niedziela, 14 kwietnia 2013

Polska Kompania Kresowa

Miałem pisać kolejny tekst o Biblii, koczownikach i miastach. Ale zdarza się tak, że nagle jedno zdarzenie, obraz, czy zdanie, potrafią wywołać ciąg myśli, który absorbuje na długi czas. Mnie zdarzyło się to wczorajszego ranka i trzyma mnie do tej pory.
    Trzy słowa: „Polska Kompania Kresowa”.
    Zacznę od klasycznego odżegnywania się od polityki. Nie chcę pisać na tym blogu nic, co mogłoby mieć związek z bieżącą polityką wewnątrzpaństwową Polski. Ani z tak zwanym „życiem politycznym”, które to sformułowanie winno zostać sklasyfikowane w dziale „przejawy folkloru i zwyczaje ludowe”. Ale pisanie o historii jest bardzo często pisaniem o polityce. Szkolne podręczniki do historii są po prostu synopsami wydarzeń politycznych ze znikomym udziałem opisów kultury i techniki, które pełnią rolę skromnych objaśnień do danego okresu dziejów. Pisanie o historii Polski jest obarczone jeszcze większym ryzykiem stoczenia się w politykierstwo. Ale cóż.
    Niedawno na łamach pewnego periodyku czytałem o książce J. Sowy pt. „Fantomowe ciało króla”. Rzecz dotyczy tak zwanej „demokracji szlacheckiej” w Polsce postjagiellońskiej i jest spojrzeniem na fenomen Pierwszej Rzeczpospolitej z punktu widzenia zgoła nieortodoksyjnego. Otóż autor konfrontując ustrój polityczny Rzplitej z teoriami Hobbesa („Lewiatan” i dwa ciała króla: fizyczne i państwo jako organizm królowi poddany) wskazuje, że król w Polsce był jeno figurantem posiadającym zaledwie swoje ciało fizyczne, bez żadnej przyzwoitej władzy. W ogóle trudno wskazać jakiś konkretny, instytucjonalny ośrodek władzy od czasów śmierci Zygmunta Augusta, a całe państwo nosi silne cechy państwa kolonialnego. Per analogiam do Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej pada stwierdzenie „Polska Kompania Kresowa” jako kwintesencja złotej ery szlachty. I to był ten błysk.
   Abstrahując od zasadniczej treści książki, której nie zdążyłem jeszcze kupić, ani tym bardziej przeczytać, choć wydana w formie e-booka ma też swój teaser w sieci, podążyłem za skojarzeniem związanym z kompaniami handlowymi.
   Wszystko wskoczyło na miejsce. Polska epoki elekcyjnej postrzeżona jako przedsiębiorstwo handlowe (republika zbożowa jako prekursor republik bananowych), gdzie tytularna władza polityczna jest rodzajem „złotej akcji”, albo nawet nie zawsze, gdyż akcjonariat szlachecko-magnacki zachowuje się nierzadko bardziej jak gang osiedlowy narzucając własne interesy wbrew stanowisku wybranego przez siebie zarządu. Sprowadzając koronę do gadżetu a pozycję króla do fikcji i udowadniając wszem i wobec, że najważniejszym prawem jest prawo silniejszego, kreują rzeczywistość na obraz nieobcy wielbicielom westernów i powieści awanturniczych. Pokażcie proszę kraj europejski w XVII wieku, który uczynił sobie niewolników spośród własnych współplemieńców. Wszak systemowi pańszczyzny bliżej jest do niewolnictwa niż do feudalizmu zachodniego. A że niewolnictwo wykorzystywało ideę obcości – najczęściej rasowej – zatem i Polsce szlachcic stawał na głowie, by ukazać się jako potomek mitycznego plemienia Sarmatów, byleby się odciąć od tych marnego chłopa, który pozostał Słowianinem, Sclavus czy też slavus – niewolnikiem (chłopów pańszczyźnianych po łacinie nazywano slavus). Niestety, nie doczekali się nasi biali murzyni swojego Lincolna... 
   Gdybyż tylko mieszkały u nas słonie! Kurtz mógłby poczuć się jak u siebie. A Marlow płynąłby po niego nie w górę upalnej rzeki Kongo, ale naszej, chłodnej Narwi.
     Czy widzicie to? Jak to pięknie współgra z faktami historycznymi? Jak to pasuje do wspomnień, choćby Paska? Mieć haciendę (dworek modrzewiowy), niewolników pańszczyźnianych, uprawiać zboże i uczestniczyć w wojnach o ile interes wymaga obrony swojej działki w tej osobliwej spółce akcyjnej. Nie można mówić o podwładnym, jeśli ma on prawo weta i prawo wypowiedzenia posłuszeństwa władcy (prawo do konfederacji tym faktycznie było). To prawa akcjonariusza, i to akcjonariusza wczesnych form takich przedsiębiorstw. Czymże się Rzeczpospolita różniła od wspomnianej Kompanii Zachodnioindyjskiej? Też posiadała własną armię, podmiotowość w polityce zagranicznej aż do prawa wypowiadania wojny. Korzystała nawet z prawa bicia monety.
    Polska Kompania Kresowa.
    Proponuję napisać sobie to na kartce i spoglądając na nią co jakiś czas raz jeszcze przeczytać „Ogniem i mieczem”, czy ogólnie – trylogię sienkiewiczowską. W książce o historii Polski napisać sobie ołówkiem te trzy słowa pod tytułem rozdziału dotyczącego rokoszu Lubomirskiego. Nowa, interesująca perspektywa.
   Po co roztrząsam tak stary temat i „kalam gniazdo” odmawiając chwały najbardziej demokratycznemu mocarstwu XVII i XVIII wieku? Bo widać wtedy korzenie klęski, marazmu i finału na sejmach rozbiorowych. Bo – przytoczę tu nie do końca swoje słowa – rozbiory były tylko cup de grace organizmu politycznego, który od stulecia był martwy przez swą niewydolność. I nie chodzi mi o potencjał militarny, ale o niezdolność do samoorganizacji w ramach normalnej, pokojowej egzystencji.
    Niniejsze przemyślenia dedykuję wszystkim fanom i propagatorom „polskiej tożsamości sarmackiej” od lokalnych bractw rycerskich, przez czytelników Komudy, do fascynatów gry „Veto”. Nie dlatego, by się z ich fascynacji naśmiewać. Ale by spróbowali spojrzeć na temat z drugiej, nie bardzo czołobitnej, perspektywy.
   Dedykuję ten tekst na drugim miejscu wszystkim wrogom sarmatyzmu jako wstrętnej anarchii, której winniśmy się wstydzić przed cywilizowaną Europą. Chciałbym im przypomnieć, że ta spółka przemysłu zbożowego kilkukrotnie pokonała Turcję (w tym raz w kluczowym momencie historii, która w 1683 roku mogła popłynąć innym korytem, w którym Hamburg byłby portem tureckim), dwa razy Szwecję, i jako jedyna zdobyła Moskwę, przesiedziała tam czas jakiś i wyszła o własnych siłach. To się kompaniom holenderskim, ani brytyjskim nie przytrafiało.
   Polska Kompania Kresowa po prostu była fenomenem dziejowym jedynym w swojej klasie.

PS.
    Czy można w tym kontekście „westernowego sarmatyzmu” porównać Jacka Komudę do Sergio Leone?...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz