tramwaju lub innego środka komunikacji. Otóż nagle ludzie przestali z tramwajów wysiadać, a zaczęli z nich gwałtownie wychodzić. Gdy stojącego w drzwiach tramwaju Nowickiego pewna współpasażerka zagadnęła:
- Czy może pan wychodzi?
Ten odpowiedział bez wahania:
- Tak, proszę panią. W trefle.
   W dzisiejszych czasach ta anegdotka jest słabo rozumiana, gdyż ludzie masowo zewsząd wychodzą, miast wysiadać, a szlachetna sztuka gry w brydża została zapomniana.
    Zresztą trudno się temu dziwić, gdy największy popularyzator i niekwestionowany mistrz brydżowy PRLu, swego czasu utrzymujący się ze stypendium członka kadry narodowej brydża sportowego oraz z pisania podręczników tej szlachetnej gry, w chwili obecnej znany jest młodym internetowiczom jako bohater obrazków o masakrowaniu lewaków. Tak, mowa dokładnie o Januszu Korwin-Mikke.
   Mając zatem takich przedstawicieli jak wspomniani obaj herosi grubych słów, brydż musiał w obecnych realiach zapaść się ze wstydu pod ziemię.

czwartek, 4 lipca 2013

Jak umierają władcy

Do napisania niniejszego posta skłonił mnie komentarz na YouTube dotyczący serialu „Gra o tron”.
    Ogólnie rzecz ujmując: nie czytałem książki i nie oglądałem filmu. Ale dość dobrze wiem co chodzi. Wiem, czym są „Krwawe Gody”, jak do nich doszło i jaki był ich przebieg. Na potrzeby niniejszego tekstu wystarczy tylko powiedzieć, że młody król został przez swoich wasali zdradzony i wraz z rodziną rozstrzelany z kusz i przebity mieczem.
    „Krwawe Gody” okazały się hitem. Okrutna scena mordowania niemal całej rodziny była tak szokująca, że na YouTube pojawiła się cała seria filmów ukazująca jedynie reakcje widzów na to co się dzieje na ekranie. W zdecydowanej większości widzimy postać widza kurczowo duszącego jakiś kocyk, czy poduszkę, i drącego się bez opamiętania  Oh my god!, nie precyzując, o którego boga mu chodzi. Pod jednym z takich filmów przeczytałem komentarz w języku angielskim, który w swobodnym i ocenzurowanym tłumaczeniu na polski brzmiałaby: „To niemożliwe. Facet, który napisał ten scenariusz to dupek. Niemożliwe, żeby król umierał jak wieśniak. Takie rzeczy w historii się nie zdarzały!”. Przypuszczam, że autor tamtego komentarza nie przeczyta tego posta, ale gdyby ktoś podzielał jego zdanie, to zapraszam na krótki, kalejdoskopowy przegląd śmierci rządzących.
    Zaczniemy od Starego Testamentu, gdzie w Księdze Sędziów znajdziemy Jael – koczowniczkę (a jak wiadomo, nomadzi są biblijnie cool), która udziela schronienia Siserze – wodzowi Kananejczyków, który uciekając po przegranej bitwie ukrył się w jej namiocie. Gdy wódz zasnął, Jael, kobieta prawdziwie przebojowa, przymocowała go palikiem namiotowym do ziemi. Przez skroń. Dlatego chyba wyroby pewnej polskiej fabryki namiotów cechowały się szpilkami i śledziami, które gięły się na wietrze – aby żaden turysta nie powtórzył czynu „dzielnej” Jael.
    Około 520 r. p.n.e. w Persji pojawił się Gaumata, mag medyjski podający się za szacha, podczas gdy prawdziwy szach – Kambyzes – przebywał na wyprawie w Egipcie. Gdy dowiedział się o uzurpatorze, wskoczył na konia i ranił się przy tym własnym mieczem w udo. Zmarł wkrótce w wyniku infekcji. Przeciw uzurpatorowi zawiązał się tak zwany „spisek siedmiu”, którzy zabili Gaumatę. Historia przypisuje decydujący cios sztyletem Dariuszowi Achemenidzie, późniejszemu Królowi Królów, choć walka toczyła się zupełnie bezładnie – izba była ciemna, zamachowcy nie widzieli się nawet nawzajem, Gaumata bronił się nogą od krzesła, Dariusz (jeśli to był on) trafił go jedynie przypadkiem.
    Neron popełnił samobójstwo. Marudził przy tym niczym diva przed występem: deklamował Homera, wybrzydzał dobierając sztylety, mruczał coś po grecku i łacinie. Na podwórzu niewolnicy kopali już grób i nosili drwa na stos pogrzebowy. Pretorianie już jechali po cezara. Bynajmniej nie po to, by dopilnować honorowego odejścia z tego świata. Raczej, by zadać powolną i hańbiąca śmierć. Neron przykładał sztylet do gardła, odkładał, coś łkał. W końcu ktoś zniecierpliwiony dopchnął sztylet. Gdy centurion wpadł do willi, Neron już nie żył.
    Margrabia Geron walcząc o niemieckość Połabia w X wieku zaprosił wodzów słowiańskich na ucztę celem dobicia targu o warunki rozejmu. Otruł ich wszystkich, co zostało uwiecznione w legendzie o Popielu, który tak samo miał ugościć swoich stryjów. Aha, ale to nie Krwawe Gody, tylko Purpurowe Gody, a przecież w serialu Joffrey chyba jeszcze żyje... Ups! Spojler! (śmiech).
    Około 1190 roku cesarz niemiecki, Fryderyk I Barbarossa, wybrał się pewnego popołudnia na krucjatę. Po przejściu przez Niemcy, Austrię,  Bałkany, kawał Azji Mniejszej i po spożyciu tęgiego obiadu nabrał ochoty na orzeźwiającą kąpiel. Skoczył do rzeki i umarł. To było zaskoczenie! Cała armia wykonała zwrot w tył na lewo i pomaszerowała z powrotem ku Germanii.
   Ale to małe piwo. W Marcinkowie Górnym koło Gąsawy stoi biały pomnik przedstawiający nagiego faceta na koniu z bełtem wbitym w plecy.
    W 1127 roku w Gąsawie odbył się zjazd czterech książąt: Leszka Białego, Władysława Laskonogiego, Henryka Brodatego i Konrada Mazowieckiego. W czasie, gdy kniaziowie zażywali odpoczynku, uderzyli ludzie Świętopełka, księcia pomorskiego, co nieco z nimi skłóconego. Henryk Brodaty został zaskoczony w łożu, uszedł z życiem tylko dzięki poświęceniu jednego ze swoich rycerzy. Mimo interwencji Peregryna, Henryk nie uniknął ciężkich ran. Władysław Laskonogi, który był głównym celem napadu, ocalał z uwagi na swoją nieobecność (przysłał na zjazd jedynie swoich przedstawicieli). Leszek zażywał w tym czasie kąpieli. Choć zaskoczono go w łaźni, udało mu się zbiec z kilkoma towarzyszami i w negliżu dopaść koni. Niestety, nie ujechał daleko, w okolicy Marcinkowic padł, przypuszczalnie na atak serca.
   Tak umierają władcy. George R. R. Martin nie jest sadystą wobec swoich postaci. On konsekwentnie naśladuje historię.

PS.
    Spotykane w internetach" burzenie się, że ktoś uprzedza wypadki serialu napisanego według powieści wydanej kilka lat temu (jak śmierć Joffreya), lub zdziwienie wypadkami, które się rozgrywają według tekstu (vide Krwawe Gody), zakrawa na kpinę z normalnego wykorzystania umysłu. Czy ktoś był zaskoczony faktem, że Gollum przyczynił się do zniszczenia Pierścienia? Czy śmierć Jezusa w „Pasji” była czymś gorszącym? Powinien był (jak to w amerykańskim filmie) zejść z krzyża i ukarać swych oprawców?
    Czy ktoś jeszcze nie rozumie znaczenia słowa „adaptacja”?

sobota, 22 czerwca 2013

Zapytaj o to jeszcze raz, Sfinksie

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze młodzi ludzie chadzali po górach dla rozrywki, w długie burzowe wieczory, lub czasem mokre dni, w schroniskach grywaliśmy w gry. Ale nie na komórkach, których nikt podówczas nie miał, lecz w karty, szachy (magnetyczne szachownice – pamiętacie?) albo w kalambury lub zagadki. Ostatnia gra polegała na tym, że prowadzący opisywał jakąś niewiarygodną sytuację a zgadujący mieli ją wyjaśnić. Wolno im było zadawać pytania, ale tylko takie, na które prowadzący mógł odpowiadać „tak/nie/nie wiem”, lub w desperacji „do cholery, nieistotne!”. Naprawdę można było się zirytować, gdy lekko podchmieleni zgadujący pytają po raz trzeci czy bielizna martwego płetwonurka była z koniakowskiej koronki.
    Pokazała mi Małażonka stronę mocnopomocni.pl. Aplikacja tam umieszczona umożliwia nam grę w zagadki w uproszczonej wersji: wcielasz się w prowadzącego/prowadzącą, która wymyśla postać, a program, zadając pytania na które możesz odpowiedzieć „tak/nie/nie wiem/raczej tak/raczej nie” próbuje zgadnąć kogo masz na myśli.
    Jest niezły. Dysponuję sporą baza danych postaci i dosyć ciekawymi algorytmami. Usłyszawszy w radiu „No Woman No Cry” pomyślałem o Bobie Marleyu – odgadł go już po dziesiątym pytaniu. Odpowiedź „Twój szef” padła po siedmiu pytaniach. Ku memu zdziwieniu Daenerys Targaryen zgadł dopiero po osiemnastu pytaniach. Podobnie Aryę Stark, mimo zadania kilkunastu oględnych pytań po ustaleniu, że chodzi o postac z serialu „Gra o tron”: czy ma siostrę, starszego brata i blond włosy. Tak, tak, nie. Pozamiatane, zgadł.
    Ku większemu zdziwieniu – zgadł Corwina z Amberu. Po trzydziestu siedmiu pytaniach. Ale wysypał się na wspomnianym w ostatnim poście Dilvishu. Zgadywał go pięć razy po chyba czterdzieści pytań. Dwa razy wskazał na Drizzt Do'Urdena („Forgotten Realms”), i dwa razy na Koniasza (sam musiałem sprawdzić o kogo chodzi, bo nie czytałem jeszcze Żambocha), raz chyba Elryka z Melniboné (tego z Moorcooka). No poległ. Ale się szybko zrehabilitował.
   Zmęczony i senny popatrzyłem w sufit i przywołałem na myśl postać historyczną. Nie minęło trzydzieści pytań a pojawiło się takie: „Czy Twoja postać jest kimś w rodzaju króla?”. Tak. „Czy włada językiem tureckim?”. Tak. Odpowiedź: „Sulejman Wspaniały”.
   Naprawdę dobry skubaniec. Polecam ku rozrywce szukania granic jego bazy danych.

PS.
A propos tytułu. Wiecie, że najsłynniejsze zdanie filmu „Casablanca”, „Play it again, Sam”, wcale nie pada w filmie? Porażająca jest potęga kulturowego wmówienia.

środa, 19 czerwca 2013

Elfy jak demony

Odzyskuję kontrolę nad swoim księgozbiorem. Na pierwszy ogień wygłodniałego czytelnictwa poszedł – o dziwo – Roger Zelazny. Ach, tak, Amber i Dworce Chaosu, oczywiście, pomyśli sobie ktoś. Błąd. Dilvish Przeklęty. I przyznam, że sam jestem trochę zdziwiony własnym wyborem.
    Kim jest Dilvish? Pół-elfem z rodu Selara, który wsławił się tym, że usiekł kiedyś samego Hohorgę, boga (w sensie, w jakim używali tej nazwy Hellenowie) i to w jego własnej sali tronowej w Shoredan. Jego pra-pra-n-razy-pra-prawnuk tymczasem wsławił się brawurową akcją uwalniania kobiety z rąk złego czarownika, który chciał ją złożyć w ofierze. Akcja o tyle była brawurowa, że czarownik ten, imieniem Jelerak, jest w tym uniwersum kimś rangi niemal Saurona. To też akcja ratunkowa skończyła się opłakanie dla rycerza w lśniącej zbroi: został zamieniony w posąg, a jego dusza zabrana do piekieł. Ale ponieważ jedynie martwy wróg przestaje być wrogiem (choć w fantasy i horrorze też niekoniecznie), toteż Dilvish pewnego dnia schodzi z postumentu, na którym wdzięczni mieszkańcy Portaroy umieścili pod jego (jak mniemali) posąg na rynku i powodowany zemstą zaczyna szukać Jeleraka dosiadając rumaka z czarnej stali o imieniu Black, który okazuje się być poznanym w piekle demonem.
    Dlaczego akurat Dilvish? To chyba efekt przekory.
    Z jednej strony flankowany epickim patosem filmowego „Hobbita” (którego pamiętam jako luźną i humorystyczną książeczkę), z drugiej ponurą, okrutną i wypełnioną perfidią (czytaj: realistyczną) atmosferą „Pieśni Lodu i Ognia” musiałem wybrać trzecią drogę.
    Co fajnego jest w świecie Dilvisha? Po pierwsze to świat. Kompletny, jak można przypuszczać, z rozbudowaną geografią i historią, choć podobnie jak u Sapkowskiego patrzymy nań przez uchylone drzwi obejmując wzrokiem mały wycinek horyzontu czasu i przestrzeni. Po drugie to narracja. Czasami widzimy wydarzenia jedynie stojąc obok Dilvisha, czasami tylko słyszymy o nim w opowieściach innych... ludzi i nie tylko (dyplomatycznie to ujmę). Konwencja przedstawienia wydarzeń swobodnie i łagodnie oscyluje między epiką bohaterską a opowieścią łotrzykowską.
    Opowieści o Dilvishu mają dwie części jak dwie strony tej samem monety. Pierwsza to zbiór opowiadań „Dilvish Przeklęty”, gdzie zostajemy jak obuchem trąceni na wstępie przez zakrawającą na epos „Drogę do Dilfaru”. Potem czytamy o jego różnych perypetiach aż do kluczowej „Lodowej wieży”. Warto ją zapamiętać, gdyż wypadki tam opisane będą często wspominane potem. Następnie Dilvish wędruje ku południowi, lecz opowieść ta zostaje przerwana w opowiadaniu tytułowym „Dilvish Przeklęty”, gdzie kunszt łączenia groteski, zgrywy wręcz, z rozmachem odrealnienia świata sięga szczytu. Można powiedzieć wręcz: „od tej strony do tej strony mamy ekstrakt z Zelaznego”. Zerknijcie na krótką próbkę z początku nowelki, gdy Dilvisha „napada” jakiś mało rozgarnięty pseudorozbójnik:


- Amator. Jedźmy dalej – nakazał Blackowi. - Niech go trafi ktoś inny.
Zostawiony z tyłu człowiek cisnął swą bronią o ziemię.
- Do diabła! - wrzasnął – Dlaczego nie uderzyłeś?
- Stój, Black – mruknął Dilvish.
Black przystanął, a Dilvish odwrócił się i spojrzał za siebie.
- Bardzo przepraszam. Wzbudziłeś moją ciekawość – odezwał się. - Chciałeś, abym ciął ciebie?
- Każdy przyzwoity wędrowiec ściąłby mi głowę!
Dilvish pokiwał głową.
- Myślę, że potrzebna ci jest dodatkowa instrukcja dotycząca zasad napadu z bronią w ręku – stwierdził. - Chodzi o to, aby wzbogacić się kosztem innego, samemu nie odnosząc żadnych ran. Jeśli ktoś ma być ranny, to powinien być to ten drugi.
R. Zelazny „Dilvish Przeklęty”

Gdyby ktoś chciał powiedzieć, że Dilvish to podróbka Geralta z Rivii, niech pamięta, że Opowiadania o Dilvishu powstały w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
    Następną (i ostatnią niestety) pozycją opisującą losy Dziedzica Selara jest powieść „Kraina Przemian”. No tu już jest jakby mniej wesoło. Zwroty akcji są zaskakujące, świat odrealniony aż do podejrzenia meskalowej inspiracji, lecz tłumaczone to jest szaleństwem uwięzionego w pozaczasowej twierdzy starożytnego boga. Tak starożytnego, ze Jelerak wyciągnął spośród umarłych pewną damę, która potrafi rozmawiać biegle w zapomnianym języku.
    Pewnego rodzaju ciekawostką jest czarownik, którego Jelerak pozostawia na straży szalonego boga i starożytnej tłumaczki. Nosi on imię Baran o Trzech Dłoniach. Oczywiście, pierwszą myślą było, że czarownik dostał to imię zwierzątka rogatego, upartego, a przy tym niezbyt sprytnego, aby go wykpić w oczach czytelnika. Otóż nie. Nastąpił zbieg okoliczności. Czarownik w oryginale nosi imię Baran of Three Hands. Przypuszczam, że z akcentem na ostatnią sylabę słowa „Baran”.
    Czego żałuję, to faktu, że żaden producent filmowy nie zainteresował się poważnie twórczością Zelaznego. Pomińmy cykl Amberu – byłby zbyt drogi, pomińmy „Stwory Światła i Ciemności” - ich struktura jest bardziej poetycka niż narracyjna, pomińmy „Pana Światła”, choć węszę tu potencjał hitu. Ale sfilmowanie cyklu opowiadań o Dilvishu mogłoby się okazać całkiem dobrym pomysłem zarówno pod względem merkantylnym, jak rozrywkowym.
    Polecam lekturę wszystkim miłośnikom starej, dobrej szkoły S&S (Sword & Sorcery, a w naszym języku: magia i miecz), zwłaszcza tym, którzy lubią „wczesnego Sapkowskiego”.

- A teraz zobaczymy jak sobie poradzisz! - wrzasnął Reynar, a na koniuszkach jego palców zatańczyły ogniki, które rozsypując się, utworzyły ognisty miecz.
(…)
Atak Reynara utworzył w płaszczu potężną dziurę. Dilvih cofnął się dalej, a gdy przeciwnik machnął płonącą bronią, ognisty miecz przygasł, zamigotał raz, drugi i zginął.
- Takie jest całe me życie – zauważył Reynar kiwając głową. – Wszystko, co dobre, znika szybko.
R. Zelazny „Szatan i tancerka”


środa, 29 maja 2013

Utopiec socjalny i sekretarki

 Dla mojego wykształcenia nazwisko Fourier stanowi pewną podstawę, bez której ani rusz. Z tego prosty morał, że z wykształcenia jestem... No tak. Nie napisałem, który Fourier. Rzecz jasna – Jean Baptiste Fourier, twórca instrumentu matematycznego zwanego od nazwiska jego „transformatą Fouriera”. No i jasne, że moje wykształcenie kręciło się wokół przetwarzania sygnałów.
    Ale jest jeszcze drugi Fourier – Charles, jeden z socjalistów utopijnych. I ja dziś chciałem trochę posocjalizować utopiście, choć zupełnie nie w stylu piewcy falansterów.
    Tak się zacząłem zastanawiać – kto jest najlepiej opłacany? Odpowiedź prosta – menadżerowie. A dlaczego? I tu odpowiedzi jest kilka, zależnych od punktu widzenia. Primo: bo tak. Secundo: bo rządzę, to se ustalam. Tertio: bo zarządzam, a zarządzanie, to kluczowa rola w procesie produkcyjnym (czy każdym innym), więc otrzymuję wynagrodzenie adekwatne do włożonej pracy. Z pierwszymi dwoma wypowiedziami nie polemizuję, bo nie ma takiego pola, na którym mógłbym się z bydlęciem potykać. Natomiast autora trzeciej odpowiedzi proszę o zastanowienie się nad moją tezą: masz menadżerze wysokie wynagrodzenie, bo starasz się naśladować stare, dobre zwyczaje feudalnego pana na włościach, który musi mieć kasę na utrzymanie dworu, powozu (obecnie Mercedes S-Klasse) i służby. Status materialny ma windować status społeczny – to naturalne. Ale dlaczego status społeczny menadżera ma być wyższy od statusu nauczyciela akademickiego? Ba, dlaczego status materialny nauczyciela akademickiego ma być gorszy od, dajmy na to, dyrektora banku?
    Moim marzeniem jest płaca za wysiłek, talent i kompetencje. Ktoś mógłby powiedzieć: przecież tak właśnie jest, czego ty w końcu chcesz!? Otóż twierdzę, że tak nie jest. Twierdzę, że jesteśmy wciśnięci w postfeudalną drabinkę nagradzaną per szczebel. Aby to unaocznić, opowiem wam anegdotkę o firmie, z którą miałem okazję współpracować.
    Firma była tzw. „integratorem”. W dwóch słowach – zajmowali się projektowaniem, dostawą i uruchomieniem dużych sieci telekomunikacyjnych i komputerowych. Oferowali rozwiązania oparte na produktach kilku firm. Każda z tych firm prowadzi rozbudowane szkolenia z kilkoma stopniami certyfikacji. I – wyobraźcie sobie – wynagrodzenie i przywileje w tej firmie zależały od stopnia uzyskanego certyfikatu, nie od szczebla drabinki zarządzania. Czyli weźmy przykład: jest (wysoki) stopień certyfikatu „profesjonalista” i wyższy od niego „ekspert”. Jest w firmie zespół zajmujący się rozwiązaniami bezpieczeństwa sieciowego – jeden ekspert i dwóch profesjonalistów, z których jeden jest kierownikiem zespołu. Owszem, otrzymuje on specjalne wynagrodzenie za funkcję, którą pełni niejako dodatkowo, lecz to ekspert dostaje wyższe uposażenie i dodatkowo do swojej dyspozycji, zgodnie z regulaminem, kartę kredytową i samochód służbowy, a nie jego przełożony.
    Dziwne, prawda? Jeśli tak uważacie, to znaczy, że jednak miałem rację – postfeudalny system nagradzania za pozycję, a nie za pracę, jest boleśnie spleciony z naszym systemem nerwowym.
Inny przykład. Sekretarki. Oczywiście, rzadko kiedy istnieje takie stanowisko. To najczęściej (chyba) asystentki menadżerów. Co jest dziwnego w tym, że sekretarka robi kawę szefowi? Nic.
    Nic?! Czasami pełnię funkcję koordynatora zespołu i gdybym wtedy powiedział jednemu ze swoich kolegów „zrób mi kawę”, to by mnie zabił śmiechem. Za niski szczebel. Sekretarka robiąca kawę to pewnego rodzaju symbol statusu w firmie. Szczebel. Jak samochód służbowy, czy fundusz reprezentacyjny. I co w tym dziwnego, zapytacie. Odpowiem pytaniem na pytanie: czy widzieliście zakres czynności dla stanowiska asystentki menadżera, w którym napisano „przygotowywanie ciepłych napojów dla przełożonego”? Nie? To dlaczego biega z tą filiżanką? Bo zwyczaj? Nie? Bo żal jej szefa, który siedzi tam zapracowany? Ahaaa... Matka Teresa z Kalkuty byłaby z niej dumna. A on? Zagrzebany w papierach, mocną ręką chwyciwszy ster przedsiębiorstwa, zmaga się z przeciwnościami i czuwa nad dobrostanem pracowników. Widząc filiżankę aromatycznego napoju przygotowaną przez swą asystentkę, dziękuje jej promiennym uśmiechem... Nie. Jeśli coś takiego widzieliście, narkotykom powiedzcie „nie”.
Sekretarka ma robić kawę, bo jest to ustalone zwyczajem, którym Jan serwował hrabiemu śniadanie do łóżka. I tyle. Ja też mam dwie ręce, z czego czasem trzy zajęte, ale jedyne co mój kolega dla mnie może zrobić, to zalać mi wrzątkiem przygotowany przeze mnie wcześniej kubek z czym tam sobie zrobię. Dyrektor też mógłby robić sobie sam kawę. To nie jest trudne. Ale jemu „nie wypada” zajmować się tak przyziemnymi sprawami. Dobrze, że nie ma już zwyczaju noszenia Jaśniepanów w lektykach. Choć czasem obawiam się, że jeszcze po niektórych firmach może być stosowane ius primae noctis, niczym wiedźmie kulty w bałkańskich ostępach. Brrr...
    A co mnie do tego? Nic. Ale fajnie byłoby mieć świadomość, że dostaje się te pieniądze, które jest warta moja praca dla firmy. A nie te pieniądze, które mogę dostać, żeby nie zarabiać więcej niż przełożony.
    Zdaję sobie sprawę, że nic z tym nie zrobię. Wiem gdzie jest problem, ale nie mam pomysłu jak go naprawić. To znaczy: pomysł mam, ale nie będę nawet udawał, że jest na tyle dobry, żeby już go wprowadzać w życie, które chwilę później stanie się automatycznie piękne.
    I tym się różnię od pana Fouriera. Piszę o zjawisku, nie po to, by mówić jak go naprawić, ale żebyście mieli świadomość. I to czyni mnie nawet nie socjalistą utopijnym, ale rodzajem utopca, który czepia się ludzi w jeziorze nie wiadomo po co, oprócz zwrócenia na coś uwagi.

Miej świadomość,
Możesz robić co chcesz.
Miej świadomość.

KAZIK „Świadomość”

sobota, 18 maja 2013

Obce słowa

"afektacja - <<egzaltacja>>" - uwielbiam, gdy w słowniku jedno słowo, którego nie rozumiem, jest tłumaczone innym słowem, którego nie rozumiem.

Czym jest słownik? Objaśnieniem pojęć za pomocą innych pojęć. A jeśli dane pojęcie należy objaśnić innymi pojęciami wymagającymi objaśnienia?
     Lubię się uczyć. I takie sytuacje jak powyższa odbieram jak przejście przez wysoką przełęcz, za którą rozpościera się cała, nowa, nieznana mi wcześniej dolina. Ale co stanowi przełęcz? Pojęcia, które znamy. Przecież od czegoś „swojego” trzeba zacząć. A jeśli tego nie ma? Kontynuując naszą metaforę – ta dolina pozostaje odcięta od świata i niedostępna. Jak „Zaginiony świat” A. C. Doylea. Albo bardziej jak płaskowyż Leng u Lovecrafta.
     Ale przecież i do odciętych od świata dolin docierają podróżnicy. Zatem... „Tubylerczykom spełły fajle” to fantastyczne opowiadanie H. Kuttnera, w którym kilkoro dzieci znajduje dziwne przedmioty, jak się okazuje – porzucone przez Obcych. Traktowane jak zabawki wykazują dziwne właściwości – nie tyle fizyczne, co edukacyjne. Dzieci uczą się się innych reakcji, innej wiedzy, konstruują do jej opisania inny język, który powoduje u nich zmianę myślenia. Wychowane przez obce zabawki dzieci stają się Obcymi.
    Oczywiście w przypadku dorosłych nie pójdzie tak łatwo – stalkerzy w „Pikniku na skraju drogi” Strugackich są wbrew pozorom tymi samymi cynicznymi kanaliami, którymi byliby, gdyby zamiast do Strefy chadzali zbierać złom i usypywać węgiel z pociągów. Nie zmieniają ich zbytnio ani wskrzeszeni bliscy, ani odmienione dzieci. Ani przejście przez Maglownicę. Bo dorosły to taka mentalna odmiana karalucha, co to przez miliony lat utrzymuje ten sam, nierozwojowy garnitur zachowań, bo skoro do tej pory zapewniał przetrwanie, to po co go ruszać. Ale odbiegliśmy od tematu.
    Obcy słownik. Zamknięty, spójny wewnętrznie, zupełnie oddzielony od naszego aktualnego. Jak wyglądałaby sytuacja, gdybyśmy mogli przyswoić sobie taką wiedzę nieodnoszącą się do tej już posiadanej? Gdybyśmy mogli poznać zasób informacji opisywalnych jedynie odmiennym językiem nie mającym z naszym ani pół słowa wspólnego? Czy to wydumany problem?
    Myślę, że nie jestem jedynym, który taki problem wydumał. Z jednej strony mamy Castanedę i jego perypetie z Nieznanym i Niepoznawalanym, a z drugiej strony Lema, który w „Głosie Pana” sugeruje, abyśmy sobie z głowy wybili przyrównywanie naszego języka do języka obcych form życia. Patrząc z tego punktu widzenia takie wynalazki jak Voyager Golden Record, czy Płytka Pioneera muszą budzić lekkie uczucie politowania, niczym kosmita wypowiadający „E.T. phone home”. Założenie, że Obcy posiadają gramofony, uszy i oczy, a my zrozumiemy coś ze strukturalnego przekazu radiowego nadanego przez nich jest doprawdy zabawna.
   Natomiast świadomość, że możemy stanąć twarzą w twarz z Innym, z tajemnicą, z którą nie damy sobie rady, jest – dla mnie akurat – inspirująca.

PS.
„Tubylerczykom spełły fajle” w tytule Kuttnera to cytat z tłumaczenia wiersza „Jabberwocky” dokonanego przez panią Jolantę Kozak (choć wolę jej przekład „Kruka”, który uczyniła E. A. Poemu).