niedziela, 10 lutego 2013

Szukając igły w stajni Augiasza

Jestem wielbicielem książek w ich tradycyjnej, papierowej formie. Wiedzą o tym niemal wszyscy moi znajomi i cała rodzina. Ale bycie bibliofilem nie oznacza dla mnie bycia wrogiem elektronicznej formy literatury. Nie, nie uważam, że internet zabije książki. Media elektroniczne (w tym internet jako rdzeniowa sieć komunikacji, na pewno zmienią postać czytelnictwa i widać to już dziś, gdy wypowiedzi w dialogach przycinane są do stu sześćdziesięciu znaków standardowego esemesa, a w natłoku informacji ludzi męczą nawet artykuły tabloidowe dłuższe od jednej szpalty (nie kolumny! kolumna w gazecie to cała strona).
    Wracając do książek. Książkę papierową uważam za niedoścignioną wciąż formę przekazu literatury. Nie wymaga zasilania, jak czytnik e-booków, czy odtwarzacz audiobooków. Można założyć w niej tyle zakładek, co kart (czego żaden czytnik chyba jeszcze nie potrafi). A wrażenie, gdy w zimową no włączę małe światło i legnę na łóżku, by z muzyką w słuchawkach i kawą na stoliku delektować się kolejnymi akapitami jest bezcenne. Ale jako praktykujący inżynier znam co najmniej jeden powód, dla którego elektroniczne książki (e-booki i dokumenty w formacie PDF) są lepsze od papierowych. Wyszukiwanie.
   Mam na dysku w pracy dokumentację do jednego typu ruterów (takie urządzenia do sieci komputerowych – mówiąc bardzo upraszczająco), która liczy sobie, bagatela, przeszło tysiąc stron. I to bliżej dwóch tysięcy. Gdy czegoś szukam, wpisuję słowo kluczowe i program znajduje wszystkie wystąpienia we wszystkich dokumentach. A contrario mam przeszło tysiąc stron dokumentacji papierowej do innych urządzeń i jedynie dzięki notatkom z kursu, traktowanym jako swoisty indeks, mogę coś w tym stosie książek znaleźć. Gdy szukamy konkretnej informacji, jest to poważny problem. Dlatego w systemie dokumentów jakim jest WWW, już od samego początku powstawały wyszukiwarki, które pozwalały znaleźć właściwe dokumenty na wielu, połączonych internetem serwerach.
    Osobiście „wychowałem się” na wyszukiwarce AltaVista. Dziś, żeby ją odnaleźć, potrzebowałem innej wyszukiwarki: Google, którego powstania nikt w tamtym czasie nie podejrzewał (połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku). Wiedzy szukało się po rozproszonych serwisach i nic nie zwiastowało nadejścia instytucji takiej jak Wikipedia, która systematyzuje informacje na każdy niemal temat, który zawierał się w tradycyjnych encyklopediach i który zdecydowanie poza nie wykracza. Dodatkowo plusem Wikipedii jest jej aktualność. Gdy chcemy dowiedzieć się, jak poszło naszemu ulubionemu zawodnikowi w zeszłotygodniowym turnieju, wystarczy, że sprawdzimy artykuł o nim na Wikipedii. Lub profil na pewnym znanym portalu społecznościowym. Ale to zjawisko pomińmy. Wróćmy do wyszukiwania przy użyciu Google, które stało się tak popularne, że w różnych językach pojawiły się czasowniki oznaczające szukać przy użyciu wyszukiwarki google.com, to na przykład polskie guglowanie, czy angielskie to google.
    Ale czy guglowanie przynosi nam te informacje, których oczekujemy? Wyszukując hasło „wankomycyna” otrzymałem piętnaście tysięcy wyników. No dobrze. Jest to popularny w medycynie (nie w aptekach) antybiotyk. Ale wpisując pierwszy wers poematu „Jabberwocky” w tłumaczeniu S. Barańczaka, który brzmi: „brzdęśniało już ślimonne prztowie wyrło i warło się w gulbieży” otrzymałem przeszło siedemdziesiąt tysięcy wyników. I co wy na to moi mili?
    Pierwsza wątpliwość – czy w ogóle dostaniemy w wynikach to, czego szukać będziemy? I druga – jeśli tak, to na której pozycji? Zilustruję to szybko: proszę wyguglować niniejszy blog wpisując jako słowo kluczowe jego tytuł, „Marginalia”. Przy czterech milionach wyników nawet mnie się nie chciało szukać. To może wpiszmy „Marginalia blog”? Osiemset pięćdziesiąt tysięcy wyników – jest już lepiej. Już na drugiej stronie widzimy odnośnik do bloga pisanego po arabsku. Niniejszy blog nie załapał się nawet na pierwszą dziesiątkę stron. Dopiero gdy włączymy przeszukiwanie tylko w języku polskim, znajdziemy go dość szybko.
   Ostatnio potrzebowałem belki kominkowej, ale nietypowej, wykonanej na wymiar. Okazało się, że jest to bardzo nietypowe zamówienie. Dziesiątki wykonawców produkują standardowe rozmiary i już. Wyguglałem wizytówkę pewnej firmy, która wykonuje je na zamówiony wymiar. Wizytówka była na portalu stanowiącym indeks informacji teleadresowych, więc znałem tylko nazwę, adres i numer telefonu. Zadzwoniłem. Opowiadam jakiejś pani przez telefon, jaką to tę belkę chcę. Motam się i moje tłumaczenia niebezpiecznie dryfują ku skeczowi Kabaretu Moralnego Niepokoju o zamawianiu drzwi. I gdy już myślałem, że zniecierpliwiona pani mruknie coś w rodzaju (cytat ze skeczu) „w rzeźni wszystko było prostsze: świnia – prąd – bzzz – i po sprawie”, ona pyta mnie, czy nie zechciałbym opisać belki według formularza, który mają na swojej stronie WWW. Zatkało mnie. Powiedziałem, że nie wiem o ich stronie, bo ledwo znalazłem w ogóle jakąkolwiek informację o ich firmie. Westchnęła i stwierdziła, że „są w Google na szóstej stronie, ale pracują nad pozycjonowaniem”. I podyktowała mi adres. No dobrze. Ja nie doszedłem nawet do szóstej strony. A do której dochodzi statystyczna większość ludzi? Ogrom informacji, którą zawiera internet, powoduje, że tak naprawdę nie mamy dostępu do żadnej informacji. Paradoks?
    Teraz zacznie się horror. Skoro wszystko jest w internecie, to po co wbijać dzieciom wiedzę w szkole. Będą czegoś potrzebowały, „to se wygulają” (błąd celowy). Ale ponieważ coraz trudniej jest coś znaleźć, nawet mając do dyspozycji tak potężne narzędzia, jak obecne wyszukiwarki, więc per saldo młody człowiek nie wie nic. I w dodatku nie chce mu się szukać. Tkwi w morzu informacji jak ta stułbia i pochłania tylko te śmieci, które do otworu gębowego same mu wlezą. Czy to ignorancja wtórna, czy już pierwotna?
    Wczoraj usłyszałem w radiu wiadomość o trzęsieniu ziemi w Kolumbii o sile siedmiu stopni w skali Richtera. Czy to jest silne trzęsienie? Dosyć, zważywszy, że skala Richtera kończy się na dziewięciu. Mądrale półdoinformowane oczywiście zaczną w tym momencie opowiadać, że skala ta jest logarytmiczna i nie można tego tak porównywać jak siedem do dziewięciu. No nie, jest gorzej. Siódmy stopień jest tysiąc razy silniejszy od piątego. Aby to zobrazować, dziennikarz układający treść opisał zjawisko tak: „wstrząsy dało się odczuć w Ekwadorze, mimo że epicentrum znajdowało się sto trzydzieści kilometrów pod ziemią”. Prawie usiadłem z wrażenia.
    Nie wierzę, że jakiekolwiek centrum naukowe podało taką informację. Oni na pewno napisali poprawne pojęcie. Ale przypuszczam, że jakiś niekompetentny nieuk zatrudniony na stanowisku redaktora postanowił „poprawić” słowo, na takie, które znał. I mimo że miał dostęp do internetu, do Google i do Wikipedii, stwierdził, że hipocentrum „nie jest prawdziwym słowem” i zmienił je na takie, które kiedyś słyszał.
    Za czasów, gdy uczono greki szkołach, nie byłoby takiego problemu. Wiadomo byłoby, że przedrostek epi- oznacza coś związanego z powierzchnią, a hipo- - coś będącego pod spodem. I słuchacze zaśmialiby się z Pana Redaktora, nawet gdyby nie pamiętali, że terminy „epicentrum” i „hipocentrum” nauczane były na geografii szkole podstawowej (a stamtąd ja to jeszcze pamiętam). A tak, Pan Redaktor nasącza społeczeństwo złym rozumieniem ścisłych pojęć, gdyż nie chciało mu się wykonać takiej operacji:

 Pierwszy znaleziony wynik, to krótki artykulik na Wikipedii:

Epicentrum – miejsce na powierzchni skorupy ziemskiej położone w najbliższej odległości (prostopadle) nad ogniskiem trzęsienia ziemi (hipocentrum). Obszar położony wokół epicentrum, zwany obszarem epicentralnym jest miejscem największych zniszczeń.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Epicentrum

I wszystko byłoby proste. A tak Pan Redaktor wytworzył swoją wersję „nocy mankietów”, o której jeszcze może będę miał okazję napisać. Co gorsza, nikomu do głowy nie przyjdzie weryfikować informację, tylko będą twierdzili, że epicentrum może znajdować się pod ziemią, bo „tak mówili w radiu”. No cóż. Swego czasu Orson Welles przy użyciu radia przekonał mieszkańców New Jersey, że stali się obiektem ataku kosmitów.

Zanurzeni w morzu wiedzy nie jesteśmy w stanie jej właściwie wykorzystać. Zamiast w niej utonąć – umieramy z odwodnienia, gdyż nie jesteśmy w stanie znaleźć tego, czego potrzebujemy. Szukanie konkretnej informacji nie przypomina nawet szukania igły w stogu siana. To zbyt proste porównanie. Wyszukiwanie informacji budzi naszą niechęć. Dlatego bardziej przypominamy człowieka szukającego igły w kupie gnoju – po pierwszym powąchaniu stwierdzamy, że damy sobie radę bez niej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz