sobota, 11 stycznia 2014

96 kroków

Styczniowym przedświtem cmentarz był jeszcze obszarem półmroku oprószonym mglistą poświatą sodowych latarni, które pełniły honorową wartę katowickich, bocznych uliczek.
Odmierzałem odległość krokami. Naliczyłem ich dziewięćdziesiąt sześć.
   Miejsce jego pochówku można było było rozpoznać tylko dedukując je ze stosu wieńców i podpisów na szarfach. Ponad nimi wznosiła jedynie ta część czarnego pomnika, której nie harmonii nie zakłócały żadne litery. Prawdziwy kurhan kwiatów okolony tłumkiem zniczy – niektóre z nich tliły się jeszcze. Na małym cmentarzu wciśniętym między cyklopową archikatedrę, szkołę podstawową o architekturze „tysiąclatki” i przebrzydki kompleks Komendy Wojewódzkiej Policji, przy centralnej alei, spoczęły doczesne szczątki Wojciecha Kilara.
   Dziewięćdziesiąt sześć kroków dalej znajduje się inny grób. O ile grób Kilara jest duży, wykonany z czarnego, gładkiego kamienia o silnie podkreślonych kątach prostych, ten jest relatywnie nieduży, z szarego kamienia, zdało mi się, że nieobrobionego. Surowego, lub stylizowanego na surowy. Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że przy okazji pogrzebu Wojciecha Kilara ten grób również zostanie obsypany kwiatami. Myliłem się: jedynie trzy wiązanki kuliły się w zimnym cieniu kamienia, w tym jedna podpisana: od burmistrza i mieszkańców Zakopanego.
   Dziewięćdziesiąt sześć kroków. Taki dystans dzieli grób Wojciech Kilara od grobu zmarłego ledwie trzy lata temu Henryka Mikołaja Góreckiego.
   Dwa groby kryjące prochy kompozytorów godnych wawelskiej krypty. No, ale ja wiem – w królewskim grodzie, Krakowie, podaż na rynku nieruchomości jest szeroko dyskutowanym problemem. Nawet tych nieruchomości ostatecznych. Wszak przez ów kryzys prochy Sławomira Mrożka nie dostały się ani na Wawel, ani na Skałkę. Trzeba było mu przygotować osobne lokum w postaci świeżo wyremontowanej piwnicy u świętych Piotra i Pawła, którą nazwano na tę okoliczność Panteonem Narodowym. Ale dosyć już złośliwości. Wróćmy na mały cmentarz w sercu Katowic.
   Stojąc nad grobem Henryka Góreckiego, a mając jeszcze w zasięgu wzroku grób Wojciecha Kilara zastanawiałem się nad osobliwością tego miejsca. Skryte jeszcze w półmroku dalej znajdują się groby Zbigniewa Cybulskiego i Jerzego-Dudy Gracza. Prócz nich – cała plejada ludzi, którzy bronili Śląska przed zniemczeniem. Ale nikt o tym miejscu nie wie. Przesadziłem, że nikt. Ale mało kto. Nie pokazuje się go w Dzień Wszystkich Świętych w telewizji. Nie kwestują tam aktorzy. Wielcy ludzie leżą tam w wielkiej ciszy, którą opływa strumień miejskiego życia. A nawet przez nią przepływa.
   Zbliża się godzina siódma.
   Inną cechą tego miejsca jest fakt, że alejki cmentarza przy ulicy Sienkiewicza służą jako elementy miejskiego systemu ciągów pieszych. Chodniki. Pospolite drogi przejścia trasy dom-szkoła, przystanek-praca i tym podobnych relacji. O tej godzinie zaczyna się na głównej alei ruch. Zakutane w kurtki, szaliki i czapki ciągną cienie młodych ludzi z plecakami i starszych ludzi z torebkami i neseserami. Z obojętnością, a właściwie brakiem świadomości, przechodzą koło mnie i grobów wielkich kompozytorów. Może im się opatrzyło? Wszak przechodzą tedy codziennie od kilku lat. Może po prostu nie wiedzą kim byli Górecki i Kilar?
   Bezrefleksyjnie, „pod drodze”, zanurzeni we własnych myślach i zmartwieniach, mimochodem przedreptują dystans dziewięćdziesięciu sześciu kroków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz