niedziela, 28 grudnia 2014

Piosenka roku 2014

Zbiera się ludziom na koniec roku na różne podsumowania. Wpisując się w ten nurt chciałem Wam napisać jaki utwór muzyczny określiłbym moją „piosenką roku”, czy też który z albumów byłby moim „płytą roku”.
   Okazało się, że albumy takie są dwa. Nie potrafię powiedzieć teraz, który  z nich podoba mi się  bardziej. Nie potrafię powiedzieć, który z utworów bardziej zasługuje na pokreślenie go „piosenką roku”, choć to określenie jest z gruntu fałszywe, gdyż jeden utworów jest instrumentalny. Zatem zaprezentuje je w kolejności alfabetycznej.
   Pierwszy zatem BRUNT z Guernsey, niezwykle dziwnej wyspy na Kanale La Manche, która leżąc o rzut beretem od francuskiego wybrzeża podlega koronie brytyjskiej, lecz nie należy do Unii Europejskiej. Z resztą, nie jest ważne komu kłaniają się mieszkańcy tej wyspy, lecz jak zaczarowaną muzykę BRUNT potrafi zagrać. Na swoim debiutanckim albumie o tytule „Brunt” oferują cudną odtrutkę na pop-rockowe zagubienie. Silny, gęsty stoner-rock, w którym gitara basowa nie czyni tła, lecz stanowi filar utworów. A najbardziej z nich energetyczny jest umieszczony pierwszym na płycie. Ladies and gentelmen, oto przed wami, prosto z mglistej wyspy Guernsey, BRUNT w utworze „St Felix of Nola":

http://brunt.bandcamp.com/track/st-felix-of-nola

Drugi z zespołów, które spowodowały, że odzyskałem wiarę w mocny, energetyczny stoner-rock, niczym z początków kariery MONSTER MAGNET, wywodzi się z jeszcze bardziej osobliwej (z punku widzenia występowania źródeł tej muzyki) okolicy. SOMALI YACHT CLUB, bo o nich mowa, jest zespołem nie urzędującym wprawdzie w upadłym państwie Rogu Afryki, lecz niedaleko naszej granicy - we Lwowie. Jako się rzekło: ich muzyka jest jakby bardziej skojarzona z amerykańskimi korzeniami, lecz nie wyrastają na epigonów MM, lecz raczej tworzą po swojemu gitarowe pasaże i krajobrazy w ciemnych, sfuzzowanych pastelach. A oto kawałek, który spodobał mi się najbardziej, otwierający ich drugą płytę „Sun” utwór zatytułowany „Loom”:
http://somaliyachtclub.bandcamp.com/track/loom

 Miłego słuchania!

PS.
Do ulubionych utworów tego roku zaliczyć też powinienem DEAD CAN DANCE „In Power We Entrust the Love Advocated”, lecz nie umieszczę tu linku, gdyż na YouTube.com ktoś zwinął wszystkie wystąpienia prócz bootlega podłej jakości i coverów THE GATHERING, a swojego konta ze Spotify.com nie odzyskałem do tej pory. Dla porządku dodam tylko, że utwór pochodzi z płyty „Garden of the Arcane Delights”, co oznacza, że w tym roku minęło mu już trzydzieści lat od jego publikacji. Ładna rocznica, a emocje słuchaczy nie ulegają zmianie!

piątek, 19 grudnia 2014

Ćwiczenie z niebycia sobą

Patrick Modiano w swoim eseju laureata literackiej Nagrody Nobla stwierdza, że pisarz (szerzej – autor) nie może być własnym czytelnikiem. Że jego odbiór utworu, który napisał, zawsze jest odbiorem technicznym, a nie podążaniem za tekstem. Nie jest to specjalnie odkrywcza myśl, ale powoduje, że zaczynamy myśleć nad taką sytuacją, w której autor mógłby być swoim czytelnikiem.
    Jak to uczynić? Autor zawsze ma w pamięci ideę, zamysł, informację pierwotną, którą zamienia w kod. W tekst. W efekcie czytania swojego tekstu nie przetwarza go, ale od razu powraca do źródłowej informacji. Nie wie, co napisał, bo przesłania mu widok to co napisać chciał. Musiałby zapomnieć pierwotnej informacji, inspiracji i odkrywać swój tekst jako tekst innego człowieka. Ale czy wtedy byłby dalej jego autorem? Pozostawmy to pytanie na boku i zastanówmy się jak technicznie rozwiązać takie zagadnienie. Czy autor może napisać coś, czego nie rozpozna? Co będzie musiał interpretować, przetwarzać, zgadując zamiar autora? Czy autor może okłamać siebie samego, swoim własnym tekstem?
    Można to zrobić jak to uczynił Ch. Nolan w „Memento”, gdy główny bohater tatuuje sobie informacje na ciele, gdyż stracił zdolność przepisywania pamięci krótkotrwałej do długotrwałej: po kilku minutach nie pamięta co robił, z kim rozmawiał, gdzie był. Zapisuje najważniejsze rzeczy na skórze, by móc szukać mordercy swojej żony, lecz w wyniku pewnych zdarzeń zaczyna cynicznie manipulować sam sobą: zapisując fałszywe informacje oszukuje siebie po kilku minutach. Okłamuje siebie samego, który pozbawiony pamięci musi ślepo wierzyć informacjom zapisanym w postaci tatuaży.
    Można to uczynić jak U. Eco w „Cmenatrzu w Pradze”, gdy główny bohater nie tylko cierpi na rozszczepienie jaźni, ale w dodatku mieszka w dwóch różnych miejscach, co powoduje ciekawe zjawisko: oto budzi się pewnego dnia w obcym mieszkaniu i odnajduje zapiski nieobecnego gospodarza, zaczyna je studiować, nie wiedząc, że czyta... własny pamiętnik.
    Da się? Da się. Ale nadal nie wiem jak spełnić pewien szczególny postulat wysunięty przez U. Eco mówiący o napisaniu takiej opowieści kryminalnej, gdzie zabójcą będzie czytelnik...

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Ćwierć wieku później



Czy tak wygląda staczanie ku starości?
    Dziś rano, jadąc do pracy pociągiem, poczułem gwałtowny niepokój. Nie mogłem sobie przypomnieć imienia Borgesa. Czarna dziura w pamięci, a po niej nazwisko argentyńskiego mistrza. I przemożna potrzeba przypomnienia sobie, aby udowodnić samemu sobie, że można pokonać erozję pamięci, że to przypadkowy kiks mózgu, a nie ordynarna skleroza. Zatem nie wprost. Zatem bibliotekarz z „Imienia Róży”. Niewidomy Jorge z Burgos. Jorge!
   Jakże zmyślnie skomponowana jest ta postać, która zawiera cztery elementy odnoszące się do Borgesa: imię tożsame, podobieństwo dźwiękowe nazwiska do nazwy miasta hiszpańskiego (Burgos), ślepota, która dotknęła Argentyńczyka u schyłku życia oraz biblioteka, której idealny model Borges zapostulował, a Eco opisał jej parafrazę.
   Piękna transpozycja J. Borgesa na niewidomego bibliotekarza nie mogła być przez mnie rozpoznana, gdy czytałem tę powieść po raz pierwszy, ćwierć wieku temu. Nawet nie wiedziałem, że istniał ktoś taki jak Jorge Borges. Czytałem „Imię róży” jako kryminał w średniowiecznym sztafażu, z Giewontem skrytym nocą za oknem, nieświadom piękna prozy Borgesa, odniesień literackich Eco, ani tego, że moja ukochana mama przegrywa z nowotworem walkę o swoje życie.
   Tamta nadzieja słodsza była od obecnej wiedzy. Widzenie przyszłości to straszny dar.

sobota, 22 listopada 2014

Dobór nienaturalny


Nie wspomnę kto, może Dawkins, wykoncypował równoległość zachowań genów i pewnych jednostek informacyjnych, które nazwał memami. Wskazał, ze jedne i drugie „walczą” o swoje nisze, które zapełniają samoreplikującymi kopiami. Aby wspomóc jakoś zajmowanie tych nisz geny konstruują sobie pewne opakowania, czy też wehikuły w postaci organizmów. Okazuje się, że wyższe organizmy urządzają sobie nisze na niższych organizmach (drapieżcy) a niższe – na wyższych (pasożyty). Ciekawe.
    W memetyce jeszcze nie dorobiliśmy się takich klasyfikacji jak w biologii, ale dzięki tej ostatniej możemy już z daleka ujrzeć pewne prawidłowości.
    Oto Adam Smith w swoim „Bogactwie narodów” odwołuje się do konieczności edukacji, argumentując, że naród edukowany mniej podatny jest na uniesienia i zabobon, który często ciemne narody zaburza.
    Niby racja. Powszechność druku rozwiała pewne zmory, które motały ciemne zasłony wokół tak oczywistych rzeczy, jak przekaz Pisma Świętego. Gutenbergowi należy dziękować za to, że zabobon nie zdążył przeżreć wiary jak trąd. Ale z drugiej strony patrząc na E. L. James, N. Roberts, J. Collins i ich epigonów, to kwiat smętny w dłoni więdnie. Gdy przeanalizować zawartość brukowców i tygodników opiniotfurczych, to można byłoby zastanowić się, czy szczęśliwsi nie są ci, którzy ubodzy wiedzą nie posiedli umiejętności czytania.
    Złe wiadomości, omamy i zabobony: „strać cellulit w pięć dni stosując dietę buraczaną”, „jajka podwyższają rakotwórczy cholesterol”, „wybuch gazu na squacie to porażka urzędującego premiera”, „uwaga: za trzy dni koniec świata!”. Oto nasze środowisko życia, które nie zaistniałoby, gdyby nie edukacja. Adam Smith by się zdziwił. A wracając do naszej biologicznej paraleli: wszy i pluskwy oblazły współczesną cywilizację niosąc śmiertelne choroby. I albo wreszcie wdrożymy zasady intelektualnej higieny, albo przypomnimy sobie, że przenoszona przez pchły dżuma jest chorobą śmiertelną.

sobota, 15 listopada 2014

Narracja imperialna

Nauczono nas w szkole patrzeć na historię z punktu widzenia Polski. I dobrze. Bo Polakami jesteśmy i z tym krajem winniśmy się identyfikować. Jego historię mieć jako swoją. Ale niedobrze jest popadać w szowinistyczny solipsyzm uważając, ze jesteśmy jedynym narodem godnym uwagi historycznej, a całe dzieje europejskiej cywilizacji kręcą się wokół naszej mlekiem i miodem płynącej krainy.
    Wielkim atutem „Pieśni Lodu i Ognia” G. R. Martina jest zastosowany przezeń mechanizm narracji. Widzimy rozwój globalnej sytuacji śledząc losy bohaterów znajdujących się w różnych miejscach geograficznych, w różnych warunkach, w działających w odmiennych układach politycznych, po przeciwnych stronach barykad. Dzięki temu wyrabiamy sobie pogląd na temat całokształtu sytuacji, nie budujemy czarno-białych podziałów i jednostronnych sympatii.
    Podobnie dzieje się, gdy czytujemy historyków opisujących dzieje z innych perspektyw (nota bene wytworzył się ostatnio taki modny nurt zwany global history, ale to już zostawiam Ci do odrębnej lektury). Jednym z takich przykładów spojrzenia na historię z perspektywy innej niż nadwiślańska łąka są książki Nialla Fergusona. Ktoś może żachnąć się, że to po prostu perspektywa innej łączki, położonej nad Tamizą i nie zaprzeczę. Ale jest to perspektywa inna niż nasza. Perspektywa imperium, którego terytorium w tej samej mierze, co zamorskie kolonie, stanowiły oceany. Imperium, które choć „powstało w akcie roztargnienia”, jednak nie wstydziło nazywać siebie Imperium i traktować swej dominacji jako odrębnej wartości.
    Na tym tle rozrysowuje N. Ferguson historię zachodniej cywilizacji, w której powstanie Stanów Zjednoczonych Ameryki staje się aktem zrzucenia dominacji imperialnej zakończonym sukcesem. Ale za to obarczonym pewną ceną: pełnym hipokryzji zaprzeczeniem własnych ambicji imperialnych. Wszyscy wiemy, że  USA nie przystępują do wojny dla własnych korzyści, lecz dla „krzewienia demokracji”. Nawet jeśli w danej kulturze demokracja jest równie egzotycznym fenomenem jak kakaowiec w nadbiebrzańskim bagnie (vide Afganistan), nawet jeśli nikt jej nie rozumie i nie chce, to i tak muszą ją przyjąć. Pięknie oddaje to przytoczony przez autora dialog pomiędzy Walterem Pagem, przestawicielem USA w Londynie i Edwardem Grayem, brytyjskim ministrem spraw zagranicznych, który dotyczył interwencji USA w Meksyku po puczu wojskowym w 1913 roku. USA, jak zawsze, weszły do Meksyku celem przywrócenia demokracji.

- Jak sądzę, będziecie interweniować, i co wtedy?
- Pozwolimy im głosować i żyć według ich decyzji?
- A jeśli oni nie będą tak żyć?
- Wtedy ponownie wejdziemy i pozwolimy im głosować.
- I robić tak przez 200 lat?
- Tak. Stany Zjednoczone będą tam 200 lat i będą strzelać do ludzi w tym miejscu, aż nauczymy ich głosować i samodzielnie rządzić.
N. Ferguson „Imperium”

Paradne. Hiszpańska inkwizycja nie była ostatnią instytucją masowego przymusu zbawienia – wciąż mamy Wujka Sama.
    Z drugiej strony funduje nam autor lekcję imperialnych szachów w postaci polityki A. Hitlera, prywatnie wielbiciela Imperium Brytyjskiego za jego otwarte bycie imperium. Czy zastanawialiście się po co Hitlerowi był sojusz z Japonią? By związać USA? USA nie paliły się do europejskiej wojny tak długo, jak długo wojna ta osłabiała jego prywatnego wroga: Wielką Brytanię. Tak! USA i GB były zaciekłymi konkurentami bez wzajemnych sympatii. Ferguson opisuje negocjacje dyplomatyczne między Niemcami a Wielką Brytanią jako postawione przez Berlin ultimatum: albo Brytania da Hitlerowi wolną rękę w Europie i zachowa Azję, albo wystąpi przeciw III Rzeszy w Europie i straci Azję. Dla przypomnienia: w Azji brytyjskie były Indie, obecny Pakistan, Iran, Bangladesz, Birma, spory kawałek Malajów z Singapurem i jeszcze trochę. Oczywiście Hitler w Azji nie miał żadnych sił, które mogłyby zaszkodzić Brytyjczykom. Ale mógł poszczuć na nich Japonię, która – po obietnicy związania Brytyjczyków wojną europejską – bez większych problemów zagarnęła Malaje. Gdyby nie działania w Europie i walki o Atlantyk, flota brytyjska z niedużymi siłami lądowymi dałyby radę obronić Daleki Wschód. Ale nie. I nie stało się tak dlatego, że Wielka Brytania tak bardzo chciała dotrzymać zobowiązań sojuszniczych wobec kilkunastoletniej Polski, ale dlatego, że politycy brytyjscy zrozumieli, że oddanie Hitlerowi kontroli w Europie oznacza szybką zagładę Wysp Brytyjskich. Stolica Imperium w Delhi? No cóż. Na to nie chciano się zgodzić. Stanąwszy do wojny, po Dunkierce i Afryce wezwano USA na pomoc. I tu pojawił się problem, bo jak już powiedziano, USA wolałby widzieć Brytanię na kolanach. Churchill zawarł pakt z diabłem, tym razem w osobie F. D. Roosvelta, w wyniku którego Imperium Brytyjskie rozleciało się w ciągu kilkunastu powojennych lat niczym świński domek ze słomy. Na placu boju zostały dwa krygujące się imperia: jedno udawało, że krzewi demokrację, a drugie – równość społeczną.
    W tych globalnych szachach na razie stanowimy figurę i szachownicę. Jeszcze nie możemy udawać gracza. Ale jeśli będziemy zachowywali się mądrze i – co za tym idzie – dyskretnie, w pewnym momencie tym graczem możemy zostać.

niedziela, 26 października 2014

Kapitanów dwóch


Jest zawsze pewnego rodzaju wyzwaniem dla autora wytworzenie osobowości bohatera, tak, by posiadała wyraziste cechy, które uczynią z niego istotę choć podobną do człowieka.
    Chodzi o to, by gangster nie miał jedynie blizny na twarzy i papierosa w ustach, albo by książę nie był woskową figurą na białym koniu, który walczy dzielnie, rządzi sprawiedliwie i kocha namiętnie. Oczywiście postaci wymienione winny mieć te cechy, by danemu celowi fabularnemu stało się zadość. Ale winny mieć także kilka cech drugorzędnych, które są niczym rysy twarzy pozwalając odróżnić jedną osobę od drugiej.
   Weźmy przykład, na którym widać to najdobitniej: Horatio Hornblower kontra Jack Aubrey.
    Trudno wyobrazić sobie podobną sytuację: dwa cykle powieściowe cieszące się uznaniem i oba ekranizowane, mówiące właściwie o tym samym. W obu przypadkach mamy historię kariery dowódcy okrętu Royal Navy (brytyjskiej marynarki wojennej) w czasie wojen napoleońskich. Postronnemu czytelnikowi, nie będącemu fanem militarystyki morskiej tej epoki, te dwie postaci winny zlać się w jedną. A jednak wyczuwa się zdecydowaną różnicę, między innymi dzięki temu, że obaj autorzy nadali swoim postaciom cechy drugorzędne, które są bez mała sobie przeciwstawne. Pomijając temperament – Hornblower jest kalkulujący niczym Sherlock Holmes, zaś Aubrey to prawdziwy paliwoda – najbardziej odróżnia ich... umuzykalnienie.
   H. Horblower posiada słuch muzyczny stopnia pierwszego: jest w stanie określić, czy ktoś w ogóle gra. Oto opis wybierania kotwicy przy akompaniamencie shantymana:

Połowa ludzi z wachty naciskała całym swym ciężarem na handszpaki, szukając nagimi stopami oparcia na gładkim pokładzie. Harrison zagrzewał ich okrzykami i groźbami, a maruderów popędzał uderzeniami trzciny. Na dziobie ten zwariowany rzępoła Sullivan, dwaj żołnierze z piszczałkami i dwaj dobosze wygrywali jakąś ochoczą melodię — dla Hornblowera wszystkie melodie były podobne do siebie.
C. S. Forester „Szczęśliwy powrót”

Tymczasem Jacka Aubreya poznajemy od razu na koncercie, gdzie z właściwym sobie brakiem umiaru wymachuje ręką jakby dyrygował słuchanym kwartetem smyczkowym. Z doktorem Maturinem, którego poznał na tym koncercie i zabrał w rejs jako lekarza okrętowego, muzykować będzie przy każdej okazji. Na przykład po zakończonych ćwiczeniach artyleryjskich:

- No cóż, może pozwolimy sobie na chwilę muzyki? - zwrócił się Jack do doktora Maturina. Mam nadzieję, że nie dzwoni panu w uszach od huku wystrzałów? Poruczniku, czy możemy pana zaprosić?
(…)
- Bardzo jestem zadowolony z dzisiejszego strzelania – przyznał Jack, strojąc skrzypce. - Teraz z czystym sumieniem mogę skierować okręt blisko brzegu, nie ryzykując wiele.
- Cieszę się, ze jest pan usatysfakcjonowany. Załoga rzeczywiście dała z siebie wszystko. Pozwolę sobie zwrócić uwagę, iż to nie jest dźwięk A.
P. O'Brian „Dowódca »Sophie«

Mała rzecz, a różnica widoczna. To oddanie cech drugorzędnych jest odpowiednikiem świtłocienia, czy wręcz perspektywy, w malarstwie. Chciałbym, by wszyscy autorzy pamiętali o tym. Chciałbym sam o tym pamiętać.

poniedziałek, 13 października 2014

Konkluzja wujka Staszka #4: Sztuka w cieniu cyca


W Krakowie rozpoczęła się kolejna edycja festiwalu Unsound. Jest to jedna z najważniejszych imprez tego typu w Europie. Wielkie święto muzyki eksperymentalnej, radykalnej w swym poszukiwaniu granic i nowych terytoriów. Nawet więcej niż tylko muzyki – Sztuki Eksperymentalnej i Zmuszającej Do Myślenia, gdyż kooperacja Jana Klaty i V/Vm w postaci spektaklu „Ubu Król” w reżyserii pierwszego i oprawie muzycznej drugiego to Sztuka. Dla chętnych: 19.10.2014 w Teatrze Starym. Szkoda, że mnie to minie.
    Ale któż prócz małe garstki zapaleńców wie, że startuje Unsound? Garstka słuchaczy PR2, którzy zauważyli krótkie wypowiedzi promocyjne pani dyrektor festiwalu. A tymczasem o Unsound dwa lata temu pisali wszyscy. Jako przykład podam dwa fragmenty artykułów:

400 tysięcy złotych przekazało Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego na dofinansowanie Unsound Festival w Krakowie. Tymczasem okazało się, że jedną z gwiazd festiwalu będzie amerykański zespół aTelecine, w którym występuje gwiazda porno Sasha Grey. - Nic o tym nie wiedzieliśmy - tłumaczą urzędnicy resortu.

26.06.2012 r., dostęp z dnia 13.10.2014 r.
 
Organizatorzy krakowskiego festiwalu Unsound (14-21 października) zaprosili Sashę Grey. Była gwiazda filmów porno, obecnie aktorka niezależnych filmów odwiedzi Polskę. Na stronie filmweb.pl czytamy: (...) [tu następuje cytat w filmweb.pl dot. biografii Sashy Grey i na tym kończy się artykuł]
Organizatorzy sami się zdziwili:

- Na festiwalu pojawi się prawie stu artystów z całego świata, reprezentujących najciekawsze tendencje w muzyce elektronicznej, post-klasycznej czy eksperymentalnej. Jednym z nich jest grupa aTelecine, której światowy debiut odbędzie się właśnie na Unsoundzie. Przyznam, że zaskoczył nas wysyp sensacyjnych publikacji dotyczących tego wydarzenia. Sasha Grey wzbudza kontrowersje poprzez swą przeszłość w branży pornograficznej. Nie oceniamy jej wyborów. Ale dziś jest uznaną aktorką: grała m.in. u Stevena Soderbergha czy w serialu "Entourage". Z pewnością jest fenomenem popkultury, ale na festiwalu skupimy się jedynie na prezentacji twórczości muzycznej zespołu aTelecine, a nie dorobku filmowym któregokolwiek z jego członków. Jeśli więc ktoś szuka sensacji, sugeruję wybrać się na koncert Lady Gagi - mówi Płysa. [Małgorzata Płysa to szefowa Unsound – przyp. mój]

Gazeta.pl „Kontrowersyjny Unsound w Krakowie. Festiwalowy The End?”
07.09.2012 r., dostęp z dnia 13.10.2014 r.

Jak widać, jedynym sposobem na przebicie się w mediach masowego rażenia jest seks, bądź spektakularna śmierć.
    W sumie to może dobrze, że Unsound w 2012 r. wypłynął na cyckach, a nie na trumnach. Ale w tym kontekście patrząc, wolałbym, żeby pozostał niszową imprezą, niezauważoną przez tabloidowych, samozwańczych obrońców moralności i budżetu państwa.

sobota, 11 października 2014

Drugie Pomieszanie Języków: wejście Rady

    Co gorsza, w sprawę obrony właściwego rozumienia pojęcia haker zaangażowano Radę Języka Polskiego. Innymi słowy: wezwano husarię. Cóż mógłbym powiedzieć o opinii wydanej przez Radę? Jeśli kontynuować sarmacką metaforę, to moja opinia o tej opinii brzmi: Korsuń, Piławice i Ujście jednocześnie.
    Aby pozostać uczciwym, zacytuję tu Poradę językową pt. „Haker”:

Do RJP nadszedł następujący list: „Witam, ostatnio sprawdziłem w słowniku Wilga udostępnianym w portalu slowniki.onet.pl słowo „haker”. Oto wynik, który uzyskałem: rz. mos I, lm M. ~erzy ‘osoba włamująca się do programów komputerowych’ Nie jest to prawda. Wg języków zagranicznych: [tu następuje cytat z Jargon File, który przetłumaczony jest na początku poprzedniego postu]. Co mogę zrobić lub zrobić może Rada, aby naprawić ten błąd? Prowadzi on do wielu pomyłek, szczególnie w mediach, które wykorzystują słowo „hacker” w ujęciu negatywnym, powodując zamieszanie wśród odbiorców”. Odpowiedział na niego przewodniczący RJP:

Dziękujemy za uwagi o znaczeniu wyrazu haker „w językach zagranicznych”, jak Pan pisze (a przytacza Pan tylko znaczenie w języku angielskim, nie podając źródła, z którego Pan czerpie te definicje). Istotnie najczęściej jest tak, że wyraz zapożyczony zachowuje znaczenie takie, jakie ma w języku, z którego pochodzi. Bywa jednak i tak, że wskutek różnych okoliczności znaczenie wyrazu w języku-biorcy różni się od znaczenia wyrazu w języku-dawcy. Tak jest chociażby w wypadku wyrazów handicap i kolaboracja w języku polskim i (odpowiednio) angielskim i francuskim.

Słowo haker w języku polskim nabrało innego znaczenia niż w ma w angielskim, co dokumentują definicje w „Innym słowniku języka polskiego PWN”: „Haker to ktoś, kto włamuje się do sieci i systemów komputerowych. Słowo używane środowiskowo” (t. 1. s. 499) i „Uniwersalnym słowniku języka polskiego PWN”: „osoba bezprawnie podłączająca się do komputerów i sieci komputerowych różnych instytucji; włamywacz komputerowy” (t. II, s. 8). Tak więc są to definicje zbieżne z cytowaną przez Pana. Dodam, że współcześnie często niepotrzebnie przypisujemy wyrazom polskim znaczenia ich angielskich odpowiedników graficznych bądź brzmieniowych, np. uważamy, że dieta to ‘sposób odżywiania, jadłospis’ (por. ang. diet) – podczas gdy jest to ‘określony sposób odżywiania, stosowany w leczeniu’, albo przypisujemy rzeczownikowi kondycja (por. ang. condition) znaczenie ‘stan, położenie’, podczas gdy znaczy on ‘stan fizyczny człowieka lub grupy ludzi’. Takich przykładów jest kilkaset, w wielu wypadkach nowe znaczenia słów polskich biorą się z nieprecyzyjnego tłumaczenia tekstów pisanych w języku angielskim. Niestety bowiem często znajomość angielskiego (nawet dobra) nie idzie w parze z dobrą znajomością polszczyzny, której np. usiłuje się przypisać znaczenia charakterystyczne dla wyrazów języka angielskiego.

2005 r.

Kwiat smętny w dłoni więdnie.
    Poradę firmował swym podpisem Przewodniczący RJP, ale na pewno w jej formułowaniu brać udział musiał przewodniczący Zespołu  Terminologii Informatycznej, prof. Andrzej Jacek Blikle, założyciel Polskiego Towarzystwa Informatycznego, wybitny specjalista (chciałoby się rzec, o ironio – haker) w dziedzinie języków programowania maszyn, znany, niestety, przez większość społeczeństwa jako cesarz pączków.
    Podane przez autora przykłady są oczywiście tyleż prawdzie, co nieadekwatne. Otóż wszystkie one pochodzą z czasów, gdy językiem „nikt się nie opiekował”. Gdy nikt nikogo nie poprawiał, nic nie ujednolicał, nikt nie wydawał opinii językowych. Teraz znaczenia są już ustalone i rozbieżne z językiem angielskim, więc nie ma potrzeby nacierania na te wiatraki (jak to mawiał prof. Gerard Labuda). Natomiast kultura hakerów jest kulturą stosunkowo młodą, skoro jej powstanie datuje się na połowę lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Mamy niesamowitą szansę przyjrzeć się jak rodzą się nowe kultury, ich zwyczaje i języki. Tak jak purytanie z „Mayflowera” stali się zalążkiem kultury amerykańskiej, tak hakerzy z MITu byli zalążkiem kultury hakerskiej. Ja nie postuluję, by od razu obchodzić związane z owymi purytanami Święto Dziękczynienia. Ja postuluję, by naszych Dożynek nie nazywać Świętem Dziękczynienia! A jeżeli już grupa pismaków bez szkoły i banda gimnazjalistów promuje użycie słowa haker w niewłaściwym znaczeniu, to od tego – wydawałoby się – jest RJP, by temu zapobiec. Nic bardziej mylnego! RJP zajmuje się ostatnio przyklepywaniem tego, co już na płotach, murach i „w internetach” wykoślawiono. I tak, gdy przeczytamy poradę z roku 2002 pt. „Etymologia pewnego wulgaryzmu” zauważymy, iż cały wydźwięk tej opinii jest do skwitowania jednym zdaniem: „nie będę się poniżać zabieraniem zdania w tej sprawie”.
    Natomiast ważne są dwa zdania wzmiankowanej odpowiedzi.

A co do zapisu „etymologicznie poprawnego”, to jeśliby go zawsze przestrzegać, musielibyśmy pisać: nóta, bót, kolenda, żentyca, ogurek, Jakób, że przytoczę kilka najbardziej znanych przykładów. W ciągu wieków ortografia zmieniała się wielokrotnie i często odchodzono od zapisu oddającego etymologię słowa.

Widać tu kapitulancką tezę, której trzymać się RJP będzie przez następne lata: skoro język zawsze się plenił, to my na to nic nie poradzimy. Jeśli język, w wyniku ewolucji, zmieni „ch” na „h” na początku wulgaryzmu, to widać tak musi być. Mam wrażenie, że jedynym strategicznym celem działalności RJP jest nadzór nad słownikiem imion dla potrzeb Urzędów Stanu Cywilnego.
    Drugie zdanie natomiast jakoś proroczo odnosi się do porady w zakresie słowa haker, o którą została Rada poproszona trzy lata później:

Nie rozumiem natomiast, dlaczego zapis przez „h” miałby się stać furtką, „przez którą do słowników wleje się ciurkiem cały strumień byków i koprolalizmów rodem z ulicy”? O jakież to wyrazy, których nie odnotowują najnowsze słowniki, może chodzić?

    Otóż, Panie Przewodniczący, chodzi o ósme znaczenie słowa haker.

sobota, 4 października 2014

Drugie Pomieszanie Języków: haker

    Wracam z rozważaniami na stare śmiecie: do nie-porozumienia. Tym razem, o dziwo, wywołanego celowo. I to w dodatku przez organ i osoby, po których bym się tego nie spodziewał, lub przynajmniej spodziewał najmniej.
    Chodzi mianowicie o znaczenie słowa hacker (pol. haker). Najpierw pozwolę sobie przedstawić moje znaczenie, które opieram na Jargon File.
    Ergo - muszę najpierw wytłumaczyć czym jest Jargon File. Jest to mianowicie  słownik gwary komputerowej wzbogacony o dodatki, które są niejako kodyfikacją legend założycielskich wczesnej kultury hakerów.
    Spróbuję zacytować Jargon File tłumacząc fragment hasła „hacker”:

Haker: [początkowo: osoba wykonująca meble przy użyciu siekiery]
1. Osoba poznająca szczegóły programowalnych systemów i odkrywająca sposoby rozszerzenia ich możliwości, w przeciwieństwie do normalnych użytkowników, którzy preferują minimalne zapoznanie z ich możliwościami. RFC 1392 (Słownik Użytkowników Internetu) definiuje go jako „osobę czerpiącą przyjemność z dogłębnego poznawania budowy i zasad działania systemów, komputerów i sieci komputerowych w szczególności.
2. Osoba będąca entuzjastą programowania (lub wręcz programująca obsesywnie), lub taka, która przedkłada praktyczne programowanie nad teorię programowania,
3. Osoba doceniająca
hakerskie wartości (tu odnośnik do kolejnego hasła).
4. Osoba, która szybko stała się dobra w programowaniu.
5. Ekspert w danym zagadnieniu, w szczególności użytkowania programu lub systemu, np. „haker uniksowy” to wysokiej klasy ekspert w dziedzinie systemów rodziny Unix.
6. Ekspert lub entuzjasta każdego rodzaju. Na przykład astronomii.
7. Osoba lubiąca wyzwania intelektualne wymagające podejścia twórczego i odkrywczego.
8. [znaczenie naganne, do wycofania] Wścibskie indywiduum próbujące zdobyć informacje wrażliwe poprzez szukanie dziur w systemach zabezpieczeń. Właściwym terminem na określenie takiej osoby jest
craker (tu odnośnik do kolejnego hasła)

I wcale nie jest tak, że powyższe hasło jest czyimś „widzimisię”, lecz jest mocno osadzone w kulturze inżynierów wysokich technologii. Jako przykład przytoczyć można zbiór problemów matematycznych pod nazwą HAKMEM, co jest zniekształceniem „hacks memo” wynikającym z faktu, iż w komputerach PDP-10 występowało w nazwach ograniczenie do sześciu znaków. Co zawiera HAKMEM? Przykład skróciłem niemal do nagłówka, aby nie sadzić tu funkcji matematycznych:

Zagadnienie nr 50:
Nie istnieje magiczny sześcian o boku składającym się z czterech liczb.
Dowód: (…)


Czym jest magiczny sześcian? Trójwymiarowym rozwinięciem kwadratów magicznych. Cały dowód składa się z dwóch lematów i dwóch dowodów lematów, a zakończony jest obowiązkowym „QED”, co się na polski tłumaczy „cbdu”: „co było do udowodnienia”.
    Jaka jest medialna recepcja słowa „haker”? Ósma. Ta, której środowisko hakerów nie akceptuje. Fakt, że wśród hakerów zdarzają się czarne owce zajmujące się crackingiem nie upoważnia do deprecjonowania całego znaczenia słowa. W przeciwnym wypadku casus Che Guevary mógłby spowodować, że słowo lekarz stałoby się synonimem słowa rewolucjonista. Lub lepiej – wypierałoby je. Wyobrażacie sobie artykuły historyczne mówiące o Wielkim Leczeniu Październikowym, lub o krwawym terrorze jakobińskich lekarzy? Proszę Was...
   No dobrze, poszukajmy zatem sprzymierzeńców w obronie spójności znaczenia pojęć.

c.d.n.

niedziela, 21 września 2014

Tańczyłem na prapremierze

Na początek wyjaśnijmy to sobie: nie lubię muzyki zespołu ABBA, nie lubię teatru tańca, a na samym tańcu znam się jak świnia na gwiazdach. Ale prapremierowy spektakl „I have a dream”, na którym znalazłem się przez przypadek, bardzo mi się spodobał. Pewnie dlatego, że lubię Shakespeara. I pewnie dlatego, że Paweł Tyszkiewicz jest jednym z lepiej predestynowanych do roli Puka aktorów.
    Spektakl miał miejsce w piątek, 19.09.2014 roku na deskach Gliwickiego Taetru Muzycznego.
    Powiedzieć, że „I have a dream” to musical, byłoby nieporozumieniem. To widowisko taneczne do zmiksowanej muzyki zespołu ABBA, które stanowi tańcowaną ilustrację „Snu nocy letniej” Stratfordczyka.
    Na początku, na scenie urządzonej jak do skeczu pt. „impreza w lesie”, pojawia za konsoletą DJ Puk. Nie mówi nic. Ani słowa. Wszystko co ma do powiedzenia, wyświetlone jest z rzutnika na ścianie. Dziwnym trafem  dość szybko nawiązuje kontakt z publiką składającą się z niemrawych i sztywnych dyrektorów, prezesów i członków rad nadzorczych. Nie tylko, że wciąga ich w zabawę polegającą na nauce pewnego układu choreograficznego osiągalnego dla publiki (machanie łapkami), ale pobudza do salw śmiechu, więc nim pierwsi tancerze wybiegną na scenę, publika jest już „rozgrzana”.
    Jak podkreśliłem na początku – takie przedstawienie jest zupełnie poza moją dziedziną zainteresowań. Ale bawiłem się dobrze. Może gdyby były to abstrakcyjne popisy taneczne, pewnie by mnie szybko znużyły. Ale oglądanie spektaklu, gdzie językiem tańca ukazany jest międzyosobowy galimatias dwóch par, kłótnie Oberona i Tytanii, pukowa robota, która wymknęła się spod kontroli, co kończy się pokładzinami Tytanii z oślogłowym, było całkiem przyjemne.
    W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, grono elfów w czasie tańca zbiegło ze sceny i... powciągało na nią osoby z publiczności. Z uwagi na pewien defekt szczęścia, wciągnięto i mnie. Partnerowałem kilka minut w tańcu pewnej elfce będąc kompletnie nieprzygotowany na takie okoliczności. Mogę więc rzec, iż pierwszy mój występ sceniczny, w epizodycznej roli statysty („statysta taneczny”, cóż za oksymoron!) na imprezie poddanych Oberona mam za sobą.
    Ponieważ Puk jest tancerzem i ma swym tańcem okazywać niepożytą, nieludzką energię, jego ruchy nader przypominały mi kreację Kalibana w greenawayowskich „Księgach Prospera” - adaptacji „Burzy”. Nie wiem, czy choreograf uczynił to celowo, ale zielony Puk niezwykle przypominał mi tamtego czerwonego Kalibana. Ma to swój sens, gdyż jedna i druga z postaci są reprezentantami nieokiełznanej siły natury. Tej, której patronował grecki bożek Pan, od którego wywodzi się pojęcie panika.
    Jest jeszcze jedno podobieństwo do „Burzy”. Spektakl „I have a dream” kończy się monologiem Puka, który stanowi coś na kształt kończącego „Burzę” monologu Prospera au rebours. O ile Prospero żegna się z publiką sugerując ostateczne pożegnanie, Puk w „I have a dream” kończy zapewniając, że jeśli zabawę publiczność uważa za zbyt słabą, postara się w przyszłości poprawić jej poziom. Jest tu zdecydowany akcent położony na kontynuację w przyszłości. Otwarcie na życie.
    Resume? Można nie znać Shakespearea i świetnie się na tym spektaklu bawić. Można nie lubić teatru tańca i ABBY a jednak świetnie się bawić. Ocena końcowa: mocne pięć.
    Czy było coś, co mnie rozczarowało? Owszem, lecz jednocześnie rozumiem, że w realiach teatru tańca Tytania nie mogła posiadać atrybutów, którym zawdzięczała swoje oryginalne, angielskie imię. Tak, uważam, że Shakespeare celowo dał jej takie imię, gdyż będąc Anglikiem i czytając Owidiusza, w naturalny sposób kojarzyło mu się łacińskie słowo opisujące córy tytanów. Tę nietrudną zagadkę pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy.

sobota, 20 września 2014

Kontekst Oscara P.

Ponoć kiedyś Stańczyk założył się o to, jaki fach jest najpowszechniejszy w Polsce i twierdził, że jest nim lekarz. Ponieważ lekarz dyplomowany był w owych czasach równie rzadko spotykany co dziś zdun czy szewc, więc zakład został przyjęty i sromotnie przegrany dzięki fortelowi królewskiego trefnisia, który przechadzając się z obwiązaną twarzą po Kleparzu zebrał w godzinę dwa tuziny rozmaitych kuracyj na ból zęba.
    W dniu dzisiejszym trudno byłoby wskazać jaki zawód byłby powszechniejszy: stylistka, komentator sportowy, czy autorytet moralny? Wydaje mi się, że jednak byłby nim polityk. Ale jakiś specjalistyczny: ministrowie finansów, spraw wewnętrznych, administracji, rolnictwa i infrastruktury płyną ulicami szerokimi potokami, wydając nieustannie wytyczne do ustaw i rozporządzeń, których nikt nie uchwali i nie ogłosi, mimo że od ręki uzdrowiłyby kondycję państwa. No i właśnie dlatego nie będę pisał o polityce.
    Ale zdarzają się od czasu do czasu sytuacje, które polaryzują tłum w innym kierunku. Tak jak na przykład wyrok wobec Oscara Pistoriusa, niepełnosprawnego lekkoatlety południowoafrykańskiego, który zastrzelił swoją dziewczynę, Reevę Steenkamp, w łazience swego domu czterema strzałami oddanymi przez drzwi. Tłumaczył się, że myślał, iż to włamywacz. Wątki poboczne mówiły o tym z jaką łatwością, zgoła bez powodu, sięgał po broń przy innych okazjach oraz o kłótni, jaką mieli ze sobą tego wieczoru odbyć. Jednak nie było w mediach polskich publikowanych protokołów z przesłuchań, ani innym materiałów procesowych. Jednak gdy ogłoszono wyrok oczyszczający z oskarżenia o morderstwo (czyli zamierzone, celowe pozbawienie życia swej dziewczyny) i uznające go winnym nieumyślnego spowodowania śmierci, nagle zawrzało. Zerwały się różne „ałtoryteta” i dalej gardłować: że to niedopuszczalne, że przecież wiedział, że tam jest człowiek, że co z tego, że włamywacz, że mógł zrobić coś innego, że się wzywa w takich sytuacjach policję i dalej w ten deseń.
    Problem leży w tym, że osadzają całe zdarzenie, jakby się wydarzyło w Grójcu, Wilkowyjach, czy też w Świerklańcu. Tymczasem w RPA sprawa wygląda trochę inaczej.
    Peter Temple w 2002 roku wydał powieść pt. „In the Evil Day” (polski tytuł: „W dzień zła”). Powieść zdecydowanie nurtu rozrywkowego, nie aspirującego do bycia literaturą refleksyjną. Zaczyna się ona sceną, w której ochroniarze przyjmują zlecenia na dany dzień – w większości rzecz dotyczy eskortowania biznesmenów z miejsc publicznych (lotnisk, restauracji do ich domów). Już podczas pierwszego zlecenia tego dnia zostaje nakreślony obraz kraju, w którym na porządku dziennym są włamania i napady rabunkowe na osoby majętne połączone z pozbawieniem ich życia. Już pierwsza scena kończy się opisem takiego właśnie starcia z włamywaczami, w którym ginie dwóch włamywaczy, jeden z ochroniarzy i eskortowana kobieta. A scena ta tylko jest marginalnym zawiązaniem akcji.
    Oczywiście, to jest tylko literatura. To jest tylko powieść sensacyjna, która powinna – zgodnie ze schematem pana Hitchcocka – zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie winno narastać. Ale rozpoczęcie powieści od układu: w RPA z zakupów do domu odprowadza nas dwóch ochroniarzy z bronią długą, daje do myślenia.
    Jeśli jedziemy do Grecji, czy Chorwacji i zachwycamy się tym, że można zostawić otwarty samochód, czy namiot i nikt nic nie kradnie, dlaczego nie możemy się domyślić, że mogą istnieć kraje, gdzie „włamywacz” oznacza „bezwzględny morderca”, gdzie nie wzywa się policji do takich rzeczy, tylko trzeba się bronić samemu? Dlaczego nie możemy przyjąć, że istnieją kraje, w których strzał do włamywacza nie jest morderstwem, ale dopuszczalną samoobroną, gdyż pojęcie „włamywacz” zawiera w tamtej kulturze pojęcie „zabójca”? Dlaczego wydajemy osądy wynikające z naszego kontekstu kulturowego, a nie kontekstu miejsca zdarzenia?
    Może to efekt pojęcia „globalnej wioski”, który spowodował, że zaczęliśmy uważać, że cały świat (przynajmniej zachodniego kręgu kulturowego) jest już zhomogeniozwany niczym marketowy serek. Myślimy, że cały świat przypomina nasze obejście. Że nasza kultura jest kulturą całego świata. Że wszyscy na świecie nucą "Ona tańczy dla mnie".
   Obawiam się jedynie, że głównym efektem tego myślenia jest zmiana nas samych w wieśniaków globalnego formatu.

wtorek, 16 września 2014

Konkluzja wujka Staszka #3: „Potop Redivivus: Podtopienie”

Informacja o tym, że na festiwalu w Gdyni widzowie nagrodzili owacjami nową, „odświeżoną” wersję „Potopu” Hoffmana stała się pewnego rodzaju znakiem czasu. O ile reżyserka wersja „Czasu Apokalipsy” („Apocalypse Now: Redux”) jest dłuższa od kinowego pierwowzoru, to „Potop Redivivus” jest okrojony o godzin dwie. Prawdą jest, że pierwowzór bardziej nawiązuje do fresków w stylu „Przeminęło z wiatrem”, czy „Kleopatra”, niż do współczesnych filmów, ale zabieg polegający na uatrakcyjnieniu poprzez pocięcie w  krótkie ujęcia i odchudzenie o 40% świadczy o pewnego rodzaju zubożeniu intelektualno-czasowym społeczeństwa doby bryków i opracowań.
    Osobiście ciekawi mnie, dlaczego włożono tyle pracy w „Potop Redivivus” zamiast zaprosić CyberMariana i nagrodzić go hurtem za wszystkie jego filmiki. Oszczędziłoby to widzom jeszcze więcej czasu.

sobota, 16 sierpnia 2014

Zagłada domu z ogródkiem


i zeszli na ziemię, by wzmocnić ich szeregi

   Takim cytatem (skąd?) zaczyna się najbardziej niezwykły film, jaki miałem okazję od kilku lat obejrzeć. Kilku ludzi: mężczyzna z rewolwerem i psem u boku, ksiądz ze strzelbą i młodzieniec z własnoręcznie wykonaną stalową piką, idą do lasu z ewidentnym zamiarem wytropienia i zabicia dziwnych ludzi mieszkających pod ziemią. Ci uciekają. Obserwujemy jednego z nich, jak w podniszczonym garniturze i brudnej koszuli, z patriarchalną brodą i długimi siwymi lokami szuka domu, w którym mógłby się odświeżyć.
    Znajduje go: z powodu nieudanego fortelu gościa, gospodarz bije go do nieprzytomności. Ale czy nieudanego? Dręczona wyrzutem sumienia gospodyni znajduje włóczęgę i... już jest tylko dziwniej.
    Pierwotnie chciałem dać tytuł „Zagłada domu van Schendel”, by jeszcze bardziej podkreślić podobieństwo do opowiadanie E. A. Poego, lecz zauważyłem, że samo nazwisko rodziny nic tu nie znaczy. Przewija się tylko na początku. Są to po prostu holenderscy everymani klasy średniej. Istotny jest tytułowy Camil Borgman, choć nie wiadomo, czy to jego prawdziwe imię i nazwisko. Jego dziwni towarzysze, wszyscy naznaczeni blizną między łopatkami, wszyscy jednakowo pozbawieni pasji, nieludzko zimni, bezwzględni, zwracają się do niego tym imieniem, ale na ile to „tylko ludzkie imię”?
   Kim oni wszyscy są? Mieszkający pod ziemią włóczędzy w koszulach na początku budzą nasze współczucie. Ale w miarę upływu filmu budzą przerażenie. Czym są blizny, które noszą na plecach, i które zostawiają swoim ofiarom, wcielając je do swojej grupy? Epizod z psami buszującymi po domu i słowa Borgmana, które do nich wypowiada sugerują rodzaj wilkołaków, lecz scena z białym psem rozwiewa to wrażenie. Widz wystrychnięty na dudka szuka innych tropów: Borgman wprasza się do swoich ofiar, ale porzuca ich, by na głos wypowiedzieli życzenie jego powrotu. Tak jak czyniły to odskulowe wampiry: Enter at your free will. Kompania Borgmana nie żywi się jednak krwią, lecz konfliktami międzyludzkimi, złymi emocjami. Złem. Gdy Borgman okrakiem siada na Marinie nocą by sprowadzić na nią koszmar, staje się naszą swojską zmorą, czyli dusiołkiem nieomal leśmianowskim. A baśń o Białym Dziecku i potworze z jeziora wskazuje na trop zwyczajnie diaboliczny.
   Czyli kim oni są?
    Przypuszczam, że klucz tkwi w cytacie z początku filmu. Nie potrafię znaleźć jego bezpośredniego źródła, jednak wydźwięk wskazuje na historię z Rdz 6,1-4: desant upadłych aniołów, który nastąpił przed Potopem. A to z kolei może nas zanieść do apokryficznych Ksiąg Henocha. I taki właśnie obraz demonów pasuje mi najbardziej. Taki przeraża i taki pokazuje na czym polega szerzenie zła.
    Nie da się uniknąć na koniec filmu skojarzenia z carpenterowskim „Thing”: i tu i tam otwierająca scena polowania nabiera innego znaczenia. Przychodzi nam na myśl, ze kibicowaliśmy niewłaściwej stronie. Że nic nie jest tym, czym się wydawało. Że byłoby lepiej dla świata, gdyby trzech panów w lesie nie licząc psa dopadło Borgmana w jego podziemnym legowisku. Albo nie budziło licha.

sobota, 2 sierpnia 2014

Aleksandryjski „skyfall”


Celtowie to ludek, który przeszedł przez całą Europę niemal niezauważony. Oni się osiedlali i nieśli kulturę, a nie podbijali i nie nieśli śmierci, a to oznacza, że większość podręczników historii dla szkół pomija tak „nieudolne” poczynania dziejowe. Nauczana historia, to historia przemocy, o tym mówi się łatwiej. I dlatego lepiej zapamiętuje się Aleksandra Macedońskiego, niż Celtów.
   O zasięgu wędrówek celtyckich ludów świadczyć mogą świadectwa miejsc, gdzie zapuścili korzenie: Irlandia (wiemy, wiemy), Galia, czyli spora część dzisiejszej Francji, Europa Wschodnia, Illiria (okolice Serbii), hiszpańska Galicja, a nawet część Azji Mniejszej, leżąca w dzisiejszej środkowej Turcji – zamieszkiwali ją celtyckiego pochodzenia Galatowie, do których pisywał św. Paweł z Tarsu.
   Celtowie nie słynęli z efekciarskich wojen, jak np. Hunowie, czy Mongołowie. Wędrowali sobie i osiedlali się, nieśli swoją kulturę i język i żywo interesowali się otaczającym ich światem.
   Pewnego razu Celtowie illyryjscy usłyszeli, że na południe od nich szarogęsi się niewysoki blondyn zdradzający symptomy polityczno-wojskowego ADHD: podbijał wszystko co nie uciekło i bił wszystkich, który mu się nie poddali. Albo odwrotnie. Celtowie stwierdzili, że dla świętego spokoju spotkają się z nim, żeby ustalić warunki sąsiedzkiej egzystencji.
   Ze swojej strony Aleksander Macedoński, który niedawno podbudował swoje ego bijąc plemię Tryballów (to trochę jak pokonać Kanadę w hokeja – zdarza się, ale nieczęsto), spodziewał się, że Celtowie przybyli oddać mu hołd i zobowiązać się do płacenia trybutu. Trzeba dodać, że Aleksander nie był zainteresowany podbijaniem górzystych terenów na północy, bo czekała nań do podbicia cała Azja. Potraktował zatem poselstwo celtyckie jako gratis, który mu się nawinął psim swędem. Tymczasem Celtowie przyjechali sobie Aleksandra pooglądać. I wcale nie mieli zamiaru się mu poddawać.
   Rozmowa się nie kleiła. Aleksander myślał sobie, że nie widział w życiu większych bubków, a oni – gładząc swoje długie wąsy – myśleli o nim to samo. Wreszcie Macedończyk zagaił:
- Czego boicie się najbardziej na świecie?
Po chwili namysłu padła odpowiedź:
- Żeby niebo nie spadło nam na głowy.

Anegdotkę tę przytaczam za Peterem Greenem, autorem świetnej biografii Macedończyka. Green wydał swoje dzieło w roku 1970. Spółka Goscinny & Uderzo rysowała swój komiks od 1959 roku. Ponieważ nie mam (na razie) dostępu do tekstów historycznych opisujących przytoczony dialog, równie atrakcyjne wydają mi się dwie hipotezy: pierwsza, mówiąca o tym, że mieszkańcy armorykańskiej wioski niemożliwej do podbicia przez legiony Rzymu, cytują swych pobratymców znad Adriatyku unieśmiertelniając celtycką niezawisłość w popkulturze; i druga, która każe mi wyobrażać sobie pana Greena wpadającego na pomysł ubarwienia popularnonaukowej książki poprzez cytowanie w niej prześwietnego komiksu.
   Nie dotarłem do tekstów źródłowych i nie wiem, czy takie istnieją. Znajoma filolog klasyczna wydawała się zaskoczona i ubawiona, gdy przy piwie/winie opowiedziałem jej powyższą historyjkę. Nie zaprzeczyła jej, ani nie potwierdziła.
   Mnie podobają się obie wersje. Dopóki nie poznam trzeciego źródła, będzie to dla mnie „Asterix Schroedingera” - ani prawdziwy, ani fikcyjny jednocześnie. A w całości fajny.

sobota, 26 lipca 2014

O potrzebie nowego Peryklesa

Perykles wywierał wpływ dzięki swemu autorytetowi i mądrości; będąc bez wątpienia nieprzekupnym z łatwością trzymał lud w ryzach i nie lud nim kierował, ale on ludem. Zdobywając sobie znaczenie jedynie uczciwymi środkami, nie schlebiał nikomu, lecz wykorzystując osobistą powagę, czasem także gniewnie do ludu przemawiał.
Tukidydes, „Wojna Peloponeska”, księga II

Ponieważ to nie jest tekst o polityce, więc nie będę pisał o słupkach rządzących rządami, lecz raczej skoncentruje się na sytuacji szeroko pojętej kultury.
   Zacznę od kwestii terminologicznej: wyróżniony fragment jest najkrótszym znanym mi opisem różnicy między demokracją a ochlokracją. Sam fakt, że Tukidydes wspomina o Peryklesie w kontekście narzucania woli ludowi, wskazuje, że przywódcy będący marionetkami ludu nie należeli do rzadkości. Perykles nie zachowywał bojaźni przed swoimi wyborcami, nawet, gdy mu dołożyli grzywną pieniężną. Był przywódcą po to, by rozkazywać, a nie schlebiać.
   Jeśli rośnie w tobie wątpliwość, czy w „szeroko pojętej kulturze” istnieje instytucja „przywódcy”, to dobrze. Spieszę z informacją, że już nie istnieje. Istnieje tylko grono producentów/dystrybutorów zapatrzonych w słupki wyników sprzedażowych i chodzące na ich smyczy „celebryty”. No i są „odbiorcy”, choć rzec by można było raczej, że to tłuszcza trzymająca pod butem swoich portfeli pierwsze dwie grupy. To nie producenci i dystrybutorzy są tu władcami. Parafrazując Sapkowskiego, przewodzą kulturze w takim stopniu, w jakim tłusty prosiak może przewodzić wilczej hordzie. Kto sprawuje kontrolę? Tłuszcza – ona głosuje portfelem, kogo chce słuchać, kogo oglądać i kogo czytać, jeśli w ogóle kogoś czytać. Jak się nazywa taki ustrój, gdzie panuje tłuszcza? Ochlokracja. Jak się nazywa taki ustrój, gdzie wbija się w głowy, że jest jedynym możliwym, jedynym stabilnym, jedynym słusznym? Totalitaryzm. Ochlokracja totalitarna powstała na podstawie przekonania, że elementy kultury są towarem. A nie są? Ściśle rzecz ujmując, ochlokracja totalitarna wysunęła postulat, że elementy kultury są wyłącznie towarem. No i pozamiatane.
   Potrzebujemy kogoś, kto rozbije ten system. Kogoś, kto obejmie przywództwo w obszarze kultury. Kto przekona, że dobra sztuka, to nie ta, co schlebia gustom tłumów. Sensem sztuki jest wyciągać ludzi na wyższy poziom umysłowy i etyczny, a nie dawać się sprowadzać do fizjologicznego poziomu tłumu. Ktoś powie, że postuluję tu nowego Petroniusza, arbitra elegancji. Ale ja powiem, że potrzebujemy tu Peryklesa, u którego Petroniusz mógłby robić za kaprala.
    Kiedy mieliśmy ostatnio takich przywódców? Czy Mickiewicz i Słowacki przepili swoje możliwości? Czy już wcześniej się to stało? A może to Żeromski stracił kontakt ze światem i czytelnikami, którzy rzucili się w ramiona „Trędowatej”? Kiedy dobra, pomysłowa muzyka ustąpiła jarmarcznej tandecie? Gdy Warszawskie Towarzystwo Muzyczne zaczęło grać do kotleta? W którym momencie jeleń zdeptał na rykowisku płonącą żyrafę?

sobota, 19 lipca 2014

Scenografoman

Podczytując z doskoku „Gwałt na Melpomenie” A. Słonimskiego dochodzę do wniosku, że osobą prawdziwie nielubianą przez autora nie był żaden z ospałych aktorów, dyrketor Szyfman, ani Osterwa grający rewelacyjnie każdą rolę, prócz roli reżysera teatralnego. Prawdziwy Arcywróg imć pana Słonimskiego nazywał się Wincenty Drabik i był scenografem Teatru Narodowego.
   Tylko kilka cytatów z recenzyj teatralnych ukazuje skalę problemu:

Wnętrze, jak na dom człowieka, który się zajmuje Szekspirem, trochę za czyste, za wytworne i za brzydkie.
przedstawienie „DZIĘKUJĘ ZA SŁUŻBĘ”

Dekoracje nareszcie nie przypominały „Oazy”. Dano nam za to fragment Hotelu Europejskiego.
przedstawienie „LEKARZ MIŁOŚCI"

Drabik urządził wnętrze, wzorując się nie tyle na salonach lub na sztuce, co wprost na „salonach sztuki”. Było tam paręset niepotrzebnych eksponatów, nóg drewnianych, starych gratów i malowanych postaci – zupełnie jak w dyrekcji teatrów miejskich.
przedstawienie „MŚCICIEL”
 
Najczęściej Słonimski smaga go jednym tylko zdaniem, jakby skąpiąc na jego robotę nawet służbowej farby drukarskiej:

Dekoracje bardzo brzydkie.
przedstawienie „UŚMIECH LOSU”

Drzewa i zbójcy w lesie źle pomalowane.
przedstawienie „ZBÓJCY”

Dekoracje Drabika obrażają oczy.
przedstawienie „KREDOWE KOŁO”

Drabik gorszy był dla Florencji niż Medyceusze.
przedstawienie „ROMANS FLORENCKI”

Niechęć do pana Drabika wyłazi nawet, gdy temu się coś uda:

Dekoracje podobno Drabika, aczkolwiek wydaje się to nieprawdopodobne.
przedstawienie „PAN DAMAZY”
 
Ale najbardziej enigmatyczne jest skwitowanie dekoracyj w inscenizacji mickiewiczowskich „Dziadów” w reżyserii Aleksandra Zelwerowicza, którą to recenzję zamienił poeta w tyradę miażdżącą cały pomysł na skracanie i przeinaczanie tekstu oryginalnego. Gdy już po trzech stronach lżenia inscenizatora przeszedł do masakrowania obsady, kończąc złowieszczo dodał pod adresem pana Drabika:

Dekoracje również.
 
 


czwartek, 17 lipca 2014

Deus est machina

Po opowiadanko „Zdrowaś Matko” sięgnąłem dzięki urywkowi zamieszczonemu na głównej stronie Esensji:

Obecność pradawnego bytu wibrowała tuż pod ziemią. Bezduszna masa pochłaniała kolejne, coraz liczniejsze i bardziej złożone istnienia, a niebieskawa mgła zaczęła kłębić się zwartym gobelinem na wysokości pożółkłych źdźbeł trawy. Dopiero teraz Siedmiu poczuło zmianę.
J. Szajkowska „Zdrowaś Matko”
Pomyślałem sobie: „to będzie zły tekst, muszę go przeczytać”. No i zabrałem się za lekturę. Nie minęło trzy setki słów i natknąłem się na taki kwiatek:

Bogini z rozkoszą sięgnęła do mocy nagromadzonej przez stulecia wznoszonych modłów.

Nie mam do autorki pretensji o to zdanie. Ono jest tak znamienne dla naszej współczesnej kultury, że wręcz klasyczne. Potrzeba naprawdę chłodnego spojrzenia i dystansu jak stąd do gwiazdozbioru Liry, żeby zrozumieć, jak bardzo jest ono podszyte mechanistycznym paradygmatem newtownowskiej fizyki. Trzeba mieć dystans, jaki miał Roger Zelazny:

Modły wysokiej częstotliwości przepływały przez warstwę atmosfery, za czym wznosiły się wprost ku Złotemu Obłokowi, zwanemu Mostem Bogów.. (…) Co niektórzy z mnichów poważnie wątpili w prawowierność tej formy modlitwy, lecz przecież w końcu maszynę zbudował sam Jama-Dharma, który onegdaj spadł z Niebiańskiego Grodu. (…) Przez sześć dni Jama zdążył już ofiarować całe kilowaty modłów, ale zakłócenia atmosferyczne sprawiały, że Najwyższy nie mógł go usłyszeć.
R. Zelazny „Pan Światła”

Tu nie ma sentymentów: Jama, bóg śmierci, stoi obok swojej machiny, brakuje mu tylko papierosa tlącego się w kąciku ust, i przelewa energię, by ze Złotego Obłoku wyciągnąć duszę/umysł człowieka/boga, który jest mu potrzebny. Tak samo w atomie przelewa się energię do elektronu, by móc go wynieść na następną orbitę. Nie ma energii, nie ma cudów. Bez paliwa nie pojedziesz.
    Not enough mana.
   Bóg jest maszyną.
Literatura jest zwierciadłem naszego umysłu. Tworzymy światy i ich bogów na nasz obraz i podobieństwo. Dlatego świat „Zamku” Kafki jest ponury, groteskowy i niezrozumiały, a jego bóstwo – Klamm – jest jego esencją, odbiciem awersji autora. Ich uosobieniem. Świat mitów greckich to świat upostaciowień niezrozumiałych, potężnych sił przyrody. Świat bogów fantasy, to świat mechanizmów wymagających zasilania w modły i manę. Świat konstruktów myślowych, które są zestawami współczynników do tabel rzutu kostką d20.
   Zrozumieć to, to móc wyjść poza schemat.
   Czy jest po co wychodzić poza schemat? Tak! Lovecraft, Chambers, Bierce, Poe, oni wychodzili poza schemat, tworzyli nowe. Starali się wypchnąć nasze myślenie w nieznane. Ktoś mógłby powiedzieć, ze to próżny trud. Że to wymyślanie koloru, który nie istnieje. Ale biorąc pod uwagę „Kolor z przestworzy” („The Colour of the space”) Lovecrafta, da się w literaturze i takie niemożliwości pokonać. Zamienić opis obiektu na opis uczucia, które wywołuje. Nie dotykać, wskazać tylko palcem, obudzić ciekawość i podskórną tęsknotę. Jak Chambers w cyklu „Króla w Żółci”. Jak BOJANEK & MICHALOWSKI w utworze „Whispers”.
   To jest ta różnica jakościowa między sztuką a rzemiosłem: niesamowity i nienazywalny Król w Żółci, ruiny Carcossy, nieznany Kadath i nieopisywalny Yog-Sothoth, są sztuką, a tankujące modlitwy/manę/różowe promienie bóstewka to rzemiosło. A Jama ćmiący papierosa u stóp mechanicznego lotosu to sztuka doskonałej zabawy.

PS.
   Na chwilę obecną nie wiem, czy nowelka p. Szajkowskiej jest dobra, czy zła, bo musiałem przerwać na początku. Mam zatem tylko przeczucie, którego żadną miarą nie można traktować jako oceny.

sobota, 28 czerwca 2014

Wieża Szarańczy

Kilka tygodni temu Zadie Smith w wywiadzie udzielonym radiowej „Trójce” stwierdziła, że Anglicy to naród, który uważa, że mieszkać można wyłącznie we własnym domu. Najmniejszym i najciaśniejszym, byle miał osobne wejście od ulicy. Dzielenie z sąsiadami korytarza jest uważane za rodzaj piekła.
    Spoglądając w tym kontekście na „Wieżowiec” Ballarda widzimy coś, co umyka w pierwszym czytaniu nam, dzieciom kamienic i peerelowskich blokowisk. Że sam wieżowiec jest piekłem. Wielopoziomowym, „odwróconym” piekłem z siódmym kręgiem położonym na dachu. Jednocześnie jest piekłem nie per se, lecz dzięki ludziom, którzy go zamieszkują.
    Ballard wskazuje na pewien mechanizm nie nazywając go po imieniu. Ludzie są u niego szarańczą. Szarańcza jest miłym, zielonym świerszczykiem, póki żyje sobie samotnie, a najbliższa następna szarańcza mieszka za lasem. Ale jeśli szarańczy jest zbyt wiele i  zaczną się spotykać, ocierać o siebie, nagle zaczynają brunatnieć (ciekawostka z grzywką i wąsikiem) i formują słynne, milionowej liczebności roje, które niszczą wszystkie napotkane uprawy. Podobnie ciśnienie społeczne budownictwa wielorodzinnego czyni z ludźmi. Zamienia ich w roje szkodników, prawdziwe plagi, które należałoby zwalczać sypiąc z samolotów DDT. (Czyżbyśmy znów wkraczali na teren walki rolników z miastem?)
    Można byłoby to uznać za głos przeciwko pewnym trendom zagęszczania ciżby ludzkiej. Można byłoby powiedzieć, że ci cholerni Angole mają swoistą rację kultywując swoje mikroogródki przy domach wielkości budek lęgowych.
    Można byłoby przypuszczać, że sentymentaliści spod znaku J. J. Rousseau wiedzieli coś, do czego my dochodzimy brutalnym, niszczącym eksperymentem.

Piekło to inni.
J. P. Sartre

sobota, 7 czerwca 2014

Inżyniera Mamonia gry o tron

    Z jednej strony wszyscy się uśmiechamy, gdy słyszymy inżyniera Mamonia, który ustami Z. Maklakiewicza oświadcza, że podobają mu się wyłącznie melodie, której już zna. Z drugiej strony śmiejemy się z hipsterów, którym wszystko podoba się póki nie stanie się modne. I tak zawieszeni między tymi dwoma stanowiskami, niczym na łańcuchu łączącym Podwójnego Wodza z „Lilli Wenedy”, czujemy się suwerenami naszych gustów. Ja będę jednak brutalny: jesteśmy inżynierami Mamoniami w stopniu, jakiego nawet nie przypuszczamy.
    Od razu powiem, że łykam „Pieśni Lodu i Ognia” G. R. R. Martina jak mysz laboratoryjna kokainę. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak chłonąłem jakąś książkę. Przedostatnio był to komiks „Sandman” według Gaimana. I zacząłem się zastanawiać – dlaczego to się podoba? Nie tylko mnie, bo ja mogę być nieco skrzywiony, ale tej rzeszy fanów, którą Brodaty George już pozyskał.
    Odpowiedź nasunęła mi się na grzywkę, gdy czytałem rozdział o nauce Wodnego Tańca. Młoda Arya ucząca się szermierki od mistrza z Braavos tak bardzo przypomniała mi Paula Atrydę, że kiedy ów mistrz, Syrio Forel, zginął osłaniając jej ucieczkę, chciało mi się powiedzieć: „dziękuję Duncanie”. Nie twierdzę, że Martin przepisał z Herberta całą fabułę, jak Kurosawa z Shakespeare'a, ale wśród wielu inspiracji ta wydaje się bardzo poważna. I co więcej – Martin zrobił to lepiej. Ale po kolei.
    „Diuna” stanowiła jawną inspirację pierwszej części: „Gry o tron”. Mamy tu ojca, tyleż odważnego i rozważnego, co przesadnie wręcz honorowego, co powoduje, że wchodzi wprost w pułapkę, wiedząc, że to pułapka. W „Diunie” to Arrakis, w „Pieśni...” to urząd Namiestnika (ang. Hand of King, Królewskiej Ręki, którą „król się podciera”). W wyniku śmierci ojca syn wiedzie życie banity na Arrakis, ale Eddard ma wiele dzieci, więc Martin jest w stanie rozwodnić schemat, by był mniej widoczny. Jest zatem motyw syna z matką (Robb i Catelyn), ale już od razu wrzucony w formę władcy rebeliantów. Ale Catelyn poucza Robba niczym lady Jessica, zwłaszcza studząc go po pierwszym zwycięstwie (choć nie dostał tak widowiskowo w twarz).Tułaczkę dziecka-uciekiniera załatwia tu Arya. A skoro o niej mowa – napotkany przez nią Jaqen H'gar jest niemal jawnie Tancerzem Oblicza, a powtarzana przez Aryę maksyma, ze strach tnie głębiej niż miecze, jest jakąś pochodną litanii przeciw strachowi z „Diuny”. Branowi zdecydowanie przypadł przyprawowy kawałek tortu nazwany tu „zielonymi snami”. Nawiasem mówiąc jest też kilkoro bohaterów oczekujących mesjańskiego Księcia Obiecanego, który trochę przypomina Quisatz Haderach.
    Na szczęście Martin nie idzie dokładnie tą samą drogą co Herbert. Miesza inspiracje historyczne (np. Krwawe Gody mają co najmniej dwa źródła inspiracji w historii brytyjskiej, a wzajemna niechęć Reach i Dorne przypomina trasnpirenejskie konflikty karolingów, gdzie Alester Oakheart dął w róg ostatkiem sił umierając w Książęcym Wąwozie, a echo powtarzało imię Rolanda). Siedem Królestw Westeros jakoś kojarzy się z  heptarchią anglosaską sprzed podboju Wilhelma Zdobywcy (Aegona Zdobywcy?), a cała geografia kulturowa przypomina dziwnie Europę z Murem jako Wałem Antonina, szkockimi klanami Północy, Wikingami z Żelaznych Wysp, Francuzami z Reach, Iberami z Dorne, dothrackimi Mongołami, których ośrodkiem kultu jest kopia australijskiej Uluru. Już o Tytanie z Bravos inspirowanym Kolosem z Rodos nie będę wspominał. Doprawdy, Tolkien z orientacją Shire – Mordor (Wielka Brytania – III Rzesza) był bardziej subtelny.
    Ciekawostką jest Róg Zimy, którego głos miałby spowodować zburzenie Muru. Taka ichnijesza bomka atomowa. Czytelnik łyka całą legendę nie mrugnąwszy okiem. Właściwie dlaczego? Dlaczego nie skrzypce, harfa, czy choćby bęben? Dlatego, że przywykliśmy już do opowieści o trąbach jerychońskich.
    Specjalną uwagę należałoby poświęcić niejakiemu Petyrowi Baelishowi, który zdaje się być postacią elżbietańską pod każdym względem. Odnalazłby się zarówno w intrygach dworu Tudorów, jak i na kartach Shakespearea. Grałby w tej samej lidze, co Iachomo, Iago, czy trzy wiedźmy Makbeta razem wzięte.
    Za co kochamy „Pieśni Lodu i Ognia”? Za to, że wszystkie klocki już znamy. Mają inne barwy, ale znane kształty i funkcje. Za to, że autor pisze powieści jakby kręcił film. Narracja jest płynna, obrazowa, czysta, bez wtrętów i nachalnych dygresji, bez anachronizmów wszelkich maści, pisana z punktu widzenia różnych osób stojących po różnych stronach tej krwawej szachownicy. Dzięki temu nikt nie jest czarny, ani zupełnie biały.
    Prócz tego gratuluję HBO pomysłu na serial. Powinni tak właśnie uczynić z „Diuną” Herberta - co najmniej jeden sezon serialu na jedna powieść. Nie mniej, bo wychodzą gnioty.

PS.
    Co do serialu. Serdecznie bawią mnie komentarze mówiące, że G. R. R. M. zabija jakąś postać, gdy tylko dowie się, że zyskała ona sympatię widzów. Przykładem ma być śmierć Oberyna Martella w pojedynku z Górą. No nie. Z przykrością informuję, że Oberyn Martell zginął już w zeszłym millenium, gdyż pierwsze wydanie „Nawałnicy mieczy” (aktualny sezon serialu) miało miejsce w sierpniu 2000 roku.
    I bardzo chciałem pozdrowić ludzi, który naprawdę uważają, że Brodaty George nie powinien publikować „spojlerów do serialu”. Idźcie ratować ryby przed utonięciem.

niedziela, 25 maja 2014

Konkluzja wujka Staszka #2: gęsi i pawie

Wiem, że dziś wszyscy twoi fani zhejtują mnie na fejsie (...)
Adam Sztaba

Nie mogę podskakiwać totalitarnym ochlokraktom, którzy twierdzą, że się nie znam i język ma ewoluować. Ale nie potrafię klęknąć i skamleć poddańczo niczym Rada języka Polskiego. Mogę to skomentować słowami Reja i Słowackiego: „niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, lecz pawiem narodów są i papugą”.



sobota, 24 maja 2014

Wieżowiec pełen mroku

Mrok to podwójny: zarówno związany z awariami i sabotażem instalacji elektrycznej (z resztą – każdej), jak i mrok ducha, mrok, w którym rozum śpi i budzą się demony.
    Czym właściwie jest powieść Ballarda z 1975 roku pt. „Wieżowiec” (oryginalny tytuł to „High Rise”)? Opowieścią o stratyfikacji społecznej? O mechanizmach przemocy i dominacji? O historii obłędu i jego źródłach w naszych umysłach – to byłoby łatwe szufladkowanie. Wtedy można byłoby powiedzieć: ot, cały Ballard. Ale to nie tak. Możemy stworzyć w swoich umysłach szufladkę, w której znajdą się wszystkie utwory Ballarda, która pozwoli nam stwierdzić, że facet pisał ciągle o tym samym, ale nic nie zmieni tego, że sama szufladka jest odmienna i niepokojąca. Że Golding napisał „Władcę Much” jednego i już otacza go nimb analizatora społecznego, a Ballard napisał naście powieści i wszyscy pamiętać mu będą tylko „Imperium słońca” i film Cronenberga pt. „Kraksa”.
    W wieżowcu mamy do czynienia z kilkoma tysiącami ludzi wciśniętych do czterdziestopiętrowego wieżowca o tysiącu mieszkań. Wieżowiec jest luksusowym apartamentowcem zbudowanym by być samowystarczalnym w sensie cywilizacji miejskiej – na dziesiątym pietrze mieści się pasaż handlowy, szkoła, basen, na trzydziestym piątym – drugi basen, restauracja, sale do gry w squasha, kina, na dachu ogródek do zabaw dziecięcych. Wszystko co potrzeba, by w kapciach pędzić zuniformizowane życie przez kilka lat nie opuszczając murów. Budynek tworzy własny ekosystem – dwadzieścia wind, niektóre ekspresowe – jadą tylko na piętra powyżej trzydziestego piątego, klimatyzacja, podstacje zasilania, kanały wentylacyjne, windy towarowe... Po prostu maszyna do mieszkania. Tę maszynę o tysiącu komórek zamieszkują przedstawiciele klasy średniej ułożeni warstwami: od niskiej klasy średniej zamieszkującej dół budynku, poprzez średniej zamożności lekarzy, prezenterki telewizyjne, aż po zamieszkujących najwyższe piętra aktorów serialowych, lekarzy wysokiej klasy, jubilera i architekta, który ten budynek zaprojektował i pierwszy zamieszkiwał. Stratyfikacja jest też podkreślana ergonomią: mieszkańcy niższych pięter miejsca parkingowe mają w odległych częściach posesji, ci z wyższych pięter – pod blokiem. Arystokracja wysokich pięter nie tylko parkuje przed wejściem, ale i ma osobne windy ekspresowe, by nie spędzać zbyt długiego czasu w podróży w ciasnej klatce. Cała ta ergonomia jednakże jest postrzegana jako system przywilejów. I bardzo szybko tworzą się techniki buntu dołów przeciw górze: samochody pod blokiem okazują się ofiarami rzuconymi na pastwę lokatorów niskich pięter, którzy wysypują na nie popielniczki, wyrzucają puste butelki, zużyte prezerwatywy, czy nawet zachęcają dzieci na przyjęciach, żeby z balkonu rzucały w nie lodami. Rozkład społeczny następuje bardzo szybko. Ale mimo nie działającej klimatyzacji, mimo braku prądu, wśród zepsutych resztek jedzenia, wszechobecnych worków ze śmieciami, lokatorzy zachowują jakąś patologiczną solidarność milczenia tłumacząc policji, sanepidowi i wszystkim innym ciekawskim, że nic tu się nie dzieje, wszyscy żyją sobie szczęśliwie w nowoczesnym budynku. I nikt z zewnątrz nie wie, że gdy zapadnie noc, normą staje się gwałt, grabież i bezinteresowna przemoc. To prawdziwe dzieło Royala, stwórcy – architekta.
   Royal to stwórca, ale ułomny. Podkreślają to jego blizny i niesprawność ruchowa. Demiurg, który tworzy nowy ład, ale ten ład się rozpada. Z wysokości swego Olimpu patrzy na wydarzenia w bloku, jak na mrówczą farmę, zastanawiając się, w którą stronę popłynie strumień wydarzeń. Na swój sposób, przez nieosiągalność w swoim mieszkaniu na wyżynach, przypomina Grimusa.
   Royal reprezentuje jednocześnie siły chaosu tworząc budynek, który przestaje funkcjonować. Rozpada się. Architekt jest tu Ojcem Chaosu. Jest Ażi Dahaką zamordowanym przez Traetona. Jest Vrytrą zabijanym przez Indrę i Apsu rozpruwanym przez Marduka. Ale kim jest „wyzwoliciel”?
   Wilder, filmowiec z parteru, jest herosem, który rzuca demiurgowi wyzwanie. Biorąc pod uwagę jak Ballard potrafi podkreślić rolę seksu w tworzeniu więzi społecznych, widzimy jak na laboratoryjnym stole tworzenie mitu o wyzwolicielu. I dzięki niemu zacząłem bardziej rozumieć, dlaczego u Ewenków słowo emerczin oznacza zarówno bohatera, jak i gwałciciela. To nie była już kwestia intelektualnej akceptacji takiego leksemu, ale obserwacja procesu tworzenia mitu z materiału samca alfa.
   Mitogeniczna wędrówka Wildera po Royala jest też wyprawą do jądra ciemności. Wymalowany na całym ciele Wilder z jego dzikim, pierwotnym sposobem myślenia, ma w sobie coś z porucznika Willarda. Ale tym razem nie pada słowo „zgroza”. W ogóle nie pada żadne słowo. Royal umierając odbywa odwrotną drogę – z raną postrzałową w klatce piersiowej czołga się w dół, ku kolejnym piętrom. Ale Wilder nie jest w pełni Marlowem, ani Mardukiem, nie obejmie rządów w podniebnym apartamencie. Uwaga, spojler: padnie symboliczną ofiarą tworzącego się matriarchalnego społeczeństwa.
   Royal jest też Kressem z „Piaseczników” Georga R. R. Martina. Mało kto pamięta, że przed sagą „Pieśni Lodu i Ognia” Martin był głównie znany jako autor opowiadania o egzotycznych, owadopodobnych zwierzętach, które miały... czcić swego właściciela. Ale też przejmowały jego cechy, jak to w przypadku kultów bywa. Jeżeli bóstwo jest ułomne, a ułomnością jest wewnętrzne okrucieństwo, będzie nim emanował na swe dzieło, a wyznawcy staną się również okrutnikami.
   Osobiście Royala jednak przede wszystkim widzę jako nowego Nimroda. Króla-łowcę (co podkreśla kurtka safari i pies u jego boku), który postawił swą nowoczesną Wieżę Babel, by się ludzkość nie rozproszyła. Ale pomieszane języki spowodowały, że z projektu wyszło to co zwykle. Wprawdzie w swoim tekście o Babel nie wspomniałem Nimroda, ale wystarczy, że wspomina go Księga Rodzaju w rozdziale 10, wersy 8-10, jako najdzielniejszego z łowców, który panował w Szinear i Babelu.

Przestępcą jest ten, kto ubóstwia swą siłę.
Ha 1,11

PS.
Dlaczego wciągnęła mnie ta książka bardziej niż ostatnia powieść Ballarda, czyli „Królestwo nadchodzi”? Śmieszna rzecz. Mieszkałem swego czasu w siedmiolokalowym budynku, gdzie wytworzyła się podobna stratyfikacja lokatorów. Gdzie pan z piętra, jakiś wiceprezes, nie mógł się pogodzić, że dwóch młokosów z parteru próbuje na zebraniu wytłumaczyć zapisy ustawy, zamiast dać sobie narzucić jego interpretację. Gdzie miejsca parkingowe były równie ważne jak działki złotonośne na Alasce. Gdzie zazdrość o trawnik przed oknem zaowocowała nauczeniem psa, żeby się na nasze trawniki załatwiał. Gdyby było nas tylko dziesięć razy więcej, przemoc byłaby równie powszechna, jak pokazał to Ballard.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Konkluzja wujka Staszka #1: dream team

Zobaczyłem na kwejk.pl obrazek z wywiadu, jakiego udzielił George R.R. Martin. Ponoć zapytany o zajęcie, jakiemu chciałby się oddać poza paraniem się pisarstwem, odparł, że chciałby - rzecz jasna - prowadzić dom weselny.
   Oczyma duszy swojej zobaczyłem siedzącego obok niego ducha Shakespeare'a (który zawitał z okazji wczorajszej swojej podwójnej rocznicy urodzin i śmierci). Stratfordczyk gorliwie mu przytakiwał i zapewniał, że to się doskonale się składa, gdyż on zamierza założyć agencję matrymonialną, więc będzie mu zapewniał klientów, jednocześnie poszerzając swoją ofertę o organizowanie wesel.
   To piękny przykład synergii w sektorze gospodarczym.
   Obecnie trwają poszukiwania jakiegoś szczególnie wydajnego zakładu pogrzebowego, ażeby móc składać oferty typu all-inclusive.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Fizyka post mortem

Każdy zna taką figurę kulturową, którą jest duch. Jako ducha rozumiemy tu ludzką duszę, która po śmierci błąka się po okolicy miejsca zgonu wyposażona w intelekt i wspomnienia życia przedśmiertnego. Możemy ją znać także jako zjawę, czy widmo. Nie powinniśmy jej łączyć z upiorem, który jest polską nazwą swojskiego (o zgrozo) wampira.
    W Wielką Sobotę telewizja TVN nadała film J. Zuckera z roku 1990 pt. „Uwierz w ducha” z Patrickiem Swayze w roli ducha. Nie widziałem przedmiotowego filmu w całości. Obejrzałem może kwadrans, który pobudził mnie do śmiechu i myślenia. Nabrałem strasznej ochoty na przepytanie scenarzysty, jak sobie wyobraża oddziaływania fizyczna w kontekście ducha. To znaczy, jak sobie wyobraża, to zobaczyłem, ale jak na to wpadł, lub z jakiej bezdni bezmyśli to wziął – do tego sam już nie dojdę.
    Oto co widziałem.
    Na ducha działa grawitacja – gdyż chodzi on po podłodze, miast miotać się po okolicy, niczym bohaterowie (rewelacyjnej skądinąd) „Grawitacji”. Naprzeciw grawitacji wychodzi siła spoistości i sprężystości podłoża – duch chodzi po podłodze, po schodach, a gdy przelatuje przez włamywacza, pada na podłogę jak połeć mięsa. No właśnie. Przenika za to przez ściany, drzwi, okna, ciała ludzkie. Czym różni się podłoga od ściany? No ja wiem, nachyleniem względem gradientu pola grawitacyjnego (tak zwane zagadnienie pojęć poziomu i pionu). Ale materiałowo? Dlaczego może przeniknąć przez drzwi, a wchodzi na schody? No i dlaczego obowiązuje go ten poziom podłogi, zamiast pochłonąć go jak bohatera „Najgłębszej pieszczoty” Cortazara?
    Skoro nie może złapać niczego w ręce, ale może po tym wejść (schody – ponownie), to mógłby spróbować wpływać na przedmioty poprzez ich kopanie lub trącanie nogą, prawda? Ale jakoś tego nie robi.
    Na ducha działają siły innego ducha. Widać to na przykładzie bójki w metrze. Oba duchy się okładają, tarzają po podłodze i wypychają głowy poza ścianę wagonu (po co? przecież nadjeżdżający pociąg nie stanowi żadnej przeszkody, która mogłaby głowę duchowi urwać!). Ale! W pewnym momencie duch grany przez P. Swayze (nota bene świętej pamięci) wypada przez ścianę wagonu i zawisa gdzieś na buforach, czy spada plecami na platformę (jeśli to bufory – czy nie powinien przez nie przeniknąć?), a drugi duch tłucze szybę, ewidentnie naruszając dotychczasowe zasady. Chyba, że coś jest na rzeczy z tłuczeniem szkła jako działaniem przeciwdemonicznym (bodajże hebrajskie), ale wtedy nasz bohater w lanserskiej grzywce powinie wytłuc tę szybę wypadając przez nią. A on ją przeniknął.
    Po co duchowi ubranie? Żeby się widz mógł zidentyfikować z bohaterem. Nie, ja nie wymagam, żeby widma latały nagie po planie. Mogłyby wyglądać bardziej jak armia umarłych z „Powrotu króla”. Ale jak tu polubić takiego bohatera, który jest nieludzki? Wracając do tematu ubrania – jak ono działa u ducha? Skąd się bierze? Z odzienia pogrzebowego? Z tego, co miał na sobie w chwili śmierci? (Może dlatego nie występują w filmach duchy ludzi, którym suszarka wpadła do kąpieli?).
   No, ale o co ja się czepiam? Czy film, który byłby spójny z fizyką, byłby po prostu nudny? Nie. Najlepszym przykładem wspomniana Grawitacja” Cuarona, która jest obsypanym oskarami filmem o dramatycznych konsekwencjach trzech zasad dynamiki Newtona. Tu z resztą nie o czystą fizykę chodzi. Raczej o zdrowy rozsądek. Ustalenie reguł, których się przestrzegać będzie. W przeciwnym wypadku wydzie z tego paranoic-fiction na dopalaczach i zawstydzi samą Barbie Gill Graynor.
    Jest jeszcze cały szereg innych pytań, które można sobie zadać w temacie „podstawy fizyki pozagrobowej”. Przyznam szczerze, że do całego tego ciągu myśli skłonił mnie problem podróży w czasie wskazany w opowiadaniu „Trzeba pomóc” Kiryła Bułyczowa. Mimo całkiem słusznego postawienia sprawy w kontekście fizycznym, nic nie przeszkodziło mu w korzystaniu ze storpedowanego przez siebie mechanizmu przenoszenia w czasie w innych opowiadaniach z „Awarią na linii” i „Listami z laboratorium” na czele.
    Po prostu, trzeba mieć dystans.

Dlaczego stroszysz się na myśl o tej akurat niemożliwości?
S. Rushdie „Harun i Morze Opowieści”

sobota, 12 kwietnia 2014

Memy i okręty szturmowe

1. Mem
    Mem to najmniejsza ilość informacji. Miał być odpowiednikiem kwantu w kognitywistyce. Nie wyszło. W chwili obecnej z fizyką kwantową wspólną ma zasadę nieoznaczoności, gdyż nikt nie może podać całkowitej definicji memu. Zadowolę się zatem cząstkową. A nawet nie tyle definicją, co wskazówką. Memami są np.: gwiazda Dawida, Złote Łuki McDonald'sa, logo Windows, uproszczony zarys kuli ziemskiej, swastyka, flaga narodowa. Są to jakieś symbole, które od razu wskazują na pewien kontekst. Memy nie są dane raz na zawsze. Mogą coś znaczyć przez określony czas, a potem społeczeństwo o nich zapomina i już. Na przykład pani prokurator Krymu stała się ciekawym tego przykładem, gdyż jej postać w mundurze już stałą się samodzielnym memem. Ale daję jej rok-dwa i odejdzie w niepamięć. Podobnie, jak powoli w niepamięć odchodzi Slenderman.

2. Czy androidy marzą o „Łowcy androidów”?
    Powiedzmy sobie szczerze: film „Blade Runner” (polskie tytuł „Łowca androidów”) nie jest nakręcony na podstawie książki P. K. Dicka pt. „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”. Jest oparty o jej motywy, a i to słabo. Podobnie można byłoby nakręcić film o Boromirze i udawać, że to wyczerpuje fabułę i złożoność „Władcy Pierścieni”. Po prostu nie. „Blade Runner” ma z oryginału: primo: kawałek tła społecznego i technicznego, secundo: niektórych bohaterów. Niestety ma też inne zakończenie, które stoi w sprzeczności z fabułą i przesłaniem książki Dicka. Znów nawiązując do Boromira: w naszym filmie tytułowy bohater zabrałby Frodowi Pierścień, poszedłby sam do Mordoru, wyzwał Saurona na gołe pięści i znokautował go w piątej rundzie zaciekłego pojedynku nawiązującego do klasyki gatunku, jaką stanowi „Rocky”. Jeśli czujesz zażenowanie czytając ten opis, to wiedz, że czułem się podobnie oglądając „Blade Runnera”. Bo wcześniej czytałem książkę. Radzę zrobić to odwrotnie.
 
3. Tekst jako mem
    Ale byłbym kłamcą, gdybym pozostawił recenzję tego filmu w tym miejscu. Jeśli nie zna się... hmm... „źródła inspiracji”, czyli powieści, to film jest arcydziełem, zawierającym kilkanaście kultowych scen, które cytowane i parodiowane były w kinie w setce filmów. Najsłynniejszą chyba jest monolog Battyego, androida bojowego, który wygłasza do Deckarda w swej ostatniej chwili przed śmiercią.
    No właśnie: scena kultowa, tekst kultowy... Czy są możliwe memy, które są czymś więcej niż symbolami graficznymi? Moim zdaniem tak. Właśnie „kultowe teksty” są tego przykładem. Mogą być krótkie, mogą być dłuższe, ale zawsze są rozpoznawalne i niosą ze sobą cały kontekst swego oryginału. Na przykład wtrącenie „Ktoś musiał donieść na Józefa K.” od razu nadaje całej dłuższej wypowiedzi duszny, kafkowski klimat bezsensownego, bezpodstawnego i okrutnego oskarżenia. Z kolei powiedzenie „w tak pięknych okolicznościach przyrody...” raczy nas leniwym absurdem statku wycieczkowego na Wiśle i tej specyficznej relacji Sidorowskiego do inżyniera Mamonia.

4. Okręty szturmowe
    Jak już się rzekło, monolog Battyego jest kultowy. Jest memem. Dokładnie ostanie jego słowa:

Widziałem rzeczy, o którym wam ludziom się nie śniło: płonące okręty szturmowe w ramieniu Oriona, strumienie elektronów jarzące się w ciemności przy Bramie Tannhausera... Wszystkie te chwilę przepadną w czasie, jak... łzy w deszczu... Czas umierać.

Natknąłem się na trawestację tego cytatu dwa razy w od września roku. Pierwszy raz w obrazkowym blogu pt. Kryzys Wieku, w poście o tytule „Orion”. Rozłożenie cytatu na trzech bohaterów powoduje ciekawe ustawienie percepcji odbiorcy. Staje się jasne, że każdy z nich jest Royem Batty. Każdy z nich stoi nad grobem. Nie tyle grobem swego ciała, co grobem swych marzeń.
   Drugi raz, całkiem niedawno w webkomiksie xkcd, w pasku (stripie) o tytule „Heartbleed”, który opowiada o błędzie w mechanizmie autoryzacji SSL. Błąd mechanizmu Heartbeat nazwany został Heartbleed z dużą dozą trafności i czarnego humoru. Sam pasek traktuje tylko o konsekwencjach błędu, ale autor xkcd zawsze „dokomentowuje” swoje paski tekstem, który pojawia się po najechaniu kursorem myszy na obrazek. I pojawia się tu naszym oczom napis:

I looked at some of the data dumps from vulnerable sites, and it was ... bad. I saw emails, passwords, password hints. SSL keys and session cookies. Important servers brimming with visitor IPs. Attack ships on fire off the shoulder of Orion, c-beams glittering in the dark near the Tannhäuser Gate. I should probably patch OpenSSL.

W wolnym tłumaczeniu:

Spojrzałem na niektóre dane zrzucone z podatnych na błąd stron i było to... złe. Widziałem emaile, hasła, podpowiedzi do haseł. Klucze SSL i cookies do sesji. Ważne serwery przepełnione adresami IP internautów. Płonące okręty szturmowe w ramieniu Oriona, strumienie elektronów jarzące się w ciemności przy Bramie Tannhausera. Powinieniem spatchować (naprawić) OpenSSL.

Jak widać tym razem nawiązanie jest ciut inne. Porównuje obecną sytuację internetu nie do monologu androida, ale do wspomnianej bitwy w ramieniu Oriona. Jednak kontekst pozostaje ten sam: kompromitacja biblioteki OpenSSL (dwa lata funkcjonował ten błąd) to kres pewnego etapu zaufania do szyfrowanych połączeń w internecie. Czyli takich, jak używamy do banków, serwisów społecznościowych, poczty elektronicznej... Prywatność naszych danych przepadła jak łzy w deszczu.

Pora kończyć post.