poniedziałek, 30 grudnia 2013

Pożegnanie Wojciecha K.

Nie był ten rok dla nas zbyt łaskawy, jeśli chodzi o odejścia. Choć optymiści mogliby (pewnie najzupełniej słusznie) rzec, że mogło być znacznie gorzej.
    U progu 2014 roku odszedł od nas Wojciech Kilar.
    Kim był? Ktoś powie: kompozytorem. A co komponował? No, muzykę, oczywiście, ale jaką? Gdzie ją można było usłyszeć? Wielu ludzi powie, że słyszeli ją w filmach. No tak, „Dracula”, „Pianista” , może ktoś pamięta, że „Rejs”. Ale komponowanie muzyki filmowej było jego źródłem zarobkowania, powołaniem była muzyka, która napełniała sale koncertowe. Jeszcze teraz pod czaszką piłuje mnie niesamowity rytm „Orawy”, która jest fenomenalną fuzją wszystkiego co dał folklor podhalański z muzyką nowoczesną. Muzyką nowoczesną, którą w w naszych czasach tworzyło między innymi czterech wspaniałych polskich kompozytorów: Lutosławski, Górecki, Kilar, Penderecki.
    Z tej czwórki pierwszy nie żyje już dziesięć lat. Mało kto spoza tak zwanego „środowiska” wie, że mijający rok ogłoszony był przez Sejm RP rokiem Witolda Lutosławskiego.
   Drugi z nich odszedł niedawno. Henryka Mikołaja Góreckiego wspominaliśmy z okazji jego niedoszłej, osiemdziesiątej rocznicy urodzin, na początku grudnia. Drugi program Polskiego Radia przypomniał wtedy wywiad, którego – pamiętam jak dziś – udzielił po jednym z premierowych wykonań swojego utworu (Moguncja, rok 2000). Sam prowadził wtedy orkiestrę, a z roztargnienia, nie wziąwszy batuty, czynił to długopisem, który akurat miał przy sobie. W tamtym wywiadzie powiedział dużo, szczerze i brutalnie na temat sztuki, bycia artystą i osiąganiu mistrzostwa. Słowa te stały się dla mnie cennym probierzem w badaniu tak zwanej „sztuki współczesnej”. 12 listopada przypadła trzecia rocznica jego śmierci.
    Wojciech Kilar był przy nich luzakiem. Mało go było na salach koncertowych, zdecydowanie więcej w muzyce filmowej, choć pisał ją dla pieniędzy, czego nie wstydził się, ani nie ukrywał. Podkreślał jednak, że ważniejsze jest dla niego napisanie dobrej symfonii, niż zebranie tuzina nagród za oprawę muzyczną filmu. Przy tym wszystkim był człowiekiem bardzo dobrym. Ciepłym, obdarzonym poczuciem humoru i bardzo duchowym. Zafascynowany był Podhalem, podobnie jak i H. M. Górecki, który będąc jak i Kilar katowiczaninem przeprowadził się w pewnym momencie do podzakopiańskiej (lub lepiej: nadzakopiańskiej) wsi.
    Na temat Krzysztofa Pendereckiego niewiele mogę powiedzieć – nie jest tak bliski moim gustom muzycznym, więc słuchałem go mniej. Nie znam o nim anegdotek. Wiem, że w jego muzyce wartości duchowe są równie ważne, co u Kilara i Góreckiego. Nie wiele o nim mogę powiedzieć. Ale z wielkiej czwórki został naszej kulturze tylko on.
   W jak dobrych czasach przyszło mi żyć wiem teraz, gdy pozostało mi wypalone na kliszy pamięci wspomnienie z korytarza przed koncertem KRONOS QUARTET w 1995 w Katowicach. Padający sobie w objęcia, serdecznie się ze sobą witający Krzysztof Penderecki i Henryk Mikołaj Górecki.
   Nie poprzestawajmy na mantrowaniu, że Kilar wielkim kompozytorem był. Słuchajmy go. Wsłuchujmy się w jego muzykę. Ona jest naprawdę fajna. To najlepszy sposób, w jaki możemy uczcić jego pamięć.

PS.
Polecam stronę trzejkompozytorzy.pl. Naprawdę polecam.

1 komentarz:

  1. I ja pamiętam te objęcia kompozytorów, jakbym tam była. Bardzo sugestywnie to w '95 opisałeś :)
    Pamiętam też fragment wywiadu, w którym Kilar opowiadał, że przed filmem "Dracula" miał wylew (?) i był w słabej kondycji, a mimo to Coppola utrzymał swoją decyzję, żeby to on, Kilar, napisał muzykę. I została ona nagrodzona przez Stowarzyszenie Kompozytorów Amerykańskich.
    Na zakończenie mogę dodać, że moim skromnym zdaniem, fakt, że tylko Penderecki jeszcze jest wśród nas nie wykreśla pozostałych muzyków z naszej kultury. Więc słuchajmy :)

    OdpowiedzUsuń