wtorek, 12 listopada 2013

Osobliwy przypadek Jacka D.

Po ukazaniu się „Złotej Galery” w „Fantastyce” z pewnym przerażeniem spostrzegłem, że zaczyna się o mnie mówić jak o jakimś wieszczu, który widzi to, co dla zwykłego śmiertelnika zakryte.
J. Dukaj

Uszeregujmy fakty.
   Konkurs literacki wygląda mniej więcej tak, że nadsyła się swój utwór podpisany „godłem”, czyli tymczasowym pseudonimem. „Godłem” opatruje się też kopertę, która zawiera autentyczne dane teleadresowe na wypadek, gdyby się utwór niespodzianie jurorom spodobał.
   No i tak się stało, że pewnego razu spodobało się opowiadanie pt. „Złota Galera” traktujące o tytułowym tajemniczym obiekcie zbliżającym się do skąpanej w (pozornej) szczęśliwości Ziemi, gdzie zhierarchizowane społeczeństwo człowieczo-anielskie żyje w przeświadczeniu gwarantowanej świętości a modlitwa i symbole liturgiczne są cokolwiek technicznymi instrumentami. Zdecydowano, że jest to najlepsze opowiadanie fantastyczne w konkursie A.D. 1990.Odpieczętowano kopertę z danymi i skontaktowano się z autorem, który, jak się okazało, liczył sobie lat szesnaście...
    Było lato 1995 roku. Leżałem sobie na trawie na mazurskiej łące a moje pomarańczowe życie odpoczywało. Miałem w ręce numer „Nowej Fantastyki”, który już zdążyłem przeczytać cały z wyjątkiem drugiego odcinka powieści „Irrehaare”. Nie chciałem go czytać, bo nie lubię czytać od środka. Ale nie było nic innego na podorędziu, więc dałem się wciągnąć w dziwny świat opisany arcyniezrozumiałym językiem. Mówił tekst o niejakim Adrianie i towarzyszącym mu magu Santanie, którzy zdawali się być ludźmi, którzy utknęli w uniwersum gry komputerowej niczym pasażerowie zdefektowanej windy. Jedyną szansą wydostania się, jest pokonać system, a jedyną szansą na pokonanie systemu jest Adrian – mesjasz wirtualnego świata. Coś przypomina? Przypomnę i ja: „Matrix” powstał dopiero kilka lat później (premiera światowa to marzec 1999 roku). W chwili publikowania „Irrehaare” nazwisko Wachowski kojarzyło się jedynie z urzędującym jeszcze podówczas prezydenckim Sieciechem o imieniu Mieczysław. Gdy na przełomie milleniów pytano Dukaja o ewentualny pozew przeciw braciom (ówcześnie jeszcze byli to chłopcy) Wachowskim, starał się unikać tematu, tłumacząc się przypadkową zbieżnością inspiracji. Oczywiście: Czarne Żelazne Więzienie to i P. K. Dick obrabiał jako inspirację, ale oglądając „Matrix” czuło się w powietrzu swąd plagiatu.
    Ale ze swej niszy smok wychynął dopiero w 2008 roku, gdy za „Lód” otrzymał nagrodę Kościelskich. Ponieważ fantastyka, jak to już ongi Wojciech Sedeńko udowodnił, jest literaturą niewidzialną (to jest wydaje się ją, ale nie zauważają jej żadne środowiska uniwersyteckie), toteż zdziwienie powszechne szybko przerodziło się w naciągnięcie „Lodu” do literatury postpostmodernistowej (czy jakkolwiek ją określono, byle nie użyć brzydkiego słowa na „F”). W efekcie cała masa ludzi, którzy dukajowe utwory mieli za nieporadne gaworzenie (bo fantastyka, jak powszechnie wiadomo, jest dla dzieci i Papa Lem jeno dziatkom pisał), nagle rzucili się czytać i komentować największą, najgęstszą znaczeniowo i najbardziej złożoną powieść pana Jacka. To trochę wyglądało, jakby tłumek z lanserskiego przyjęcia poszedł w sukienkach i garniturach na Zamarłą Turnię, bo ktoś powiedział, że taternictwo jest w tym sezonie trendy. Szkoda, że nie ma w tej alegorii zakładów pogrzebowych zbierających żniwo martwych umysłów odpadających do mentalnie Pustej Dolinki. Złośliwym, wiem. Ale gdy patrzę na niektórych ludków gardzących fantastyką, a próbujących egzegezy „Lodu”... No cóż.
    Tak oto w kilku akapitach naszkicować chciałem sylwetkę autora, który nadał nową jakość polskiej i światowej fantastyce. A po co? Bo jeszcze będę o nim mówić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz