niedziela, 5 maja 2013

Ostatni tygrys

   Byłem wczoraj w bibliotece. Samo w sobie nie jest to żadnym nadzwyczajnym osiągnięciem, choć pewnie kilku złośliwców zapytałoby: „A co? Padało?”. Byłem w Bibliotece Miejskiej w Gliwicach, gdzie miesiąc temu reaktywowałem się jako czytelnik. Wtedy miałem mniej czasu na rozglądanie się po półkach. Zauważyłem tylko ubytek regałów. A może się starzeję? Nie od dziś wiadomo, że wspomnienia są mocno rasowaną wersją dziejów – zatem może jedynie w mojej pamięci biblioteka miała więcej regałów, były one dłuższe i niosły więcej książek?
   Zmienił się układ. Mniej jest fantastyki, nie ma wyodrębnionej półki na horror i – Bogu niech będą dzięki – nie ma wyodrębnionej półki na „romanse”. Tyle zauważyłem wtedy. Teraz mogłem więcej czasu poświęcić na przyglądanie się zawartości. I upewniłem się, że doszło do przerzedzenia księgozbiorze. Owszem, został uaktualniony, ale kosztem starych pozycji. Mając jakieś blade wyobrażenie dotyczące gospodarki bibliotecznej zaakceptowałem ten stan rzeczy. Nawet nie mam pretensji do tego, że wymiana nie odbyła się „jeden za jeden”, ani, że nowe książki pojawiają się w jednym egzemplarzu, a nie w czterech, jak onegdaj.
    Przejrzałem zawartość działu „literatura iberoamerykańska” traktując to jako próbę stanu księgozbioru. Zniknęła zdecydowana większość książek wydawanych w latach 70. i 80. przez Wydawnictwo Literackie w serii Proza iberoamerykańska, co akurat mnie nie dziwi, gdyż spora ich część nie reprezentowała sobą wysokiego poziomu. Były to na siłę drukowane utworki „zaangażowane społecznie”. Mam ich kilka na półce, zakupione u bukinistów po trzy zeta za dwie sztuki. Zęby bolą od czytania. Wierzcie mi. Ale były między nimi i dzieła dużego formatu: Cortazar, Borges, Vargas Llosa, Fuentes, Marquez, żeby przejść tylko po „celebrytach”. Zniknęły w większości z bibliotecznej półki. Zastąpiły ich nowe wydania klasyków, między innymi eleganckie wydania Llosy z panienkami na okładkach. Pojawiło się dużo – i to w twardych okładkach – pozycji Isabel Allende. Za to nie mogłem znaleźć Roberto Arlta „Siedmiu szaleńców”. Poczułem się osobliwie. Po powrocie do domu sprawdziłem jeszcze w internetowym systemie bibliotecznym, czy po prostu ktoś tej książki nie wypożyczył. Nie. Zostały w mieście tylko trzy egzemplarze, każdy z nich w innym końcu miasta, w bibliotecznych filiach mieszczących się na pudełkowatych osiedlach dziesięciopiętrowych mrówkowców, które prowadzą chów klatkowy nastolatków karmiąc ich internetem i telewizją kablową. Oczywiście – wszystkie egzemplarze są dostępne, a zatem kurzą się i w następnej rotacji księgozbioru zostaną „wycofane”. Innymi słowy – oglądam egzemplarze skazane na zagładę.
   To osobliwe, uczucie które nawiedziło mnie w bibliotece, to świadomość, że oto traci się z powszechnego dostępu świetna, choć mało znana książka. Powieść autora, którego Cortazar w swoich utworach wspominał z wielką atencją. Powieść, która wyprzedziła swój czas ukazując korzenie i mechanizmy autokratyzmów, czy wręcz dyktatur, jednocześnie nie przestając portretować psychologii człowieka znajdującego się na dnie. Właściwie to jest to portret psychopatologiczny, którego kontynuatorem będą potem Ballard, McCarthy i Palahniuk. A przy tym znając ich twórczość wraca się do Arlta znajdując w nim fascynującą... no.. hmm.. świeżość? Jeśli można w kontekście scenerii „Siedmiu szaleńców” użyć w ogóle takiego epitetu.
   No ale już za chwilę, poza moim egzemplarzem, nie ujrzę już tego tytułu. Myślę, ze podobnie czują się zoolodzy myśląc o tygrysie syberyjskim, który został uznany za gatunek wymarły – obecnie żyje na świecie już tylko około trzech setek tych zwierząt. Zbyt mało, by odbudować zdrową populację.
   Gdyby ktoś mnie znów zapytał „po co kupujesz książki, które możesz wypożyczyć z biblioteki”, odpowiem: „bo niektórych zaraz tam nie będzie, a warte są ochrony przez zapomnieniem.” Taki mój ogród biblioteczny w miejsce zoologicznego. Albo mój „park jurajski”. A z ewolucją nie będę walczył. Ludzie wolą „Ewę Lunę” niż „Siedmiu szaleńców”. Niewiele mogę na to poradzić.

Ja nie chcę wcale walczyć z czasem, wspomnieniami,
bo w przemijaniu drzemie cały życia smak.
Spojrzę raz tylko i uśmiechnę się - ot tak -
do paru chwil co były kiedyś między nami.
G. Turnau „Było kiedyś między nami”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz