niedziela, 12 maja 2013

Obszar nekropolitalny

Według tzw. Uniwersalnej Klasyfikacji Dziesiętnej biblioteki podzielone są na działy i poddziały oznaczone cyferkami, które składają się na liczby doskonale bibliotekarzowi mówiące, do czego daną książkę przyporządkować. I tak na przykład, dla wytrawnego i zapalonego bibliotekarza ciąg cyfr „821.162.1” jednoznacznie wskaże na „powieść polską”, zaś pojęcie „pozycja 69” nie skojarzy się z niewerbalnymi igraszkami ustnymi, lecz z „przemysłem i rzemiosłami budowlanymi; materiałami, elementami i robotami budowlanymi”. To dużo tłumaczy z zachowania niektórych deweloperów, których działania są głównie oralne i niepłodne.
    A jeśli książka się nie daje jednoznacznie sklasyfikować, tym gorzej dla niej. Złośliwy bibliotekarz wciśnie ją jako „08” - varia. Lub, co najgorsze – jako „00”, czyli „ogólne podstawy wiedzy i kultury”. Wtedy gwarantuję, że nikt po nią nie sięgnie.
    Ale ja chciałem mówić o „71” - „planowanie przestrzenne, urbanistyka, kształtowanie krajobrazu”.
   W czasie mojej ostatniej wizyty zerknąłem na tę półkę, gdzie smętnie stało kilka woluminów. Przejrzałem ich tytuły. Z dziesięciu tytułów, które tam się znajdowały, osiem traktowało o... cmentarzach. Były tam głównie opisy słynnych w Polsce i okolicach cmentarzy oraz jakaś analiza układu europejskich nekropolii. Pozostałe dwie pozycje to wstęp do feng-shui i poradnik zakładania przydomowego ogrodu. Nie kontrastują z pozostałą, styksową częścią tytułów. Nawet jakby uzupełniają, gdyż każdy chyba chciałby leżeć w dobrze zaprojektowanym grobie zorientowanym według stron świata, przyozdobionym kolorowymi chwościkami i tasiemkami z wyhaftowanymi znaczkami chińskimi o treści zbliżonej do menu wietnamskiego baru, a wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody, i tego, i niepowtarzalnych, gdy kwiat wiśni chyli się w powiewie zefiru przed bladolicym księżycem. Ponosi mnie? Trochę. Nerwy.
    Bo ja się proszę państwa, chciałem czegoś dowiedzieć o miastach. Ale takich miastach dla żywych, nie jak w jednym z ostatnich tomów „Sandmana”, gdzie Morfeusza przyniesiono do Lithargis, miasta-cmentarza, w którym żywi (o ile były to żywe istoty) stanowili jedynie personel pomocniczy.
    Gdybym nie znał znaczenia słowa urbanistyka, mógłbym z zawartości półki domniemywać, że to sztuka układania ładnych cmentarzy. Taka sepulkralna ikebana. A szwagier to nazywa siebie urbanistą, bo się wstydzi przy obiedzie przyznać, że jest grabarzem. Na szczęście nie przynoszę mu wstydu i między jedną a drugą łyżką rosołu kiwam głową, że rozumiem problemy tworzenia „małej architektury” (tak się określa nagrobki). (Swoją drogą, sąsiadujący z moim miejscem pracy cmentarz w jednym z dokumentów określono jako „zabudowa niska”).
    A może zawartość tej bibliotecznej półki to po prostu świadectwo stanu naszej myśli urbanistycznej? Objaw choroby toczącej miasta pozbawione planów zagospodarowania przestrzennego? Może to profetyczny obraz rozwoju tej dziedziny, która miała kształcić kreatorów miast? A tu zamiast być ogrodnikiem miasta, urbanista może zorganizować pochówek tak, aby był przyjemny, estetyczny i zgodny z egzotyczną sztuką dekoratorską.
    Jest takie pojęcie urbanistyczne: tkanka miejska. Jako mieszkaniec największego w tym kraju organizmu miejskiego (i siódmego w Europie), który przemierza co dzień dystans kilkudziesięciu kilometrów środkami komunikacji publicznej, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że ta tkanka ma cechy nowotworu: rozwija się bez ładu i składu, nie zważając na dobro innych komórek (nie tworzy organizmu), a co gorsza, jest odporna na telomerazę, innymi słowy – jej anomalie są nieśmiertelne.
   Nie ma myśli urbanistycznej. No ale jak tu zainteresować kogoś dyscypliną, której przejawem książkowym są opisy cmentarzy. To jakby w dziale medycyna znajdował się tylko „Trup” Thomasa i „Biologia śmierci” Watsona.
    Brak nadziei.
    Kurtyna powoli opada.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz