sobota, 22 lutego 2014

„Victor” to brzmi ironicznie (cz. 1)

Głupcem byłbym, gdybym powtarzał za innymi, że Mary Shelley wymyśliła science-fiction (SF). Natomiast należy potwierdzić, że jej „Frankenstein, albo nowy Prometeusz” jest pierwszą znaną szeroko powieścią tego nurtu.
   Dlaczego SF, a nie horror? Wszak „Frankenstein” spełnia podstawowy warunek kwalifikujący go jako horror, to jest obecność potwora. Tak, jest to potwór nawet w podwójnym sensie, czyli nie-człowiek powołany sztucznie do życia, a w dodatku wielokrotny morderca. Ale biorąc to pod uwagę również do horrorów musielibyśmy zaliczyć wtedy „Park Jurajski”, czy biografie Pol Pota i Hitlera.
   Chcę dziś poprzynudzać o postaci tytułowej: Victorze Frankensteinie. Postaci, która zdeterminowała klasyfikację gatunkową powieści.
   Pomyśl: gdyby tylko Frankenstein był alchemikiem, lub wręcz czarnym magiem, przywołującym zwłoki do życia przez zaklęcia, inkantacje, demoniczną pomoc, byłaby to zaledwie jedna z wielu powieści, które wtedy tworzono na wzór „Zamczyska w Otranto”, czy „Mnicha”. Ale Frankenstein jest naukowcem. Składa w jedno ciało fragmenty innych ciał i uruchamia je, tak jak się uruchamia zegar, by ruchem wskazówek imitował nam czas. To mechanistyczne podejście do zagadnienia życia odróżnia Frankensteina od rabina Jehudy Loewa ben Bezalela z Pragi, który lepi Golema i przywołuje go do życia Pieczęcią Życia. Choć schemat zdaje się podobny: człowiek, niedoskonałe stworzenie, lepi swoje stworzenie, niedoskonałe do kwadratu i potem boryka się z problemem jego wymknięcia się spod kontroli. Tak samo Golem, tak samo potwór Frankensteina, tak samo Terminator i tak samo Wieża Babel, która pomieszała ludziom języki. Ten sam archetyp zmagań z własnym tworem.
   Mary nadała swojemu bohaterowi imię Victor, co po łacinie znaczy Zwycięzca. Jest bardzo uprawnione sądzić, że był to popis typowo angielskiego poczucia humoru, zgoła zimnej złośliwości, które jednak i nam nie jest obce, gdy Lem nadaje tytułowemu krążownikowi imię „Niezwyciężony”, a na koniec swej powieści każe mu zmykać z podkulonym ogonem przed rojem nieświadomych nanorobotów. Podobnym „zwycięzcą” jest Frankenstein, który odnosząc mały tryumf nad śmiercią, odwracając jej proces, wywołuje kaskadę zdarzeń śmierć rozsiewających. Ostatecznie przegrywają wszyscy. Raczej pasowałoby mu imię Apollo (gr. Apollyon to Niszczyciel).
   Dobrze, ale dlaczego Mary Shelley nie pozwoliła być Frankensteinowi ponurym czarnoksiężnikiem, a kazała być naukowcem? Bo była dzieckiem swoich oświeceniowych czasów? Na pewno tak. Ale czasy oświeceniowe właśnie się „przejadały” i zza winkla zaglądał już romantyzm, którego pionierami byli jej mąż i jego narwani kolesie w rodzaju lorda Byrona. Powiem więcej: Victor Frankenstein musiał być naukowcem, gdyż jego pierwowzorem był jeden z największych poetów romantycznych, prywatnie mąż Mary, Percy Shelley.
  Znana nam z ballady „Romantyczność” Mickiewicza opozycja „szkiełko-i-oko vs. serce” nie jest wcale prostym wzorem na odczytanie całego etosu romantyzmu światowego. Taki E. A. Poe był jednym z prekursorów noweli kryminalnej, gdy w swoim „Złotym żuku”, czy klasycznym „Morderstwie przy Rue Morgue” wskazuje na naturalne przyczyny wydarzeń, które wydają się mieć nadprzyrodzony charakter. Percy Shelley był ogarnięty pasją naukową. Jego pokój w Oksfordzie zaścielały potłuczone retorty, kolby i alembiki, a fascynacja racjonalizmem pchnęła go do napisania słynnej „Konieczności ateizmu”, za którą z kretesem wylano go z uczelni. Swoją drogą, sama ta pozycja, szczycąc się byciem logicznym sylogizmem, więcej ma dziur we wnioskowaniu, niż polska droga po zimie. Ale ciało pedagogiczne Oksfordu zbyt musiało być dogmatyczne, lub niezbyt lotne, więc zamiast wykazać genialnemu, acz roztrzepanemu studentowi luki w jego dowodzeniu, po prostu relegowali go z uczelni. Tym samym utwierdzili go w apostolacie ateizmu.
   W tym miejscu przerwę opowieść, by dokończyć ją za tydzień. Opowiem o snach Mary, przedstawię więcej podobieństw między Shelleyem a Frankensteinem, wspomnę, o czym słuchać mogła młodziutka Mary przy helweckim kominku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz