środa, 19 czerwca 2013

Elfy jak demony

Odzyskuję kontrolę nad swoim księgozbiorem. Na pierwszy ogień wygłodniałego czytelnictwa poszedł – o dziwo – Roger Zelazny. Ach, tak, Amber i Dworce Chaosu, oczywiście, pomyśli sobie ktoś. Błąd. Dilvish Przeklęty. I przyznam, że sam jestem trochę zdziwiony własnym wyborem.
    Kim jest Dilvish? Pół-elfem z rodu Selara, który wsławił się tym, że usiekł kiedyś samego Hohorgę, boga (w sensie, w jakim używali tej nazwy Hellenowie) i to w jego własnej sali tronowej w Shoredan. Jego pra-pra-n-razy-pra-prawnuk tymczasem wsławił się brawurową akcją uwalniania kobiety z rąk złego czarownika, który chciał ją złożyć w ofierze. Akcja o tyle była brawurowa, że czarownik ten, imieniem Jelerak, jest w tym uniwersum kimś rangi niemal Saurona. To też akcja ratunkowa skończyła się opłakanie dla rycerza w lśniącej zbroi: został zamieniony w posąg, a jego dusza zabrana do piekieł. Ale ponieważ jedynie martwy wróg przestaje być wrogiem (choć w fantasy i horrorze też niekoniecznie), toteż Dilvish pewnego dnia schodzi z postumentu, na którym wdzięczni mieszkańcy Portaroy umieścili pod jego (jak mniemali) posąg na rynku i powodowany zemstą zaczyna szukać Jeleraka dosiadając rumaka z czarnej stali o imieniu Black, który okazuje się być poznanym w piekle demonem.
    Dlaczego akurat Dilvish? To chyba efekt przekory.
    Z jednej strony flankowany epickim patosem filmowego „Hobbita” (którego pamiętam jako luźną i humorystyczną książeczkę), z drugiej ponurą, okrutną i wypełnioną perfidią (czytaj: realistyczną) atmosferą „Pieśni Lodu i Ognia” musiałem wybrać trzecią drogę.
    Co fajnego jest w świecie Dilvisha? Po pierwsze to świat. Kompletny, jak można przypuszczać, z rozbudowaną geografią i historią, choć podobnie jak u Sapkowskiego patrzymy nań przez uchylone drzwi obejmując wzrokiem mały wycinek horyzontu czasu i przestrzeni. Po drugie to narracja. Czasami widzimy wydarzenia jedynie stojąc obok Dilvisha, czasami tylko słyszymy o nim w opowieściach innych... ludzi i nie tylko (dyplomatycznie to ujmę). Konwencja przedstawienia wydarzeń swobodnie i łagodnie oscyluje między epiką bohaterską a opowieścią łotrzykowską.
    Opowieści o Dilvishu mają dwie części jak dwie strony tej samem monety. Pierwsza to zbiór opowiadań „Dilvish Przeklęty”, gdzie zostajemy jak obuchem trąceni na wstępie przez zakrawającą na epos „Drogę do Dilfaru”. Potem czytamy o jego różnych perypetiach aż do kluczowej „Lodowej wieży”. Warto ją zapamiętać, gdyż wypadki tam opisane będą często wspominane potem. Następnie Dilvish wędruje ku południowi, lecz opowieść ta zostaje przerwana w opowiadaniu tytułowym „Dilvish Przeklęty”, gdzie kunszt łączenia groteski, zgrywy wręcz, z rozmachem odrealnienia świata sięga szczytu. Można powiedzieć wręcz: „od tej strony do tej strony mamy ekstrakt z Zelaznego”. Zerknijcie na krótką próbkę z początku nowelki, gdy Dilvisha „napada” jakiś mało rozgarnięty pseudorozbójnik:


- Amator. Jedźmy dalej – nakazał Blackowi. - Niech go trafi ktoś inny.
Zostawiony z tyłu człowiek cisnął swą bronią o ziemię.
- Do diabła! - wrzasnął – Dlaczego nie uderzyłeś?
- Stój, Black – mruknął Dilvish.
Black przystanął, a Dilvish odwrócił się i spojrzał za siebie.
- Bardzo przepraszam. Wzbudziłeś moją ciekawość – odezwał się. - Chciałeś, abym ciął ciebie?
- Każdy przyzwoity wędrowiec ściąłby mi głowę!
Dilvish pokiwał głową.
- Myślę, że potrzebna ci jest dodatkowa instrukcja dotycząca zasad napadu z bronią w ręku – stwierdził. - Chodzi o to, aby wzbogacić się kosztem innego, samemu nie odnosząc żadnych ran. Jeśli ktoś ma być ranny, to powinien być to ten drugi.
R. Zelazny „Dilvish Przeklęty”

Gdyby ktoś chciał powiedzieć, że Dilvish to podróbka Geralta z Rivii, niech pamięta, że Opowiadania o Dilvishu powstały w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
    Następną (i ostatnią niestety) pozycją opisującą losy Dziedzica Selara jest powieść „Kraina Przemian”. No tu już jest jakby mniej wesoło. Zwroty akcji są zaskakujące, świat odrealniony aż do podejrzenia meskalowej inspiracji, lecz tłumaczone to jest szaleństwem uwięzionego w pozaczasowej twierdzy starożytnego boga. Tak starożytnego, ze Jelerak wyciągnął spośród umarłych pewną damę, która potrafi rozmawiać biegle w zapomnianym języku.
    Pewnego rodzaju ciekawostką jest czarownik, którego Jelerak pozostawia na straży szalonego boga i starożytnej tłumaczki. Nosi on imię Baran o Trzech Dłoniach. Oczywiście, pierwszą myślą było, że czarownik dostał to imię zwierzątka rogatego, upartego, a przy tym niezbyt sprytnego, aby go wykpić w oczach czytelnika. Otóż nie. Nastąpił zbieg okoliczności. Czarownik w oryginale nosi imię Baran of Three Hands. Przypuszczam, że z akcentem na ostatnią sylabę słowa „Baran”.
    Czego żałuję, to faktu, że żaden producent filmowy nie zainteresował się poważnie twórczością Zelaznego. Pomińmy cykl Amberu – byłby zbyt drogi, pomińmy „Stwory Światła i Ciemności” - ich struktura jest bardziej poetycka niż narracyjna, pomińmy „Pana Światła”, choć węszę tu potencjał hitu. Ale sfilmowanie cyklu opowiadań o Dilvishu mogłoby się okazać całkiem dobrym pomysłem zarówno pod względem merkantylnym, jak rozrywkowym.
    Polecam lekturę wszystkim miłośnikom starej, dobrej szkoły S&S (Sword & Sorcery, a w naszym języku: magia i miecz), zwłaszcza tym, którzy lubią „wczesnego Sapkowskiego”.

- A teraz zobaczymy jak sobie poradzisz! - wrzasnął Reynar, a na koniuszkach jego palców zatańczyły ogniki, które rozsypując się, utworzyły ognisty miecz.
(…)
Atak Reynara utworzył w płaszczu potężną dziurę. Dilvih cofnął się dalej, a gdy przeciwnik machnął płonącą bronią, ognisty miecz przygasł, zamigotał raz, drugi i zginął.
- Takie jest całe me życie – zauważył Reynar kiwając głową. – Wszystko, co dobre, znika szybko.
R. Zelazny „Szatan i tancerka”


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz