czwartek, 24 kwietnia 2014

Konkluzja wujka Staszka #1: dream team

Zobaczyłem na kwejk.pl obrazek z wywiadu, jakiego udzielił George R.R. Martin. Ponoć zapytany o zajęcie, jakiemu chciałby się oddać poza paraniem się pisarstwem, odparł, że chciałby - rzecz jasna - prowadzić dom weselny.
   Oczyma duszy swojej zobaczyłem siedzącego obok niego ducha Shakespeare'a (który zawitał z okazji wczorajszej swojej podwójnej rocznicy urodzin i śmierci). Stratfordczyk gorliwie mu przytakiwał i zapewniał, że to się doskonale się składa, gdyż on zamierza założyć agencję matrymonialną, więc będzie mu zapewniał klientów, jednocześnie poszerzając swoją ofertę o organizowanie wesel.
   To piękny przykład synergii w sektorze gospodarczym.
   Obecnie trwają poszukiwania jakiegoś szczególnie wydajnego zakładu pogrzebowego, ażeby móc składać oferty typu all-inclusive.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Fizyka post mortem

Każdy zna taką figurę kulturową, którą jest duch. Jako ducha rozumiemy tu ludzką duszę, która po śmierci błąka się po okolicy miejsca zgonu wyposażona w intelekt i wspomnienia życia przedśmiertnego. Możemy ją znać także jako zjawę, czy widmo. Nie powinniśmy jej łączyć z upiorem, który jest polską nazwą swojskiego (o zgrozo) wampira.
    W Wielką Sobotę telewizja TVN nadała film J. Zuckera z roku 1990 pt. „Uwierz w ducha” z Patrickiem Swayze w roli ducha. Nie widziałem przedmiotowego filmu w całości. Obejrzałem może kwadrans, który pobudził mnie do śmiechu i myślenia. Nabrałem strasznej ochoty na przepytanie scenarzysty, jak sobie wyobraża oddziaływania fizyczna w kontekście ducha. To znaczy, jak sobie wyobraża, to zobaczyłem, ale jak na to wpadł, lub z jakiej bezdni bezmyśli to wziął – do tego sam już nie dojdę.
    Oto co widziałem.
    Na ducha działa grawitacja – gdyż chodzi on po podłodze, miast miotać się po okolicy, niczym bohaterowie (rewelacyjnej skądinąd) „Grawitacji”. Naprzeciw grawitacji wychodzi siła spoistości i sprężystości podłoża – duch chodzi po podłodze, po schodach, a gdy przelatuje przez włamywacza, pada na podłogę jak połeć mięsa. No właśnie. Przenika za to przez ściany, drzwi, okna, ciała ludzkie. Czym różni się podłoga od ściany? No ja wiem, nachyleniem względem gradientu pola grawitacyjnego (tak zwane zagadnienie pojęć poziomu i pionu). Ale materiałowo? Dlaczego może przeniknąć przez drzwi, a wchodzi na schody? No i dlaczego obowiązuje go ten poziom podłogi, zamiast pochłonąć go jak bohatera „Najgłębszej pieszczoty” Cortazara?
    Skoro nie może złapać niczego w ręce, ale może po tym wejść (schody – ponownie), to mógłby spróbować wpływać na przedmioty poprzez ich kopanie lub trącanie nogą, prawda? Ale jakoś tego nie robi.
    Na ducha działają siły innego ducha. Widać to na przykładzie bójki w metrze. Oba duchy się okładają, tarzają po podłodze i wypychają głowy poza ścianę wagonu (po co? przecież nadjeżdżający pociąg nie stanowi żadnej przeszkody, która mogłaby głowę duchowi urwać!). Ale! W pewnym momencie duch grany przez P. Swayze (nota bene świętej pamięci) wypada przez ścianę wagonu i zawisa gdzieś na buforach, czy spada plecami na platformę (jeśli to bufory – czy nie powinien przez nie przeniknąć?), a drugi duch tłucze szybę, ewidentnie naruszając dotychczasowe zasady. Chyba, że coś jest na rzeczy z tłuczeniem szkła jako działaniem przeciwdemonicznym (bodajże hebrajskie), ale wtedy nasz bohater w lanserskiej grzywce powinie wytłuc tę szybę wypadając przez nią. A on ją przeniknął.
    Po co duchowi ubranie? Żeby się widz mógł zidentyfikować z bohaterem. Nie, ja nie wymagam, żeby widma latały nagie po planie. Mogłyby wyglądać bardziej jak armia umarłych z „Powrotu króla”. Ale jak tu polubić takiego bohatera, który jest nieludzki? Wracając do tematu ubrania – jak ono działa u ducha? Skąd się bierze? Z odzienia pogrzebowego? Z tego, co miał na sobie w chwili śmierci? (Może dlatego nie występują w filmach duchy ludzi, którym suszarka wpadła do kąpieli?).
   No, ale o co ja się czepiam? Czy film, który byłby spójny z fizyką, byłby po prostu nudny? Nie. Najlepszym przykładem wspomniana Grawitacja” Cuarona, która jest obsypanym oskarami filmem o dramatycznych konsekwencjach trzech zasad dynamiki Newtona. Tu z resztą nie o czystą fizykę chodzi. Raczej o zdrowy rozsądek. Ustalenie reguł, których się przestrzegać będzie. W przeciwnym wypadku wydzie z tego paranoic-fiction na dopalaczach i zawstydzi samą Barbie Gill Graynor.
    Jest jeszcze cały szereg innych pytań, które można sobie zadać w temacie „podstawy fizyki pozagrobowej”. Przyznam szczerze, że do całego tego ciągu myśli skłonił mnie problem podróży w czasie wskazany w opowiadaniu „Trzeba pomóc” Kiryła Bułyczowa. Mimo całkiem słusznego postawienia sprawy w kontekście fizycznym, nic nie przeszkodziło mu w korzystaniu ze storpedowanego przez siebie mechanizmu przenoszenia w czasie w innych opowiadaniach z „Awarią na linii” i „Listami z laboratorium” na czele.
    Po prostu, trzeba mieć dystans.

Dlaczego stroszysz się na myśl o tej akurat niemożliwości?
S. Rushdie „Harun i Morze Opowieści”

sobota, 12 kwietnia 2014

Memy i okręty szturmowe

1. Mem
    Mem to najmniejsza ilość informacji. Miał być odpowiednikiem kwantu w kognitywistyce. Nie wyszło. W chwili obecnej z fizyką kwantową wspólną ma zasadę nieoznaczoności, gdyż nikt nie może podać całkowitej definicji memu. Zadowolę się zatem cząstkową. A nawet nie tyle definicją, co wskazówką. Memami są np.: gwiazda Dawida, Złote Łuki McDonald'sa, logo Windows, uproszczony zarys kuli ziemskiej, swastyka, flaga narodowa. Są to jakieś symbole, które od razu wskazują na pewien kontekst. Memy nie są dane raz na zawsze. Mogą coś znaczyć przez określony czas, a potem społeczeństwo o nich zapomina i już. Na przykład pani prokurator Krymu stała się ciekawym tego przykładem, gdyż jej postać w mundurze już stałą się samodzielnym memem. Ale daję jej rok-dwa i odejdzie w niepamięć. Podobnie, jak powoli w niepamięć odchodzi Slenderman.

2. Czy androidy marzą o „Łowcy androidów”?
    Powiedzmy sobie szczerze: film „Blade Runner” (polskie tytuł „Łowca androidów”) nie jest nakręcony na podstawie książki P. K. Dicka pt. „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”. Jest oparty o jej motywy, a i to słabo. Podobnie można byłoby nakręcić film o Boromirze i udawać, że to wyczerpuje fabułę i złożoność „Władcy Pierścieni”. Po prostu nie. „Blade Runner” ma z oryginału: primo: kawałek tła społecznego i technicznego, secundo: niektórych bohaterów. Niestety ma też inne zakończenie, które stoi w sprzeczności z fabułą i przesłaniem książki Dicka. Znów nawiązując do Boromira: w naszym filmie tytułowy bohater zabrałby Frodowi Pierścień, poszedłby sam do Mordoru, wyzwał Saurona na gołe pięści i znokautował go w piątej rundzie zaciekłego pojedynku nawiązującego do klasyki gatunku, jaką stanowi „Rocky”. Jeśli czujesz zażenowanie czytając ten opis, to wiedz, że czułem się podobnie oglądając „Blade Runnera”. Bo wcześniej czytałem książkę. Radzę zrobić to odwrotnie.
 
3. Tekst jako mem
    Ale byłbym kłamcą, gdybym pozostawił recenzję tego filmu w tym miejscu. Jeśli nie zna się... hmm... „źródła inspiracji”, czyli powieści, to film jest arcydziełem, zawierającym kilkanaście kultowych scen, które cytowane i parodiowane były w kinie w setce filmów. Najsłynniejszą chyba jest monolog Battyego, androida bojowego, który wygłasza do Deckarda w swej ostatniej chwili przed śmiercią.
    No właśnie: scena kultowa, tekst kultowy... Czy są możliwe memy, które są czymś więcej niż symbolami graficznymi? Moim zdaniem tak. Właśnie „kultowe teksty” są tego przykładem. Mogą być krótkie, mogą być dłuższe, ale zawsze są rozpoznawalne i niosą ze sobą cały kontekst swego oryginału. Na przykład wtrącenie „Ktoś musiał donieść na Józefa K.” od razu nadaje całej dłuższej wypowiedzi duszny, kafkowski klimat bezsensownego, bezpodstawnego i okrutnego oskarżenia. Z kolei powiedzenie „w tak pięknych okolicznościach przyrody...” raczy nas leniwym absurdem statku wycieczkowego na Wiśle i tej specyficznej relacji Sidorowskiego do inżyniera Mamonia.

4. Okręty szturmowe
    Jak już się rzekło, monolog Battyego jest kultowy. Jest memem. Dokładnie ostanie jego słowa:

Widziałem rzeczy, o którym wam ludziom się nie śniło: płonące okręty szturmowe w ramieniu Oriona, strumienie elektronów jarzące się w ciemności przy Bramie Tannhausera... Wszystkie te chwilę przepadną w czasie, jak... łzy w deszczu... Czas umierać.

Natknąłem się na trawestację tego cytatu dwa razy w od września roku. Pierwszy raz w obrazkowym blogu pt. Kryzys Wieku, w poście o tytule „Orion”. Rozłożenie cytatu na trzech bohaterów powoduje ciekawe ustawienie percepcji odbiorcy. Staje się jasne, że każdy z nich jest Royem Batty. Każdy z nich stoi nad grobem. Nie tyle grobem swego ciała, co grobem swych marzeń.
   Drugi raz, całkiem niedawno w webkomiksie xkcd, w pasku (stripie) o tytule „Heartbleed”, który opowiada o błędzie w mechanizmie autoryzacji SSL. Błąd mechanizmu Heartbeat nazwany został Heartbleed z dużą dozą trafności i czarnego humoru. Sam pasek traktuje tylko o konsekwencjach błędu, ale autor xkcd zawsze „dokomentowuje” swoje paski tekstem, który pojawia się po najechaniu kursorem myszy na obrazek. I pojawia się tu naszym oczom napis:

I looked at some of the data dumps from vulnerable sites, and it was ... bad. I saw emails, passwords, password hints. SSL keys and session cookies. Important servers brimming with visitor IPs. Attack ships on fire off the shoulder of Orion, c-beams glittering in the dark near the Tannhäuser Gate. I should probably patch OpenSSL.

W wolnym tłumaczeniu:

Spojrzałem na niektóre dane zrzucone z podatnych na błąd stron i było to... złe. Widziałem emaile, hasła, podpowiedzi do haseł. Klucze SSL i cookies do sesji. Ważne serwery przepełnione adresami IP internautów. Płonące okręty szturmowe w ramieniu Oriona, strumienie elektronów jarzące się w ciemności przy Bramie Tannhausera. Powinieniem spatchować (naprawić) OpenSSL.

Jak widać tym razem nawiązanie jest ciut inne. Porównuje obecną sytuację internetu nie do monologu androida, ale do wspomnianej bitwy w ramieniu Oriona. Jednak kontekst pozostaje ten sam: kompromitacja biblioteki OpenSSL (dwa lata funkcjonował ten błąd) to kres pewnego etapu zaufania do szyfrowanych połączeń w internecie. Czyli takich, jak używamy do banków, serwisów społecznościowych, poczty elektronicznej... Prywatność naszych danych przepadła jak łzy w deszczu.

Pora kończyć post.

sobota, 5 kwietnia 2014

Wandalizm intelektualny

W czasach technikum pojechaliśmy na wycieczkę. Kolega z pokoju się pochorował: gardło czerwone, nie może połykać, temperatura. Leży w wyrze i nie bawi się z nami. Ale przecież kolegi się tak nie zostawia, nieprawdaż? Inny kolega, którego pieczy powierzono apteczkę, poczuł się pod wpływem alkoholu już niemal doktorem nauk medycznych – przytargał apteczkę do naszego pokoju, siadł na łóżku chorego, wysypał zawartość apteczki na podłogę i mieszając palcem między blistrami tabletek i flakonikami płynów odkażających próbował wybrać właściwy lek.
- „Pyralgina” - przeczytał, - pyralgina-angina, pasuje!
Samozwańczy sanitariusz szczodrze wydzielił trzy białe krążki pyralginy, a chory kolega potulnie przyjął dwie z z nich (jedna poturlała się pod szafę). Przyjął, a potem w chwili nieuwagi wyrzucił je za łóżko, wychodząc z założenia, że z pijanym się nie dyskutuje.

Pijany wytrzeźwieje. A „mądry inaczej”... No cóż. Dlatego zastanawiam się, co począć z poglądami ludzi, którzy na trzeźwo publikują (to ważne słowo) opinie oparte na sylogizmach anginowych. Gdyby oni jeszcze sobie to roili w zaciszu czterech ścian. Gdyby w przyjaznym, lecz izolowanym środowisku szpitali dla nerwowo chorych. Ale nie. Oni starają się zarazić swoimi dezinformacjami innych ludzi. Póki dostęp do mediów był ograniczony, czy to cenzurą, kosztami, poczytalnością redaktora, czy innego dyktatora w wydawnictwie – w porządku. Dopóki specjalizowały się w tym specjalne periodyki i wydawnictwa sprzedające swe wyroby między indiańskimi dreamcatcherami, kadzidełkami Bangladeszu i źle wydrukowanymi kartami tarota, w porządku. Ale przyszedł internet i „anginiarze” zyskali otwarty i nieskrępowany dostęp do medium masowego rażenia. Przez strony WWW, blogi i – o tempora, o mores – encyklopedie internetowe szerzą zamęt i teorie spiskowe. Naturalną sprawą byłaby w tej sytuacji wzmożona czujność i krytyka źródeł. Niestety. Jest wręcz odwrotnie. Maksyma o naiwności, która w starszym pokoleniu brzmi: „słowo drukowane jest święte” (ergo: prawdziwe) w dzisiejszych czasach brzmi: „pierwsza strona wyników wyszukiwania Google jest wyrocznią”.
    Proces, który zrodził „Protokoły mędrców Syjonu” jest teraz tak powszechny i tak szybki, że właściwie nic w internecie nie jest wiarygodne, włączając w to niniejszego bloga. Ale czasem jeszcze zdarzają się w tym śmietniku arcyśmieci anginowych sylogizmów.
    Wymienię dwa. Pierwszym jest blog atwhistler.wordpress.com. Trafiłem na niego poszukując informacji o pewnej manierze malarskiej każącej ukazywać archanioła Michaela ze skrzydłami z pawich piór. Zastanawiam się nad powiązaniem tego z postacią Pawiego Anioła, szatana-demiurga mało znanej religii jaką jest jazydyzm. Google pomogły mi w wyszukiwaniu, a wymieniony blog... No cóż. Nie tyle potwierdził tę hipotezę, co wrzucił mnie w środek bagniska osobliwych skojarzeń. No bo jazydzki Pawi Anioł, to Malak Taus, a „taus” (pers. paw) to brzmi jak tau (grecka litera), albo taw (hebrajska litera), a one podobne są do krzyża chrystusowego... O ile jeszcze znam franciszkańską „taukę”, to litera taw za Chińską Republikę Ludową nie przypomina krzyża. Prędzej podkowę. Siatka wokół mikrofonu (zdjęcie na blogu) autorowi bloga na myśl przywodzi symbol Melchizedeka, który, jak wiadomo – twierdzi dalej autor – jest zniekształceniem imienia Melek Taus: wracamy objazdem do Szatana. Rzeczony symbol Melchizedeka zdekonstruował do złożenia liter AM – Alpha Mater. Na szczęście nie wiem, jaka okropność za tym się kryje. Pomijam oczywistości, że „Bafomet” Eliphasa Levy to Batman, a dowodem jest rycina przedstawiająca Lucyfera (sic!) o nietoperzowych skrzydłach, zaś imię Michael jest anagramem słowa „al-chemi”. Nietuzinkowe życie wewnętrzne prowadzi autor bloga.
    Ale to nic przy zawodniku numer dwa. Nazywa się on Juliusz Prawdzic-Tell, ma bana na wszystkich chyba polskich forach dyskusyjnych o historii i prowadzi stronę wandaluzja.com. Jest niekwestionowanym mistrzem wszechwag pseudoanalizy etymologicznej, kwestionowania dowodów historycznych i ignorowania zdrowego rozsądku. Za to jego barokowe wizje prawdziwej historii w tyle zostawiają templariuszowe spiski „Wahadła Foucaulta” i smutny będę, jeśli nie doczekają się uwiecznienia w powieści co najmniej tej klasy, co dzieło Umberto Eco.
    (Szczerze mówiąc, waham się, czy zacytować choćby fragment tych dzieł. Pamiętam pewne opracowanie dotyczące historii sztuki, gdzie autor z całą stanowczością odmawiał podania nazwiska słynnego fałszerza obrazów Vermeera, argumentując to faktem, że przestępców nie powinno się gloryfikować, ani nawet upamiętniać, bo to prowokuje następnych. (W gruncie rzeczy Herostrates dopiął swego, nieprawdaż?)).
    Spróbujmy jednak zasmakować stylu pana Prawdzic-Tella we fragmencie o wojnie trojańskiej:

Moja Troja homerowska na Złotym Rogu nie miała nic wspólnego z narodowcami wielkopolskimi, gdyż wynikała z mego artykułu „Kultury środkowoeuropejskiego neolitu w świetle systematyki językowej Tadeusza Milewskiego”. Milewski sformułował genezę języków indoeuropejskich między Renem a Dnieprem, a ja zastanawiałem się, czy Moskowie, którzy przeszli Bosfor w czasie oblegania przez Greków Troi, nie byli Ariami? Homer napisał: TAK TOJAN JAK I GREKÓW ZIMNY STRACH PRZENIKNĄŁ, GDY SPRAGNIONY BOJU ARES RYKNĄŁ..., tj. zasalutował głosem. Tych Mosków było wprawdzie 10 czy 11 tysięcy, gdy Greków pod Troją STO, ale takich armii przechodzących wówczas Bosfor i Dardanele było wiele.

Wojna Trojańska była harcami do inwazji Azji Mniejszej przez europejskich Frygów i Mosków, którzy rozgromili imperium hetyckie. Frygowie-Ilirowie pochodzili z Czech i napływali do Azji Mniejszej wzdłuż Dunaju i Maricy oraz Adriatykiem i przez Cypr, natomiast Moskowie to Amazoni-Massageci-Sarmaci-MAZOWSZANIE. Przy podziale łupów Frygom dostała się Azja Mniejsza a Moskom zagrabione przez nich w Bogatzkoy-Hattusas złoto.

Najazd środkowoeuropejskich Ludów Morza na Egipt jest wskaźnikiem, że Troja homerowska była na Złotym Rogu.

dostęp z dnia 04.04.2014 r.

No i się dowiadujemy o armiach wczesnej epoki brązu z liczebnością tylko niewiele ustępującą liczebności obecnie istniejącej całego wojska greckiego (włącznie ze sprzątaczkami i kucharzami). A co. Tylko, że Greków jest obecnie jedenaście milionów. Ale załóżmy, że wszyscy Achajowie (nie było jeszcze Greków, o czym zdaje się zapominać, lub nie wiedzieć, pan P.-T.) mnożą się jak króliki i nutrie, a potem gremialnie opuszczają swoje cyklopowe mury i jadą pod Troję na wakacje. I co tam do cholery ciężkiej niby jedzą? Konserwy? Przecież głównym problemem oblężeń jest zawsze aprowizacja. Oblegani muszą mieć zapasy, a oblegający – system zaopatrzeniowy. Parafrazując klasyka: armia inwazyjna jest jak rower – jeśli nie jedzie, to się przewraca. Armie starożytne, jeśli nie parły na przód, zaopatrując się drogą plądrowania, to upadało ich morale i się inwazja kończyła. Sto tysięcy Achajów pod Troją to nie oblężenie – to kolonizacja. Połowa tej armii musiałaby warzywa i zboże uprawiać na silnych nawozach, żeby całość wyżywić. O warunkach sanitarnych i oczywistych epidemiach nie wspomnę. Ale co tam. Widno Moskowie to Amazoni-Mazowszanie, a przez Bosfor jako po autostradzie włóczyły się set-tysięczne armie frygijskich Czechów. Ja rozumiem, że kozacy kubańscy (od dorzecza Kubania) są dowodem na wschodnio-europejski rodowód mieszkańców Hawany i tym tłumaczymy powodzenie rewolucji Fidela Castro?
    Ale czytajmy dalej.

Schliemann przyjął za podstawę Topograficzną ganianie się Hektora z Achillesem wokół Miasta – ale ganiali się oni wokół fortu WODOCIĄGOWEGO Skamander, widocznego z murów Troi, skąd woda szła 2 SZTOLNIAMI do miasta. Skamander został zdobyty przez Achillesa bombami zapalającymi, wobec czego Hektor, który reprezentował w Troi stronnictwo hetyckie, musiał go odbić, przez wyzwanie Achillesa
ibidem

Paradnie. Chciałbym uniknąć stosowania argumentum ad personam, ale mam wrażenie, że jednak autorowi trochę się te puzzle rozsypały: bomby, wodociągi, Chuck Norris pod imieniem Achillesa i to wszystko w czasach, gdy jeszcze nie wiedziano jak poskładać sklepienie łukowe, żeby na łeb nie spadło. Cała jego strona internetowa (sążnistych 46 rozdziałów z dygresjami) sprawiałaby wrażenie jednego wielkiego dowcipu primaaprilisowego, gdyby nie fakt, że pisana jest ze śmiertelną powagą i zaciekłością ecowskich „diabolistów”.
    Kończąc zastanawiam się nad dwoistością emocji, które to zjawisko we mnie budzi. Z jednej strony „wandaluzję” czytuję sobie dla poprawienia humoru, jako rodzaj literatury absurdu. Z drugiej – zdaję sobie sprawę, że w dobie znikomej wiedzy historycznej, ale szerzących się paranoi medialnych (ponoć Rosjanie straszą swych rodaków na Ukrainie genetycznie modyfikowanymi żołnierzami US Army! Znaczy Żółwie Ninja?), ktoś może dać się na to nabrać. Jak głosi pewna prawda kabalistyczna: pokolenia przemijają, a błędne poglądy trwają wiecznie. I wtedy mi smutno.

Przerażający jak ozdoba świata
Co w malignie bredzi jest obłęd człowieczy
Nie brookliński most, lecz na drugą stronę
Głową przebić się
Przez obłędu los
To jest dopiero coś.

E. Stachura „Nie brookliński most”