sobota, 16 lutego 2013

Masz wybór

Przy okazji pisania o ekranizacji Rembrandta wspomniałem o tzw. „paragrafówkach” jako literaturze nieliniowej. Zbiegiem okoliczności w internetowym magazynie „Esensja” (to nie jest błąd) natknąłem się na wywiad z panem Mikołajem Kołyszko, jednym z animatorów polskiego nurtu literatury interaktywnej (z angielska zwie się jej produkty gamebookami, lecz wdzięczny byłbym, gdyby ktoś ukuł polski, krótki i zgrabny termin na te utwory).
   Zaczynając od początku. Czym są owe gamebooki?
   Najkrócej mówiąc: są to książki podzielone na nieduże rozdziały, których wybór i kolejność lektury zależy od decyzji czytelnika podjętych w czasie aktualnie czytanego rozdziału. Ponieważ nie lubię takich definicyj, gdyż strasznie przypominają mi awerroesowy problem z komedią i tragedią, przytoczę fragment rozdziału 15 gamebooka Beniamina Muszyńskiego pt. „Tło”:

Młodzieniec dostał postrzał w bark, jego towarzyszka jest w znacznie gorszym stanie. Gdy się odwraca, na jej płóciennej sukni widzisz trzy plamy krwi w okolicach lewej łopatki. Nieco bełkotliwie stwierdza:
- Robotnicy za bardzo dali się ponieść atmosferze... Wyszli na ulice... Straż...
Przerywa w pół słowa i pada z łoskotem na podłogę. Wiedziony niejasnym przeczuciem ryglujesz drzwi, dosłownie chwilę przed tym, jak ktoś próbuje je otworzyć. Z zewnątrz dobiega Cię władczy okrzyk:
- Straż miejska, otwierać! W tym domu schronili się wywrotowcy! Otwierać, bo
wyważymy drzwi!
Przerażony spoglądasz to na nieprzytomną kobietę, to na drżącego spazmatycznie siostrzeńca. Dla niego jest jeszcze ratunek, chociaż nie wiesz, czy zapewnić go może straż, jeśli ją wpuścisz (64), czy raczej któryś z technokratycznych popleczników (8) młodego mówcy. Przy akompaniamencie wściekłego łomotania kolbami w drzwi podejmujesz decyzję.
B. Muszyński „Tło”

   Co się rzuca w oczy: narracja i alternatywa.
   Narracja jest drugoosobowa. Nie wiem, czy jest to obligatoryjne w grach książkowych, zbyt mało miałem z nimi do czynienia, lecz jest to najczęściej spotykane. Och, narracja drugoosobowa, też mi coś, Stevenson w XIX wieku już takie zabiegi uskuteczniał, a przecież jeszcze Calvino... – słyszę gdzieś po kątach. Możliwe. Nie twierdzę, że to nowatorstwo. Ale narracji drugoosobowa pozostaje tak egzotyczną, że nie naucza się o niej w szkołach (wywołując wrażenie, że nie istnieje), a przede wszystkim nie ma ona dziwić czytelnika, lecz go zaabsorbować. Narracja drugoosobowa w czasie teraźniejszym jest najbardziej bezpośrednim sposobem absorbowania uwagi odbiorcy (poza wykonaniem striptizu). Na przeciwnym biegunie znajduje się bezosobowa i bezczasowa narracja raportów i analiz, która skutecznie konkuruje z barbituranami o prymat w leczeniu bezsenności. Te koszmarne zdania budowane w stylu: „w ubiegłym roku zanotowano pięcioprocentowy wzrost partycypujących w przedmiotowym przedsięwzięciu podmiotów, co jak zaobserwowano przekłada się na całkowity obraz analizowanego zjawiska w kontekście postrzegania jego globalnych celów”, są nic nie wnoszącym bełkotem, z którego pozyskanie jakiejkolwiek informacji wymaga wysiłku podobnego do analizy tekstów Kanta i Derridy. W gamebookach jest prosto - „idziesz”, „widzisz”, „domyślasz się”. Trudno bardziej bezpośrednio wpływać na tok myślenia i uwagi czytelnika.
   Czy cierpi na tym styl? Niekoniecznie. Choć prawdę mówiąc nie napisał jeszcze gamebooka chyba nikt na poziomie Joyce'a, czy Gide'a, to jednak sama forma narracyjna nie jest w stanie przekreślić możliwości stylistycznych. Jest trudniej, gdyż nie ma wzorców. większość dzieł literackich napisana jest w pierwszej lub trzeciej osobie liczby pojedynczej i czasie teraźniejszym
    Po drugie alternatywa. Widać to w przytoczonym fragmencie. Pojawiające się pod koniec liczby w nawiasach wskazują na rozdziały, które należy przeczytać jako następne w zależności od wybranej reakcji. Jeśli czytelnik otworzy drzwi – do 64. Jeśli konsekwentnie będzie stawiał opór – do 8. Widać w tym miejscu, że kolejne (fabularnie) rozdziały nawet ze sobą nie sąsiadują, a o chronologii nie może być mowy. „To już było u Cortazara”, ktoś powie. Nie potwierdzę. Nie miałem w rękach "62 Modelu do składania”. Natomiast „Gra w klasy” tylko pozornie przypomina grę książkową. Tak naprawdę fabuła jest liniowa. W wersji drugiej jedynie wstawione fragmenty wpływają na interpretację tekstu.
Czy zatem czytelnik staje ramię w ramię z autorem, by tworzyć opowieść. Zdecydowanie nie. Czytelnik układa tylko fabułę tak, jak mu umożliwił autor z elementów, które autor napisał. Genialny czytelnik nie ułoży dobrej opowieści, jeśli autor był grafomanem i nieukiem pozbawionym wyobraźni.
    Tak naprawdę literatura interaktywna kładzie jeszcze większy nacisk na pracę autora, niż zwykła, literatura liniowa. Autor nie tylko musi napisać tak naprawdę kilka opowieści o w miarę równym poziomie, lecz w dodatku umiejętnie je podzielić i przepleść. Trudno jest napisać dobrego gamebooka. Oczywiście może trafić się gniot literacki rangi „Wojownika autostrady” (pamiętam, ile emocji przynosiła mi rozgrywka, gdy jeszcze byłem nastolatkiem), czy labiryntówka „Dreszcz”, lecz to już efekt występowania na rynku gier. Tzw. grywalność przeważa i marginalizuje wartość literacką. Lecz sam fakt istnienia na tym rynku przecież nie wyklucza zaistnienia dobrego tekstu. Ba, rzekłbym nawet, że z przyczyn zarówno technicznych, jak i historycznych - gamebooki to naturalna przyszłość literatury. Odchodzimy mediów biernie przyswajanych, jak kino, radio i telewizja, na rzecz interaktywnych - Web 2.0, portale społecznościowe, gry komputerowe. Powieści albo staną się interaktywne, albo trafią do małej niszy niczym malarstwo pejzażowe, którym nikt już masowo salonów nie ozdabia.
   Dodatkowym atutem gamebooka, jest fakt, że mogą po niego wielokrotnie sięgać osoby, które nie kupują książek, gdyż czytają je tylko raz. Po co mam czytać dwa razy to samo?”, pytają. W gamebooku nie muszą. Zamiast prostej, usypiającej szosy przemierzanej na fotelu pasażera mają labirynt ścieżek. I sami decydują, w którą skręcą.
    Idealnym nośnikiem dla tego typu utworów jest wszelkiego rodzaju hipertekst: HTML w naturalny sposób i PDF od czasu, gdy wprowadzono doń mechanizm odnośników. Nie wypowiem się na temat formatów e-booków „czytnikowych” (np. MOBI), gdyż ich jeszcze nie poznałem. Wersja papierowa gamebooka obarczona jest koniecznością szeleszczenia papierem po każdym, nawet niewielkim rozdziale. Swoją drogą, u Cortazara to mnie też strasznie irytowało.
    „Ale czy to jest w ogóle literatura?” ktoś się żachnie. Tak. I tu pozwolę zacytować sobie fragment wspomnianego wywiadu:

Tak jak pingwin jest ptakiem (choć nie lata), a buddyzm religią (choć nie porusza kwestii istnienia boga) – tak wszystkie gamebooki są literaturą, niektóre świetną, niektóre gorszą. Z czym tu się nie zgadzać? (...) Swojego czasu wielu krzyczało, że „jazz to nie muzyka”, „rock’n’roll to nie muzyka”, „barok to nie sztuka”, „Lovecraft to nie literatura” etc. etc. etc. „Swoje zdanie” można mieć, ale nie zmienia to faktów. Innymi słowy: choć nie umie latać, pływa w wodzie jak ryba, a kolorystycznie przypomina podobno zakonnicę – pingwin jest ptakiem.
Mikołaj Kołyszko

PS.
   Dziś mija dwudziesta pierwsza rocznica śmierci Angeli Carter, pisarki, którą mogę postawić obok Borgesa, Cortazara, Marqueza i Dukaja. Która znane schematy fabularne dzięki wręcz alchemicznym zdolnościom przekształcała w świeże, nowe historie skłaniające do poważnych refleksji. Mam nadzieję kiedyś jeszcze o niej opowiedzieć.

niedziela, 10 lutego 2013

Szukając igły w stajni Augiasza

Jestem wielbicielem książek w ich tradycyjnej, papierowej formie. Wiedzą o tym niemal wszyscy moi znajomi i cała rodzina. Ale bycie bibliofilem nie oznacza dla mnie bycia wrogiem elektronicznej formy literatury. Nie, nie uważam, że internet zabije książki. Media elektroniczne (w tym internet jako rdzeniowa sieć komunikacji, na pewno zmienią postać czytelnictwa i widać to już dziś, gdy wypowiedzi w dialogach przycinane są do stu sześćdziesięciu znaków standardowego esemesa, a w natłoku informacji ludzi męczą nawet artykuły tabloidowe dłuższe od jednej szpalty (nie kolumny! kolumna w gazecie to cała strona).
    Wracając do książek. Książkę papierową uważam za niedoścignioną wciąż formę przekazu literatury. Nie wymaga zasilania, jak czytnik e-booków, czy odtwarzacz audiobooków. Można założyć w niej tyle zakładek, co kart (czego żaden czytnik chyba jeszcze nie potrafi). A wrażenie, gdy w zimową no włączę małe światło i legnę na łóżku, by z muzyką w słuchawkach i kawą na stoliku delektować się kolejnymi akapitami jest bezcenne. Ale jako praktykujący inżynier znam co najmniej jeden powód, dla którego elektroniczne książki (e-booki i dokumenty w formacie PDF) są lepsze od papierowych. Wyszukiwanie.
   Mam na dysku w pracy dokumentację do jednego typu ruterów (takie urządzenia do sieci komputerowych – mówiąc bardzo upraszczająco), która liczy sobie, bagatela, przeszło tysiąc stron. I to bliżej dwóch tysięcy. Gdy czegoś szukam, wpisuję słowo kluczowe i program znajduje wszystkie wystąpienia we wszystkich dokumentach. A contrario mam przeszło tysiąc stron dokumentacji papierowej do innych urządzeń i jedynie dzięki notatkom z kursu, traktowanym jako swoisty indeks, mogę coś w tym stosie książek znaleźć. Gdy szukamy konkretnej informacji, jest to poważny problem. Dlatego w systemie dokumentów jakim jest WWW, już od samego początku powstawały wyszukiwarki, które pozwalały znaleźć właściwe dokumenty na wielu, połączonych internetem serwerach.
    Osobiście „wychowałem się” na wyszukiwarce AltaVista. Dziś, żeby ją odnaleźć, potrzebowałem innej wyszukiwarki: Google, którego powstania nikt w tamtym czasie nie podejrzewał (połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku). Wiedzy szukało się po rozproszonych serwisach i nic nie zwiastowało nadejścia instytucji takiej jak Wikipedia, która systematyzuje informacje na każdy niemal temat, który zawierał się w tradycyjnych encyklopediach i który zdecydowanie poza nie wykracza. Dodatkowo plusem Wikipedii jest jej aktualność. Gdy chcemy dowiedzieć się, jak poszło naszemu ulubionemu zawodnikowi w zeszłotygodniowym turnieju, wystarczy, że sprawdzimy artykuł o nim na Wikipedii. Lub profil na pewnym znanym portalu społecznościowym. Ale to zjawisko pomińmy. Wróćmy do wyszukiwania przy użyciu Google, które stało się tak popularne, że w różnych językach pojawiły się czasowniki oznaczające szukać przy użyciu wyszukiwarki google.com, to na przykład polskie guglowanie, czy angielskie to google.
    Ale czy guglowanie przynosi nam te informacje, których oczekujemy? Wyszukując hasło „wankomycyna” otrzymałem piętnaście tysięcy wyników. No dobrze. Jest to popularny w medycynie (nie w aptekach) antybiotyk. Ale wpisując pierwszy wers poematu „Jabberwocky” w tłumaczeniu S. Barańczaka, który brzmi: „brzdęśniało już ślimonne prztowie wyrło i warło się w gulbieży” otrzymałem przeszło siedemdziesiąt tysięcy wyników. I co wy na to moi mili?
    Pierwsza wątpliwość – czy w ogóle dostaniemy w wynikach to, czego szukać będziemy? I druga – jeśli tak, to na której pozycji? Zilustruję to szybko: proszę wyguglować niniejszy blog wpisując jako słowo kluczowe jego tytuł, „Marginalia”. Przy czterech milionach wyników nawet mnie się nie chciało szukać. To może wpiszmy „Marginalia blog”? Osiemset pięćdziesiąt tysięcy wyników – jest już lepiej. Już na drugiej stronie widzimy odnośnik do bloga pisanego po arabsku. Niniejszy blog nie załapał się nawet na pierwszą dziesiątkę stron. Dopiero gdy włączymy przeszukiwanie tylko w języku polskim, znajdziemy go dość szybko.
   Ostatnio potrzebowałem belki kominkowej, ale nietypowej, wykonanej na wymiar. Okazało się, że jest to bardzo nietypowe zamówienie. Dziesiątki wykonawców produkują standardowe rozmiary i już. Wyguglałem wizytówkę pewnej firmy, która wykonuje je na zamówiony wymiar. Wizytówka była na portalu stanowiącym indeks informacji teleadresowych, więc znałem tylko nazwę, adres i numer telefonu. Zadzwoniłem. Opowiadam jakiejś pani przez telefon, jaką to tę belkę chcę. Motam się i moje tłumaczenia niebezpiecznie dryfują ku skeczowi Kabaretu Moralnego Niepokoju o zamawianiu drzwi. I gdy już myślałem, że zniecierpliwiona pani mruknie coś w rodzaju (cytat ze skeczu) „w rzeźni wszystko było prostsze: świnia – prąd – bzzz – i po sprawie”, ona pyta mnie, czy nie zechciałbym opisać belki według formularza, który mają na swojej stronie WWW. Zatkało mnie. Powiedziałem, że nie wiem o ich stronie, bo ledwo znalazłem w ogóle jakąkolwiek informację o ich firmie. Westchnęła i stwierdziła, że „są w Google na szóstej stronie, ale pracują nad pozycjonowaniem”. I podyktowała mi adres. No dobrze. Ja nie doszedłem nawet do szóstej strony. A do której dochodzi statystyczna większość ludzi? Ogrom informacji, którą zawiera internet, powoduje, że tak naprawdę nie mamy dostępu do żadnej informacji. Paradoks?
    Teraz zacznie się horror. Skoro wszystko jest w internecie, to po co wbijać dzieciom wiedzę w szkole. Będą czegoś potrzebowały, „to se wygulają” (błąd celowy). Ale ponieważ coraz trudniej jest coś znaleźć, nawet mając do dyspozycji tak potężne narzędzia, jak obecne wyszukiwarki, więc per saldo młody człowiek nie wie nic. I w dodatku nie chce mu się szukać. Tkwi w morzu informacji jak ta stułbia i pochłania tylko te śmieci, które do otworu gębowego same mu wlezą. Czy to ignorancja wtórna, czy już pierwotna?
    Wczoraj usłyszałem w radiu wiadomość o trzęsieniu ziemi w Kolumbii o sile siedmiu stopni w skali Richtera. Czy to jest silne trzęsienie? Dosyć, zważywszy, że skala Richtera kończy się na dziewięciu. Mądrale półdoinformowane oczywiście zaczną w tym momencie opowiadać, że skala ta jest logarytmiczna i nie można tego tak porównywać jak siedem do dziewięciu. No nie, jest gorzej. Siódmy stopień jest tysiąc razy silniejszy od piątego. Aby to zobrazować, dziennikarz układający treść opisał zjawisko tak: „wstrząsy dało się odczuć w Ekwadorze, mimo że epicentrum znajdowało się sto trzydzieści kilometrów pod ziemią”. Prawie usiadłem z wrażenia.
    Nie wierzę, że jakiekolwiek centrum naukowe podało taką informację. Oni na pewno napisali poprawne pojęcie. Ale przypuszczam, że jakiś niekompetentny nieuk zatrudniony na stanowisku redaktora postanowił „poprawić” słowo, na takie, które znał. I mimo że miał dostęp do internetu, do Google i do Wikipedii, stwierdził, że hipocentrum „nie jest prawdziwym słowem” i zmienił je na takie, które kiedyś słyszał.
    Za czasów, gdy uczono greki szkołach, nie byłoby takiego problemu. Wiadomo byłoby, że przedrostek epi- oznacza coś związanego z powierzchnią, a hipo- - coś będącego pod spodem. I słuchacze zaśmialiby się z Pana Redaktora, nawet gdyby nie pamiętali, że terminy „epicentrum” i „hipocentrum” nauczane były na geografii szkole podstawowej (a stamtąd ja to jeszcze pamiętam). A tak, Pan Redaktor nasącza społeczeństwo złym rozumieniem ścisłych pojęć, gdyż nie chciało mu się wykonać takiej operacji:

 Pierwszy znaleziony wynik, to krótki artykulik na Wikipedii:

Epicentrum – miejsce na powierzchni skorupy ziemskiej położone w najbliższej odległości (prostopadle) nad ogniskiem trzęsienia ziemi (hipocentrum). Obszar położony wokół epicentrum, zwany obszarem epicentralnym jest miejscem największych zniszczeń.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Epicentrum

I wszystko byłoby proste. A tak Pan Redaktor wytworzył swoją wersję „nocy mankietów”, o której jeszcze może będę miał okazję napisać. Co gorsza, nikomu do głowy nie przyjdzie weryfikować informację, tylko będą twierdzili, że epicentrum może znajdować się pod ziemią, bo „tak mówili w radiu”. No cóż. Swego czasu Orson Welles przy użyciu radia przekonał mieszkańców New Jersey, że stali się obiektem ataku kosmitów.

Zanurzeni w morzu wiedzy nie jesteśmy w stanie jej właściwie wykorzystać. Zamiast w niej utonąć – umieramy z odwodnienia, gdyż nie jesteśmy w stanie znaleźć tego, czego potrzebujemy. Szukanie konkretnej informacji nie przypomina nawet szukania igły w stogu siana. To zbyt proste porównanie. Wyszukiwanie informacji budzi naszą niechęć. Dlatego bardziej przypominamy człowieka szukającego igły w kupie gnoju – po pierwszym powąchaniu stwierdzamy, że damy sobie radę bez niej.

piątek, 1 lutego 2013

Rembrandt od kuchni


Czy można sfilmować Rembrandta?
   Zasadniczo brzmi to niedorzecznie. Film jest medium liniowym. Podobnie jak literatura i muzyka. O ile literatura potrafi złamać liniowość (tzw. gry paragrafowe), to muzyka i film jako ex definitio związane z czasem lektury, są skazane na rozmaite tricki. Film "Memento" jest tu jednym z lepszych przykładów.
   Lektura obrazu, z kolei jest uniezależniona od czasu. W przypadku obrazu trzeba stosować z kolei tricki, by ukierunkować uwagę widza, tak, by czytał elementy obrazu w określonej kolejności.
   Redagując ostatniego posta obejrzałem (dzięki otrzymanemu w pakiecie z HBO kanałowi Cinemax) film Greenawaya pt. "Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek".
   Nie bez kozery Greenaway nazywany jest "malarzem kina". Każdy kadr jest przemyślany niczym kompozycja obrazu. Czasem szokująca, czasem piękną, czasem poruszająca, innym razem obsceniczna, ale zawsze - przemyślana. Pierwszym, co rzuca się w oczy widza, to przesadne (wydawać by się mogło) akcentowanie pomieszczeń światłem i kolorem scenografii. I tak: sala restauracji jest czerwona, kuchnia - nieapetycznie zielona, korytarz - do bólu szkarłatny, skład książek to brudne, ziemiste brązy kojarzące się ze starymi, skórzanymi oprawami, zaś ubikacja jest aseptycznie biała. Ciekawostkę stanowi to, że postacie przechodząc między pomieszczeniami również zmieniają barwę ubrania. Nie, nie tylko pod wpływem światła. Krwistoczerwona suknia Georginii nie byłaby w mdłym zielonym świetle zielona, ale czarna. A tymczasem jest soczyście zielona. Greenaway wie doskonale jak posłużyć się kolorem. Jest mistrzem światła i koloru niczym.... holenderski malarz?
   Nie da się ukryć, że nawiązania malarskie dominują. Zwłoki kochanka po śmierci ułożone są przed kamerą na podobieństwo "Lekcji anatomii doktora Deymana". Pracownicy kuchni wyglądają, jakby zeszli z płócien Holendrów (z resztą nazwa restauracji brzmi "Le Hollandais"), mięso gnijące w samochodzie to "Rozpłatany wół", a ze ściany restauracji spogląda na nas bankiet Bractwa Strzelców św. Jerzego pędzla F. Halsa, do których upodobniona zostaje szajka właściciela restauracji. On sam ucharakteryzowany zostaje nieco jak doktor Nicolaes Tulp.
    Nota bene obraz Halsa, najbardziej charakterystyczny element scenografii, stanowi wyłom w konsekwentnie rembrandtowskim filmie. Ale z kolei kobieta w czerwieni w "Zet i dwa zera" ucharakteryzowana na Saskię w czerwonym kapeluszu stanowi rembrandtowski wyjątek w vermeerowskim filmie. Śmiać mi się chce, gdy widzę jak wygląda ostatnie zdanie, ale nie potrafię inaczej a krótko tego określić. Kto widział filmy - zrozumie.
   Ciekawym, jak widzowie odbierali ostatnią, wstrząsającą scenę. Dla zwykłego odbiorcy była przypuszczalnie odrażająca. Dla bigota - kpiną z Eucharystii (zresztą błędna to interpretacja, o tyle, że nawiązanie do największego sakramentu nie jest tu kpiną ani nie wyczerpuje złożoności alegorii). Dla historyka sztuki - przewrotną trawestacją "Lekcji anatomii doktora Tulpa" pędzla Rembrandta (stąd też złodziej w tytule filmu, którego explicite nie ma w fabule). Natomiast czytelnik Shakespeare'a ujrzy tam przede wszystkim.... "Tytusa Andronikusa". Choć można się spierać na ile motyw kanibalizmu jest powszechny w kulturach i jak sobie on z nim radzą (piętnują, akceptują, demonizują), to połączenie kanibalizmu i zemsta musi przywodzić na myśl dramat Stratfordczyka, zwłaszcza, gdy występuje on w kontekście wcześniejszych okaleczeń - Lavinia z filmu Julie Taymor nawiedza mnie jeszcze w koszmarach.
   Udała mi się znów uczta alegorii, metafor i nawiązań. Ale nie mam złudzeń: odczytałem może jedną trzecią znaczeń, które reżyser w tym filmie umieścił. To dobrze. Mam motywację, by poznawać sztukę dalej, a gdy znów siądę przed ekranem, by zobaczyć "Kucharza..." będę mógł cieszyć sie odkrywaniem nowych znaczeń.