sobota, 23 listopada 2013

Kontakt, ale jaki?

Sprawiedliwość i prawda”, rzekłem do rodaka
On był pierwszym, co spytał: „dobrze, ale jaka?”
K. Daukszewicz „Easy rider”

Żeby doszło do kontaktu, potrzebny jest język. Nie ten śmieszny kawałek mięsa w ustach, ale pewien zespół wzorców i kodów opisujący rzeczywistość i nie tylko. Żeby doszło do porozumienia, czyli kontaktu najwyższego lotu, potrzebny jest język zrozumiały dla obu stron. Jak dowodzi historia cywilizacji Zachodu, sprawa jest nietrywialna, choć traktowana była na przestrzeni wieków częstokroć lekceważąco, bądź z właściwym nie tylko Zachodowi przekonaniem, że to nasz język winien być płaszczyzną porozumienia. Przypomina mi się fragment „Troi północy” Kossak-Szczuckiej, gdy Otto z Bambergu słucha o krnąbrnych Słowianach, którzy głusi są na ewangelizację. Pyta zatem, w jakim języku głosi się im Dobrą Nowinę. W odpowiedzi słyszy, że jedynych dwóch przez Boga uznanych za godne: po łacinie i niemiecku... Mam nadzieję, że każdy, kto się teraz uśmiechnął boki zrywa ze śmiechu za każdym razem, gdy obcy spotkawszy Ziemian mówią do nich po angielsku.
   Trzeba jednakże przyznać, że Watts w „Ślepowidzeniu” wybrnął z problemu anglojęzyczności innoświatowców: jego obcy mówią po angielsku, gdyż... nauczyli się go od nas. Tak naprawdę to obcy nie wiedzą co dokładnie nam mówią, gdyż, według diagnozy Bandy Czworga (bohaterka... bohaterowie powieści: osobowość wieloraka zamknięta w jednym ciele), obcy są jedynie tzw. „chińskim pokojem”. Jak opisuje J. Searle, maszyna może się nauczyć reguł językowych do tego stopnia prawidłowych, że mogłaby zdać test Turinga (konwersacja z nią byłaby nieodróżnialna od konwersacji z człowiekiem), ale to nie znaczy, że maszyna byłaby inteligentna. Naśladować inteligencję poprzez język, to nie to samo, co być inteligentnym. Miałem nie zajmować się polityką, więc nie będę tej złośliwości rozwijał.
   Proszę, zwróćcie uwagę, że zazwyczaj obcy uczą się naszego języka, rzadko kiedy (lub zgoła wcale), Ziemianie nie uczą się języków innych cywilizacji. Jeśli ktoś mi zaraz wygarnie „Prometeuszem”, to mu przypomnę, że w języku Inżynierów mówił android. Ludzie okopali się w swoich postkolonialnych zwyczajach „hodowania tłumaczy”. Skonstruowali androida, tak jak płodzili metysów za czasów Pocahontas.
   Ale język, o którym mówimy, to system semiotyczny, syntaktyczny, gramatyczny etc. Czy możemy sobie wyobrazić inne sposoby porozumienia? Zasadniczo tak. Rzucę tylko dwa przykłady: „Solaris” Lema i „VALIS” P. K. Dicka.
    W „Solaris” Kelvin wreszcie przeczuwa jak można zrozumieć „mowę oceanu”. Oceanu, którego testowali metodami naukowymi chcąc od niego śladu kontaktu, a on testował ich wyciągniętymi z ich przeszłości traumami. Na ostatnich stronach Kelvin zrozumiał, czego może oczekiwać od oceanu.
W „VALIS” pojawia się pojęcie plazmatu. Czegoś, co implementowane jest w ludzkiej duszy, by mogła odpowiednio zinterpretować otaczającą ją rzeczywistość. Aby mogła zrozumieć, że mieszka w Czarnym Żelaznym Więzieniu, a prawdziwy świat jest je niedostępny, póki Więzienie nie upadnie. Tu nie ma słów. Nie ma ksiąg. Nie ma doktryny. Nie ma sygnału z gwiazd. Jest... „doświadczenie liliowego promienia”, jak się to określa w biografii P. K. Dicka, gdy mówi się o wydarzeniach z 3 kwietnia 1974 roku. Ale nie o tym teraz chciałem mówić. Chciałem wskazać kontakt dokonany poprzez nagłą iluminację. Implantację wiedzy i rozumienia. Creme de la creme porozumienia.
    Pozostaje jeszcze jedno rozwiązanie problemu pt. „jak zrozumieć obcych?”. Odpowiedź brzmi: nijak. I tu znów wytargamy „Głos Pana” Dziadka Lema, niczym broń ostateczną: ludzie nie porozumieją się z obcymi, bo nie potrafią porozumieć się sami ze sobą. Otrzymawszy sygnał stamtąd zbudujemy zaraz nową Wieżę Babel, którą sami zawalimy na tysiąc sposobów za każdym razem uzasadniając to „udoskonalaniem”, „racjonalizacją”, czy „oczyszczaniem naukowego podejścia”. Nie da rady – świat ludzi, to świat nie-porozumienia.

Czego zresztą oczekują, czego spodziewać się mogą ludzie po „nawiązaniu informacyjnej łączności” z myślącymi morzami?
S. Lem „Solaris”

niedziela, 17 listopada 2013

Mit kontaktu

Obawiam się, że kilka następnych wpisów traktować będzie o hard-SF, najbardziej naukowej odmianie literatury fantastycznej. Aczkolwiek pastwić się nie będę nad napędami FTL (ang. faster than light – nadświetlne), czy prawdopodobieństwem występowania antymaterii oraz fluktuacją gęstości tego prawdopodobieństwa. Będę pisał o KONTAKCIE.
    „Fatalnie. Ufoludki.” - przyznaj szczerze, że taka właśnie myśl przeszła Ci teraz przez świadomość. No właśnie świadomość. Zaraz do niej wrócimy.
    Jako źródło moich dywagacji muszę wskazać prześwietną książkę doktora Petera Wattsa pt. „Ślepowidzenie”. Zasadniczo jest to powieść hard-SF, jako się rzekło, lecz równocześnie jest to esej, lub przyczynek do eseju na temat świadomości, ewolucji i możliwości kontaktu między gatunkami. Idea, według której świadomość nie równa się inteligencji, a nawet jej przeszkadza, a homo sapiens przez nieomal przypadek zdominowali ekosferę Ziemi jest... inspirująca. Zmusza do rozważań, w których wspomnienia dotyczące idei opisanych przez Sancheza i Castanedę rozwijają się niczym róża jerychońska. Wcale nie trzeba być świadomym, żeby być inteligentnym, mówi nam dr Watts: popatrzcie na ośmiornice (jest biologiem morskim, wie co mówi). Ale trzeba być świadomym, żeby być egoistycznym dupkiem, a to zaprzepaszcza szanse na przeżycie – temu się nie da zaprzeczyć. Po lekturze pozostaje pytanie, które przed nią wydawało się paradoksem: jak się udało homo sapiens zdominować naszą planetę pomimo posiadania świadomości?! Może należy popatrzyć odwrotnie niż nam dotąd wmawiano. Może to nie świadomość jest bronią, którą zwojowaliśmy świat, lecz jest raczej pasożytem, który siedzi na nas niczym podnawka na rekinie i gdy rekin rozprawi się z jakimś zwierzęciem mawia: „ale go załatwiłam!”.
    Ale to wątek drugi. Podstawowy to kontakt. Czyli „ufoludki”.
    Podkreślam, pisząc o „Ślepowidzeniu”, że autor jest naukowcem o stopniu doktora. Lecz nie jest to od razu certyfikat apriorycznej racji. Wręcz odwrotnie - można by rzec parafrazując poprzedni akapit i patrząc na powieść „Kontakt” Carla Sagana, który też naukowcem był, a jego powieść winno się sfilmować jako serial i puszczać na RomanceTV. Jego pogląd na kontakt między cywilizacjami jest tak niedorzeczny, że Stanisław Lem napisał przez to „Głos Pana” - jedną z najbardziej rewelacyjnych powieści o niemożliwości kontaktu z obcymi. Lem zresztą miał jeszcze kilka takich rewelacyjnych „gaśnic entuzjazmu”, żeby wymienić tylko „Solaris”, „ ''Niezwyciężonego'' ” i jego ostatnią z wielkich powieści (nie ostatnią w ogóle), czyli „Fiasko”. Za każdym razem prawie przyczyna była podobna: możliwość kontaktu z obcym obnażała niedostatek kontaktu między ludźmi.
   Mit kontaktu jest bardziej powszechny niż się nam wydaje. Czy to Kelvin walczy ze swoimi duchami na Solaris próbując kontaktu z Oceanem, czy to Robinson Crusoe próbuje się dogadać z Piętaszkiem, schemat, archetyp obcego, jest ten sam. Popatrzcie proszę na „Tańczącego z wilkami” jako na opowieść o Kontakcie. Równie dobrze ten schemat pokazuje „Piekło na Pacyfiku” jak i „Anna i Król”! Dziwne, prawda?
   Ale kontakt w schemacie mitu wcale nie musi oznaczać porozumienia. „Solaris” jest tu sztandarowym przykładem, „Ślepowidzenie” idzie tym torem, zaraz za nim przygody pirksowego wskrzeszeńca z „Fiaska”, a potem Dukaj w... „Innych pieśniach”. Zaraz, co tu robi fantasy? Swoją robotę. Trudno w całej literaturze znaleźć coś równie obcego jak dukajowi Adynanatoi. W porównaniu do nich ksenomorf (seria filmów „Alien”) to szczeniaczek – gryzie, ale wiadomo, że czymś tam da się go bić. Zwróćmy uwagę – „Alien to też opowieść o swoistym kontakcie... No może prócz drugiej części, gdy była to opowieść o strzelaniu.
   Bodajże Emmanuel Levinas, albo Martin Buber, choć chyba obaj, zajmowali się na niwie filozofii problemem relacji z Innym. Archetyp kontaktu to symbol właśnie tej niesamowitej, podstawowej relacji: ja – Inny, ja – Ty. Dukaj, Lem, Watts: on wszyscy piszą o tym, jak trudno nawiązać kontakt w najprostszych relacjach: w rodzinie, w małżeństwie, między członkami załogi. A do tego dochodzi kontakt z Obcym, z Nieznanym (wracamy nieubłaganie na tereny łowieckie Castanedy).
   Pomyślmy, ile razy stoimy w schemacie mitu o kontakcie? Wobec swej nieświadomości? Wobec drugiego człowieka? Wobec Boga?...

wtorek, 12 listopada 2013

Osobliwy przypadek Jacka D.

Po ukazaniu się „Złotej Galery” w „Fantastyce” z pewnym przerażeniem spostrzegłem, że zaczyna się o mnie mówić jak o jakimś wieszczu, który widzi to, co dla zwykłego śmiertelnika zakryte.
J. Dukaj

Uszeregujmy fakty.
   Konkurs literacki wygląda mniej więcej tak, że nadsyła się swój utwór podpisany „godłem”, czyli tymczasowym pseudonimem. „Godłem” opatruje się też kopertę, która zawiera autentyczne dane teleadresowe na wypadek, gdyby się utwór niespodzianie jurorom spodobał.
   No i tak się stało, że pewnego razu spodobało się opowiadanie pt. „Złota Galera” traktujące o tytułowym tajemniczym obiekcie zbliżającym się do skąpanej w (pozornej) szczęśliwości Ziemi, gdzie zhierarchizowane społeczeństwo człowieczo-anielskie żyje w przeświadczeniu gwarantowanej świętości a modlitwa i symbole liturgiczne są cokolwiek technicznymi instrumentami. Zdecydowano, że jest to najlepsze opowiadanie fantastyczne w konkursie A.D. 1990.Odpieczętowano kopertę z danymi i skontaktowano się z autorem, który, jak się okazało, liczył sobie lat szesnaście...
    Było lato 1995 roku. Leżałem sobie na trawie na mazurskiej łące a moje pomarańczowe życie odpoczywało. Miałem w ręce numer „Nowej Fantastyki”, który już zdążyłem przeczytać cały z wyjątkiem drugiego odcinka powieści „Irrehaare”. Nie chciałem go czytać, bo nie lubię czytać od środka. Ale nie było nic innego na podorędziu, więc dałem się wciągnąć w dziwny świat opisany arcyniezrozumiałym językiem. Mówił tekst o niejakim Adrianie i towarzyszącym mu magu Santanie, którzy zdawali się być ludźmi, którzy utknęli w uniwersum gry komputerowej niczym pasażerowie zdefektowanej windy. Jedyną szansą wydostania się, jest pokonać system, a jedyną szansą na pokonanie systemu jest Adrian – mesjasz wirtualnego świata. Coś przypomina? Przypomnę i ja: „Matrix” powstał dopiero kilka lat później (premiera światowa to marzec 1999 roku). W chwili publikowania „Irrehaare” nazwisko Wachowski kojarzyło się jedynie z urzędującym jeszcze podówczas prezydenckim Sieciechem o imieniu Mieczysław. Gdy na przełomie milleniów pytano Dukaja o ewentualny pozew przeciw braciom (ówcześnie jeszcze byli to chłopcy) Wachowskim, starał się unikać tematu, tłumacząc się przypadkową zbieżnością inspiracji. Oczywiście: Czarne Żelazne Więzienie to i P. K. Dick obrabiał jako inspirację, ale oglądając „Matrix” czuło się w powietrzu swąd plagiatu.
    Ale ze swej niszy smok wychynął dopiero w 2008 roku, gdy za „Lód” otrzymał nagrodę Kościelskich. Ponieważ fantastyka, jak to już ongi Wojciech Sedeńko udowodnił, jest literaturą niewidzialną (to jest wydaje się ją, ale nie zauważają jej żadne środowiska uniwersyteckie), toteż zdziwienie powszechne szybko przerodziło się w naciągnięcie „Lodu” do literatury postpostmodernistowej (czy jakkolwiek ją określono, byle nie użyć brzydkiego słowa na „F”). W efekcie cała masa ludzi, którzy dukajowe utwory mieli za nieporadne gaworzenie (bo fantastyka, jak powszechnie wiadomo, jest dla dzieci i Papa Lem jeno dziatkom pisał), nagle rzucili się czytać i komentować największą, najgęstszą znaczeniowo i najbardziej złożoną powieść pana Jacka. To trochę wyglądało, jakby tłumek z lanserskiego przyjęcia poszedł w sukienkach i garniturach na Zamarłą Turnię, bo ktoś powiedział, że taternictwo jest w tym sezonie trendy. Szkoda, że nie ma w tej alegorii zakładów pogrzebowych zbierających żniwo martwych umysłów odpadających do mentalnie Pustej Dolinki. Złośliwym, wiem. Ale gdy patrzę na niektórych ludków gardzących fantastyką, a próbujących egzegezy „Lodu”... No cóż.
    Tak oto w kilku akapitach naszkicować chciałem sylwetkę autora, który nadał nową jakość polskiej i światowej fantastyce. A po co? Bo jeszcze będę o nim mówić...