sobota, 26 października 2013

Młynarz, zbój i niewidzialna ręka rynku

Młynarz Franciszek wracał przez las piaszczystym gościńcem na grzbiecie zmęczonego osła. Biedne zwierzę w jukach taszczyło jakieś paskudne klamoty, które obijały się i brzęczały irytująco przy każdym kroku. Prawdę powiedziawszy, to nie sposób było utrzymać irytacji przez kolejny dzień wędrówki, więc obaj podróżnicy – apatyczny osioł i frasobliwy jego pan – ignorowali ten klekot i brząkanie tak, jak rybacy ignorować zwykli szum morza. Osioł po prostu człapał w brudnym piachu średniowiecznego gościńca z całkowitą obojętnością. Aczkolwiek trzeba było rzec, że przy młynarzu wyglądał jak gimnazjalista po dopalaczach. Franciszek miał minę tak smutną i zrezygnowaną, jakby właśnie się dowiedział, że jako jedyny człowiek przeżyje apokalipsę tylko po to, żeby miał po niej kto posprzątać. I gdy już wydawać by się mogło, że nasz podróżnik winien trafić do Księgi Rekordów Guinnessa jako najnieszczęśliwszy człowiek świata, z zarośli przydrożnych wyskoczył nań zbój.
    Zbój z kolei był klasycznym do bólu osiłkiem wyposażonym w brodę, skołtunione włosy, dziki wzrok powodowany zalewaniem kawy Red Bullem, w jednej ręce dzierżącym maczugę, a w drugiej – ozdobionej zegarkiem Atlantic – aktówkę z dokumentami. Koszula od Hugo Bossa (z okresu tworzenia kreacji „Kryształowa Noc '38”) i jedwabny krawat dopełniały wyglądu okrutnika. Ryknął potężnie, powodując przewrócenie osła w miejscu i jego omdlenie. Młynarz Franciszek znalazł się przez to w odpowiedniej, choć dlań niekorzystnej, pozycji negocjacyjnej. Znalazł się jednak szybko w swoim nowym położeniu i rozpoczął rozmowę zgodnie z zasadami savoir-vivre'u obowiązującego w stosunkach zbója z ofiarą:
- Litości, panie zbóju! Czego pan chcesz ode mnie? - jęczał młynarz - Nic już nie mam! Trzy razy mnie już napadali w drodze z miasta, wszystko już oddałem!
- Czego chcę? Żebyś podpisał polisę na życie.
- Panie zbóju, miej pan litość! Mnie już trzy raz po drodze łupili, już musiałem kupić komplet garnków ze szkła żaroodpornego, a potem odkurzacz do sklepień krzyżowo-żebrowych, doskonały do katedr i sieni zamkowych. Nie stać mnie już na ubezpieczenie!
- Odkurzacz i garnki to dwa razy, a trzeci?
- Uwięzili mnie na dwa i pół dnia na degustacji wyrobów seropodobnych.
- No to ci szczerze współczuje. To mi się prawie żal ciebie zrobiło. Ale polisę sprzedać ci muszę!
- Łaski panie zbóju! Przecież jak już nie mam pieniędzy! Już na ten odkurzacz do sklepień katedralnych musiałem podpisać niekorzystną umowę ratalną!...
- No właśnie. A mój produkt finansowy przeznaczony jest właśnie dla osób mających problemy finansowe.
- A jakbym problemów finansowych nie miał? - podchwytliwie zapytał Franciszek
- A! To i na to rada się znajdzie – nasz produkt jest na tyle zaawansowany, że w takiej sytuacji szybko by cię w podobne kłopoty wpędził.
- Zgubiony jestem! - biadolił młynarz
- Może i jesteś. Ale moje ubezpieczenie jest jak ten kompas, który przeprowadzi cię przez życie bezpiecznie, bylebyś miał go przed oczami cały czas i składki płacił regularnie. Bo jak nie, to cię śmignę tą maczugą, co się Vindykacyja nazywa!
- Łaski panie!... - skomlał młynarz – Jakie są warunki tej waszej polisy?..
- Bardzo proste i przejrzyste. Polisa obejmuje życie, dożycie i przeżycie, dla was, waszej małżonki i waszych dziatek, a także inwentarza. Będziesz płacił co pół roku składkę jako ubezpieczony, po piętnaście florenów i tak aż do śmierci. Chyba, że przeżyjesz sto i pięć lat, wtedy w obecności obojga swoich rodziców możesz podjąć sumę ubezpieczenia pomniejszoną o opłaty manipulacyjne, administracyjne, kalkulacyjne, stabilizacyjne i tradycyjne. A różnicę dopłacisz i będziem kwita
- A jeśli nie dożyję stu i pięciu lat?...
- To wtedy płacić będą twoi spadkobiercy, aż do rocznicy umowy, która wypadnie w roku kalendarzowym, w którym ukończyłbyś sto i pięć lat. To chyba oczywiste.
- Aaaaj...!!! - złapał się młynarz za głowę - Toć to los gorszy od tego, co spotkał piekarza z Wilanówka, co mu zbój sprzedał bezterminową umowę na rozmowy za darmo do wszystkich sąsiadów w abonamencie za dwie świnie miesięcznie!
- No, no. Chyba nie chcesz powiedzieć, że to niekorzystna oferta. Podpisałem już w tym miesiącu dwa tuziny polis, a jest dopiero drugi. Wyobrażasz to sobie? W dwa dni dwa tuziny zadowolonych ofiar!
- Panie zbóju kochany, a gdyby tak skrócić te męki? Gdyby tak mnie pan po prostu walnął tą maczugą przez łeb, żeby na dwoje pękł? I weźmie sobie pan te garnki i odkurzacz... I trochę tu mam koreczków z tego seropodobnego czegoś...
- Oszalałeś pan? Zabijać? Dla odkurzacza stropowego i koreczków seropodobnych? Co my, w średniowieczu żyjemy? Toć to niehumanitarne! Masz płacić, choćby skały prały i już! Ja nie jestem opieką społeczną, żeby tak się litować...
- Panie zbóju, powiedz pan jak ja mam na to wszystko zarobić?... Panie zbóju, no jak żyć?...
Zbój zafrasował się, podłubał maczugą w uchu i odparł z westchnieniem:
- Może rozwinę swój biznes do emelema...
- Do czego?
- Do modelu marketingu wielopoziomowego. Wciągnę cię w moją strukturę, będziesz dla mnie pracował i pójdziesz do Czarciego Lasu, tam sprzedawać moje ubezpieczenia. Umowa stoi?

sobota, 12 października 2013

Pętla Czasu Apokalipsy

Mijają dwie godziny, czterdzieści osiem minut i dwadzieścia sekund filmu „Czas Apokalipsy” (wersja „Redux”), gdy pułkownik Kurtz zaczyna czytać:

We are the hollow men
We are the stuffed men
Leaning together
Headpiece filled with straw. Alas!
T. S. Eliot „The Hollow Men”

Co w tłumaczeniu na polski brzmi:

My, wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Razem się kołyszemy
Głowy napełnia nam słoma.
T.S. Eliot „Wydrążeni ludzie” tłum. Cz. Miłosz

Kurtz czyta Eliota. Barbarzyńca i poemat. Z drugiej strony to tylko figura znana już z „Wilka morskiego” J. Londona, gdzie kapitan Larsen, genialny samouk, stanowi na statku swoje prawo i swoją moralność, udowadniając głównemu bohaterowi (a w rzeczywistości modelowy autor modelowemu czytelnikowi), że ta ostatnia nie jest bezwzględną wartością, lecz jest budowana na ludzkim charakterze. Podobieństwa pułkownika Kurtza i Wilka Larsena winny być tematem co najmniej osobnego eseju. Ale nie o tym dziś chciałem opowiedzieć.
   Chciałem opowiedzieć o „Czasie Apokalipsy”, jego pierwowzorze, czyli „Jądrze ciemności” J. Conrada i mistrzowskim manewrze scenarzysty i reżysera w jednym, czyli F. F. Coppoli.
    W oryginale niejaki Marlow opowiada o swojej wyprawie w górę Kongo, gdzie ma ująć niejakiego Kurtza – agenta handlowego, który „urwał się ze smyczy” i buduje w sercu kontynentu własne państwo. Opowieść Marlowa jest tyleż opisem podróży w głąb Afryki, co podróży w głąb szaleństwa. A jednocześnie pytaniem, czy to, co wydaje się nam szaleństwem, nie jest przypadkiem nowym ładem. Budowanym z dala od cywilizacji Zachodu. Z dala od światła jego etyki. W sercu ciemności. Kurtz zostaje w końcu ujęty, ale umiera na statku w drodze do ujścia rzeki. Ostatnie jego słowo brzmi: „zgroza”
    Z drugiej strony mamy wyprawę kapitan Willarda w górę Mekongu po zbuntowanego pułkownika sił specjalnych – Kurtza. Wyprawa ta również jest ekspedycją w głąb szaleństwa, na końcu którego czeka przywódca nowych ludzi, budowanych w oparciu o nową moralność. Willard go zabije, a jego ostatnie słowo brzmieć będzie: „zgroza”. Ale nim to nastąpi Kurtz będzie czytać poemat Eliota swemu jeńcowi i równocześnie uczniowi (tu odniesienie znów do Londona). I nikt, kto nie zna poematu nie zasmakuje w tej scenie. Choćby dlatego warto czytać.
    Otóż Eliot rozpoczyna swój utwór cytatem, króry brzmi:

Mistah Kurtz—he dead.

   Są to słowa z „Jądra ciemności” Conrada, które łamaną angielszczyzną wypowiada murzyn na pokładzie statku informując Marlowa, że Kurtz zmarł.

sobota, 5 października 2013

Życie na gorąco

Nie wiem nawet pod jakim szyldem umieścić zjawisko, o którym chcę powiedzieć. Jest to historia jedyna w swoim rodzaju.
    Jakiś czas temu powodzeniem cieszyły się prymitywne reality show, których tematyką była nuda i pustka grupy podglądanych ludzi, a których zajmowano różnymi nieproduktywnymi zajęciami, by rzesza telewidzów mogła pustkę i nudę swojej egzystencji zająć ich podglądaniem. Pewnego rodzaju ekstrapolacją tego zjawiska był film „Truman Show” - kto nie widział, musi go obejrzeć.
    Obecny czas, dzięki splotowi nieoczekiwanych wydarzeń oraz postępowi technicznemu przyniósł zjawisko podobne do wspomnianego filmu: możemy oglądać życie człowieka, który nic o tym (dotąd) nie wie. I nie jest on upatrzonym specjalnie do tej roli wybranym dzieckiem, dla którego buduje się osobną kopułę o tysiącach kamerzastych oczu. Tu środki są zachwycająco ubogie: smartfon i chmura danych. I nasz bohater, który ma na imię Hafid i jest krawcem z Dubaju.
    Hafid wybrał się do swojej roli sam, posługuje się bowiem skradzionym (niewykluczone, że własnoręcznie) smartfonem z uruchomioną aplikacją zrzucającą automatycznie wykonane zdjęcia i filmy do chmury danych, której konto nadal kontroluje dawny właściciel smartfona. Tenże z kolei jest ma na tyle fantazji i złośliwości, że uruchomił bloga, na którym prezentuje to, co się w chmurze odłoży, okraszając to nader sarkastycznymi komentarzami. W ten sposób zaglądamy przez ramię dwudziestokilkuletniemu krawcowi, który żyje sobie w niezbyt dostatnich, lecz także niezbyt schludnych warunkach w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
    Zapraszam do ujrzenia jednego z dziwniejszych zjawisk internetu. Dla lepszej zabawy wymagana podstawowa znajomość języka angielskiego.

Blog dostępny pod tym adresem: http://lifeofastrangerwhostolemyphone.tumblr.com/