niedziela, 28 kwietnia 2013

Cień z Llanddewi Fach

Kazirodztwo? — Armitage wypowiedział to prawie że pełnym głosem. — Wielki Boże, cóż za uproszczenie! Pokazać im Artura Machena „The Great God Pan", a uznają to za powszechny w Dunwich skandal.
H. P. Lovecraft „Koszmar z Dunwich”

    Wielu spośród nas poznawało Lovecrafta w swej młodości i zapewne dla większości pierwsze spotkanie było niezapomniane niczym zderzenie ze ścianą. Bez wampirów, wilkołaków, zombies, bez smoków i upiorów skonwecjonalizowanej powieści grozy nadciągał koszmar spoza czasu, przestrzeni i rozumienia. W aurze starożytnej wiedzy, pełnej niewymawialnych imion i sugerowanej a niepodpowiedzianej grozy odrażających rytuałów starszych od Mateczki-Ziemi, w obręb naszej wyobraźni wdarli się Wielcy Przedwieczni i Zewnętrzni Bogowie, których nikt nigdy nie opisywał. „Geniusz”, tak sobie myśleliśmy, „tylko geniusz mógłby uczynić wszystko tak nowe i tak straszne”.
    Nawet stworzenia i bogowie znani nam z wykastrowanych przez Parandowskiego i Markowską (w mniejszym stopniu) mitów greckich nabierali swoistego, potwornego blasku. Mowa tu zwłaszcza o Hypnosie i Hydrze, czy starszej Bast.
   Wymieniony na wstępie wers nie dawał mi spokoju. W czasie, gdy pierwszy raz czytałem „Koszmar z Dunwich” nie było mowy o internecie i niezazbytnio miałem możność dowiedzenia się kim w ogóle był Artur Machen (czyt. [meiken]). Nieprzetłumaczony tytuł w tekście wskazywał na brak polskojęzycznej wersji, zatem szansa na poznanie aluzji uczynionej przez Samotnika z Providence była bliska zeru.
    Całkiem niedawno przypomniało mi się o Machenie. Tak po prostu. Książki Lovecrafta leżą w pudłach spakowane o przeszło dwadzieścia kilometrów stąd, a mnie przypominają się różne fragmenty. Czy to źle? Nie wiem. Nie każdy chciałby budzić się w myślach powtarzając inwokację „Gorgo, Mormo, Ereszkigal...”. No i przypomniał mi się pewnego poranka właśnie „The Great God Pan”. Pomyślałem, że skoro różne dziwne utwory krążą po necie, to może uda mi się również namierzyć Machena. Udało się. Ale tylko po angielsku. Stwierdziłem zatem, że przetłumaczę go ku pożytkowi wszystkich internautów władających językiem polskim. (To ważne, że władających, gdyż większość internautów polskich jest przez język przezeń uważany za polski władana, niczym pacynki pośledniego sortu). Niestety, język Machena, napuszona, dziewiętnastowieczna angielszczyzna, niewprawnego amatora wpędzić może łacno w chorobę alkoholową. Toteż zostawiłem sobie tłumaczenie na bliżej nieokreślony czas urlopu. Aż pewnego dnia znajduję w bibliotece miejskiej tomik opowiadań A. Machena wydany w 2007 roku przez C&T Toruń pt. „Inne światy”. Pierwsze opowiadanie – jakżeby inaczej - „Wielki bóg Pan”.
    Przeczytałem i przeżyłem szok. Wyobraźcie sobie archeologa, który znajduje dowód na to, że Egipcjanie nic nowego nie wymyślili, lecz wszystko – z piramidami, bóstwami i gospodarką opartą o wylewy rzeczne – skopiowali od Atlantydów. Udoskonalili, lecz sami nie wynaleźli.
    Nieomal wszystko co cenimy u Lovecrafta, Arthur Machen miał wcześniej. Niedopowiedzenia, sugestie, duszną atmosferę, zawieszenie kulminacji, piętrzące się epitety. Ba, nawet te elementy, które uznaliśmy już za wynalezione przez Lovecrafta, jak pewne słowa, czy imiona, są wzięte od Walijczyka. Wytrwali badacze Lovecrafta wiedzieli już wcześniej, że Cień z Providence z wielką atencją wypowiadał się o imci panu Arturze, zaś jego „Wielkiego boga Pana” HPL w swoim „Supernatural horror in literature” wspominał w samych superlatywach.
    I tak w „Wielkim bogu Panie” znajdujemy na koniec obelisk poświęcony Nodensowi, którego nota bene ani Machen, ani HPL nie wymyślili, lecz zaczerpnęli z celtyckich mitów zromanizowanych przez rzymskich osadników. Gdy zerkniemy do „Koszmaru w Dunwich” zwrócić naszą uwagę może pamiętnik Wilbura Whateleya, w którym pisze o Aklo Sabaoth. O ile ten drugi wyraz jest pochodzenia hebrajskiego i już dawno został przeze mnie zidentyfikowany, to pierwszy zwykłem był przypisywać Lovecraftowi. Ale prawda jest taka, że „Aklo” to język, którego nazwę wymyślił Artur Machen dla potrzeb opowiadanie „Biały lud”, z której HPL zaczerpnął cały wątek pamiętnika nastoletniego czarownika. Same „niepokojąco regularne wzgórza Nowej Anglii” są zaledwie kopią usianych niesamowitymi skałami wzgórz Walii.
    Mały Lud, ten mityczny inny świat rasy równoległej do ludzi, w iroceltyckich mitach zwanych Sidhe i mieszkających we wzgórzach, w „Białym Ludzie” i w „Jaśniejącej Piramidzie” został odkurzony z ludycznych elementów, które uczyniły z nich plemiona Hobbitów i naszych swojskich skrzatów sikających do mleka. U Machena znów są groźni, niezrozumiali, obcy. Właściwie nie wiadomo, czemu Annie Trevor w „Jaśniejącej Piramidzie” musiała umrzeć. To element tej obcości.
    Najlepszym opowiadaniem jednak zdecydowanie jest „Wielki bóg Pan”. Można by rzec, że narracja jest beznadziejna, rwana, nie wiadomo kto i o czym mówi, a dopiero w pewnym momencie pod koniec tekstu sytuacja zaczyna się klarować. Moje zdanie jest odmienne. Machen nie pisze wprost. Naświetla sytuację z różnych stron, z różnych punktów widzenia, na długie lata przed „Rashomonem”. Jeśli znamy „Pulp Fiction”, „Memento” i „Dom zły” to schemat odtwarzania historii z rozsypanych niczym puzzle epizodów nie powinien być nam obcy. Jednocześnie korzysta z zasady, którą dziesięciolecia później Alfred Hitchcock opisze: „Na początku powinno być trzęsienie ziemi. A potem napięcie winno narastać”. I nie jest prawdą, że opowiadanie jest chaotyczne. Wręcz przeciwnie – autor doskonale panuje nad materią narracji i nad intrygą. Nie ma żadnego zgrzytu, gdy bohaterowie niemal przypadkiem składają historię Helen Vaughan w jedną, dosłownie nieludzką, całość.
    Z tego utworu winni uczyć się prowadzenia narracji wszyscy początkujący autorzy kryminałów i thrillerów. Chciał bardzo wykorzystać ten mechanizm HPL, i widzimy to w jego monumentalnym „Zewie Cthulhu”. Jednak w porównaniu do Walijczyka wyszedł jak Janko Muzykant przy Mozarcie.
    HPL zresztą z „Wielkiego boga Pana” darł całe momenty. Stworzenie opisane w „Nienazywalnym” przywodzi na myśl raport medyczny doktora Mathesona. Zbiór rysunków Meyricka to zaczyn szalonej rzeźby Wilcoxa i obrazu Ardois-Bonnota z „Zewu Cthulhu”.
    Żeby ukrócić wszelkie podejrzenia – jestem zagorzałym fanem Samotnika z Providence. Ale muszę szczerze wyrazić swój osąd co do różnicy jakościowej warsztatu. Owszem – mitologia stworzona przez HPL jest dosłownie totalna: inkorporuje każdą już istniejąca mitologię tłumacząc ją przez zniekształcenie jedynej i oryginalnej, acz ukrytej historii Wielkich Przedwiecznych i Bogów Zewnętrznych. Tu z kolei Walijczyk wypada blado „zaledwie” rozwijając mity helleńskie i romańskie oraz folklorystyczne opowieści o elfach i przeklętych kamieniach.
    A propos przeklętych kamieni. O ile pierwowzór Świecącego Trapezoedru wystąpił u Machena w nowelce „Światło ducha”, to jednak lovecraftowski „Duch ciemności” jest pełnym rozwinięciem pomysłu kamienia, który w zamian za wiedzę zabiera duszę. Tylko znów – o ile pomysł u HPL jest wyrafinowanie totalny, to u Walijczyka narracja i fabuła prowadząca do wyjaśnienia sprawy deklasują Lovecrafta. W sumie wydaje mi się, że gdyby Machen napisał instrukcję obsługi mojej pralki, to gdzieś po dwóch trupach, jednym popadnięciu w obłęd i jednym niewytłumaczalnym zdarzeniu odkryłbym ku swemu zdumieniu, jak prać tkaniny delikatne. I jeszcze rozważałbym to w drodze do pracy.
    Skończę już, choć mógłbym jeszcze długo piać peany na cześć człowieka, bez którego wydawnictwo Chaosium drukowałoby teraz czasopisma akwarystyczne. Bo o żadnym Lovecrafcie byśmy teraz nie słyszeli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz