sobota, 2 sierpnia 2014

Aleksandryjski „skyfall”


Celtowie to ludek, który przeszedł przez całą Europę niemal niezauważony. Oni się osiedlali i nieśli kulturę, a nie podbijali i nie nieśli śmierci, a to oznacza, że większość podręczników historii dla szkół pomija tak „nieudolne” poczynania dziejowe. Nauczana historia, to historia przemocy, o tym mówi się łatwiej. I dlatego lepiej zapamiętuje się Aleksandra Macedońskiego, niż Celtów.
   O zasięgu wędrówek celtyckich ludów świadczyć mogą świadectwa miejsc, gdzie zapuścili korzenie: Irlandia (wiemy, wiemy), Galia, czyli spora część dzisiejszej Francji, Europa Wschodnia, Illiria (okolice Serbii), hiszpańska Galicja, a nawet część Azji Mniejszej, leżąca w dzisiejszej środkowej Turcji – zamieszkiwali ją celtyckiego pochodzenia Galatowie, do których pisywał św. Paweł z Tarsu.
   Celtowie nie słynęli z efekciarskich wojen, jak np. Hunowie, czy Mongołowie. Wędrowali sobie i osiedlali się, nieśli swoją kulturę i język i żywo interesowali się otaczającym ich światem.
   Pewnego razu Celtowie illyryjscy usłyszeli, że na południe od nich szarogęsi się niewysoki blondyn zdradzający symptomy polityczno-wojskowego ADHD: podbijał wszystko co nie uciekło i bił wszystkich, który mu się nie poddali. Albo odwrotnie. Celtowie stwierdzili, że dla świętego spokoju spotkają się z nim, żeby ustalić warunki sąsiedzkiej egzystencji.
   Ze swojej strony Aleksander Macedoński, który niedawno podbudował swoje ego bijąc plemię Tryballów (to trochę jak pokonać Kanadę w hokeja – zdarza się, ale nieczęsto), spodziewał się, że Celtowie przybyli oddać mu hołd i zobowiązać się do płacenia trybutu. Trzeba dodać, że Aleksander nie był zainteresowany podbijaniem górzystych terenów na północy, bo czekała nań do podbicia cała Azja. Potraktował zatem poselstwo celtyckie jako gratis, który mu się nawinął psim swędem. Tymczasem Celtowie przyjechali sobie Aleksandra pooglądać. I wcale nie mieli zamiaru się mu poddawać.
   Rozmowa się nie kleiła. Aleksander myślał sobie, że nie widział w życiu większych bubków, a oni – gładząc swoje długie wąsy – myśleli o nim to samo. Wreszcie Macedończyk zagaił:
- Czego boicie się najbardziej na świecie?
Po chwili namysłu padła odpowiedź:
- Żeby niebo nie spadło nam na głowy.

Anegdotkę tę przytaczam za Peterem Greenem, autorem świetnej biografii Macedończyka. Green wydał swoje dzieło w roku 1970. Spółka Goscinny & Uderzo rysowała swój komiks od 1959 roku. Ponieważ nie mam (na razie) dostępu do tekstów historycznych opisujących przytoczony dialog, równie atrakcyjne wydają mi się dwie hipotezy: pierwsza, mówiąca o tym, że mieszkańcy armorykańskiej wioski niemożliwej do podbicia przez legiony Rzymu, cytują swych pobratymców znad Adriatyku unieśmiertelniając celtycką niezawisłość w popkulturze; i druga, która każe mi wyobrażać sobie pana Greena wpadającego na pomysł ubarwienia popularnonaukowej książki poprzez cytowanie w niej prześwietnego komiksu.
   Nie dotarłem do tekstów źródłowych i nie wiem, czy takie istnieją. Znajoma filolog klasyczna wydawała się zaskoczona i ubawiona, gdy przy piwie/winie opowiedziałem jej powyższą historyjkę. Nie zaprzeczyła jej, ani nie potwierdziła.
   Mnie podobają się obie wersje. Dopóki nie poznam trzeciego źródła, będzie to dla mnie „Asterix Schroedingera” - ani prawdziwy, ani fikcyjny jednocześnie. A w całości fajny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz