niedziela, 21 kwietnia 2013

Urbanistyka nomadów, czyli wznoszenie Wieży Dubaj

Pułkownik przyjął mnie po kolacji. Siedząc na patiu, w bujanym fotelu, chaotycznie, ale z uwielbieniem zaczął wspominać te czasy. Mówił o amunicji, która nie nadchodziła, o padających z wycieńczenia koniach, o ludziach koloru ziemi, tkających w półsennym marszu niekończące się labirynty, o Saravii, który mogąc wmaszerować do Montevideo, ominął je i poszedł inną drogą, bo „gauczo lęka się miasta”.
J. L. Borges „Powtórna śmierć”

Pisząc o wieży Babel w kontekście konfliktu koczownicy-rolnicy postawiłem tezę, że Księga Rodzaju jest skażona przez ten pasterski punkt widzenia. Obrzydzenie koczowników do osiadłych ludów musi skutkować niechęcią do miast jako ukoronowania życia stacjonarnego. Podałem przykład wieży Babel jako takiego „przemyconego” do Biblii mitu, ale ślady tego trybu myślenia znaleźć można na każdym kroku.
    Czy wiecie jakie miasto pojawia się w Biblii pierwsze? Nie Babel. Tym bardziej nie chaldejskie Ur. Otóż jest to Henoch, miasto założone przez Kaina na cześć jego syna, Henocha (Rdz 4,17). Nie był to jeszcze ten Henoch, który pierwszy został wzięty do nieba wprost z Ziemi (Rdz 5,21). Zasadniczo pasuje – trzeba było kultury rolniczej, by się rozwinęła cywilizacja miejska. Ale fakt, że to Kain zakłada pierwsze miasto jest wielce wymowny.
    Obrywa się wszystkim, którzy nie pędzą kóz przez stepy. Noe – przyjaciel Boga, który wybrany został na ocaliciela życia w powszechnym potopie, jest bohaterem następnego mitu, o wywyższeniu Sema i Jafeta, a poniżeniu Chama i Kanaana (stąd nasze pojęcie chamstwo). Historia ta zaczyna od słów „Noe był rolnikiem” (Rdz 9,20). I zaraz leci z górki – założył winnicę, napił się wina i już w następnym zdaniu (Rdz 9,21) leżał schlany i bez gaci.
    Zdecydowanie rzec można parafrazując fremeńskie przysłowie z „Diuny” F. Herberta – Zepsucie przychodzi z miast, a mądrość z pustyni. Ktoś może zaprotestuje, że Abraham pochodził z miasta, ze wzmiankowanego chaldejskiego grodu Ur. I nie jest to precyzyjna informacja. Nie Abraham, tylko Abram, czyli – czytając konwencję zmiany imienia jako „ponownych narodzin” – zupełnie kto inny, niż patriarcha. Przemiana Abrama w Abrahama dokonała się dużo później, gdy był już koczownikiem i lał „miastowych” jak to ukazano w opisie jego odsieczy, z którą przyszedł m.in. królowi Sodomy. Celowo wspominam to miasto, gdyż znów – jest mit, to jest czarny charakter, oczywiście związany z miastem. Nic nie mówi się o zbójach na pustyni i łupieżczych wyprawach plemienia przeciw plemieniu i rodu przeciw rodowi. Nie, życie koczowników jest sielanką biwakową. Ale opowiada się, że jak tylko goście przyjdą do miasta, to zaraz wszyscy chcą ich poznać... w sensie biblijnym.
   Na związek źródłosłowu kultura z hodowlą (pasterstwem lub rolnictwem) i cywilizacja z miastami zwrócił uwagę N. Ferguson w swej „Cywilizacji”. I jeśli się zastanowić chwilę, to ma w tym chyba sporo racji. Przeskoczymy teraz trochę do przodu i zobaczmy historię drogi Izraela z Egiptu do Ziemi Obiecanej – Bóg wyprowadza naród wybrany z cywilizacji, aby przez czterdzieści lat pędzili żywot koczowników na pustyni. Aby zostali oczyszczeni od cywilizacji i wytworzyli własną kulturę.
    W swej powieści „Wahadło Foucaulta” U. Eco każe swoim bohaterom wymyślać nazwy niedorzecznych dyscyplin naukowych. Jedną z nich jest „urbanistyka nomadów”. Oksymoron pierwszej wody.
    Koczownicy zawsze mieli problem z miastami. Oczywiście w tym miejscu Temudżyn, lub inny Attyla powiedzieliby, że „nie mieli z miastami problemu”: miasto-wojsko-ogień-i-po-sprawie. Ale coś w miastach jest takiego, że nawet koczownicy chcą je tworzyć. Lub może zmusza ich do tego sytuacja. No i wychodzi to nader osobliwie, jak widać w przypadku Karakorum - „stolicy” imperium mongolskiego, które mimo murowanych budynków bardziej niż miasto przypominało gigantyczne pole namiotowe. Dopiero Kubilaj przeniósł stolicę do Pekinu stwierdziwszy, że mieszkanie w Karakorum to obciach. Drugim przykładem jest współczesny nam Dubaj – zbiorowisko dziwnych pomysłów, niczym składzik drapaczy chmur i jednocześnie gabinet osobliwości architektonicznych ustawionych na styku pustyni i morza.
    Koczownikom z miastami jest nie po drodze. Choćby nawet bardzo chcieli.

12 komentarzy:

  1. Kim jest człowiek spod np. Rzeszowa, który po studiach w Krakowie jedzie do Londynu? Kim jest przedsiębiorca, który robi MBA w Hiszpanii, pracuje w Berlinie obsługując zdalnie kontrahentów z dalekiego wschodu? Czy miasto w okresie globalizacji nie staje się po prostu namiotem dla przepływającego przez nie potoku nomadów? Kim są mieszczanie, którzy niegdyś tworzyli rdzeń lokalnej społeczności, a teraz z niedowierzaniem patrzą, jak fale "barbarzyńców" z uporem rozmywają ich bezpieczne kamienicowe przyzwyczajenia? Czy istnieje sens bycia mieszczaninem, skoro internet uniezależnia nas od sieci miejscowych zobowiązań? Skoro możesz wybrać wolność nomada, czy jest jakikolwiek powód by budować mury? Co miałyby chronić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem kim jest człowiek spod Rzeszowa, ale człowiek spod Katowic, który po studiach w Krakowie jedzie do Londynu - TO JA!!! :D

      Usuń
    2. Doskonale! Zatem Człowieku-spod-Katowic-który-po-studiach-w-Krakowie-jedziesz-do-Londynu, odpowiedz, czy czujesz się nomadem? ;-P

      Usuń
  2. Kim jest człowiek spod Rzeszowa, który po studiach w Krakowie jedzie do Londynu...? Zapewne gastarbeiterem :)
    Nie jest nomadem. Chyba, że zastosujemy rozszerzającą definicję obejmującą każdego przemieszczającego się człowieka. On jest mobilnym mieszczaninem. Tyle. Kim jestem, który śpię w jednym mieście, robię zakupy w drugim, a pracuję jeszcze w innym? A moi koledzy, inżynierowie-wdrożeniowcy, którzy spędzają pół roku w delegacjach?
    Przesuwamy się od miasta do miasta, śpimy po hotelach i jemy w restauracjach. A gdy zmieniamy miejsce pobytu na dłużej, wynajmujemy, bądź kupujemy mieszkanie. Przesuwamy swoje miejsce na planszy z pola na pole – Kraków, Warszawa, Londyn, Acapulco. Od węzła do węzła, dokąd sięga komunikacja. Ale nie to czyni nomada. Koczownik nie skacze po miastach, koczownik przemierza świat. Nie podróżuje drogami, a my ich potrzebujemy.
    „Czy miasto w okresie globalizacji nie staje się po prostu namiotem dla przepływającego przez nie potoku nomadów?”.
    Otóż właśnie. Jeśli już szukamy porównania, to miasto byłoby karawanserajem, a nie namiotem. Namiot dla koczownika to jego własny prywatny teren. Jego kawałek świata, który pozostaje stały, gdy się przemieszcza. Natomiast dzisiejsi mobilni mieszczanie nie przenoszą ze sobą domów. Oni wędrują na podobieństwo kupców na karawanowych szlakach. A byłbym daleki od nazywania karawan „koczownikami”. Karawana najczęściej ma oznaczoną trasę, początek i koniec. I nie przez przypadek są to zazwyczaj... miasta.
    „Czy istnieje sens bycia mieszczaninem, skoro internet uniezależnia nas od sieci miejscowych zobowiązań? Skoro możesz wybrać wolność nomada, czy jest jakikolwiek powód by budować mury?”
    Ja o tym mitycznym wszechdostępie do internetu mam wyrobione zdanie, głównie z przyczyn zawodowych. Otóż ten legendarny, wszędobylski internet występuje w sensownym stężeniu jedynie w rejonach miast. Jeśli ktoś zaraz zacznie argumentować, że dostęp satelitarny itp., to proponuję, żeby wyjechał gdzieś na Saharę i sprawdził sobie jaka będzie jakość, przepływność, opóźnienia i koszt. Ręczę, że w te pędy wróci do miasta. A co do sensu budowania murów – rozmawialiśmy już o przyczynach budowania miast. I jest to dłuższy temat. A jeśli pozwolisz, to napiszę o tym post w oparciu o naszą rozmowę. Dobrze?

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozumiem, że osoba niezakorzeniona jeszcze nie czyni nomada. Ale tu chodzi o cały trend, który właśnie z niezakorzenienia i nieograniczonej swobody poruszania czyni styl życia. Są całe rzesze ludzi, których celem jest wypasanie swoich ambicji na coraz lepszych pastwiskach - tropienie rynkowych nisz, przesuwanie obozowiska wraz ze zmianą klimatu dla inwestycji. A czy nie noszą ze sobą namiotów? Miasta są pełne mieszkań i willi, które zostały wzniesione przez ambitne jednostki, a później opuszczone po zakończonych łowach. Nie muszą brać ich ze sobą - miasta są pełne opuszczonych, wygodnych namiotów.
    Czy domem nazwiesz klitkę o powierzchni 35 m2, który jest najlepiej sprzedającym się towarem? Czy zabudową miejską są hotele, które pozwalają przeżyć nieokreślony czas bez kontaktu ze światem poza?
    Czy wielki apartament w kamienicy wykupiony przez korporację na zakwaterowanie wizytującej wierchuszki zarządu to rodzaj mieszczaństwa?
    Wydaje mi się, że wizja "przemierzania świata" jest nazbyt romantyczna, żeby była prawdziwa. To, gdzie znaduje się nomad, jest zależne od tego, gdzie może wyżywić siebie i rodzinę. Moim zdaniem można przyjąc w tym względzie dwie postawy - albo zmieniasz siebie tak, aby dostosować się do zmian świata zewnętrznego, albo zmieniasz środowisko tak, aby uniezależnić się od jego zmienności. Nomad - mieszczuch. Dwie postawy. Wyścig szczurów jest wyścigiem nomadów do najlepszych pastwisk.
    Ja nie użyłem określenia "karawana". Zgoda, karawany to nie nomadzi, a co ważne - to nie między miastami podróżują karawany - karawany podróżują między ludźmi, a miasta powstają tam, gdzie one się zatrzymują.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie można wędrującego mieszczanina nazwać nomadem. Może jestem purystą językowym. Jeśli bardzo potrzebujemy, to nazwijmy go mobilem (z żargonu telekomunikacyjnego), ale nie koczownikiem. W przeciwnym razie koczownikami musielibyśmy nazwać marynarzy flot handlowych, rybackich i wojennych.

    Mieszczanina od nomada nie różni przywiązanie do miejsca, ale wewnętrzna postawa wobec łazienki ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. " Ale tu chodzi o cały trend, który właśnie z niezakorzenienia i nieograniczonej swobody poruszania czyni styl życia."
    Swoboda poruszania się tych pseudonomadów jest ograniczona. Najpierw ktoś musi zbudować miasto, żeby oni mogli w nim wynająć mieszkanie. Z dobrą komunikacją (najlepiej blisko metra) i niedaleko galerii handlowej. Lub wybudować hotel izolujący od środowiska. Wtedy wszystko jedno gdzie. Byleby izolował skutecznie.

    "Wydaje mi się, że wizja "przemierzania świata" jest nazbyt romantyczna, żeby była prawdziwa."
    Czuję masowe protesty Tuwińców, Inuitów i Tuaregów. Poczekaj, niech tylko przeczytają Twój komentarz... ;-P

    OdpowiedzUsuń
  7. A co zostało ocenzurowane? ;P

    OdpowiedzUsuń
  8. Ocenzurowany został komentarz w którym wyroiły się błędy ortograficzne (pozapominane literki) a Blogger nie pozwolił go edytować inaczej. No to go zedytowałem ostatecznie ;-P

    OdpowiedzUsuń
  9. Słyszałeś, że Dubaj to dwa miasta? Jedno to to, o którym piszesz, a drugie to miasto armii robotników, którzy budują to pierwsze. Może nie slumsy, ale zdecydowanie nie licują z poziomem pierwszego Dubaju. To raczej zabudowa tymczasowa, przynajmniej zapewne w mniemaniu twórców.
    Ciekawe, które okaże się trwalsze. Obstawiam, że jednak to pierwsze. Drugie może paść ofiarą autorytarnej władzy. Pozamiatają.

    OdpowiedzUsuń
  10. Biorąc pod uwagę, że kilka lat temu 30% żurawi budowlanych całego świata stało właśnie w Dubaju - mogłem przypuszczać. Ale nie przyszło mi to do głowy.
    A tu pojawia się ciekawy temat do rozważań o przejściu z koczowiska do miasta. Właśnie przypomniałem sobie, że gdzieś miałem artykuł o budowie amerykańskich baz wojskowych na pustyni. Taki temat "jak zbudować tymczasowe miasto w weekend?".
    A czy unterDubaj zostanie kłopotliwym i zakazanym nowo-tworem miejskim, czy go zaorają, to sprawa osobna. Wszak gdy wycofają się ekipy budowlane, trzeba będzie zakwaterować gdzieś sprzątaczki, kucharzy i pokojówki, dać mieszkać taksówkarzom i fryzjerom - jeśli nie unterDubaj, to co? Wyspę im usypią? Choć może jest inne rozwiązanie, którego nie dostrzegam...

    OdpowiedzUsuń