niedziela, 21 lipca 2013

Jak zaginano parol w czasach faraona

U Gogola czytamy o pewnym typie charakteru ludzkiego:

Każdy człowiek ma jakąś słabość; dla jednego tą słabością będą psy gończe; (…) szósty jest obdarzony taką ręką, która czuje nadnaturalną potrzebę, by złamać róg jakiemuś karowemu asowi albo dwójce, (…).

M. Gogol „Martwe dusze”

Czytelnik nie znający ówczesnych zwyczajów, w tym obowiązującego w towarzystwie kanonu gier karcianych, może co najwyżej pomyśleć, że ma do czynienia z obsesywnym wandalem, wręcz o przypadku nerwicy natręctw. Tymczasem ma to ścisły związek z pojęciem zagiąć parol i jest elementem gry w faraona.
   Gra w faraona popularna była dwa, try wieki temu w całej Europie – od Zatoki Biskajskiej po uralski stoki, lecz obecnie uległa niemal zapomnieniu. Jednak dzięki niezawodnemu internetowi możemy w każdej chwili sięgnąć po opis gry, bez żmudnego szukania po zakurzonych regałach bibliotecznych. I oto wpisując w gugla hasło „faraon gra w karty” możemy dostać m.in. taki opis:

Faraon – gra hazardowa, popularna w XVIII i XIX wieku. W Polsce pojawiła się najprawdopodobniej za Augusta III, choć nie można wykluczyć, że znana była nieco wcześniej, mianowicie u schyłku panowania Augusta II. Niezwykłą popularnością cieszyła się w czasach Augusta Poniatowskiego. Grać mogła w faraona dowolna liczba osób. Gdy bankier wysypywał pieniądze na stół i tasował karty ci, którzy chcieli przeciw niemu grać (zwano ich poniterami lub pontyjerami) zajmowali miejsca przy stole każdy z własną talią. Każdy też brał z niej kartę (jedną bądź więcej ilość nie była ograniczona) i kładł ją przed sobą na niej zaś stawkę. Karty, którymi grano przeciwko bankowi, zwane były „poniterkami”. Skończywszy tasowanie, bankier odkrywał po kolei wszystkie swoje karty kładąc pierwszą po prawej ręce, druga po lewej, trzecia znów po prawe, czwartą po lewej- i tak aż do wyczerpania talii. Karty, które znalazły się po prawej stronie, były wygraną banku, te po lewej wygraną poniterów. Jeśli wiec ktoś położył przed sobą siódemkę pik, a na niej dukata, zaś w talii bankiera siódemka pik upadała na prawo – wówczas tracił swojego dukata; jeśli jednak upadała na lewo wówczas bankier wypłacał graczowi dukata. Reguła ta miała także wyjątki. Mianowicie karta ostatnia, choć kładziona po lewej stronie wygrywała dla banku, a także, jeśli zdarzyło się, że po obu stronach leżały karty tej samej wartości tylko oczywiście innego koloru, zwało się to palija i gracz, który normalnie byłby wygrał tracił na rzecz banku połową swojej stawki. Kto wygrał w pierwszym ciągnieniu mógł zakończyć grę, mógł grać od nowa na inną kartę ale mógł też „parolować”. Jeśli parolował to zostawiał wygrane pieniądze na karcie i załamywał jeden róg karty. Jeśli tym razem przegrał tracił tylko początkową stawkę, jeśli wygrał podwajał kwotę leżącą na karcie. W następnym ciągnieniu grał „set lewa” łamiąc drugi róg poniterki i ponownie ryzykował utratę początkowej stawki, wygrana oznaczała podwojenie sumy stawianej. W ciągnieniu czwartym zaginał kolejny róg na znak, że gra „kenz lewa”. Poniterki tak szczęśliwej mógł gracz użyć jeszcze tylko raz, przy piątym ciągnieniu. Zwano ten rzadki przypadek „trant lewa”- wynik gry niósł ze sobą takie następstwa jak w ciągnieniach poprzednich.


Po co nam taka wiedza o grze zapomnianej?
    Po pierwsze, by nie zapomnieć. Może w dzisiejszych czasach trudniej będzie zorganizować turniej gry w faraona, gdyż po takim wieczorze podłoga zasłana była taliami zniszczonych kart o załamanych rogach, a każda talia to jakiś wydatek. Ale można zamiast łamać róg, na przykład kłaść jakiś żeton na oznaczenie parolu. Albo grę uczynić komputerową. Ja nie promuję hazardu. Ja tu mówię tylko o grze jako elemencie kultury.
    Po drugie, by móc lepiej rozumieć co się dzieje w takiej powieści jak „Martwe dusze”. Ta gra, nienazwana tam nigdzie faraonem (w przeciwieństwie do nazwanego wprost wista), cały czas jest obecna gdzieś w tle. Gdy Nozdriow nie chce sprzedać Cziczikowowi martwych dusz, lecz o nie grać, proponuje „grę w banczek”, jednocześnie zgłaszając się na bankiera, co budzi nieufność głównego bohatera. Zresztą niebezpodstawnie, gdyż (o czym wie tylko czytelnik) Nozdriow spędził ostatnich kilka dni kompletując specjalną, niezawodną talię, w której mógł rozpoznać każdą kartę przed jej odkryciem. Gdyby chciał nią grać jako poniter, nie mógłby parolować nie niszcząc jej, z kolei zgłaszając się ochotnie jako bankier (co jest w faraonie gorszą pozycją) – obudził czujność bohatera. Cziczikow zgadza się najdalej na grę w warcaby, lecz nawet tu Nozdriow skłonny jest oszukiwać. Gdybym nie czytał opisu tej partii, to bym nie uwierzył, że w warcaby można szachrować.
    Obawiam się, że wiele dzieł literatury światowej będzie sukcesywnie zapominana i wypierana z kanonu lektur czytanych (w odróżnieniu od lektur znanych, lecz nigdy nie przeczytanych, zwanych „klasyką”) z uwagi na ich niezrozumiałość. Sylwię Chutnik będzie się na razie czytać, bo znany jest jej kontekst kulturowy. A Gogol pójdzie na półkę obok Cervantesa i Villona.
     Byłoby szkoda.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Bo do brydża trzeba czworga...


Niedawno w telewizorni zobaczyłem nastosekundowe ujęcie, w którym Jan Nowicki przy kawiarnianym stoliku miał wygłosić jakieś błyskotliwe zdanie na temat kobiecych wdzięków. Jak to bywa w jego przypadku w dzisiejszych czasach – wyszło grubo a sprośnie. Tymczasem przypomniałem sobie, jak Tadeusz Pluciński wspominał w monologu scenicznym Jana Nowickiego w kontekście orędownika ubożejącego języka polskiego. Chodziło o zmianę obowiązującego czasownika określającego czynność opuszczania autobusu, tramwaju lub innego środka komunikacji. Otóż nagle ludzie przestali z tramwajów wysiadać, a zaczęli z nich gwałtownie wychodzić. Gdy stojącego w drzwiach tramwaju Nowickiego pewna współpasażerka zagadnęła:
- Czy może pan wychodzi?
Ten odpowiedział bez wahania:
- Tak, proszę panią. W trefle.
   W dzisiejszych czasach ta anegdotka jest słabo rozumiana, gdyż ludzie masowo zewsząd wychodzą, miast wysiadać, a szlachetna sztuka gry w brydża została zapomniana.
    Zresztą trudno się temu dziwić, gdy największy popularyzator i niekwestionowany mistrz brydżowy PRLu, swego czasu utrzymujący się ze stypendium członka kadry narodowej brydża sportowego oraz z pisania podręczników tej szlachetnej gry, w chwili obecnej znany jest młodym internetowiczom jako bohater obrazków o masakrowaniu lewaków. Tak, mowa dokładnie o Januszu Korwin-Mikke.
   Mając zatem takich przedstawicieli jak wspomniani obaj herosi grubych słów, brydż musiał w obecnych realiach zapaść się ze wstydu pod ziemię.

czwartek, 4 lipca 2013

Jak umierają władcy

Do napisania niniejszego posta skłonił mnie komentarz na YouTube dotyczący serialu „Gra o tron”.
    Ogólnie rzecz ujmując: nie czytałem książki i nie oglądałem filmu. Ale dość dobrze wiem co chodzi. Wiem, czym są „Krwawe Gody”, jak do nich doszło i jaki był ich przebieg. Na potrzeby niniejszego tekstu wystarczy tylko powiedzieć, że młody król został przez swoich wasali zdradzony i wraz z rodziną rozstrzelany z kusz i przebity mieczem.
    „Krwawe Gody” okazały się hitem. Okrutna scena mordowania niemal całej rodziny była tak szokująca, że na YouTube pojawiła się cała seria filmów ukazująca jedynie reakcje widzów na to co się dzieje na ekranie. W zdecydowanej większości widzimy postać widza kurczowo duszącego jakiś kocyk, czy poduszkę, i drącego się bez opamiętania  Oh my god!, nie precyzując, o którego boga mu chodzi. Pod jednym z takich filmów przeczytałem komentarz w języku angielskim, który w swobodnym i ocenzurowanym tłumaczeniu na polski brzmiałaby: „To niemożliwe. Facet, który napisał ten scenariusz to dupek. Niemożliwe, żeby król umierał jak wieśniak. Takie rzeczy w historii się nie zdarzały!”. Przypuszczam, że autor tamtego komentarza nie przeczyta tego posta, ale gdyby ktoś podzielał jego zdanie, to zapraszam na krótki, kalejdoskopowy przegląd śmierci rządzących.
    Zaczniemy od Starego Testamentu, gdzie w Księdze Sędziów znajdziemy Jael – koczowniczkę (a jak wiadomo, nomadzi są biblijnie cool), która udziela schronienia Siserze – wodzowi Kananejczyków, który uciekając po przegranej bitwie ukrył się w jej namiocie. Gdy wódz zasnął, Jael, kobieta prawdziwie przebojowa, przymocowała go palikiem namiotowym do ziemi. Przez skroń. Dlatego chyba wyroby pewnej polskiej fabryki namiotów cechowały się szpilkami i śledziami, które gięły się na wietrze – aby żaden turysta nie powtórzył czynu „dzielnej” Jael.
    Około 520 r. p.n.e. w Persji pojawił się Gaumata, mag medyjski podający się za szacha, podczas gdy prawdziwy szach – Kambyzes – przebywał na wyprawie w Egipcie. Gdy dowiedział się o uzurpatorze, wskoczył na konia i ranił się przy tym własnym mieczem w udo. Zmarł wkrótce w wyniku infekcji. Przeciw uzurpatorowi zawiązał się tak zwany „spisek siedmiu”, którzy zabili Gaumatę. Historia przypisuje decydujący cios sztyletem Dariuszowi Achemenidzie, późniejszemu Królowi Królów, choć walka toczyła się zupełnie bezładnie – izba była ciemna, zamachowcy nie widzieli się nawet nawzajem, Gaumata bronił się nogą od krzesła, Dariusz (jeśli to był on) trafił go jedynie przypadkiem.
    Neron popełnił samobójstwo. Marudził przy tym niczym diva przed występem: deklamował Homera, wybrzydzał dobierając sztylety, mruczał coś po grecku i łacinie. Na podwórzu niewolnicy kopali już grób i nosili drwa na stos pogrzebowy. Pretorianie już jechali po cezara. Bynajmniej nie po to, by dopilnować honorowego odejścia z tego świata. Raczej, by zadać powolną i hańbiąca śmierć. Neron przykładał sztylet do gardła, odkładał, coś łkał. W końcu ktoś zniecierpliwiony dopchnął sztylet. Gdy centurion wpadł do willi, Neron już nie żył.
    Margrabia Geron walcząc o niemieckość Połabia w X wieku zaprosił wodzów słowiańskich na ucztę celem dobicia targu o warunki rozejmu. Otruł ich wszystkich, co zostało uwiecznione w legendzie o Popielu, który tak samo miał ugościć swoich stryjów. Aha, ale to nie Krwawe Gody, tylko Purpurowe Gody, a przecież w serialu Joffrey chyba jeszcze żyje... Ups! Spojler! (śmiech).
    Około 1190 roku cesarz niemiecki, Fryderyk I Barbarossa, wybrał się pewnego popołudnia na krucjatę. Po przejściu przez Niemcy, Austrię,  Bałkany, kawał Azji Mniejszej i po spożyciu tęgiego obiadu nabrał ochoty na orzeźwiającą kąpiel. Skoczył do rzeki i umarł. To było zaskoczenie! Cała armia wykonała zwrot w tył na lewo i pomaszerowała z powrotem ku Germanii.
   Ale to małe piwo. W Marcinkowie Górnym koło Gąsawy stoi biały pomnik przedstawiający nagiego faceta na koniu z bełtem wbitym w plecy.
    W 1127 roku w Gąsawie odbył się zjazd czterech książąt: Leszka Białego, Władysława Laskonogiego, Henryka Brodatego i Konrada Mazowieckiego. W czasie, gdy kniaziowie zażywali odpoczynku, uderzyli ludzie Świętopełka, księcia pomorskiego, co nieco z nimi skłóconego. Henryk Brodaty został zaskoczony w łożu, uszedł z życiem tylko dzięki poświęceniu jednego ze swoich rycerzy. Mimo interwencji Peregryna, Henryk nie uniknął ciężkich ran. Władysław Laskonogi, który był głównym celem napadu, ocalał z uwagi na swoją nieobecność (przysłał na zjazd jedynie swoich przedstawicieli). Leszek zażywał w tym czasie kąpieli. Choć zaskoczono go w łaźni, udało mu się zbiec z kilkoma towarzyszami i w negliżu dopaść koni. Niestety, nie ujechał daleko, w okolicy Marcinkowic padł, przypuszczalnie na atak serca.
   Tak umierają władcy. George R. R. Martin nie jest sadystą wobec swoich postaci. On konsekwentnie naśladuje historię.

PS.
    Spotykane w internetach" burzenie się, że ktoś uprzedza wypadki serialu napisanego według powieści wydanej kilka lat temu (jak śmierć Joffreya), lub zdziwienie wypadkami, które się rozgrywają według tekstu (vide Krwawe Gody), zakrawa na kpinę z normalnego wykorzystania umysłu. Czy ktoś był zaskoczony faktem, że Gollum przyczynił się do zniszczenia Pierścienia? Czy śmierć Jezusa w „Pasji” była czymś gorszącym? Powinien był (jak to w amerykańskim filmie) zejść z krzyża i ukarać swych oprawców?
    Czy ktoś jeszcze nie rozumie znaczenia słowa „adaptacja”?