sobota, 15 lutego 2014

Rozkwitały pąki białych luf

Propagowana przez pana Mariusza Szczygła opinia, jakoby „Batalion czołgów” J. Škvoreckyego miał być „Szwejkiem do kwadratu”, jest, moim zdaniem, mocno przesadzona.
    Może dlatego, że pan Szczygieł nie był nigdy skoszarowany? Bo właściwie w czym miała by ta powieść być lepsza od „Przygód dobrego wojaka Szwejka w czasie wojny światowej” (bo tak brzmi pełen tytuł)? Humoru w niej na pewno jest mniej niż u Haška. Możelepszy oznacza realizm żołnierskiej doli? Pod tym względem Škvorecky jest na pewno bliższy prawdy. Hašek ukazuje nam świat wojny w krzywym zwierciadle, gdzie nawet okrucieństwa wojny mają zmiękczone kontury. U Škvoreckyego nie ma wojny, ale trzydzieści miesięcy zasadniczej służby wojskowej odbywanej w Siódmym Batalionie Czołgów w roku 1951, w apogeum stalinizmu, to też nie przelewki. „Szwejk” jest humoreską, „Batalion czołgów” już humoreską trudniej nazwać. Owszem, można się spłakać ze śmiechu przy poszczególnych scenach, ale czytając odnosiłem wrażenie, że tak pisałby Hans Helmut Kirst, gdyby był pełnym humoru Czechem, a nie smutnym Niemcem.
   Już pierwszy rozdział, noszący znamienny tytuł „Siódmy Batalion Czołgów w ataku na pospiesznie wzniesioną linię obrony nieprzyjaciela”, opisujący sielsko-idylliczną sytuację „starego wojska”, które po raz pięćdziesiąty zdobywa to samo wzgórze i w związku z tym, miast wyczekiwać sygnału do ataku w okopach, idzie po prostu spać, począwszy od dowódcy batalionu, skończywszy na załogach czołgów, przywodzi na myśl zabawną wariację na temat treningu oficerskiego pt. „Wielki pożar w koszarach”, który powtarza się refrenem w „Fabryce oficerów” Kirsta. U Kirsta można się pośmiać, gdy generał Modersohn zarządza wciąż ćwiczenia na ten sam temat i jego kadra oficerska nijak nie może podołać treningowi sztabowemu (czyli czemuś w rodzaju sesji RPG) i strach pomyśleć, jaki chaos mógłby zapanować, gdyby pożar ów wybuchł. Wrażenie to potęguje sytuacja z końcowych manewrów 7 Batalionu, który i tym razem „wali w kimono” i tak samo zaskakuje ich demoniczny, oddany panującej ideologii oficer – major Borovička. Historia się nie powtarza, historia się jąka, jak to skwitował w „Paragrafie 22”, innej wojennej humoresce, J. Heller.
    Postać arcystalionwskiego majora z kolei wywołuje duchy arcynazistowskich oficerów Kirsta, żeby wymienić tylko kapitanów: Heina („Bohater w wieży”) i Crusiusa („Błyskawiczne dziewczyny”). Majora Borovičkę od jego nazistowskich kolegów różni tylko to, że ma czeskie nazwisko. Jego zachowanie nie jest w żadnym stopniu zabawne, a pojawia się jak zły deus ex machina w najmniej odpowiednim dla podwładnych momencie. Podwładni z kolei są prostymi ludźmi, którzy chcą przeżyć, mimo iż los wpakował ich w mundur, jak sierżanta Smirzicky, bombardiera Ascha, czy gefrajtra Bergena. Niektórzy chcą może nawet na tym zarobić, jak kapral Koralnik, czy sierżant Szemanczak.
   Stawiając obok siebie te wszystkie postaci można zacząć się zastanawiać, czy aby nie stanowią oni bohaterów jednego i tego samego uniwersum skórzanych pasów i kamaszy. I wzrok wraca do ich autorów: Kirst, Škvorecky, Sejda („C. K. Dezerterzy”) - oni wszyscy mieli kontakt z opisywaną rzeczywistością. Byli żołnierzami. Škvorecky zapewne najkrócej, przypuszczalnie wiernie opisuje czyjeś (swoje?) doświadczenia zasadniczej służby wojskowej w „Batalionie czołgów”, Sejda i Kirst byli oficerami.
   Dlaczego przywołuję tu C. K. Dezerterów? Z uwagi na koniec, który spotkał majora Borovičkę, a natychmiast przywołał pewną ważną scenę z powieści Sejdy.
   Czytając Kirsta równolegle ze wspomnieniami żołnierzy II wojny światowej doświadczam osobliwego nałożenia perspektywy. Czy patrzymy oczyma żołnierzy Wehrmachtu u Kirsta, czy II Korpusu Polskiego (B. Tymieniecki „Na imię miała Lily”, A. Majewski „Zaczęło się w Tobruku”), życie wojskowe jest tą samą mieszanką piorunującą, która czytelnikowi dostarcza łez śmiechu i chwil zgrozy, gdy próbuje się postawić w jego sytuacji. Szczególnie ważny jest tu Tymieniecki, który był oficerem 2 Brygady Czołgów na frocie włoskim. Założę się, że gdybym zatarł nazwiska bohaterów i nazwy miejsc (oraz, rzecz jasna, typy czołgów), to przeciętny czytelnik nie znający wcześniej Škvoreckyego ani Tymienieckiego, nie potrafiłby powiedzieć, które fragmenty dotyczą podwładnych generała Andersa, a które generała Czepiczki.
   Ba, gdyby zagłębić się w historię Powstania Warszawskiego, okazałoby się, że powstańcy też mieli ułańską wręcz fantazję z niedomiarem szczęścia. Gdy zdobyli czołg i sformowali kolumnę transportową, która miała przebić się do Śródmieścia, jakiś młodzian chcąc się popisać wsiadł doń i wypalił z armaty niszcząc samochód z kolumny transportowej, od którego zapaliły się inne. Próbowano czołg wycofać, ale w panice nie potrafiono go zatrzymać (przypuszczalnie nie udawało się go wysprzęglić), więc załoga wyskakiwała z niego „w biegu”. Czołg uległ zniszczeniu. Finał operacji strategicznego przebicia: pandemonium płonących samochodów i pozbawiony załogi czołg odjeżdżający w kierunku zachodzącego słońca: Škvorecky by się nie powstydził takiej sceny. Z resztą w jego „Batalionie czołgów” finał egzaminu sierżanta Maniasa jest podobny: łupem nieokiełznanego czołgu padł Bogu ducha winny świerk, wieża obserwacyjna i stojący na niej radziecki oficer nadzorujący egzamin.
  Škvorecky twierdził, że narody nie mają charakterów, charaktery mają ludzie. Ale trzeba uczciwie powiedzieć, że w pewnych instytucjach, takich jak na przykład wojsko, ludzie mają jednakowe charaktery: w Czechach, Niemczech, Polsce, w literaturze i w historii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz