sobota, 30 marca 2013

Motyl na Golgocie

Czy zastanawialiście się, jak wyglądałby nasz świat, gdyby nie zdarzenia, które miały miejsce około Paschy roku 33 n.e.?
    Jest taka teoria, że trzepot motylich skrzydeł w amazońskiej puszczy może być przyczyną tajfunu po drugiej stronie globu. Lubię tę alegorię. Pozwala spojrzeć na historię jak na burzę, w której zbierają się chmury, upał staje się nieznośny, aż wreszcie jeden mały ruch powietrza wywołuje uderzenie szkwału i pierwsze pioruny uderzają w ziemię.
    Ile oczu skierowanych było na Golgotę tamtego dnia? W skali Jerozolimy – sporo, wszak ukrzyżowano „celebrytę”, witanego tydzień wcześniej owacjami. W skali Judei – niedużo. Brak było wtedy mediów masowego rażenia. A w skali państwa rzymskiego? Kolejna egzekucja Piłata, znanego z okrucieństwa i bezwzględności prokuratora, którego Tyberiusz z niejakim upodobaniem trzymał w Palestynie. Śmierć i zmartwychwstanie kaznodziei imieniem Jeszua było zaledwie trzepotem motylich skrzydeł.
    A dziś?
    Śmiem twierdzić, że nie mamy szans na wyobrażenie sobie jak wyglądałaby obecnie Europa, gdyby nie omawiane wydarzenie.
    Spójrzcie jedynie na kulturę: nie byłoby Dantego i Miltona. Nikt nie wzniósłby katedr, a żaden Buonarroti (na pewno nie Michał Anioł) nie wyrzeźbiłby Piety. Nikogo nie interesowałby motyw dwojga nagich ludzi stojących pod drzewem, na którym – wbrew biologicznej logice – wąż stara się zainteresować ich zjedzeniem owocu. Wszak judaizm z jego legendami o chodzeniu na piechotę przez Morze Czerwone byłby tylko egzotyczną, plemienną religią, niczym wierzenia Ewenków, czy Eskimosów dla nas. Nie napisałby Shelley „Prometeusza wyzwolonego” ani nie wyrzuciliby go z Oxfordu za „Konieczność ateizmu”. Jeśli istniałby jakiś Oxford...
    Siłą rzeczy pozbawieni bylibyśmy „Mistrza i Małgorzaty” tak samo, jak i jego inspiracji, czyli „Fausta”.
    Nawet „Matrix” nie mógłby mieć swojej formy, gdyż momentem przełomowym jest powrót Neo do życia po śmierci z ręki agenta Smitha. I proszę mi tu nie imputować nic o Królewnie Śnieżce! O, ktoś wspomniał Gandalfa, któremu też się przytrafiła taka przygoda ze śmiercią. Słusznie – wszak cały „Władca Pierścieni” to trawestacja opowieści ewangelicznej rozbitej na partie – Gandalf pokonuje śmierć, a Frodo przemierza drogę krzyżową, podczas gdy Aragorn stanowi przełożenie Dawida.
   Standhal nie napisałby „Czerwone i czarne”, a Umberto Eco miałby problem z umiejscowieniem akcji „Imienia róży”. Pierwsze strony „Ulissesa” musiałyby brzmieć inaczej. Podobnie byłoby z „Moby Dickiem” Melville'a.
   Haendel nie napisałby „Mejsasza”, a Bach nie miałby pracy jako „kantor u świętego Tomasza”. Vivaldi pewnie pasałby kozy, zamiast być księdzem, a święcącej ostatnio triumfy LUXTORPEDY po prostu by nie było.

Marginalne (z ówczesnego punku widzenia) zdarzenie: śmierć żydowskiego proroka, jednej z kilkuset ofiar Piłata, oraz jego powstanie z martwych, uformowało zachodnią kulturę. Na Golgocie zatrzepotał motyl...

wtorek, 19 marca 2013

Ostrze i honor



Niegodziwiec, którym się obecnie zajmiemy – nietaktowny mistrz ceremonii Kōtsuke no Suke – to ów nieszczęsny funkcjonariusz, który spowodował poniżenie i śmierć księcia z Wieży Akō i nie chciał umrzeć, jak przystoi samurajowi, gdy przyszła chwila należnej zemsty. To człowiek, któremu wszyscy ludzie winni są wdzięczność, pobudził bowiem do życia bezcenne uczucia lojalności i był mroczną, choć nieodzowną przyczyną nieśmiertelnego przedsięwzięcia. Około stu powieści, monografii, prac doktorskich i oper upamiętniło ów czyn nie mówiąc już o niezliczonych wizerunkach na porcelanie, na żyłkowanym lapis-lazuli i na lace.
J. L. Borges „Nietaktowny mistrz ceremonii Kōtsuke no Suke”

Tym długim cytatem z „Powszechnej historii nikczemności” Borgesa chcę zacząć zastanowienie nad problemem honorowej śmierci. A właściwie jej małego wycinka, jakim jest problem europejskiego spojrzenia na seppuku (lub harakiri).
    Część z Was po powyższym cytacie już się zorientowała, że kanwą naszych rozważań będzie „Chūshingura”, zwana u nas „historią czterdziestu siedmiu roninów”. Tym, którzy jeszcze owej historii nie znają spróbuję ją przedstawić w kilku słowach.
    Po okresie krwawych wojen, które unaoczniły pozycję Cesarza Japonii jako figury li tylko reprezentacyjnej, pozbawionej prawdziwej władzy, rządy objął wszechwładny szogun Tokugawa. Nie w ciemię bity „subwładca” wprowadza szereg przepisów, które mają zapobiec ponownemu stoczeniu się Japonii w otchłań wojny domowej. Zasady dotyczące noszenia broni, posiadania armii, egzystowania klanów ninja, i wiele innych reform, które w naszej ocenie widzów z ostatniego rzędu wygasiły romantyczny obraz Japonii, przyczyniły się do ustabilizowania kraju.
    Mimo iż Tokugawa zaprowadził „nowy porządek”, społeczeństwo to nadal było silnie konserwatywne. Jednym z symptomów tego był silny nacisk na ceremoniał. Ale myliłby się ten, kto myślałby, że połączenie pojęć „konserwatyzm” i „ceremoniał” oznacza skodyfikowanie odwiecznych zasad. Otóż na pewno nie w Japonii. Przykładem niech będzie wizyta Asano, pana Wieży Akō w Edo, stolicy szoguna. O ile faktem jest, że ceremoniał określał precyzyjnie ilość i rodzaj wstążek, którymi miała być przyozdobiona sala audiencji, oraz kolor szat, które należało nałożyć, to za każdym razem ten precyzyjny ceremoniał układany był od nowa. Zdaje się nam to być paradoksem, ale tak to funkcjonowało, dając świetne źródło utrzymania ludziom takim jak Kira Kōtsuke no Suke. Tenże człowiek miał pomóc Asano, wasalowi szoguna, przebrnąć przez zawiłości savoir-vivre'u i w tym celu udał się do Akō, by udzielić konkretnych instrukcji. Jak się to odbyło, nie wiadomo. Specjaliści zajmujący się tematem Chūshingury, twierdzą, iż w oficjalnych dokumentach nie ma żadnej wskazówki mogącej określić przyczynę nadchodzącej katastrofy. I może dlatego stało się to polem szerokiego spektrum domysłów. Legendy opowiadają różne wersje, w tym umizgi mistrza ceremonii do żony Asano, zaś Borges przytacza wariant z poniżeniem księcia z Akō poprzez nakazanie mu wiązania sobie sandałów (to tak, jakby Kołłątaj powiedział księciu Lubomirskiemu, żeby mu zapiął klamerkę u trzewika – zgroza etykietalna). Jak było - nie wiadomo. Dość, że Asano w pewnym momencie chwycił miecz i ciął Kirę. Asano ujęto niezwłocznie, Kira przeżył. W czasie procesu żaden z nich nie pisnął słowem o tym, co było przyczyną. Asano przyznać się nie chciał (stąd mroczne spekulacje), Kira twierdził, że nic Asano nie zrobił, by sobie na to zasłużyć. Sąd skazał Asano na popełnienie seppuku.
    Problemem po śmierci takiego pana (jap. daimyō) jak Asano byli jego ludzie. Z samurajów, stawali się roninami – bezpańskimi bojcami, którzy pozbawieni zostali sensu egzystencji społecznej, a nierzadko i źródła utrzymania. Dokładnie rzecz ujmując problemem była utrata honoru rodu. Można było ją zatrzeć poprzez zatwierdzenie przez szoguna nowej głowy rodu, jednakże procedura ta trwała już ponad rok. W „starym porządku”, sprzed rządów Tokugawy, popełniliby junshi (seppuku po śmierci daimyō) i wszystko byłoby na miejscu. Ale Tokugawa zabronił tego zwyczaju. Uwięzieni na tym świecie desperacko szukali drogi wyjścia. I znaleźli – skazanie na seppuku po dokonaniu zemsty.
    Przez następny rok czterdziestu siedmiu spośród około trzystu jego dawnych samurajów układało, ćwiczyło i doskonaliło plan zemsty, jednocześnie skutecznie kamuflując się jako hazardziści, rozpustnicy i alkoholicy, by zmylić czujność Kiry. I konfidentów szoguna. Kamuflaż był tak udany, że gdy przywódca spisku, Kuranosuke, leżał przed wejściem do herbaciarni, pijany do nieprzytomności w kałuży własnych wymiocin, jakiś przechodzący tam samuraj, rozpoznawszy pijaka, zelżył go i opluł za doprowadzenie się do takiego stanu.
    Rok przygotowań nie minął bez niespodzianek. Ilość i natężenie przypadków, które miały wtedy miejsce, przemnożona przez wyobraźnię japońskich dramaturgów daje w Chūshingurze efekt skrzyżowania wenezuelskiej telenoweli z serią filmów „Szklana pułapka”. Do podstawowej historii inkorporowano w charakterze wątków pobocznych fragmenty innych legend i utworów, tworząc malowniczy gąszcz wydarzeń i charakterów, w którym aktorzy muszą stać się przewodnikami, a od ich kunsztu zależy, czy widz będzie zachwycony bogactwem fabuły, czy znudzony nadmiarem i nieczytelnością wydarzeń. Ale zaszliśmy już na sztukę ze ścieżki historii. Do ad remu!
    Roninowie uderzyli nocą. Pomijając szczegóły godne kamery Frankheimera, po opanowaniu zamku znaleźli Kirę ukrytego w jakimś zakamarku gospodarczym niegodnym pozycji samuraja. Zaproponowano mu popełnienie seppuku, lecz odmówił, odrzucił miecz, skamlał o życie. Nie oszczędzono go. Głowę Kiry zaniesiono na grób Asano, po czym oddano się w ręce władz. Przez kilka tygodni za zamkniętymi drzwiami radzono, co uczynić z roninami. Zachowali się zgodnie ze starymi tradycjami, zrobili wszystko według drogi honoru, ale jednak przekroczyli prawo. Tak naprawdę wiadomo było, że muszą umrzeć. Pozostała tylko kwestia honoru: czy mają zostać skazani na śmierć przez ścięcie ze związanymi rękoma, jak zbrodniarze, czy ma się im udzielić pozwolenia na jego popełnienie (tsumebara). Ta różnica symbolizuje wolność dysponowania własnym życiem – fundament honoru samuraja. Finalnie pozwolono im popełnić tsumebara. A że rzecz szerokim echem obiła się w ówczesnym społeczeństwie, samuraj, który opluł pijanego Kuranosuke, również popełnił seppuku w geście skruchy za odsądzenie od honoru człowieka, który honorem konsekwentnie się kierował.
    Dużo tego słowa „honor”, prawda? Ale trzeba zrozumieć jego znaczenie dla ówczesnej Japonii. W Europie tylko w średniowiecznych eposach jest nań kładziony taki nacisk. Chyba apogeum (w moim odczuciu) zachowań honorowych stanowi ścięcie Krymhildy przez Hildebrandta w „Sadze o Nibelungach”. Krymhilda – królowa, której Hildebrandt był poddanym, zamordowała bezbronnych, związanych jeńców. Hildebrandt nie mógł – jak tłumaczy epos – inaczej postąpić, by wyjść z tej sytuacji z honorem. Płakał, gdy ją zabijał. Chūshingura jest pod tym względem jeszcze bardziej zorientowana na honor. Niehonorowy pozostaje tylko Kira, i to głównie nie przez swoje postępki, lecz przez odmowę popełnienia seppuku.
    Nie mogę potępić Kiry. I zaraz wytłumaczę dlaczego. Medycznym sednem seppuku nie jest rozcięcie powłok brzusznych. Nie to jest przyczyną śmierci samuraja. Rozcięcie powłok brzusznych spowodowałoby trwającą kilka godzin bardzo nieestetyczną agonię. A skoro nieestetyczną, to nieakceptowalną. Gest rozcięcia brzucha miał być tylko wskazaniem, że samuraj nie lęka się nawet najboleśniejszej śmierci. Natomiast po rozcięciu (czy nawet czasem tylko przebiciu brzucha) główną rolę przejmował asystent, który długim mieczem ścinał głowę seppukusha (popełniającemu samobójstwo). To głównie od jakości kaishaku (owej asysty) zależała jakość śmierci seppukusha. Szczególnie boleśnie, bardzo dosłownie boleśnie, przekonał się o tym Mishima, dwudziestowieczny dramaturg, który odszedł w ten sposób. Jego przyjaciel, który mu asystował, w silnym stresie popełnił błąd i zamiast uśmiercić go jednym uderzeniem – dość mocno Mishimę pokieraszował, nim udało mu się go ściąć.
    Skoro asysta jest tak ważna przy seppuku, to jak wygląda sytuacja Kiry? Wyrwany ze snu starzec, któremu do domu wtargnęło kilkadziesiąt krwawych upiorów, by pomścić śmierć swego pana po prawie dwóch latach, spodziewa się z ich strony wszystkiego najgorszego. Kto miałby mu pełnić kaishaku? Jeden z mścicieli? Japońskie poczucie honoru nie jest tym samym, czym jego europejski odpowiednik. Okrucieństwo nie jest w Japonii piętnowane ujmą honoru. Jeśli nawet zaufany asystent może przedłużyć agonię samuraja, to co dopiero wrogo nastawiony ronin, który przez dwadzieścia dwa miesiące, na zimno, z narażeniem życia, planował zemstę, a w wyobraźni dokonywał dziesiątki razy jej aktu. Wystarczyłoby, żeby po prostu zwlekał z kirioroshi (cięciem w kark oddzielającym głowę od tułowia). Wystarczyłoby. Do tego dochodzi strach, adrenalina i dławiąca potrzeba życia. Pamiętacie, jak w „Szeregowcu Ryanie” Niemiec miał wykopać sobie grób, a potem być w nim zastrzelony? Jak w momencie bliskiej śmierci zaczął kopać jak opętany dając znaki, że grób jest jeszcze za płytki? Nie wiemy, co naprawdę zrobił Kira – jego świadkami byli tylko jego zabójcy. A im nie zależało, by podtrzymać pamięć o jego człowieczeństwie – sportretowali go jako umierającego psa, bo ten obraz był elementem aktu zemsty.
    Zwróciliście może uwagę, że wszyscy niemal giną? Jako ciekawostkę podam, że w europejskiej tradycji mamy „Hamleta”, w którym również wszyscy umierają i na końcu zostaje Fortynbras, toczący wzrokiem po zasłanej trupami scenie.
    Jest jednakże fundamentalna różnica między postrzeganiem honorowej śmierci w kulturze europejskiej a japońskiej. W Europie samobójstwo jest piętnowane, co jest wynikiem wpływów chrześcijaństwa – wspomnijmy Judasza, który jest jawną kwintesencją cech negatywnych, gdyż zdradził dla korzyści materialnej i popełnił samobójstwo. Samobójców chowano poza obrębem cmentarzy. Samobójcy mieli w postaci upiorów krążyć po różnorakich obiektach budowlanych targając potępieńcze łańcuchy. Tymczasem w Japonii samobójstwo jest manifestem wolności i odwagi. „Sam wybieram moment śmierci i nikt nigdy nie zarzuci mi strachu przed jej bólem” - to jest niewerbalny manifest seppuku. Dlatego śmierć Chrystusa budzi lekki niesmak u Japończyków i w skrajnych przypadkach próbują sobie tłumaczyć Golgotę inaczej, np. że Chrystus wywołał iluzję swojej śmierci, a tak naprawdę zbiegł by żyć u boku swojej... żony. Oczywiście mieszkał potem w Japonii.
    Kończąc ten przydługi post zreasumuję: twierdzenie, że średniowieczni rycerze i samuraje doby Tokugawy kierowali się honorem, przedkładając go nieraz ponad swoje życie, jest prawdą. Jednakże gdyby ktoś chciał postawić znak równości między zasadami honoru jednego i drugiego, mógłby się zdrowo pomylić.
    A wszystkich, których zainteresował ten temat, zapraszam do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha” w Krakowie, gdzie do 2 kwietnia trwa wystawa drzeworytów ilustrujących tę opowieść. I – aby rozwiać wszystkie ewentualne wątpliwości dotyczące nepotyzmu – tak: moja siostra jest kuratorem tej wystawy i jednym z najlepszych w Polsce specjalistów w zakresie Chūshingury :-)

PS.
   Można orzec, że popełniłem błąd. Ale oświadczam, że z pełną świadomością stosuję jednocześnie imiona postaci historycznych i tytuł adaptacji scenicznej (Chūshingura), w której imiona te zostały zmienione. I tak w sztuce Asano nosi imię Hangan, Kira – Moronao, Kuranosuke – Yuranosuke. Miłej lektury drzeworytów!

sobota, 2 marca 2013

Mroczne widmo recyklingu

Niedawno usłyszałem, że jednym z przełomowych, lecz niedocenionych wynalazków była pralka automatyczna. Pozwoliła ona kobietom przestać tracić czas na żmudne pranie ręcznie oraz czynności poboczne i dzięki temu mogły zająć się czymś innym. Na przykład iść do pracy. Pokazać, że potrafią sobie radzić nie gorzej niż mężczyźni. Zająć się polityką. Nauką.
   Oczywiście, jeśli ktoś myśli, że uważam kobiety za ciemiężony pierwej gatunek, który wegetował za stosami brudnej bielizny, jest w błędzie. Dostrzegam i doceniam to, co wniosły do kultury i nauki kobiety, począwszy od Hypatii, przez Marie de France i madame Marie-Anne Lavoisier do Marii Skłodowskiej-Curie i Hannah Arendt. Czasami wbrew tzw. feministkom, które ukryłyby wszystkie kobiety w historii by głosić odwieczną niewolę i poniżenie niewieściego rodu. Ale wcale nie chciałem mówić o emancypacji kobiet i pralniczym napędzie umożliwiającym osiągnięcie pierwszej prędkości ucieczki z archetypu gosposi.
   Cicha rewolucja wywołana pralkami automatycznymi (podstępna, jak to zauważył już dziadek Lem w jednej z opowieści o Ijonie Tichym) była tylko wskazaniem na pewne zjawisko, które zmienia oblicze naszej kultury w dużym stopniu, lecz niemal nieodczuwalnie dla nas. Czy są też inne takie podskórne wpływy? Śmiem twierdzić, że tak. Masowa produkcja.
   Zauważyliście upadek rzemiosł związanych z naprawianiem? Poza warsztatami samochodowymi i firmami remontowo-budowlanymi, wszystko zanika. Krawcy nie naprawiają ubrań, szewcy – butów, kaletnicy – torebek. Nie opłaca się. Zupełnym meteorem na firmamencie rzemiosł okazały się zakłady naprawy urządzeń elektronicznych. Pojawiły się w drugiej połowie dwudziestego wieku, by zniknąć z jego odejściem. Nie opłaca się naprawiać. Opłaca się kupić nowe.
   Znamy pojęcie recykling. Znamy charakterystyczny znaczek z trzema strzałkami zamkniętymi jak Uroboros świata zachodniej cywilizacji technicznej. Ale co to dla nas znaczy? Jeśli ktoś nie pracuje w branży przetwórstwa odpadów, słowo „recykling” jest synonimem pojęcia „wyrzucone do śmieci”. Rolą konsumenta w tym re-cyklingu jest wyrzucić stare (do mniej lub bardziej kolorowego kontenerka) i kupić nowe. Nic nie naprawiać. I to się nam „rzuca na mózg”.
    Zobaczmy, jak wyglądają nasze relacje. Jak wyglądają nasze związki. Czy, gdy pojawią się trudności, staramy się je naprawić? Czy rezygnujemy z nich, by poznać kogoś nowego, z kim może będzie nam lepiej? Obecnej „mody na rozwody” nie postrzegam tylko jako wynikającej z większej tolerancji społecznej tego zjawiska. Owszem tolerancja występuje, ale jako efekt adaptacji po wystąpieniu zjawiska - jego przyczyna leży gdzie indziej. A przyczyną jest zaprzestanie naprawiania. Przyczyną jest kulturowy zakaz obracania się za siebie.
    Żyjemy w kulturze, która na pytanie „być czy mieć?” niczym mały Calvin ze znanego komiksu daje odpowiedź „otrzymywać i marnować”. Wyrzucamy opakowania jednorazowe i jednorazowe znajomości, raz obejrzane filmy wyrzucamy z pamięci i nie kultywujemy już refleksji, gdyż ma ona coś z naprawiania, wracania do rzeczy, które już były. W tej kulturze naprawianie nie jest trendy. Naprawianie jest perwersją. Zboczeńcy piętnowani są ostracyzmem.
    Cicha rewolucja zgilotynowała tych, którzy parali się naprawą i refleksją.

I see my ancestors spend with careless abandon,
Assuming eternal supply,
Modern man, evelotionary betrayer,
Modern man, ecosystem destroyer,
Modern man, destroy yourself in shame,
Modern man, pathetic example of earth's organic heritage,

Widzę swoich przodków beztrosko marnotrawiących -
Zakładających wiekuiste zaopatrzenie.
Nowoczesny człowiek, ewolucyjny zdrajca,
Nowoczesny człowiek, niszczyciel ekosystemu,
Nowoczesny człowiek, haniebnie samoniszczący,
Nowoczesny człowiek, marny przypadek ziemskiego dorobku organicznego.
 
BAD RELIGION „Modern Man”