sobota, 24 maja 2014

Wieżowiec pełen mroku

Mrok to podwójny: zarówno związany z awariami i sabotażem instalacji elektrycznej (z resztą – każdej), jak i mrok ducha, mrok, w którym rozum śpi i budzą się demony.
    Czym właściwie jest powieść Ballarda z 1975 roku pt. „Wieżowiec” (oryginalny tytuł to „High Rise”)? Opowieścią o stratyfikacji społecznej? O mechanizmach przemocy i dominacji? O historii obłędu i jego źródłach w naszych umysłach – to byłoby łatwe szufladkowanie. Wtedy można byłoby powiedzieć: ot, cały Ballard. Ale to nie tak. Możemy stworzyć w swoich umysłach szufladkę, w której znajdą się wszystkie utwory Ballarda, która pozwoli nam stwierdzić, że facet pisał ciągle o tym samym, ale nic nie zmieni tego, że sama szufladka jest odmienna i niepokojąca. Że Golding napisał „Władcę Much” jednego i już otacza go nimb analizatora społecznego, a Ballard napisał naście powieści i wszyscy pamiętać mu będą tylko „Imperium słońca” i film Cronenberga pt. „Kraksa”.
    W wieżowcu mamy do czynienia z kilkoma tysiącami ludzi wciśniętych do czterdziestopiętrowego wieżowca o tysiącu mieszkań. Wieżowiec jest luksusowym apartamentowcem zbudowanym by być samowystarczalnym w sensie cywilizacji miejskiej – na dziesiątym pietrze mieści się pasaż handlowy, szkoła, basen, na trzydziestym piątym – drugi basen, restauracja, sale do gry w squasha, kina, na dachu ogródek do zabaw dziecięcych. Wszystko co potrzeba, by w kapciach pędzić zuniformizowane życie przez kilka lat nie opuszczając murów. Budynek tworzy własny ekosystem – dwadzieścia wind, niektóre ekspresowe – jadą tylko na piętra powyżej trzydziestego piątego, klimatyzacja, podstacje zasilania, kanały wentylacyjne, windy towarowe... Po prostu maszyna do mieszkania. Tę maszynę o tysiącu komórek zamieszkują przedstawiciele klasy średniej ułożeni warstwami: od niskiej klasy średniej zamieszkującej dół budynku, poprzez średniej zamożności lekarzy, prezenterki telewizyjne, aż po zamieszkujących najwyższe piętra aktorów serialowych, lekarzy wysokiej klasy, jubilera i architekta, który ten budynek zaprojektował i pierwszy zamieszkiwał. Stratyfikacja jest też podkreślana ergonomią: mieszkańcy niższych pięter miejsca parkingowe mają w odległych częściach posesji, ci z wyższych pięter – pod blokiem. Arystokracja wysokich pięter nie tylko parkuje przed wejściem, ale i ma osobne windy ekspresowe, by nie spędzać zbyt długiego czasu w podróży w ciasnej klatce. Cała ta ergonomia jednakże jest postrzegana jako system przywilejów. I bardzo szybko tworzą się techniki buntu dołów przeciw górze: samochody pod blokiem okazują się ofiarami rzuconymi na pastwę lokatorów niskich pięter, którzy wysypują na nie popielniczki, wyrzucają puste butelki, zużyte prezerwatywy, czy nawet zachęcają dzieci na przyjęciach, żeby z balkonu rzucały w nie lodami. Rozkład społeczny następuje bardzo szybko. Ale mimo nie działającej klimatyzacji, mimo braku prądu, wśród zepsutych resztek jedzenia, wszechobecnych worków ze śmieciami, lokatorzy zachowują jakąś patologiczną solidarność milczenia tłumacząc policji, sanepidowi i wszystkim innym ciekawskim, że nic tu się nie dzieje, wszyscy żyją sobie szczęśliwie w nowoczesnym budynku. I nikt z zewnątrz nie wie, że gdy zapadnie noc, normą staje się gwałt, grabież i bezinteresowna przemoc. To prawdziwe dzieło Royala, stwórcy – architekta.
   Royal to stwórca, ale ułomny. Podkreślają to jego blizny i niesprawność ruchowa. Demiurg, który tworzy nowy ład, ale ten ład się rozpada. Z wysokości swego Olimpu patrzy na wydarzenia w bloku, jak na mrówczą farmę, zastanawiając się, w którą stronę popłynie strumień wydarzeń. Na swój sposób, przez nieosiągalność w swoim mieszkaniu na wyżynach, przypomina Grimusa.
   Royal reprezentuje jednocześnie siły chaosu tworząc budynek, który przestaje funkcjonować. Rozpada się. Architekt jest tu Ojcem Chaosu. Jest Ażi Dahaką zamordowanym przez Traetona. Jest Vrytrą zabijanym przez Indrę i Apsu rozpruwanym przez Marduka. Ale kim jest „wyzwoliciel”?
   Wilder, filmowiec z parteru, jest herosem, który rzuca demiurgowi wyzwanie. Biorąc pod uwagę jak Ballard potrafi podkreślić rolę seksu w tworzeniu więzi społecznych, widzimy jak na laboratoryjnym stole tworzenie mitu o wyzwolicielu. I dzięki niemu zacząłem bardziej rozumieć, dlaczego u Ewenków słowo emerczin oznacza zarówno bohatera, jak i gwałciciela. To nie była już kwestia intelektualnej akceptacji takiego leksemu, ale obserwacja procesu tworzenia mitu z materiału samca alfa.
   Mitogeniczna wędrówka Wildera po Royala jest też wyprawą do jądra ciemności. Wymalowany na całym ciele Wilder z jego dzikim, pierwotnym sposobem myślenia, ma w sobie coś z porucznika Willarda. Ale tym razem nie pada słowo „zgroza”. W ogóle nie pada żadne słowo. Royal umierając odbywa odwrotną drogę – z raną postrzałową w klatce piersiowej czołga się w dół, ku kolejnym piętrom. Ale Wilder nie jest w pełni Marlowem, ani Mardukiem, nie obejmie rządów w podniebnym apartamencie. Uwaga, spojler: padnie symboliczną ofiarą tworzącego się matriarchalnego społeczeństwa.
   Royal jest też Kressem z „Piaseczników” Georga R. R. Martina. Mało kto pamięta, że przed sagą „Pieśni Lodu i Ognia” Martin był głównie znany jako autor opowiadania o egzotycznych, owadopodobnych zwierzętach, które miały... czcić swego właściciela. Ale też przejmowały jego cechy, jak to w przypadku kultów bywa. Jeżeli bóstwo jest ułomne, a ułomnością jest wewnętrzne okrucieństwo, będzie nim emanował na swe dzieło, a wyznawcy staną się również okrutnikami.
   Osobiście Royala jednak przede wszystkim widzę jako nowego Nimroda. Króla-łowcę (co podkreśla kurtka safari i pies u jego boku), który postawił swą nowoczesną Wieżę Babel, by się ludzkość nie rozproszyła. Ale pomieszane języki spowodowały, że z projektu wyszło to co zwykle. Wprawdzie w swoim tekście o Babel nie wspomniałem Nimroda, ale wystarczy, że wspomina go Księga Rodzaju w rozdziale 10, wersy 8-10, jako najdzielniejszego z łowców, który panował w Szinear i Babelu.

Przestępcą jest ten, kto ubóstwia swą siłę.
Ha 1,11

PS.
Dlaczego wciągnęła mnie ta książka bardziej niż ostatnia powieść Ballarda, czyli „Królestwo nadchodzi”? Śmieszna rzecz. Mieszkałem swego czasu w siedmiolokalowym budynku, gdzie wytworzyła się podobna stratyfikacja lokatorów. Gdzie pan z piętra, jakiś wiceprezes, nie mógł się pogodzić, że dwóch młokosów z parteru próbuje na zebraniu wytłumaczyć zapisy ustawy, zamiast dać sobie narzucić jego interpretację. Gdzie miejsca parkingowe były równie ważne jak działki złotonośne na Alasce. Gdzie zazdrość o trawnik przed oknem zaowocowała nauczeniem psa, żeby się na nasze trawniki załatwiał. Gdyby było nas tylko dziesięć razy więcej, przemoc byłaby równie powszechna, jak pokazał to Ballard.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz