sobota, 12 stycznia 2013

Refleksje nad ich brakiem


Gdy pisałem o tym, że teatr w czasach elżbietańskich spełniał rolę dzisiejszego kina, poszedłem na niezwykle spłycającą analogię, co uświadomiłem sobie przedwczoraj ze zgrozą. Owszem – „The Globe” co roku prezentował kolejne blockbustery rozgrzewające temperaturę dyskusji na ulicach i w maglach Londynu, lecz czynił to na zupełnie innej płaszczyźnie, która teraz bez mała nie istnieje w malignach X muzy. Na płaszczyźnie refleksji.
    Sztuka masowa naszych czasów jest po prostu bezrefleksyjna.
    Sztuka zawsze spełniała rolę usługową wobec odbiorców, czy to były dramaty antyczne, komentujące aktualne wydarzenia ateńskiej agory, czy to portrety pędzla Velasqueza, czy opery Mozarta, za które żona kazała mu się wstydzić. Artysta, który nie pełni roli usługodawcy jest przez rynek eliminowany i błąka się po zakurzonych strychach, gdzie albo zostanie „odkryty”, albo nigdy się o nim nie dowiemy. Czasami widzimy taką desynchronizację, jak w przypadku Van Gogha, który tworzył całe życie „do szafy", zdobywając sławę nieomal pośmiertnie. Natomiast tacy Mozart, czy Shakespeare, byli swych czasów celebrytami.
    Sztuka naszych czasów jest towarem już jawnie nazwana. Niestety, gra w otwarte karty jej nie posłużyła. Usługobiorcy, których są już miliony, żądają, by sztuka dopasowała się do ich poziomu. Oni przetwarzają informacje jak silnik odrzutowy paliwo – zasysają z dużą prędkością i wydalają z jeszcze większą. I co gorsza tempo tego procesu wzrasta. I za tym zjawiskiem próbuje nadążyć literatura (skazana na zagładę), teatr, muzyka i kino. I tylko te dwie ostatnie dziedziny są w stanie technicznie sprostać prostackim wymaganiom, czemu się też bez wstydu poświęcają.
   A jeszcze nie tak dawno kino było „muzą”, „sztuką wysoką”. Ludzie szli masowo do kina obejrzeć „Czas apokalipsy” Coppolli i pod wpływem refleksji, które budził szli nań jeszcze raz. I jeszcze raz. Teraz takich filmów już nie ma. Nie dlatego, że nie kręci się ambitnego kina, lecz dlatego, że nie mają już takiego znaczenia. Refleksja przestała być modna.
    Sensem literatury, czy teatru jest refleksja. Literatura swoimi strategiami narracyjnymi wywołuje je w czytelniku, zaś teatrowi służą ku temu wizjonerskie adaptacje i gra aktorów. Wykonajmy skok na głęboką wodę: „Burza” stratfordczyka w adaptacji Greenawaya, czyli „Księgi Prospera”. Film oszałamiający pomysłami plastycznymi, performatywnymi i do cna odrealniony. Obejrzałem go dwa razy w oryginale, dwa dni pod rząd, za każdym razem dostrzegając coś interesującego. A dzień później, gdy oddawałem koledze taśmę VHS, zapytał mnie, czy podobał mi się zabieg z głosem Mirandy. Nie wiedziałem o czym mówi, więc wróciłem do domu z taśmą i obejrzałem trzeci raz, słuchając głosów. Greenaway zastosował tam chwyt polegający na tym, że kwestie Prospera wypowiadał grający go John Gielgud, natomiast kwestie Mirandy, jego córki, aktorka ją grająca, Isabelle Pasco, i John Gielgud, jakby Prospero był suflerem, czy wręcz marionetkarzem kierującym językiem Mirandy. I to zauważyłem już w czasie pierwszego seansu. Ale od pewnego momentu, gdy Miranda zakochuje się w księciu, zaczyna mówić sama. Przestaje być echem swego ojca. Jakby mnie piorun strzelił! Greenaway pozbawiając Mirandę głosu Prospera wywołał falę refleksji na temat dojrzewania bohaterki, ogólnie dojrzewania młodzieży, a następnie dał naszym koleżeńskim dyskusjom bodźca do rozważań o naturze samodzielności.
   Filmy Greenawaya w ogóle były dla mnie źródłem wielu przemyśleń. Jego cudownie szalone fabuły, skojarzenia, ujęcia będące niczym obrazy w ruchu, wieloznaczne kwestie i kaskadowe skojarzenia ożywiały moją wyobraźnię za najlepszych czasów młodości. „Zet i dwa zera” obejrzałem chyba trzydzieści kilka razy. I przechodzą mnie dreszcze nawet teraz, gdy tylko przypomnę sobie statyczne ujęcie miejsca wypadku samochodowego. Ujęcie pozbawione akcji, z jednym tylko aktorem w kącie kadru, i sączący się z offu głos policyjnej radiostacji. Słyszymy tylko pół dialogu, wypowiedzi jednej strony, lecz intensywność przekazu, śmiem twierdzić jest na poziomie rapsodów „Króla Ducha”. Mógłbym go recytować z pamięci:  A swan? What sort of swan? Leda? Who's Leda? Is she the injured woman? Laid by whom? By Jupiter? Was it the cause of death? (…)". Po chwili dowiemy się, że samochód prowadziła ciężarna kobieta imieniem Alba, zaś samochodem był biały Ford Mercury, w który uderzył łabędź. Podkreśliłem w jednym zdaniu tylko elementy nawiązujące do mitu Ledy i Zeusa/Jupitera oraz do siebie wzajem (imię „Alba", biały wóz, łabędź). Do tego gra słów: imienia Leda i angielskiego czasownika to laid, czyli pokryć/(wulg.)przelecieć. Można wcisnąć klawisz pauzy i pogrążyć się w skojarzeniach oraz wzajemnych implikacjach, choć minęły dopiero trzy minuty filmu! Bardzo bym chciał wiedzieć ile da się wycisnąć z kilku części „Zmierzchu”...
   Jest jeszcze jedna ciekawostka dotycząca mojej lektury tego filmu. Miałem go nagranego z telewizji (tak, w latach 90. ubiegłego stulecia telewizja publiczna emitowała takie filmy!) na końcówce taśmy. Zmieściło się tam jedynie około (sądziłem po akcji) trzech czwartych filmu i próbowałem antycypować ciąg dalszy. Przeplatały się w nim dwa wątki: wypuszczania coraz to wyższych ewolucyjnie zwierząt z zoo (Zoo to nie miejsce, gdzie zwierzęta żyją. To miejsce, gdzie zwierzęta umierają, mówi jeden z bohaterów) i fotografowania poklatkowego rozkładających się organizmów – jabłek, krewetek i podobnych. Ponieważ internet wtedy raczkował i nie było streszczeń, więc jedynie sam ze sobą toczyłem dysputę jak film się skończy. Obstawiałem, że finałem będzie uwolnienie z zoo człowieka (główni bohaterowie są pracownikami ogrodu). Niestety, gdy wiele lat później obejrzałem w kinie studyjnym „Amok” ten film do końca, okazało się, że finał stanowiła dość dołująca scena związana ze zdjęciami rozkładu. Ale nie będę zdradzał zakończenia. Po prostu polecam osobom ceniącym refleksje. Nawet te niewesołe.
   Refleksje są ważne. One powodują, ze wracamy do lektury. Powieści. Wiersza. Dramatu. Filmu. Utworu muzycznego. Obrazu. U schyłku zeszłego tysiąclecia mieliśmy tylko kasety magnetofonowe i VHS, książki i albumy z reprodukcjami. Ceniło się refleksję, gdyż ona pozwalała na nowo odkrywać treści w utworach, które znało się na pamięć. Teraz jest kwejk.pl update'owany n-naście razy na dobę i odbiorca tylko wodzi wzrokiem po obrazkach. Literatura skurczyła się do smutnych statusów na fejsie, a Twitter pada jako wytwór tekstowy pod naporem Instagramu. Ktoś kiedyś to spuentował stwierdzeniem, że Instagram jest Twitterem dla analfabetów. Gorzej nawet. Bo nawet analfabeta jest w stanie wzbudzić w sobie refleksję na widok obrazu, który niesie treść. Zawartość Instagramu (w przeciwieństwie do Deviantartu) to obrazkowy ekwiwalent obsikiwania zwiedzanego przez siebie terenu.
   Kiedyś filmy podobniejszy były teatralnym inscenizacjom. Teraz klient/widz/usługobiorca wymagają ciągu szybkich scen, wartkiej akcji i niskiej komplikacji fabuły. Idzie o to, by było szybciej. Widać to w tempie montażu. Jest parametr, który określa liczbę przejść między ujęciami, tzw. cięć. To liczba jolt per minute w skrócie jpm. W jpm-ach wyraża sięszybkość montażu danego utworu, ale też szybkość "przeskoków" np. programu telewizyjnego. Derrick de Kerckhove, jeden z godnych następców McLuhana zauważył już około 1990 roku, że telewizja zwiększyła tempo kilkukrotnie od czasu swego powstania, właśnie mierząc proces ten w jpm-ach.
   Siłą rzeczy nie ma czasu na podsumowania po lekturze utworu, bo już się rozpoczyna przyswajanie następnego. Chyba, że podsumowanie zastępuje utwór. Media przypominają ruchome schody - nie musimy wykonywać żadnego ruchu, one nas niosą czy chcemy, czy nie. Refleksja stała się krokiem wstecz, na który nie ma miejsca na ruchomych schodach. Kina straciły swój charakter. Ryty kinowe: umówione wyjścia, dopasowywanie terminarza do repertuaru, zakup biletów, walka o lepsze miejsca, skupienie przed seansem, gasnące światła, skupione, nieprzerywane oglądanie, komentowanie filmu towarzyszące powrotowi do domu... Teraz filmy są na DVD. Ogląda się je w domu. Film jest dodatkiem do czipsów. Skończyłeś oglądać? Bierz następną paczkę. I tak nie obejrzysz wszystkich, które ci oferujemy. Obejrzyj jak najwięcej. Komu potrzebna jest jakaś refleksja?!
   Nam wszystkim, od razu podpowiem.
   Refleksja jest procesem porządkowania intelektualnego, która (według niektórych naukowców) prowadzi do zmian nawet na poziomie biologicznym, gdy mózg "przemodelowuje" swoją strukturę. neurony wytwarzają nowe połączenia, istniejące są wzmacniane. Stajemy się inteligentniejsi, tak jak mięśnie po treningu fizycznym stają się silniejsze.
   Nie postuluję tego, by wszystkie filmy skłaniały do głębokich przemyśleń. Broń Boże! Większość pełnić musi funkcję czysto rozrywkową. Ale pierwsza część serii "Matrix", pierwsza i trzecia część serii "Alien" (a nawet trochę druga...), czy nawet "stara" trylogia "Gwiezdnych wojen" zapewniają rozrywkę jednocześnie prowokują do zastanowienia. O tych filmach można rozmawiać. A gdy zobaczyłem "Thora"... No cóż. Niezła mitologia sprowadzona via komiks do filmu, w którym zostało z niej trochę bicia w mordę z efektami specjalnymi. Reedukacja Thora na ziemi była opowiedziana na poziomie produkcyjniaka z czasów głębokiego ZSRR. Taką manierę to już Piwowski i Kondratiuk wykpiwali dekady temu. A ludzie walą teraz na to do kina pełni ekscytacji.
   Jeśli nie będziemy kultywować sztuki refleksji, może się to skończyć intelektualnym refluksem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz