sobota, 20 września 2014

Kontekst Oscara P.

Ponoć kiedyś Stańczyk założył się o to, jaki fach jest najpowszechniejszy w Polsce i twierdził, że jest nim lekarz. Ponieważ lekarz dyplomowany był w owych czasach równie rzadko spotykany co dziś zdun czy szewc, więc zakład został przyjęty i sromotnie przegrany dzięki fortelowi królewskiego trefnisia, który przechadzając się z obwiązaną twarzą po Kleparzu zebrał w godzinę dwa tuziny rozmaitych kuracyj na ból zęba.
    W dniu dzisiejszym trudno byłoby wskazać jaki zawód byłby powszechniejszy: stylistka, komentator sportowy, czy autorytet moralny? Wydaje mi się, że jednak byłby nim polityk. Ale jakiś specjalistyczny: ministrowie finansów, spraw wewnętrznych, administracji, rolnictwa i infrastruktury płyną ulicami szerokimi potokami, wydając nieustannie wytyczne do ustaw i rozporządzeń, których nikt nie uchwali i nie ogłosi, mimo że od ręki uzdrowiłyby kondycję państwa. No i właśnie dlatego nie będę pisał o polityce.
    Ale zdarzają się od czasu do czasu sytuacje, które polaryzują tłum w innym kierunku. Tak jak na przykład wyrok wobec Oscara Pistoriusa, niepełnosprawnego lekkoatlety południowoafrykańskiego, który zastrzelił swoją dziewczynę, Reevę Steenkamp, w łazience swego domu czterema strzałami oddanymi przez drzwi. Tłumaczył się, że myślał, iż to włamywacz. Wątki poboczne mówiły o tym z jaką łatwością, zgoła bez powodu, sięgał po broń przy innych okazjach oraz o kłótni, jaką mieli ze sobą tego wieczoru odbyć. Jednak nie było w mediach polskich publikowanych protokołów z przesłuchań, ani innym materiałów procesowych. Jednak gdy ogłoszono wyrok oczyszczający z oskarżenia o morderstwo (czyli zamierzone, celowe pozbawienie życia swej dziewczyny) i uznające go winnym nieumyślnego spowodowania śmierci, nagle zawrzało. Zerwały się różne „ałtoryteta” i dalej gardłować: że to niedopuszczalne, że przecież wiedział, że tam jest człowiek, że co z tego, że włamywacz, że mógł zrobić coś innego, że się wzywa w takich sytuacjach policję i dalej w ten deseń.
    Problem leży w tym, że osadzają całe zdarzenie, jakby się wydarzyło w Grójcu, Wilkowyjach, czy też w Świerklańcu. Tymczasem w RPA sprawa wygląda trochę inaczej.
    Peter Temple w 2002 roku wydał powieść pt. „In the Evil Day” (polski tytuł: „W dzień zła”). Powieść zdecydowanie nurtu rozrywkowego, nie aspirującego do bycia literaturą refleksyjną. Zaczyna się ona sceną, w której ochroniarze przyjmują zlecenia na dany dzień – w większości rzecz dotyczy eskortowania biznesmenów z miejsc publicznych (lotnisk, restauracji do ich domów). Już podczas pierwszego zlecenia tego dnia zostaje nakreślony obraz kraju, w którym na porządku dziennym są włamania i napady rabunkowe na osoby majętne połączone z pozbawieniem ich życia. Już pierwsza scena kończy się opisem takiego właśnie starcia z włamywaczami, w którym ginie dwóch włamywaczy, jeden z ochroniarzy i eskortowana kobieta. A scena ta tylko jest marginalnym zawiązaniem akcji.
    Oczywiście, to jest tylko literatura. To jest tylko powieść sensacyjna, która powinna – zgodnie ze schematem pana Hitchcocka – zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie winno narastać. Ale rozpoczęcie powieści od układu: w RPA z zakupów do domu odprowadza nas dwóch ochroniarzy z bronią długą, daje do myślenia.
    Jeśli jedziemy do Grecji, czy Chorwacji i zachwycamy się tym, że można zostawić otwarty samochód, czy namiot i nikt nic nie kradnie, dlaczego nie możemy się domyślić, że mogą istnieć kraje, gdzie „włamywacz” oznacza „bezwzględny morderca”, gdzie nie wzywa się policji do takich rzeczy, tylko trzeba się bronić samemu? Dlaczego nie możemy przyjąć, że istnieją kraje, w których strzał do włamywacza nie jest morderstwem, ale dopuszczalną samoobroną, gdyż pojęcie „włamywacz” zawiera w tamtej kulturze pojęcie „zabójca”? Dlaczego wydajemy osądy wynikające z naszego kontekstu kulturowego, a nie kontekstu miejsca zdarzenia?
    Może to efekt pojęcia „globalnej wioski”, który spowodował, że zaczęliśmy uważać, że cały świat (przynajmniej zachodniego kręgu kulturowego) jest już zhomogeniozwany niczym marketowy serek. Myślimy, że cały świat przypomina nasze obejście. Że nasza kultura jest kulturą całego świata. Że wszyscy na świecie nucą "Ona tańczy dla mnie".
   Obawiam się jedynie, że głównym efektem tego myślenia jest zmiana nas samych w wieśniaków globalnego formatu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz