środa, 29 maja 2013

Utopiec socjalny i sekretarki

 Dla mojego wykształcenia nazwisko Fourier stanowi pewną podstawę, bez której ani rusz. Z tego prosty morał, że z wykształcenia jestem... No tak. Nie napisałem, który Fourier. Rzecz jasna – Jean Baptiste Fourier, twórca instrumentu matematycznego zwanego od nazwiska jego „transformatą Fouriera”. No i jasne, że moje wykształcenie kręciło się wokół przetwarzania sygnałów.
    Ale jest jeszcze drugi Fourier – Charles, jeden z socjalistów utopijnych. I ja dziś chciałem trochę posocjalizować utopiście, choć zupełnie nie w stylu piewcy falansterów.
    Tak się zacząłem zastanawiać – kto jest najlepiej opłacany? Odpowiedź prosta – menadżerowie. A dlaczego? I tu odpowiedzi jest kilka, zależnych od punktu widzenia. Primo: bo tak. Secundo: bo rządzę, to se ustalam. Tertio: bo zarządzam, a zarządzanie, to kluczowa rola w procesie produkcyjnym (czy każdym innym), więc otrzymuję wynagrodzenie adekwatne do włożonej pracy. Z pierwszymi dwoma wypowiedziami nie polemizuję, bo nie ma takiego pola, na którym mógłbym się z bydlęciem potykać. Natomiast autora trzeciej odpowiedzi proszę o zastanowienie się nad moją tezą: masz menadżerze wysokie wynagrodzenie, bo starasz się naśladować stare, dobre zwyczaje feudalnego pana na włościach, który musi mieć kasę na utrzymanie dworu, powozu (obecnie Mercedes S-Klasse) i służby. Status materialny ma windować status społeczny – to naturalne. Ale dlaczego status społeczny menadżera ma być wyższy od statusu nauczyciela akademickiego? Ba, dlaczego status materialny nauczyciela akademickiego ma być gorszy od, dajmy na to, dyrektora banku?
    Moim marzeniem jest płaca za wysiłek, talent i kompetencje. Ktoś mógłby powiedzieć: przecież tak właśnie jest, czego ty w końcu chcesz!? Otóż twierdzę, że tak nie jest. Twierdzę, że jesteśmy wciśnięci w postfeudalną drabinkę nagradzaną per szczebel. Aby to unaocznić, opowiem wam anegdotkę o firmie, z którą miałem okazję współpracować.
    Firma była tzw. „integratorem”. W dwóch słowach – zajmowali się projektowaniem, dostawą i uruchomieniem dużych sieci telekomunikacyjnych i komputerowych. Oferowali rozwiązania oparte na produktach kilku firm. Każda z tych firm prowadzi rozbudowane szkolenia z kilkoma stopniami certyfikacji. I – wyobraźcie sobie – wynagrodzenie i przywileje w tej firmie zależały od stopnia uzyskanego certyfikatu, nie od szczebla drabinki zarządzania. Czyli weźmy przykład: jest (wysoki) stopień certyfikatu „profesjonalista” i wyższy od niego „ekspert”. Jest w firmie zespół zajmujący się rozwiązaniami bezpieczeństwa sieciowego – jeden ekspert i dwóch profesjonalistów, z których jeden jest kierownikiem zespołu. Owszem, otrzymuje on specjalne wynagrodzenie za funkcję, którą pełni niejako dodatkowo, lecz to ekspert dostaje wyższe uposażenie i dodatkowo do swojej dyspozycji, zgodnie z regulaminem, kartę kredytową i samochód służbowy, a nie jego przełożony.
    Dziwne, prawda? Jeśli tak uważacie, to znaczy, że jednak miałem rację – postfeudalny system nagradzania za pozycję, a nie za pracę, jest boleśnie spleciony z naszym systemem nerwowym.
Inny przykład. Sekretarki. Oczywiście, rzadko kiedy istnieje takie stanowisko. To najczęściej (chyba) asystentki menadżerów. Co jest dziwnego w tym, że sekretarka robi kawę szefowi? Nic.
    Nic?! Czasami pełnię funkcję koordynatora zespołu i gdybym wtedy powiedział jednemu ze swoich kolegów „zrób mi kawę”, to by mnie zabił śmiechem. Za niski szczebel. Sekretarka robiąca kawę to pewnego rodzaju symbol statusu w firmie. Szczebel. Jak samochód służbowy, czy fundusz reprezentacyjny. I co w tym dziwnego, zapytacie. Odpowiem pytaniem na pytanie: czy widzieliście zakres czynności dla stanowiska asystentki menadżera, w którym napisano „przygotowywanie ciepłych napojów dla przełożonego”? Nie? To dlaczego biega z tą filiżanką? Bo zwyczaj? Nie? Bo żal jej szefa, który siedzi tam zapracowany? Ahaaa... Matka Teresa z Kalkuty byłaby z niej dumna. A on? Zagrzebany w papierach, mocną ręką chwyciwszy ster przedsiębiorstwa, zmaga się z przeciwnościami i czuwa nad dobrostanem pracowników. Widząc filiżankę aromatycznego napoju przygotowaną przez swą asystentkę, dziękuje jej promiennym uśmiechem... Nie. Jeśli coś takiego widzieliście, narkotykom powiedzcie „nie”.
Sekretarka ma robić kawę, bo jest to ustalone zwyczajem, którym Jan serwował hrabiemu śniadanie do łóżka. I tyle. Ja też mam dwie ręce, z czego czasem trzy zajęte, ale jedyne co mój kolega dla mnie może zrobić, to zalać mi wrzątkiem przygotowany przeze mnie wcześniej kubek z czym tam sobie zrobię. Dyrektor też mógłby robić sobie sam kawę. To nie jest trudne. Ale jemu „nie wypada” zajmować się tak przyziemnymi sprawami. Dobrze, że nie ma już zwyczaju noszenia Jaśniepanów w lektykach. Choć czasem obawiam się, że jeszcze po niektórych firmach może być stosowane ius primae noctis, niczym wiedźmie kulty w bałkańskich ostępach. Brrr...
    A co mnie do tego? Nic. Ale fajnie byłoby mieć świadomość, że dostaje się te pieniądze, które jest warta moja praca dla firmy. A nie te pieniądze, które mogę dostać, żeby nie zarabiać więcej niż przełożony.
    Zdaję sobie sprawę, że nic z tym nie zrobię. Wiem gdzie jest problem, ale nie mam pomysłu jak go naprawić. To znaczy: pomysł mam, ale nie będę nawet udawał, że jest na tyle dobry, żeby już go wprowadzać w życie, które chwilę później stanie się automatycznie piękne.
    I tym się różnię od pana Fouriera. Piszę o zjawisku, nie po to, by mówić jak go naprawić, ale żebyście mieli świadomość. I to czyni mnie nawet nie socjalistą utopijnym, ale rodzajem utopca, który czepia się ludzi w jeziorze nie wiadomo po co, oprócz zwrócenia na coś uwagi.

Miej świadomość,
Możesz robić co chcesz.
Miej świadomość.

KAZIK „Świadomość”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz