sobota, 26 stycznia 2013

Ghostwriting po elżbietańsku


Kanał HBO mam w pakiecie telewizji satelitarnej dzięki uprzejmości przedstawiciela handlowego, który wsparł nas w tej decyzji, tak jak ongi zbóje przydrożni wspierali podróżnych w decyzji udzielenia jałomużny. De facto zagroził, że jeżeli nie skorzystamy z promocji, to za pakiet w obecnej postaci zapłacimy dwa razy więcej. Biorąc promowane przezeń HBO zapłacimy tylko półtorej poprzedniej stawki. Warto się zastanowić nad faktem, że słowo promocja zawiera rdzeń słowotwórczy motio wiążący się z poruszaniem (motywacja i angielski wyraz motion - „ruch”) oraz przedrostek pro oznaczający w uproszczeniu dla. Na wysokim stopniu abstrakcji można byłoby spokojnie słowo promocja uznać za synonim pojęcia wciskanie nie popełniając żadnego błędu językoznawczego (złożenie słowa ciskać – „rzucać” z przedrostkiem w).
    Zaletą wspomnianego kanału jest paradoksalnie jego wada. Otóż w przeciągu kwartału nadawanych jest tam mniej więcej trzy filmy i jeden serial. Filmy emitowane są co najmniej dwa razy w tygodniu każdy. Za to są one dosyć świeżo zdjęte z afisza kinowego. Dzięki temu ludzie obdarzeni brakiem czasu mogą być na bieżąco z blockbusterami oglądając je w dwudziestu dziesięciominutowych odcinkach w okresie trzech miesięcy. Ponieważ wyrwane z kontekstu fragmenty stanowią anachroniczne puzzle (Bogu dzięki, że fabuły nowych filmów są zwykle liniowe i proste, żeby nie użyć słowa prostackie), złożenie ich w umyśle w kompletny film wymaga nieco pamięci i wyobraźni.
    Nadawany w pierwszej połowie obecnego roku „Anonimus” wyjątkowo udało mi się obejrzeć niemal w całości za jednym posiedzeniem. I dobrze, bo film był tego wart.
    Rzecz dotyczy problemu Shakespeare'a a dokładnie autorstwa jego sztuk. Wątpliwości wokół geniuszu Stratfordczyka jest co niemiara i nic w tym dziwnego. W tym poszczególnym utworze zilustrowana jest hipoteza, jakoby Will Shakespeare był nieomal półgłówkiem, którego Lord Szambelan, Edward de Vere hrabia Oxford, wystawia „na słupa” mówiąc slangiem przestępczym, czyli każe mu firmować swoim nazwiskiem twory hrabiego. Hrabiemu nie tylko nie wypada pisać dramatów i poematów. Jemu zabrania tego jego pozycja. Hrabia jest stroną w konflikcie z kanclerzem Cecilem, swym teściem, purytańskim typem uważającym sztukę (w tym poezję i teatr) za grzech, z kolei intrygi za służbę Bogu. Cecilowi (a potem jego synowi i następcy) strasznie nie w smak jest umiłowanie teatru przez królową Elżbietę. I tak ścierają się dwie strony konfliktu: Cecilowie wpływają na tron intrygami, de Vere – dramatami Shakespeare'a. I co najfajniejsze – jest to rewelacyjnie (moim ignoranckim zdaniem) nakręcone.
    Reżyser świetnie opanował język filmu. Jest reżyserem w starym stylu. Tyle sobie pomyślałem, gdy w scenie wymuszonego układami politycznymi ślubu podkład dźwiękowy stanowił fragment... mszy żałobnej! Mozartowskie „Requiem” (dokładnie bodajże „Lacrimosa”, jeśli mnie pamięć słuchowa nie myli) było rewelacyjnym wskazaniem na właściwe odczytanie zaślubin de Vere'a. Że stało się coś, co godne jest nie radości, lecz łez. Lacrimosa dies illa...
   Drugi raz pomyślałem o wyczuciu reżysera, gdy obserwowałem scenę balu. Duszną atmosferę dworskich intryg pięknie podkreślił poprzez realistyczne oddanie światła na sali. Nie dosyć, że sala była nieduża dla tej setki kręcących się po niej osób, to oświetlona setkami świec nadal była półmroczna. Mdłe, żółtawe światło, miast dodać splendoru, odzierało postacie z ich wymuszonego dostojeństwa.
    Trzeci raz doceniłem reżysera, gdy ukazał obrazem fenomen Shakespeare'a. Wspominałem już, że Stratfordczyk był swych czasów celebrytą. Reżyser ukazał to w cudownie anachronicznej scenie, gdy publiczność wywołuje autora sztuki na scenę, wyciąga ku niemu ręce i wyciąga go, by na wzór obecnych gwiazd rocka płynął przez widownię niesiony na ich ramionach. To musi trafić do widza, który żyjąc na progu XXI wieku dekoduje takie zachowanie jako symbol oddania chwały gwiazdorowi. Pomyślałem, że facet (lub kobieta, nie wiedziałem jeszcze wówczas kto), który tak elegancko potrafi przełożyć zdanie „Shakespeare był Michaelem Jacksonem swoich czasów” na język filmu zrozumiały dla współczesnego widza, musi być mistrzem. I jak publiczność wołała chwilę wcześniej „Autor! Autor!”, tak jak mruknąłem „Reżyser! Scenarzysta!” i sprawdziłem... jakże wielkie było zdumienie, gdy odkryłem, że film wyszedł spod ręki Rolanda Emmericha, słynnego „Master of Disaster”, twórcy filmów, w których nie dokonuje nawet ludobójstwa, lecz zagłady wszystkich cywilizacji („Dzień Niepodległości”, „Pojutrze”, „2012”). Nawet wpisując się w cudzy kanon, czyli tworząc remake „Godzilli” stwierdził „jeden potwór jest dla mięczaków, a ja muszę mieć ich całą hordę”.
   Nie spodziewałem się. Nie spodziewałem się, że twórca takiego gniota jak „Dzień Niepodległości” może nakręcić tak dobry film. Wystarczy wspomnieć, iż po ukazaniu się „Dnia Niepodległości” w polskich kinach Marek Oramus na łamach „Nowej Fantastyki” ogłosił konkurs na znalezienie największej liczby błędów logicznych w rzeczonym filmie. Zwycięzca wymienił ich sześćdziesiąt pięć, wszystkie uznano...
    Tymczasem z niedowierzaniem oglądałem dzieło (nie zawaham się tego słowa użyć) stanowiące alegorię walki intryganckiego, ascetycznego zła i dobra-piękna reprezentowanego przez sztukę. Gdy Cecil swymi knowaniami prowadzi syna hrabiego Oxford na szafot, on wydaje poemat, aby królowa (wiedząc o prawdziwym autorstwie hrabiego) wezwała go i wysłuchała. Gdy pomysł nie wypala, w jedną noc pisze „Ryszarda III” portretując złego króla na obraz i podobieństwo Cecila juniora, by oburzony zbrodnią scenicznego króla tłum wywołał zamieszki, które zniosą władzę intryganta. Jednocześnie jest Oxford prawdziwym artystą. Pytany przez małżonkę o powód pisania, opowiada jej o swej pasji. Słowo to nie pada in expresis verbis, ale odpowiedź hrabiego to właśnie opisuje: pasję, czyli mękę. Konieczność tworzenia, której akt spisania przynosi ulgę. Uwolnienie od głosów, które słyszy w każdej chwili. I jednocześnie ukazana jest męka inna – konieczność oglądania jak prostak Shakespeare wielbiony jest za utwory, których nie był w stanie napisać, jak małpa nie jest w stanie skonstruować samolotu.
    I choć można odnieść wrażenie, że de Vere przegrał (syn w prawdzie ocalał, lecz wypędzony, a sam hrabia okazał się postacią tragiczną na wzór Edypa), to jest też bardzo dobrze ukazana pewna przewrotność. Oto Cecil dopina swego i na tron po Elżbiecie wstępuje Jakub I. Wystawiana jest sztuka „Shakespeare'a”. Jakub siada na tronie, gdzie wcześniej siadała Elżbieta. Miejsce po jego prawicy, które należało do Oxforda, zajmuje Cecil. Scena symbolizuje zwycięstwo „złych”. I wtedy Jakub pochyla się ku Cecilowi i opowiadając o swej ciekawości sztuki pyta: „Czy jesteś panie takim wielbicielem teatru jak ja?”. Cecil, który chwilę temu kazał spalić siedzibę trupy lorda Szambelana, czyli słynny teatr „The Globe” mówi „Tak, wasza królewska mość”. Ale mówi to z miną człowieka, który zaraz poddany zostanie lewatywie. Sztuka odniosła zwycięstwo. Nie de Vere, jej żołnierz, autor największych nowożytnych dramatów, lecz Sztuka jako zjawisko, jako estetyczny przedstawiciel Dobra. Dzięki poświęceniu swego żołnierza.
    Gdy po skończeniu filmu poczytałem sobie komentarze na filmwebie stwierdziłem, że już wiem, czemu nikt nie kręci już takich filmów. Ludzie nie wiedzą jak je czytać. Określenie „Anonimusa” jako „thrillera politycznego” i wyeksponowanie w streszczeniu marginalnego wątku powiązań rodzinnych de Vere'a i Elżbiety z całkowitym pominięciem kwestii wpływu sztuki na społeczeństwo, roli kultury w dziejach, spowodowało najpierw mój gniew na autora streszczenia, potem zaś współczucie. Ja miałem szczęście, że ktoś nauczył mnie czytać utwory i tym się cieszyć. On będzie musiał przeżyć swoje życie uważając, że ogląda marne filmy.
   Niedawno dowiedziałem się, że Emmerich podpisał Deklarację Uzasadnionych Wątpliwości w Kwestii Tożsamości Williama Shakespeare'a. Prócz niego sygnowało ją prawie dwa tysiące osób. I nie byli to ci sami, którzy podpisali petycję do Białego Domu o budowie Gwiazdy Śmierci.

sobota, 12 stycznia 2013

Refleksje nad ich brakiem


Gdy pisałem o tym, że teatr w czasach elżbietańskich spełniał rolę dzisiejszego kina, poszedłem na niezwykle spłycającą analogię, co uświadomiłem sobie przedwczoraj ze zgrozą. Owszem – „The Globe” co roku prezentował kolejne blockbustery rozgrzewające temperaturę dyskusji na ulicach i w maglach Londynu, lecz czynił to na zupełnie innej płaszczyźnie, która teraz bez mała nie istnieje w malignach X muzy. Na płaszczyźnie refleksji.
    Sztuka masowa naszych czasów jest po prostu bezrefleksyjna.
    Sztuka zawsze spełniała rolę usługową wobec odbiorców, czy to były dramaty antyczne, komentujące aktualne wydarzenia ateńskiej agory, czy to portrety pędzla Velasqueza, czy opery Mozarta, za które żona kazała mu się wstydzić. Artysta, który nie pełni roli usługodawcy jest przez rynek eliminowany i błąka się po zakurzonych strychach, gdzie albo zostanie „odkryty”, albo nigdy się o nim nie dowiemy. Czasami widzimy taką desynchronizację, jak w przypadku Van Gogha, który tworzył całe życie „do szafy", zdobywając sławę nieomal pośmiertnie. Natomiast tacy Mozart, czy Shakespeare, byli swych czasów celebrytami.
    Sztuka naszych czasów jest towarem już jawnie nazwana. Niestety, gra w otwarte karty jej nie posłużyła. Usługobiorcy, których są już miliony, żądają, by sztuka dopasowała się do ich poziomu. Oni przetwarzają informacje jak silnik odrzutowy paliwo – zasysają z dużą prędkością i wydalają z jeszcze większą. I co gorsza tempo tego procesu wzrasta. I za tym zjawiskiem próbuje nadążyć literatura (skazana na zagładę), teatr, muzyka i kino. I tylko te dwie ostatnie dziedziny są w stanie technicznie sprostać prostackim wymaganiom, czemu się też bez wstydu poświęcają.
   A jeszcze nie tak dawno kino było „muzą”, „sztuką wysoką”. Ludzie szli masowo do kina obejrzeć „Czas apokalipsy” Coppolli i pod wpływem refleksji, które budził szli nań jeszcze raz. I jeszcze raz. Teraz takich filmów już nie ma. Nie dlatego, że nie kręci się ambitnego kina, lecz dlatego, że nie mają już takiego znaczenia. Refleksja przestała być modna.
    Sensem literatury, czy teatru jest refleksja. Literatura swoimi strategiami narracyjnymi wywołuje je w czytelniku, zaś teatrowi służą ku temu wizjonerskie adaptacje i gra aktorów. Wykonajmy skok na głęboką wodę: „Burza” stratfordczyka w adaptacji Greenawaya, czyli „Księgi Prospera”. Film oszałamiający pomysłami plastycznymi, performatywnymi i do cna odrealniony. Obejrzałem go dwa razy w oryginale, dwa dni pod rząd, za każdym razem dostrzegając coś interesującego. A dzień później, gdy oddawałem koledze taśmę VHS, zapytał mnie, czy podobał mi się zabieg z głosem Mirandy. Nie wiedziałem o czym mówi, więc wróciłem do domu z taśmą i obejrzałem trzeci raz, słuchając głosów. Greenaway zastosował tam chwyt polegający na tym, że kwestie Prospera wypowiadał grający go John Gielgud, natomiast kwestie Mirandy, jego córki, aktorka ją grająca, Isabelle Pasco, i John Gielgud, jakby Prospero był suflerem, czy wręcz marionetkarzem kierującym językiem Mirandy. I to zauważyłem już w czasie pierwszego seansu. Ale od pewnego momentu, gdy Miranda zakochuje się w księciu, zaczyna mówić sama. Przestaje być echem swego ojca. Jakby mnie piorun strzelił! Greenaway pozbawiając Mirandę głosu Prospera wywołał falę refleksji na temat dojrzewania bohaterki, ogólnie dojrzewania młodzieży, a następnie dał naszym koleżeńskim dyskusjom bodźca do rozważań o naturze samodzielności.
   Filmy Greenawaya w ogóle były dla mnie źródłem wielu przemyśleń. Jego cudownie szalone fabuły, skojarzenia, ujęcia będące niczym obrazy w ruchu, wieloznaczne kwestie i kaskadowe skojarzenia ożywiały moją wyobraźnię za najlepszych czasów młodości. „Zet i dwa zera” obejrzałem chyba trzydzieści kilka razy. I przechodzą mnie dreszcze nawet teraz, gdy tylko przypomnę sobie statyczne ujęcie miejsca wypadku samochodowego. Ujęcie pozbawione akcji, z jednym tylko aktorem w kącie kadru, i sączący się z offu głos policyjnej radiostacji. Słyszymy tylko pół dialogu, wypowiedzi jednej strony, lecz intensywność przekazu, śmiem twierdzić jest na poziomie rapsodów „Króla Ducha”. Mógłbym go recytować z pamięci:  A swan? What sort of swan? Leda? Who's Leda? Is she the injured woman? Laid by whom? By Jupiter? Was it the cause of death? (…)". Po chwili dowiemy się, że samochód prowadziła ciężarna kobieta imieniem Alba, zaś samochodem był biały Ford Mercury, w który uderzył łabędź. Podkreśliłem w jednym zdaniu tylko elementy nawiązujące do mitu Ledy i Zeusa/Jupitera oraz do siebie wzajem (imię „Alba", biały wóz, łabędź). Do tego gra słów: imienia Leda i angielskiego czasownika to laid, czyli pokryć/(wulg.)przelecieć. Można wcisnąć klawisz pauzy i pogrążyć się w skojarzeniach oraz wzajemnych implikacjach, choć minęły dopiero trzy minuty filmu! Bardzo bym chciał wiedzieć ile da się wycisnąć z kilku części „Zmierzchu”...
   Jest jeszcze jedna ciekawostka dotycząca mojej lektury tego filmu. Miałem go nagranego z telewizji (tak, w latach 90. ubiegłego stulecia telewizja publiczna emitowała takie filmy!) na końcówce taśmy. Zmieściło się tam jedynie około (sądziłem po akcji) trzech czwartych filmu i próbowałem antycypować ciąg dalszy. Przeplatały się w nim dwa wątki: wypuszczania coraz to wyższych ewolucyjnie zwierząt z zoo (Zoo to nie miejsce, gdzie zwierzęta żyją. To miejsce, gdzie zwierzęta umierają, mówi jeden z bohaterów) i fotografowania poklatkowego rozkładających się organizmów – jabłek, krewetek i podobnych. Ponieważ internet wtedy raczkował i nie było streszczeń, więc jedynie sam ze sobą toczyłem dysputę jak film się skończy. Obstawiałem, że finałem będzie uwolnienie z zoo człowieka (główni bohaterowie są pracownikami ogrodu). Niestety, gdy wiele lat później obejrzałem w kinie studyjnym „Amok” ten film do końca, okazało się, że finał stanowiła dość dołująca scena związana ze zdjęciami rozkładu. Ale nie będę zdradzał zakończenia. Po prostu polecam osobom ceniącym refleksje. Nawet te niewesołe.
   Refleksje są ważne. One powodują, ze wracamy do lektury. Powieści. Wiersza. Dramatu. Filmu. Utworu muzycznego. Obrazu. U schyłku zeszłego tysiąclecia mieliśmy tylko kasety magnetofonowe i VHS, książki i albumy z reprodukcjami. Ceniło się refleksję, gdyż ona pozwalała na nowo odkrywać treści w utworach, które znało się na pamięć. Teraz jest kwejk.pl update'owany n-naście razy na dobę i odbiorca tylko wodzi wzrokiem po obrazkach. Literatura skurczyła się do smutnych statusów na fejsie, a Twitter pada jako wytwór tekstowy pod naporem Instagramu. Ktoś kiedyś to spuentował stwierdzeniem, że Instagram jest Twitterem dla analfabetów. Gorzej nawet. Bo nawet analfabeta jest w stanie wzbudzić w sobie refleksję na widok obrazu, który niesie treść. Zawartość Instagramu (w przeciwieństwie do Deviantartu) to obrazkowy ekwiwalent obsikiwania zwiedzanego przez siebie terenu.
   Kiedyś filmy podobniejszy były teatralnym inscenizacjom. Teraz klient/widz/usługobiorca wymagają ciągu szybkich scen, wartkiej akcji i niskiej komplikacji fabuły. Idzie o to, by było szybciej. Widać to w tempie montażu. Jest parametr, który określa liczbę przejść między ujęciami, tzw. cięć. To liczba jolt per minute w skrócie jpm. W jpm-ach wyraża sięszybkość montażu danego utworu, ale też szybkość "przeskoków" np. programu telewizyjnego. Derrick de Kerckhove, jeden z godnych następców McLuhana zauważył już około 1990 roku, że telewizja zwiększyła tempo kilkukrotnie od czasu swego powstania, właśnie mierząc proces ten w jpm-ach.
   Siłą rzeczy nie ma czasu na podsumowania po lekturze utworu, bo już się rozpoczyna przyswajanie następnego. Chyba, że podsumowanie zastępuje utwór. Media przypominają ruchome schody - nie musimy wykonywać żadnego ruchu, one nas niosą czy chcemy, czy nie. Refleksja stała się krokiem wstecz, na który nie ma miejsca na ruchomych schodach. Kina straciły swój charakter. Ryty kinowe: umówione wyjścia, dopasowywanie terminarza do repertuaru, zakup biletów, walka o lepsze miejsca, skupienie przed seansem, gasnące światła, skupione, nieprzerywane oglądanie, komentowanie filmu towarzyszące powrotowi do domu... Teraz filmy są na DVD. Ogląda się je w domu. Film jest dodatkiem do czipsów. Skończyłeś oglądać? Bierz następną paczkę. I tak nie obejrzysz wszystkich, które ci oferujemy. Obejrzyj jak najwięcej. Komu potrzebna jest jakaś refleksja?!
   Nam wszystkim, od razu podpowiem.
   Refleksja jest procesem porządkowania intelektualnego, która (według niektórych naukowców) prowadzi do zmian nawet na poziomie biologicznym, gdy mózg "przemodelowuje" swoją strukturę. neurony wytwarzają nowe połączenia, istniejące są wzmacniane. Stajemy się inteligentniejsi, tak jak mięśnie po treningu fizycznym stają się silniejsze.
   Nie postuluję tego, by wszystkie filmy skłaniały do głębokich przemyśleń. Broń Boże! Większość pełnić musi funkcję czysto rozrywkową. Ale pierwsza część serii "Matrix", pierwsza i trzecia część serii "Alien" (a nawet trochę druga...), czy nawet "stara" trylogia "Gwiezdnych wojen" zapewniają rozrywkę jednocześnie prowokują do zastanowienia. O tych filmach można rozmawiać. A gdy zobaczyłem "Thora"... No cóż. Niezła mitologia sprowadzona via komiks do filmu, w którym zostało z niej trochę bicia w mordę z efektami specjalnymi. Reedukacja Thora na ziemi była opowiedziana na poziomie produkcyjniaka z czasów głębokiego ZSRR. Taką manierę to już Piwowski i Kondratiuk wykpiwali dekady temu. A ludzie walą teraz na to do kina pełni ekscytacji.
   Jeśli nie będziemy kultywować sztuki refleksji, może się to skończyć intelektualnym refluksem.

wtorek, 8 stycznia 2013

Pies imieniem Brutus

Czy zwróciliście kiedyś uwagę jak wiele psich imion pochodzi od postaci rzymskiej historii? Pomijam tu kultowego Reksia, który pochodzi od funkcji rex, czyli króla. Zresztą Reksów teraz jakby mniej. Za to na trawnikach co rusz słychać, gdy przywoływany jest Cezar, Nero, czy Brutus. Ponieważ psie imię winno mieć dwie sylaby i w jednej z nich głoskę „r”, rzymskie imiona są jakby najbardziej predestynowane do nadawania ich sympatycznym czworonogom.
    Choć gdybym miał być purystą, to musiałbym stwierdzić, że Cezar nie było imieniem, lecz przydomkiem Gajusza z rodu Juliuszów. I – ciekawostka – Cezar nie był cesarzem, mimo, że to słowo pochodzi od jego imienia i wszystkie poczty cezarów rozpoczynają się od jego postaci. Formalnie był on dożywotnim dyktatorem republiki. Wprawdzie był moment, gdy próbowano koronacji, ale nie został on dobrze odebrany. Cała ta sytuacja była przykładem talentu dyplomatycznego Cezara. Otóż w czasie igrzysk Marek Antoniusz wręczył mu diadem monarszy, w przypadku aplauzu, miał go Cezar przyjąć. Stało się jednak inaczej, gdyż lud rzymski lubił silną władzę, lecz słowa rex nienawidził. Głuche milczenie publiczności zgromadzonej w cyrku oznaczało, że trzeba zrealizować plan B – Cezar zdecydowanie odmówił przyjęcia monarszej (nie)godności i tym samym zjednał sobie sympatię tłumu. Gra była tak ustawiona, że Cezar przegrać jej nie mógł.
    Gorzej było z senatem. Starzy i doświadczeni patrycjusze nawet z umysłami nadwątlonymi demencją byli mniej podatni na manipulację niż cyrkowa publika. Wiedzieli o co toczy się gra: Cezar został czwarty raz pod rząd dyktatorem i to dożywotnim, mimo iż był to tytuł jedynie tymczasowy nadawany na okres wyjątkowego zagrożenia republiki. Teraz dyktator stał się zagrożeniem dla republiki i nie widząc innego wyjścia pewna grupa powzięła zamiar jego fizycznej likwidacji.
    Jak wiemy rzecz miała miejsce w marcowe idy, czyli około połowy marca roku czterdziestego czwartego przed naszą erą. Cezar wkroczył do sali posiedzeń senatu i zasiadł na złoconym krześle. Zamachowcy rzucili się nań zgrają – nie bójmy się tego słowa. Cezar zmarł raniony dwadzieścia trzy razy. Sam też ranił co najmniej jednego z zamachowców. Choć istnieje wersja, że się nie bronił, lecz zasłonił jedynie togą. Stoi to jednak w sprzeczności z temperamentem Juliusza. Podobnie jak w sprzeczności stoją z nim ostatnie słowa Cezara, które przeszły do legendy. Miał je wyrzec widząc swego usynowionego przyjaciela, Marka Brutusa: „I ty Brutusie przeciw mnie?”. I tu zaczyna się nasze zastanowienie.
    Załóżmy, że nie wiemy nic o Cezarze, jego życiorysie i profilu psychologicznym. Mamy człowieka, który dostaje dwadzieścia trzy razy nożem od kilku osób. Czy miałby czas i ochotę formułować takie sentymentalne teksty pasujące do telenoweli, lub chińskiego kina wu xia? Nie bardzo. Dogorywający człowiek w szoku jest w stanie wyksztusić tylko kilka sylab. Zatem „Et tu Brute contra me?” jest trochę przydługawe i możemy je odrzucić. Może zatem inna wersja: „Et tu mi fili?...”, „I ty mój synu?...”. No nie dajmy się zwariować. Gajusz Juliusz dobrze wiedział, że Brutus nie pała doń afektem. Usynowienie tego senatora było ruchem polityczno-prawnym, nie porywem serca. Czasami zastanawiam się, czy Gajusz nie adoptował go po to, by w majestacie rzymskiego prawa przełożyć go przez kolano i zlać mu dupę w ramach „karcenia dzieci”. Ale może to kiepski dowcip. Profesor Tkaczuk twierdzi nawet, że ostatnie słowa brzmiały „Ista quidem vis est!”, „To jest przemoc!”. Lubię pana profesora, ale mnie nie przekonał. Może dlatego, że mam bardziej realistyczne wyobrażenie na temat tego jak wygląda sytuacja, gdy kilka osób chce sprzedać komuś kosę, a ten ktoś bardzo chce żyć.
    Wróćmy do konającego. Wiemy, że broczy krwią, jest w szoku (w sensie fizjologicznym) i widzi Brutusa. Teraz musimy odwołać się do faktów dotyczących osoby Cezara. Ma młodą (w miarę) żonę. Za dwa dni rusza na wschód wiodąc armię na wojnę. Do sali senatu wchodzi zatem człowiek silny, mający dla kogo żyć, wódz armii. Nie złamany życiem starzec, jakby się to niektórym wydawać mogło. Dlatego też wariant mówiący tym, że nie pozostawał dłużny swoim napastnikom i rylcem do pisania zranił pierwszego z nich, pasuje mi bardziej, niż bierne kulenie się pod togą.
   Rzecz kolejna – w jakim języku mógł wypowiedzieć ostatnie słowa? Większość zapytanych wzruszyłaby ramionami i odparła: no pewnie, że po łacinie, wszak to język Rzymian. No niestety nie jest to takie oczywiste. Językiem rozpowszechnionym wśród arystokracji była greka. W dodatku Cezar młodość i sporą część dorosłego życia spędził na wschodzie, gdzie greka była językiem zarówno potocznym, jak urzędowym i dyplomatycznym. Człowiek w takiej sytuacji używa języka takiego, jaki jest dlań instynktowny, najłatwiejszy do użycia. I była to przypuszczalnie właśnie greka. Co zatem powiedział? Gdyby chciał powiedzieć „I ty mój synu?” brzmiałoby to „καὶ σὺ τέκνον[kai sy teknon].
    A skąd w ogóle możemy wiedzieć co powiedział? Od jednego z zamachowców. Tylko oni mogli go usłyszeć, reszta stała daleko zaskoczona, lub darła się w niebogłosy: „Straż!” i „Niech ktoś wezwie lekarza!”. Zabójca zapamiętał słowa, które padły w czasie szamotaniny i przekazał je wszystkim. A jeśli się przesłyszał?
    Greckie słowo „kυων” znaczy „pies”. Cezar do Brutusa mógł powiedzieć „kυνος τέκνον!” [kynos teknon], „psi synu”, czyli w przełożeniu na naszą ekspresyjną mowę „Sukinsynu!...”. I to wydaje mi się najbardziej prawdopodobne, gdyż najlepiej pasuje zarówno do postaci Gajusza Juliusza, jak i do sytuacji, gdy samotny człowiek walczy o życie ze zgrają nożowników. Agresja (w tym słowna) jest bardziej prawdopodobna, niż melodramatyczne analizy zdrady „synowskiej”.
    Wydaje się, że właśnie dzięki przesłyszeniu zapamiętano i zapisano te słowa. Bo nie pasowały do sytuacji. Bo spodziewali się przekleństw i słów gniewu. W historii zasztyletowano setki władców. Większość z nich powiedziała umierając to co i my powiedzielibyśmy w takiej sytuacji, gdyż nóż tak samo boli wielkiego przywódcę i marnego inżyniera. To samo ludzkie ciało odziewa te postacie. To co usłyszał zamachowiec nie pasowało do tego, czego oczekiwał. Gdyby usłyszał to, co Cezar naprawdę powiedział, nie zapisano by tego.
    Paradoks zatem polega na tym, że z dużym prawdopodobieństwem znamy prawdziwe ostatnie słowa Gajusza Juliusza Cezara tylko dlatego, że ktoś je źle usłyszał.
    Odczytywanie dziejów z kart historii wymaga biegłości w sztuce nie-porozumienia.

PS.
Post powstał wyłącznie dzięki inspiracji pewnej znajomej filolog klasycznej, która chętnie podjęłaby pracę w swoim zawodzie. Lub zbliżonym.