niedziela, 28 kwietnia 2013

Cień z Llanddewi Fach

Kazirodztwo? — Armitage wypowiedział to prawie że pełnym głosem. — Wielki Boże, cóż za uproszczenie! Pokazać im Artura Machena „The Great God Pan", a uznają to za powszechny w Dunwich skandal.
H. P. Lovecraft „Koszmar z Dunwich”

    Wielu spośród nas poznawało Lovecrafta w swej młodości i zapewne dla większości pierwsze spotkanie było niezapomniane niczym zderzenie ze ścianą. Bez wampirów, wilkołaków, zombies, bez smoków i upiorów skonwecjonalizowanej powieści grozy nadciągał koszmar spoza czasu, przestrzeni i rozumienia. W aurze starożytnej wiedzy, pełnej niewymawialnych imion i sugerowanej a niepodpowiedzianej grozy odrażających rytuałów starszych od Mateczki-Ziemi, w obręb naszej wyobraźni wdarli się Wielcy Przedwieczni i Zewnętrzni Bogowie, których nikt nigdy nie opisywał. „Geniusz”, tak sobie myśleliśmy, „tylko geniusz mógłby uczynić wszystko tak nowe i tak straszne”.
    Nawet stworzenia i bogowie znani nam z wykastrowanych przez Parandowskiego i Markowską (w mniejszym stopniu) mitów greckich nabierali swoistego, potwornego blasku. Mowa tu zwłaszcza o Hypnosie i Hydrze, czy starszej Bast.
   Wymieniony na wstępie wers nie dawał mi spokoju. W czasie, gdy pierwszy raz czytałem „Koszmar z Dunwich” nie było mowy o internecie i niezazbytnio miałem możność dowiedzenia się kim w ogóle był Artur Machen (czyt. [meiken]). Nieprzetłumaczony tytuł w tekście wskazywał na brak polskojęzycznej wersji, zatem szansa na poznanie aluzji uczynionej przez Samotnika z Providence była bliska zeru.
    Całkiem niedawno przypomniało mi się o Machenie. Tak po prostu. Książki Lovecrafta leżą w pudłach spakowane o przeszło dwadzieścia kilometrów stąd, a mnie przypominają się różne fragmenty. Czy to źle? Nie wiem. Nie każdy chciałby budzić się w myślach powtarzając inwokację „Gorgo, Mormo, Ereszkigal...”. No i przypomniał mi się pewnego poranka właśnie „The Great God Pan”. Pomyślałem, że skoro różne dziwne utwory krążą po necie, to może uda mi się również namierzyć Machena. Udało się. Ale tylko po angielsku. Stwierdziłem zatem, że przetłumaczę go ku pożytkowi wszystkich internautów władających językiem polskim. (To ważne, że władających, gdyż większość internautów polskich jest przez język przezeń uważany za polski władana, niczym pacynki pośledniego sortu). Niestety, język Machena, napuszona, dziewiętnastowieczna angielszczyzna, niewprawnego amatora wpędzić może łacno w chorobę alkoholową. Toteż zostawiłem sobie tłumaczenie na bliżej nieokreślony czas urlopu. Aż pewnego dnia znajduję w bibliotece miejskiej tomik opowiadań A. Machena wydany w 2007 roku przez C&T Toruń pt. „Inne światy”. Pierwsze opowiadanie – jakżeby inaczej - „Wielki bóg Pan”.
    Przeczytałem i przeżyłem szok. Wyobraźcie sobie archeologa, który znajduje dowód na to, że Egipcjanie nic nowego nie wymyślili, lecz wszystko – z piramidami, bóstwami i gospodarką opartą o wylewy rzeczne – skopiowali od Atlantydów. Udoskonalili, lecz sami nie wynaleźli.
    Nieomal wszystko co cenimy u Lovecrafta, Arthur Machen miał wcześniej. Niedopowiedzenia, sugestie, duszną atmosferę, zawieszenie kulminacji, piętrzące się epitety. Ba, nawet te elementy, które uznaliśmy już za wynalezione przez Lovecrafta, jak pewne słowa, czy imiona, są wzięte od Walijczyka. Wytrwali badacze Lovecrafta wiedzieli już wcześniej, że Cień z Providence z wielką atencją wypowiadał się o imci panu Arturze, zaś jego „Wielkiego boga Pana” HPL w swoim „Supernatural horror in literature” wspominał w samych superlatywach.
    I tak w „Wielkim bogu Panie” znajdujemy na koniec obelisk poświęcony Nodensowi, którego nota bene ani Machen, ani HPL nie wymyślili, lecz zaczerpnęli z celtyckich mitów zromanizowanych przez rzymskich osadników. Gdy zerkniemy do „Koszmaru w Dunwich” zwrócić naszą uwagę może pamiętnik Wilbura Whateleya, w którym pisze o Aklo Sabaoth. O ile ten drugi wyraz jest pochodzenia hebrajskiego i już dawno został przeze mnie zidentyfikowany, to pierwszy zwykłem był przypisywać Lovecraftowi. Ale prawda jest taka, że „Aklo” to język, którego nazwę wymyślił Artur Machen dla potrzeb opowiadanie „Biały lud”, z której HPL zaczerpnął cały wątek pamiętnika nastoletniego czarownika. Same „niepokojąco regularne wzgórza Nowej Anglii” są zaledwie kopią usianych niesamowitymi skałami wzgórz Walii.
    Mały Lud, ten mityczny inny świat rasy równoległej do ludzi, w iroceltyckich mitach zwanych Sidhe i mieszkających we wzgórzach, w „Białym Ludzie” i w „Jaśniejącej Piramidzie” został odkurzony z ludycznych elementów, które uczyniły z nich plemiona Hobbitów i naszych swojskich skrzatów sikających do mleka. U Machena znów są groźni, niezrozumiali, obcy. Właściwie nie wiadomo, czemu Annie Trevor w „Jaśniejącej Piramidzie” musiała umrzeć. To element tej obcości.
    Najlepszym opowiadaniem jednak zdecydowanie jest „Wielki bóg Pan”. Można by rzec, że narracja jest beznadziejna, rwana, nie wiadomo kto i o czym mówi, a dopiero w pewnym momencie pod koniec tekstu sytuacja zaczyna się klarować. Moje zdanie jest odmienne. Machen nie pisze wprost. Naświetla sytuację z różnych stron, z różnych punktów widzenia, na długie lata przed „Rashomonem”. Jeśli znamy „Pulp Fiction”, „Memento” i „Dom zły” to schemat odtwarzania historii z rozsypanych niczym puzzle epizodów nie powinien być nam obcy. Jednocześnie korzysta z zasady, którą dziesięciolecia później Alfred Hitchcock opisze: „Na początku powinno być trzęsienie ziemi. A potem napięcie winno narastać”. I nie jest prawdą, że opowiadanie jest chaotyczne. Wręcz przeciwnie – autor doskonale panuje nad materią narracji i nad intrygą. Nie ma żadnego zgrzytu, gdy bohaterowie niemal przypadkiem składają historię Helen Vaughan w jedną, dosłownie nieludzką, całość.
    Z tego utworu winni uczyć się prowadzenia narracji wszyscy początkujący autorzy kryminałów i thrillerów. Chciał bardzo wykorzystać ten mechanizm HPL, i widzimy to w jego monumentalnym „Zewie Cthulhu”. Jednak w porównaniu do Walijczyka wyszedł jak Janko Muzykant przy Mozarcie.
    HPL zresztą z „Wielkiego boga Pana” darł całe momenty. Stworzenie opisane w „Nienazywalnym” przywodzi na myśl raport medyczny doktora Mathesona. Zbiór rysunków Meyricka to zaczyn szalonej rzeźby Wilcoxa i obrazu Ardois-Bonnota z „Zewu Cthulhu”.
    Żeby ukrócić wszelkie podejrzenia – jestem zagorzałym fanem Samotnika z Providence. Ale muszę szczerze wyrazić swój osąd co do różnicy jakościowej warsztatu. Owszem – mitologia stworzona przez HPL jest dosłownie totalna: inkorporuje każdą już istniejąca mitologię tłumacząc ją przez zniekształcenie jedynej i oryginalnej, acz ukrytej historii Wielkich Przedwiecznych i Bogów Zewnętrznych. Tu z kolei Walijczyk wypada blado „zaledwie” rozwijając mity helleńskie i romańskie oraz folklorystyczne opowieści o elfach i przeklętych kamieniach.
    A propos przeklętych kamieni. O ile pierwowzór Świecącego Trapezoedru wystąpił u Machena w nowelce „Światło ducha”, to jednak lovecraftowski „Duch ciemności” jest pełnym rozwinięciem pomysłu kamienia, który w zamian za wiedzę zabiera duszę. Tylko znów – o ile pomysł u HPL jest wyrafinowanie totalny, to u Walijczyka narracja i fabuła prowadząca do wyjaśnienia sprawy deklasują Lovecrafta. W sumie wydaje mi się, że gdyby Machen napisał instrukcję obsługi mojej pralki, to gdzieś po dwóch trupach, jednym popadnięciu w obłęd i jednym niewytłumaczalnym zdarzeniu odkryłbym ku swemu zdumieniu, jak prać tkaniny delikatne. I jeszcze rozważałbym to w drodze do pracy.
    Skończę już, choć mógłbym jeszcze długo piać peany na cześć człowieka, bez którego wydawnictwo Chaosium drukowałoby teraz czasopisma akwarystyczne. Bo o żadnym Lovecrafcie byśmy teraz nie słyszeli.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Urbanistyka nomadów, czyli wznoszenie Wieży Dubaj

Pułkownik przyjął mnie po kolacji. Siedząc na patiu, w bujanym fotelu, chaotycznie, ale z uwielbieniem zaczął wspominać te czasy. Mówił o amunicji, która nie nadchodziła, o padających z wycieńczenia koniach, o ludziach koloru ziemi, tkających w półsennym marszu niekończące się labirynty, o Saravii, który mogąc wmaszerować do Montevideo, ominął je i poszedł inną drogą, bo „gauczo lęka się miasta”.
J. L. Borges „Powtórna śmierć”

Pisząc o wieży Babel w kontekście konfliktu koczownicy-rolnicy postawiłem tezę, że Księga Rodzaju jest skażona przez ten pasterski punkt widzenia. Obrzydzenie koczowników do osiadłych ludów musi skutkować niechęcią do miast jako ukoronowania życia stacjonarnego. Podałem przykład wieży Babel jako takiego „przemyconego” do Biblii mitu, ale ślady tego trybu myślenia znaleźć można na każdym kroku.
    Czy wiecie jakie miasto pojawia się w Biblii pierwsze? Nie Babel. Tym bardziej nie chaldejskie Ur. Otóż jest to Henoch, miasto założone przez Kaina na cześć jego syna, Henocha (Rdz 4,17). Nie był to jeszcze ten Henoch, który pierwszy został wzięty do nieba wprost z Ziemi (Rdz 5,21). Zasadniczo pasuje – trzeba było kultury rolniczej, by się rozwinęła cywilizacja miejska. Ale fakt, że to Kain zakłada pierwsze miasto jest wielce wymowny.
    Obrywa się wszystkim, którzy nie pędzą kóz przez stepy. Noe – przyjaciel Boga, który wybrany został na ocaliciela życia w powszechnym potopie, jest bohaterem następnego mitu, o wywyższeniu Sema i Jafeta, a poniżeniu Chama i Kanaana (stąd nasze pojęcie chamstwo). Historia ta zaczyna od słów „Noe był rolnikiem” (Rdz 9,20). I zaraz leci z górki – założył winnicę, napił się wina i już w następnym zdaniu (Rdz 9,21) leżał schlany i bez gaci.
    Zdecydowanie rzec można parafrazując fremeńskie przysłowie z „Diuny” F. Herberta – Zepsucie przychodzi z miast, a mądrość z pustyni. Ktoś może zaprotestuje, że Abraham pochodził z miasta, ze wzmiankowanego chaldejskiego grodu Ur. I nie jest to precyzyjna informacja. Nie Abraham, tylko Abram, czyli – czytając konwencję zmiany imienia jako „ponownych narodzin” – zupełnie kto inny, niż patriarcha. Przemiana Abrama w Abrahama dokonała się dużo później, gdy był już koczownikiem i lał „miastowych” jak to ukazano w opisie jego odsieczy, z którą przyszedł m.in. królowi Sodomy. Celowo wspominam to miasto, gdyż znów – jest mit, to jest czarny charakter, oczywiście związany z miastem. Nic nie mówi się o zbójach na pustyni i łupieżczych wyprawach plemienia przeciw plemieniu i rodu przeciw rodowi. Nie, życie koczowników jest sielanką biwakową. Ale opowiada się, że jak tylko goście przyjdą do miasta, to zaraz wszyscy chcą ich poznać... w sensie biblijnym.
   Na związek źródłosłowu kultura z hodowlą (pasterstwem lub rolnictwem) i cywilizacja z miastami zwrócił uwagę N. Ferguson w swej „Cywilizacji”. I jeśli się zastanowić chwilę, to ma w tym chyba sporo racji. Przeskoczymy teraz trochę do przodu i zobaczmy historię drogi Izraela z Egiptu do Ziemi Obiecanej – Bóg wyprowadza naród wybrany z cywilizacji, aby przez czterdzieści lat pędzili żywot koczowników na pustyni. Aby zostali oczyszczeni od cywilizacji i wytworzyli własną kulturę.
    W swej powieści „Wahadło Foucaulta” U. Eco każe swoim bohaterom wymyślać nazwy niedorzecznych dyscyplin naukowych. Jedną z nich jest „urbanistyka nomadów”. Oksymoron pierwszej wody.
    Koczownicy zawsze mieli problem z miastami. Oczywiście w tym miejscu Temudżyn, lub inny Attyla powiedzieliby, że „nie mieli z miastami problemu”: miasto-wojsko-ogień-i-po-sprawie. Ale coś w miastach jest takiego, że nawet koczownicy chcą je tworzyć. Lub może zmusza ich do tego sytuacja. No i wychodzi to nader osobliwie, jak widać w przypadku Karakorum - „stolicy” imperium mongolskiego, które mimo murowanych budynków bardziej niż miasto przypominało gigantyczne pole namiotowe. Dopiero Kubilaj przeniósł stolicę do Pekinu stwierdziwszy, że mieszkanie w Karakorum to obciach. Drugim przykładem jest współczesny nam Dubaj – zbiorowisko dziwnych pomysłów, niczym składzik drapaczy chmur i jednocześnie gabinet osobliwości architektonicznych ustawionych na styku pustyni i morza.
    Koczownikom z miastami jest nie po drodze. Choćby nawet bardzo chcieli.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Polska Kompania Kresowa

Miałem pisać kolejny tekst o Biblii, koczownikach i miastach. Ale zdarza się tak, że nagle jedno zdarzenie, obraz, czy zdanie, potrafią wywołać ciąg myśli, który absorbuje na długi czas. Mnie zdarzyło się to wczorajszego ranka i trzyma mnie do tej pory.
    Trzy słowa: „Polska Kompania Kresowa”.
    Zacznę od klasycznego odżegnywania się od polityki. Nie chcę pisać na tym blogu nic, co mogłoby mieć związek z bieżącą polityką wewnątrzpaństwową Polski. Ani z tak zwanym „życiem politycznym”, które to sformułowanie winno zostać sklasyfikowane w dziale „przejawy folkloru i zwyczaje ludowe”. Ale pisanie o historii jest bardzo często pisaniem o polityce. Szkolne podręczniki do historii są po prostu synopsami wydarzeń politycznych ze znikomym udziałem opisów kultury i techniki, które pełnią rolę skromnych objaśnień do danego okresu dziejów. Pisanie o historii Polski jest obarczone jeszcze większym ryzykiem stoczenia się w politykierstwo. Ale cóż.
    Niedawno na łamach pewnego periodyku czytałem o książce J. Sowy pt. „Fantomowe ciało króla”. Rzecz dotyczy tak zwanej „demokracji szlacheckiej” w Polsce postjagiellońskiej i jest spojrzeniem na fenomen Pierwszej Rzeczpospolitej z punktu widzenia zgoła nieortodoksyjnego. Otóż autor konfrontując ustrój polityczny Rzplitej z teoriami Hobbesa („Lewiatan” i dwa ciała króla: fizyczne i państwo jako organizm królowi poddany) wskazuje, że król w Polsce był jeno figurantem posiadającym zaledwie swoje ciało fizyczne, bez żadnej przyzwoitej władzy. W ogóle trudno wskazać jakiś konkretny, instytucjonalny ośrodek władzy od czasów śmierci Zygmunta Augusta, a całe państwo nosi silne cechy państwa kolonialnego. Per analogiam do Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej pada stwierdzenie „Polska Kompania Kresowa” jako kwintesencja złotej ery szlachty. I to był ten błysk.
   Abstrahując od zasadniczej treści książki, której nie zdążyłem jeszcze kupić, ani tym bardziej przeczytać, choć wydana w formie e-booka ma też swój teaser w sieci, podążyłem za skojarzeniem związanym z kompaniami handlowymi.
   Wszystko wskoczyło na miejsce. Polska epoki elekcyjnej postrzeżona jako przedsiębiorstwo handlowe (republika zbożowa jako prekursor republik bananowych), gdzie tytularna władza polityczna jest rodzajem „złotej akcji”, albo nawet nie zawsze, gdyż akcjonariat szlachecko-magnacki zachowuje się nierzadko bardziej jak gang osiedlowy narzucając własne interesy wbrew stanowisku wybranego przez siebie zarządu. Sprowadzając koronę do gadżetu a pozycję króla do fikcji i udowadniając wszem i wobec, że najważniejszym prawem jest prawo silniejszego, kreują rzeczywistość na obraz nieobcy wielbicielom westernów i powieści awanturniczych. Pokażcie proszę kraj europejski w XVII wieku, który uczynił sobie niewolników spośród własnych współplemieńców. Wszak systemowi pańszczyzny bliżej jest do niewolnictwa niż do feudalizmu zachodniego. A że niewolnictwo wykorzystywało ideę obcości – najczęściej rasowej – zatem i Polsce szlachcic stawał na głowie, by ukazać się jako potomek mitycznego plemienia Sarmatów, byleby się odciąć od tych marnego chłopa, który pozostał Słowianinem, Sclavus czy też slavus – niewolnikiem (chłopów pańszczyźnianych po łacinie nazywano slavus). Niestety, nie doczekali się nasi biali murzyni swojego Lincolna... 
   Gdybyż tylko mieszkały u nas słonie! Kurtz mógłby poczuć się jak u siebie. A Marlow płynąłby po niego nie w górę upalnej rzeki Kongo, ale naszej, chłodnej Narwi.
     Czy widzicie to? Jak to pięknie współgra z faktami historycznymi? Jak to pasuje do wspomnień, choćby Paska? Mieć haciendę (dworek modrzewiowy), niewolników pańszczyźnianych, uprawiać zboże i uczestniczyć w wojnach o ile interes wymaga obrony swojej działki w tej osobliwej spółce akcyjnej. Nie można mówić o podwładnym, jeśli ma on prawo weta i prawo wypowiedzenia posłuszeństwa władcy (prawo do konfederacji tym faktycznie było). To prawa akcjonariusza, i to akcjonariusza wczesnych form takich przedsiębiorstw. Czymże się Rzeczpospolita różniła od wspomnianej Kompanii Zachodnioindyjskiej? Też posiadała własną armię, podmiotowość w polityce zagranicznej aż do prawa wypowiadania wojny. Korzystała nawet z prawa bicia monety.
    Polska Kompania Kresowa.
    Proponuję napisać sobie to na kartce i spoglądając na nią co jakiś czas raz jeszcze przeczytać „Ogniem i mieczem”, czy ogólnie – trylogię sienkiewiczowską. W książce o historii Polski napisać sobie ołówkiem te trzy słowa pod tytułem rozdziału dotyczącego rokoszu Lubomirskiego. Nowa, interesująca perspektywa.
   Po co roztrząsam tak stary temat i „kalam gniazdo” odmawiając chwały najbardziej demokratycznemu mocarstwu XVII i XVIII wieku? Bo widać wtedy korzenie klęski, marazmu i finału na sejmach rozbiorowych. Bo – przytoczę tu nie do końca swoje słowa – rozbiory były tylko cup de grace organizmu politycznego, który od stulecia był martwy przez swą niewydolność. I nie chodzi mi o potencjał militarny, ale o niezdolność do samoorganizacji w ramach normalnej, pokojowej egzystencji.
    Niniejsze przemyślenia dedykuję wszystkim fanom i propagatorom „polskiej tożsamości sarmackiej” od lokalnych bractw rycerskich, przez czytelników Komudy, do fascynatów gry „Veto”. Nie dlatego, by się z ich fascynacji naśmiewać. Ale by spróbowali spojrzeć na temat z drugiej, nie bardzo czołobitnej, perspektywy.
   Dedykuję ten tekst na drugim miejscu wszystkim wrogom sarmatyzmu jako wstrętnej anarchii, której winniśmy się wstydzić przed cywilizowaną Europą. Chciałbym im przypomnieć, że ta spółka przemysłu zbożowego kilkukrotnie pokonała Turcję (w tym raz w kluczowym momencie historii, która w 1683 roku mogła popłynąć innym korytem, w którym Hamburg byłby portem tureckim), dwa razy Szwecję, i jako jedyna zdobyła Moskwę, przesiedziała tam czas jakiś i wyszła o własnych siłach. To się kompaniom holenderskim, ani brytyjskim nie przytrafiało.
   Polska Kompania Kresowa po prostu była fenomenem dziejowym jedynym w swojej klasie.

PS.
    Czy można w tym kontekście „westernowego sarmatyzmu” porównać Jacka Komudę do Sergio Leone?...

piątek, 5 kwietnia 2013

Kopanie szybu Babel

Najsampierw muszę wyjaśnić, że moje rozmyślania na tematy starotestamentowe nie mają charakteru antyreligijnego. Nie chodzi mi, by odzierać święte pisma z ich niezwykłości i sprowadzać do zbioru opowieści pod tytułem „Klechdy hebrajskie”. Raczej zauważam ich skomplikowaną genezę i naleciałości, które same w sobie są dla mnie fascynującym zabytkiem archeologii myśli i fabuł.
    A teraz do ad remu.
    Kogo Bóg uczynił nosicielami swojego Słowa? Koczowników. Skąd pewność w moim stwierdzeniu? Ano z pierwszej w historii sprawy kryminalnej, czyli zabójstwa Abla (Rdz 4,1-15). Przeczytajcie proszę uważnie. Kolejność jest taka: najpierw powiedziano, że Kain jest rolnikiem, zaś Abel – pasterzem. Potem, że każdy składał ofiary Bogu. Następnie, że Bóg nie chciał patrzeć na ofiarę Kaina, zaś ofiarę Abla przyjął. Dopiero gdy dochodzi do pierwszej rozmowy Kaina z Panem, Pan usprawiedliwia swą wzgardę wspominając coś o bliżej nieokreślonych grzechach Kaina. No i Kain zabija Abla w przypływie zazdrości. A tak naprawdę zabija go, żeby napiętnować kulturę rolników jako kulturę wzgardzonych przez Boga zabójców. Bo winą Kaina nie były jego postępki, ale osiadły tryb życia związany z ranieniem ziemi przy użyciu pługa.
    Ale niechęć koczowników do rolników jest niczym wobec ich wstrętu do mieszczuchów. Koronnym przykładem jest tu jedenasty rozdział Księgi Rodzaju, gdzie w wersach od pierwszego do dziewiątego ukazano zagładę miasta Babel. Przyjrzyjmy się tekstowi w wersji Biblii Tysiąclecia:

Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali.
I mówili jeden do drugiego: «Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu». A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej, rzekli: «Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi».
A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, i rzekł: «Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego!»
W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi. Stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni ziemi.

Ciekawostki, na które należy zwrócić uwagę, są – w moim mniemaniu – dwie. Po pierwsze, że założono istnienie jednego prajęzyka. Po drugie, że Bóg mówi w liczbie mnogiej. Nie jest to wbrew pozorom pluralis maiestaticus, lecz naturalna kolej rzeczy, gdy wziąć pod uwagę, że w Księdze Rodzaju słowem tłumaczonym jako „Bóg” jest „ELOHIM”, czyli pluralis hebrajskiego słowa eli, oznaczającego istotę boską. Czyli „Bogowie”.
   Bardzo osobliwy jest lęk Boga przed omnipotencją ludu mającego wysoką wieżę jako rodzaj symbolu scalającego. Ukazanie tego lęku, czy też zachłannej zazdrości o wszechmoc każe i widzieć w tym tekście skazę. Wydaje się być on adaptacją plemiennej legendy, którą koczownicy usprawiedliwiali swój tryb życia. Jakby chcieli młodym wytłumaczyć dlaczego mają dalej marznąć w namiotach i doić krowy o poranku. „Pójdziesz do miasta i się z nikim nie dogadasz”, taki morał przedstawia stary, koczowniczy i politeistyczny mit zaadoptowany do Genezis w charakterze przestrogi przed pychą i wiarą we własne siły. A także do pokazania, że Bóg tych Babilończyków nigdy nie lubił.
   Ciekawostką już zupełnie osobną jest dokładne określenie kolejności rozwoju: najpierw pojawia się technologia (ceramika i spoiwa bitumiczne doskonalsze od suszonej gliny), a z nią dopiero przychodzi możliwość budowy miasta.
    Na koniec nasuwa się pytanie: po co nam miasto? Ale to już temat na zupełnie inne rozważanie.

Wir graben den Schacht in der Abenddämmerung

Wir graben den Schacht von Babel

Zu hoch war bis jetzt unser Aussichtspunkt

Wir graben den Schacht von Babel



Kopiemy szyb w zapadającym zmierzchu,

Kopiemy Szyb Babel

Zbyt wysoko znajdował się nasz punkt widzenia

Kopiemy Szyb Babel


EINSTÜRZENDE NEUBAUTEN „Der Schacht Von Babel”