niedziela, 29 grudnia 2013

Co oni ci zrobili, potworze?...

Obyłem kiedyś następujący dialog:

- Jak opisałbyś Frankensteina?
- Nie wiem. No... Potwór.
- Może spróbujmy pytaniami: czy jest duży, czy mały?
- Duży.
- Powolny, czy zwinny i szybki?

- Powolny i niezgrabny.
- Inteligentny, czy głupi?

- Głupi.


Dialog ten jest wręcz modelowym przykładem tego, jak popkultura obeszła się z Shelleyem.
    Zapytacie zaraz co ma piernik do wiatraka? Co ma traktowanie Shelley'a wspólnego z powieścią jego żony? Odpowiedź brzmi – to samo zapomnienie. Zniekształcenie właściwego wizerunku. I nie chodzi tu o nawiązania do eseju Paula de Man pt. „Shelley odkształcony, z figury doszczętnie odarty”. Poprzestanę na powieści Mary Shelley i jej genezie.
    Zacznę od rozprawienia się z pewnym obrazem. Z figurą Frankensteina o zielonkawym obliczu, klemami wystającymi z szyi, z niezgrabnym krokiem i IQ nie wyższym od pięciu tuzinów.
    Primo, potwór nie był wiele większy od człowieka. Secundo, był szybki. Bardzo szybki. Wielokrotnie umykał takiej, czy innej pogoni. Był też zwinny jak mało kto. Tertio, był bardzo inteligentny. Gdy opuszczał laboratorium nie wiedział nic, ale nie był głupi. Uczył się życia i uczył się ludzi. Uczył się szybko. Zaryzykuję, że był samoukiem tej klasy, co londonowski Wilk Larsen. Quarto, najważniejsze, nie nazywał się Frankenstein. Frankenstein, to nazwisko jego twórcy, odważnego, lecz tragicznego naukowca, sam potwór imienia nigdy nie miał. Ciekawe, że nie próbował sobie go nadać – chętnie był o tym pogadał z lady Shelley, gdybym miał okazję. Pani Shelley, mimo młodego wieku, napisała powieść niezwykle dojrzałą, pełną symboli i aluzji oraz trafnych obserwacji ludzkich zachowań, uprzedzeń i konwenansów. Napisała prawdziwą powieść romantyczną o szkatułkowej strukturze i pełni treści, bez pustosłowia i przemilczeń. Powieść niezwykle sprawnie napisaną, która nie była w żadnej mierze horrorem, a już bardziej kryminałem i moralitetem.
    Pełny tytuł powieści brzmi: „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”, nawiązując do mitu o Prometeuszu jako stworzycielu człowieka. Oto Wiktor Frankenstein, na podobieństwo greckiego tytana, ożywia martwe i nie tylko powołuje do życia kogoś, kto winien być martwy, lecz w dodatku jest on obdarzony inteligencją. Ale naukowiec nie jest w stanie unieść brzemienia, które sobie narzucił i porzuca swoje „dzieło”, które żwawym krokiem oddala się do lasu. Frankenstein jednak nie ucieknie przed konsekwencją swego czynu. Będzie musiał poświęcić siebie i rodzinę, by uwolnić świat od potwora. Choć z drugiej strony, gdy czytamy o rozterkach naukowca, to szlag nas może trafić i zaczynamy współczuć potworowi, który odrzucany jest przez społeczeństwo z powodu swej brzydoty, a do tego jest porzucony przez swego twórcę. Prócz klasycznego utożsamienia zła z brzydotą, mamy tu do czynienia w dodatku z symbolem stworzenia odtrąconego. Adama wygnanego z powodu słabości jego stwórcy. I w dodatku demiurg ów odmawia mu jego Ewy – to rodzi frustrację, cierpienie, gniew i zemstę: całą paletę romantycznych tematów. Ujmę to tak: psychologicznie jest lepiej niż w całej twórczości Mickiewicza razem wziętej.
    Co zrobiła z potwora popkultura? To co zawsze robiła z potworami: w każdej rundzie opowieści ujmowała mu zalet i dodawała wad. Ponieważ był brzydki, więc stał się głupi, potem niezgrabny, powolny i w końcu nie wiem czym sobie tłumaczono, że tak długo nie potrafiono się z nim uporać. Tymczasem zaglądając do powieści okaże się, że potwór potrafił zabić człowieka pozorując morderstwo dokonane przez zupełnie niewinną dziewczynę! Zakradł się niepostrzeżony do komnaty ślubnej Frankensteina! Altaïr ibn La-Ahad przy nim to amator. Po młodzieżowemu mówiąc: nie, no proszę Was...
    Popkultura przemieliła potwora na paskudne monstrum, zapomniała moralnych rozterek, sprowadziła jego inteligencję do swojego poziomu. Do tego kazała mu nosić imię jego twórcy, spychając razem z nim odium zła, które wyrządził, zabierając mu zaś tę moralną tabula rasa, która powodowała, że czytelnik widział w jego początkach nieskażone dobro. To ludzie nauczyli frankensteinową kreaturę zła. A popkultura okazała się dlań najbardziej podłą: zabrała mu wszystkie dobre cechy, a podrzuciła mu same wady, na koniec za te wady wyśmiewając w dziesiątkach pastiszy i nawiązań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz