sobota, 22 marca 2014

Magia i miecz, czyli Bolonia za wszelką cenę

Jest tak gałąź magii, która zasadza się na operacjach na symbolach. Wykreślamy jakiś symbol i coś z nim robimy w przekonaniu, że z jego desygnatem (czyli obiektem symbolizowanym) stanie coś po naszej myśli. Proste.
   Weźmy teraz na warsztat zgrabne zestawienie dwóch sytuacji związanej z bitwą o Bolonię w 1945 roku. Zdobycie Bolonii było jednym z ostatnich akordów Drugiej Wojny Światowej we Włoszech, a w jej lądowej części wyróżnił się II Korpus Polski pod dowództwem generała Andersa.
    Pierwszy z fragmentów jest fikcją. To wyrywek powieści tragikomicznej pt. „Paragraf 22”:

   Nazajutrz po walce na pięści Joego Głodomora z kotem Huple'a przestało padać w obu miejscowościach naraz. Pas startowy zaczai podsychać. Należało odczekać pełne dwadzieścia cztery godziny, zanim stwardnieje, ale niebo pozostawało bezchmurne. Nagromadzone w ludziach animozje przerosły w nienawiść. Najpierw nienawidzili piechoty za to, że nie potrafiła zdobyć Bolonii. Potem zapałali nienawiścią do samej granicy bombardowania. Godzinami wpatrywali się uporczywie w szkarłatną wstążkę na mapie i nienawidzili jej, ponieważ nie chciała przesunąć się wyżej i objąć miasta. Kiedy zapadała noc, zbierali się w ciemnościach z latarkami, kontynuując swoją makabryczną straż przy mapie w ponurym błaganiu, jakby w nadziei, że popchną wstążkę zbiorowym wysiłkiem swoich posępnych modłów.
Naprawdę nie mogę w to uwierzyć – krzyknął Clevinger do Yossariana głosem, w którym pulsowało oburzenie i zdumienie. – Przecież to nawrót do prymitywnych przesądów. Plączą skutek i przyczynę. To ma taki sam sens jak pukanie w nie malowane drzewo albo krzyżowanie palców od uroku. Oni rzeczywiście wierzą, że nie musieliby jutro lecieć na tę akcję, gdyby ktoś podkradł się w środku nocy do mapy i przesunął wstążkę za Bolonię. Wyobrażasz sobie coś podobnego? Wygląda na to, że już tylko my dwaj zachowaliśmy zdolność racjonalnego myślenia.
   W środku nocy Yossarian odpukał w nie malowane drzewo, skrzyżował palce i wykradł się z namiotu, żeby przesunąć linię na mapie za Bolonię.
   Skoro świt kapral Kolodny wślizgnął się chyłkiem do namiotu kapitana Blacka, wsunął rękę pod moskitierę i delikatnie potrząsał spoconym ramieniem, które tam namacał, dopóki kapitan Black nie otworzył oczu.
Dlaczego mnie budzicie? – jęknął kapitan Black.
Bolonia zdobyta, panie kapitanie – powiedział kapral Kolodny. – Pomyślałem, że to pana zainteresuje. Czy akcja będzie odwołana?
   Kapitan Black usiadł i zaczął systematycznie drapać się po długich, chudych udach. Po chwili ubrał się i wyszedł z namiotu mrużąc oczy, zły i nie ogolony. Niebo było pogodne i ciepłe. Spokojnie obejrzał mapę. Rzeczywiście Bolonia została zdobyta. W namiocie wywiadu kapral Kolodny usuwał już mapy Bolonii z mapników nawigatorów. Kapitan Black usiadł z głośnym ziewnięciem, założył nogi na biurko i zatelefonował do pułkownika Korna.
Dlaczego mnie budzicie? – jęknął pułkownik Korn.
Dziś w nocy zdobyto Bolonię, panie pułkowniku. Czy akcja będzie odwołana?
O czym pan mówi, Black? – warknął pułkownik Korn. – Dlaczego akcja miałaby być odwołana?
Ponieważ Bolonia została zdobyta. Więc akcja nie będzie odwołana?
Ależ oczywiście, że będzie odwołana. Uważa pan może, że bombardujemy teraz własne oddziały?
Dlaczego mnie pan budzi? – jęknął pułkownik Cathcart do pułkownika Korna.
Bolonia zdobyta – powiedział pułkownik Korn. – Sądziłem, że to pana zainteresuje.
Kto zdobył Bolonię?
My.
   Pułkownik Cathcart nie posiadał się z radości, gdyż został uwolniony od kłopotliwego obowiązku bombardowania Bolonii, nie tracąc jednocześnie sławy człowieka odważnego, jaką zyskał zgłaszając na ochotnika swoich żołnierzy do tego zadania. General Dreedle był również zadowolony z zajęcia Bolonii, chociaż zły był na pułkownika Moodusa, że go obudził, żeby mu to powiedzieć. Dowództwo również było zadowolone i postanowiło odznaczyć medalem oficera, który zdobył miasto. Ponieważ takiego nie znaleziono, dano order generałowi Peckemowi, jako że był on jedynym oficerem, który wykazał inicjatywę i zażądał medalu.

J. Heller „Paragraf 22”

A teraz zobaczmy jak rzecz wyglądała z poziomu gruntu, we wspomnieniach Bohdana Tymienieckiego, polskiego oficera 2 Brygady Czołgów, której przydzielono słynny od Monte Cassino 10 Batalion Commando w charakterze wsparcia. A w ramach tegoż batalionu działał porucznik Henryk Jedwab, który odegra tu swoją rolę. Tymczasem cała brygada czeka w pozycjach bojowych do jutrzejszego szturmu na Bolonię:

Ruch się zrobił koło czołgu, bo licho znów przyniosło Jedwabia.
- Co jest? - Na dworze było już zupełnie ciemno. Jak ten czas przeszedł.
- Kolego Tymieniecki, zapraszam pana na dinner do „Papagallo”.
- Jakie „Papapgallo”?
- To pan nie słyszał? „Papagallo” w Bolonii, najlepsza restauracja w Europie.
- W Bolonii?
- Ano byłem w Bolonii. Niemcy wyszli przed wieczorem. (…) No co, jedziemy?
To była propozycja ze stylem. Bez względu na stan mojego samopoczucia – nie do odrzucenia. Podszedł Andrzej.
- Andrzej, wiesz? Porucznik Jedwab wraca z Bolonii. Zaprosił mnie na dinner. Co myślisz, jechać?
Andrzej chwilę się namyślał.
- To jest cholernie tentująca propozycja, ale na to musisz mieć pozwolenie dane tylko przez Motykę.
- Andrzej, czy mógłbyś się go spytać?
- Ależ naturalnie, poczekajcie chwilę, zaraz wrócę.
Skoczył do łazika i w pięć minut był z powrotem.
- Nic z tego. Kategorycznie zabronił. Pułk w pełnej gotowości. Rozkaz na dzień jutrzejszy dla grupy „Rak”: Bolonia za wszelką cenę.
Cała trójka parsknęła śmiechem.

B. Tymieniecki „Na imię jej było Lily”


Gdyby pozostawić te dwa fragmenty bez komentarza, lub ograniczyć się do powtórzenia pierwszego akapitu tego posta, zrodzi się nam obraz Bolonii zdobywanej magicznym kunsztem, siłą woli sfrustrowanego pilota. Gdyby pociągnąć tę – jakże kuszącą – perspektywę, można ujrzeć oczyma wyobraźni zmagania magów sztabowych, którzy osobliwymi ceremoniami dokonywanymi na symbolach sztabowych (mapach, szpilkowych chorągiewkach) powodują, że wojska swoje i nieprzyjacielskie bez jednego wystrzału, pchane jedynie nieokiełznaną paniką rodem z Imlad Morgul, przemieszczać się będą po drogach i miastach, a zatrzymywać się będą na rzekach, na których mosty uległy zniszczeniu pod przemożnym wpływem sztabowej magii.
   Gdy za dwa-trzy millenia ktoś z gwiazdozbioru Wega patrząc na ziemską bibliotekę będzie chciał zgadywać jak padła w 1945 roku Bolonia, to nie znając rozróżnienia między literaturą faktu i beletrystyką, taki może ułożyć sobie taki obraz na podstawie tych dwu książek.
   Zresztą, odnoszę wrażenie, że nie potrzeba tu Wężopanien z Wegi, wystarczą (a)normalni licealiści z serialu „Matura to bzdura”.

sobota, 8 marca 2014

Wikipedia sux

Przy okazji opowiadania o Victorze Frankensteinie pozwolę sobie wskazać jak niepopularne w dzisiejszym świecie jest myślenie i krytyka źródeł. O ile Brian Aldiss i inni badacze literatury zgadzają się co do faktu, że pierwowzorem nowoczesnego Prometeusza jest sam Percy Shelley, to wikipedyści oczywiście hołdować muszą bezrefleksyjnie jakimś mrocznym legendom urągającym zdrowemu rozsądkowi.
   W Wikipedii polskiej można przeczytać, że:

Nazwisko bohatera największej liczby filmowych horrorów pochodzi od nazwy zamku Frankenstein niedaleko Darmstadt w Niemczech, w którym mieszkał i pracował wspomniany wyżej Johann K. Dippel. Niektóre źródła podają, iż nazwisko doktora Frankensteina ma pochodzić od nazwy miasta na Dolnym Śląsku – Ząbkowic Śląskich (ówczesna nazwa miasta to właśnie Frankenstein). Mieszkała tam rodzina prawdziwego doktora Frankensteina. Pisarka Mary Shelley miała spotkać go podczas swojej podróży po Europie i urzeczona nim postanowiła jego nazwisko nadać bohaterowi swojej powieści.


Ja już pomijam, że to groch z kapustą w pierwszym czytaniu. Ale nic to, sprawdzamy stronę o panu J.K. D. Tam zaś czytamy:

Johann Konrad Dippel (ur. 10 sierpnia 1673zm. 25 kwietnia 1734), filozof, wynalazca, alchemik.

Prawdopodobnie był pierwowzorem postaci doktora Frankensteina z powieści Mary Shelley pt. "Frankenstein". Wykształcony jako fizyk, założył laboratorium do prowadzenia dziwacznych eksperymentów w zamku "Frankenstein" niedaleko Darmstadt w Niemczech. Dippel (również znany jako Konrad Frankenstein) lubił spędzać dużo czasu nad swoim hobby – alchemią. Był zafascynowany życiem wiecznym. Do eksperymentów miał używać pociętych na kawałki części ciała zwierząt oraz trupów ludzkich, które gotował w wielkich słojach. Kiedy okoliczni mieszkańcy dowiedzieli się o dziwnych eksperymentach Dippla, został on wygnany z zamku.


Tym razem nie znajdujemy już nic o Ząbkowicach Śląskich (czyli Frankenstein), ale Dippel nadal mieszka w zamku o nazwie Frankenstein. Niech będzie. Ale wróćmy do zauroczenia Mary Shelley spotkanym w Europie alchemikiem. Podstawowe pytanie: kiedy go spotkała? Wróćmy do źródeł:

Mary Shelley lub Mary Wollstonecraft Godwin (ur. 30 sierpnia 1797 w Londynie, zm. 1 lutego 1851 w Londynie) – angielska poetka i pisarka okresu romantyzmu.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Mary_Shelley dostęp z dnia 14.02.2014 r.

Proszę teraz przeanalizować podkreślone fragmenty. Jeśli przyjmiemy, że Marry Shelley nie mogła rozpocząć podróży po Europie przed swoim narodzeniem, ani Dippel nie mógł być zbyt towarzyski po swej śmierci, to przedział czasu, gdy mogli się spotkać stanowi zbiór pusty. Podobnie jak zdolności analityczne autora artykułu pt. „Wiktor Frankenstein”.
   Pozostaje rozłożyć ręce i powiedzieć: „sorry, takich mamy wikipedystów”.

sobota, 1 marca 2014

„Victor” to brzmi ironicznie (cz. 2)

Mary Woolstonecraft Godwin poznała Percy'ego w roku 1814 i od razu uciekła z nim z domu. W roku 1815 urodziła mu syna, który jednak zmarł. Ale już wkrótce znów zaszła w ciążę. Skandal towarzyski (Shelley miał w tym czasie żonę i dwójkę dzieci) spowodował, że Percy i Mary w połowie 1816 roku wyprowadzili się do Szwajcarii. W tym samym roku zmarła pierwsza żona Shelleya, a już w grudniu tego roku Percy poślubił Mary.
    Rok 1816 jest bardzo dziwnym. Nazwano go „rokiem bez lata”, gdyż przez wybuch wulkanu Tambora w Indochinach w Europie całe lato było zimne i dżdżyste. Grupka znajomych: Shelleyowie, Claire Clermont, George Byron i John Polidori - lekarz, przyjaciel Byrona - spędzali wspólnie letnie wieczory grzejąc się przy kominku. Polidori był wielkim fanem „niesamowitości”. Opowiadał nocami towarzystwu historie związane z medycyną i wierzeniami ludowymi. Sam też trochę pisał. To on wprowadził do literatury europejskiej wampira-arystokratę, którego ukradł mu Byron, a potem na byronowskim podłożu wyrósł stokerowski „Dracula”. Polidori prawie na pewno opowiadał o aferze z Frankenstein (obecnie Ząbkowice Śląskie) z 1606 roku, gdy szajka złożona z grabarzy i nierządnic wytruła pół miasta w celach rabunkowych. Prawdopodobnie opisywał makabryczne eksperymenty francuskich lekarzy dokonywane na odciętych gilotyną głowach, w tym przetaczanie psiej krwi, po którym to zabiegu ponoć głowa zacisnęła zaróżowione usta i zadrgały jej powieki.
   Te opowieści musiały zrobić niesamowite wrażenie na Mary, która miała dopiero niespełna dwadzieścia lat i już straciła pierwsze dziecko. W swych pamiętnikach wspomina, że w marcu 1815 roku śniła nawet o tym, że z Percym udało im się ożywić ciałko martwego syna, nacierając je i ogrzewając od kominka. Nic zatem dziwnego, że gdy Byron ogłosił swój konkurs na nowelkę grozy, Mary zaczęła pisać pod wpływem snu, w którym zobaczyła potwora pozszywanego z fragmentów zwłok, a w ciemności głos mówił jedno słowo: Frankenstein.
   Córka intelektualistów, która sama interesowała się ponoć najnowszymi osiągnięciami nauk przyrodniczych, obsadziła w roli naukowca swojego idola i męża in spe, doceniając jego pasję.
   Zestawmy dwa fragmenty tekstów.
   Najpierw zobaczmy jak radzi sobie młody Victor na uniwersytecie w Ingolstadt:

Następnie zaprowadził mnie do swego laboratorium, gdzie wyjaśnił mi, do czego służą różne maszyny.
(...)
Od tego dnia nauki przyrodnicze, w szczególności zaś chemia , stały się w najszczerszym tego słowa znaczeniu moim wyłącznym zajęciem. Czytałem z zapałem owe dzieła, genialne i pełne głębokich myśli, które współcześni badacze na ten temat napisali. Uczęszczałem na wykłady i utrzymywałem łączność z profesorami uniwersytetu. (…) Początkowo pilność moja była zmienna, (…), ale przybierała na sile, w miarę jak postępowałem naprzód; wkrótce zaś tak się zapaliłem, że często gwiazdy znikały na porankiem rozjaśnionym niebie, a ja wciąż jeszcze ślęczałem w swym laboratorium.
M. Shelley „Frankenstein, albo nowy Prometeusz”

Teraz zobaczmy, co napisał o warunkach mieszkalnych studenta Shelleya jego serdeczny przyjaciel z czasów oksfordzkiej uczelni, Thomas J. Hogg:

Na podłodze poniewierały się książki, trzewiki, papiery, buty, przyrządy filozoficzne, ubrania, pistolety, bielizna pościelowa, naczynia, naboje i niezliczone fiolki, tudzież pieniądze, kalesony, druki, tygielki, torby i pudełka. (…) Stoły, a zwłaszcza dywan, upstrzone były już kolorowymi plamami, które nierzadko wskazywały na wcześniejsze działanie ognia. Pośród masy różnych rzeczy w oczy rzucały się maszyna elektryczna, pompa powietrzna, ogniwo galwaniczne, solarny mikroskop oraz duże szklane dzbany i pojemniki.
T. J. Hogg „Życie Percy Bysshe Shelleya”


   Widać, mam nadzieję, że oba fragmenty są właściwie swoją ciągłością. Mogłyby dotyczyć tej samej osoby. Są to jednak tylko fragmenty, gdyż blogowa forma nie pozwala na wklejanie całych rozdziałów z obu książek. Zmuszonym więc dociekliwych czytelników odesłać do źródeł.
   Nie ja wymyśliłem tezę o pierwowzorze Victora Frankensteina. Brian Aldiss w swoim eseju „O pochodzeniu gatunków: Mary Shelley” (fragment „Billion Year Spree”) dodanym przez Wydawnictwo Poznańskie do polskiego wydania powieści z roku 1989 również podaje Shelleya jako protoplastę nowoczesnego Prometeusza. Więcej, stawia tam tezę, że Walton, który opisuje Victora Frankensteina w listach do swej siostry, to w istocie George Byron. Przyznam, że inaczej czyta się tę powieść, gdy dokona się takiego podstawienia osób: zaczyna się dostrzegać, że wzajemna relacja żeglarza i wycieńczonego naukowca nie jest już taka pozbawiona emocji, jak się początkowo wydawała. Tekst to leniwa maszyna, trzeba coś wiedzieć, żeby zaczęła pracować.

P.S.
   Czasem nachodzi mnie myśl, obraz przedstawiający Adę Byron, córkę poety, lecz nieodtrąconą, przybywającą do Szwajcarii i mieszkającą tam z całym tym romantycznym towarzystwem. Adę, pierwszą na świecie programistkę, która zwraca się do Mary, pierwszej na świecie pisarki SF, mówiąc jej „ciociu”.
   Bardzo Cię proszę: nie zapomnij, że programowanie i literatura science-fiction, te dwie dziedziny, bez których nie byłoby Google Glass, smartphone'ów, ani w ogóle naszej kultury w obecnym kształcie, że obie te dziedziny wyszły z kobiecych rąk i umysłów.