sobota, 28 czerwca 2014

Wieża Szarańczy

Kilka tygodni temu Zadie Smith w wywiadzie udzielonym radiowej „Trójce” stwierdziła, że Anglicy to naród, który uważa, że mieszkać można wyłącznie we własnym domu. Najmniejszym i najciaśniejszym, byle miał osobne wejście od ulicy. Dzielenie z sąsiadami korytarza jest uważane za rodzaj piekła.
    Spoglądając w tym kontekście na „Wieżowiec” Ballarda widzimy coś, co umyka w pierwszym czytaniu nam, dzieciom kamienic i peerelowskich blokowisk. Że sam wieżowiec jest piekłem. Wielopoziomowym, „odwróconym” piekłem z siódmym kręgiem położonym na dachu. Jednocześnie jest piekłem nie per se, lecz dzięki ludziom, którzy go zamieszkują.
    Ballard wskazuje na pewien mechanizm nie nazywając go po imieniu. Ludzie są u niego szarańczą. Szarańcza jest miłym, zielonym świerszczykiem, póki żyje sobie samotnie, a najbliższa następna szarańcza mieszka za lasem. Ale jeśli szarańczy jest zbyt wiele i  zaczną się spotykać, ocierać o siebie, nagle zaczynają brunatnieć (ciekawostka z grzywką i wąsikiem) i formują słynne, milionowej liczebności roje, które niszczą wszystkie napotkane uprawy. Podobnie ciśnienie społeczne budownictwa wielorodzinnego czyni z ludźmi. Zamienia ich w roje szkodników, prawdziwe plagi, które należałoby zwalczać sypiąc z samolotów DDT. (Czyżbyśmy znów wkraczali na teren walki rolników z miastem?)
    Można byłoby to uznać za głos przeciwko pewnym trendom zagęszczania ciżby ludzkiej. Można byłoby powiedzieć, że ci cholerni Angole mają swoistą rację kultywując swoje mikroogródki przy domach wielkości budek lęgowych.
    Można byłoby przypuszczać, że sentymentaliści spod znaku J. J. Rousseau wiedzieli coś, do czego my dochodzimy brutalnym, niszczącym eksperymentem.

Piekło to inni.
J. P. Sartre

sobota, 7 czerwca 2014

Inżyniera Mamonia gry o tron

    Z jednej strony wszyscy się uśmiechamy, gdy słyszymy inżyniera Mamonia, który ustami Z. Maklakiewicza oświadcza, że podobają mu się wyłącznie melodie, której już zna. Z drugiej strony śmiejemy się z hipsterów, którym wszystko podoba się póki nie stanie się modne. I tak zawieszeni między tymi dwoma stanowiskami, niczym na łańcuchu łączącym Podwójnego Wodza z „Lilli Wenedy”, czujemy się suwerenami naszych gustów. Ja będę jednak brutalny: jesteśmy inżynierami Mamoniami w stopniu, jakiego nawet nie przypuszczamy.
    Od razu powiem, że łykam „Pieśni Lodu i Ognia” G. R. R. Martina jak mysz laboratoryjna kokainę. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak chłonąłem jakąś książkę. Przedostatnio był to komiks „Sandman” według Gaimana. I zacząłem się zastanawiać – dlaczego to się podoba? Nie tylko mnie, bo ja mogę być nieco skrzywiony, ale tej rzeszy fanów, którą Brodaty George już pozyskał.
    Odpowiedź nasunęła mi się na grzywkę, gdy czytałem rozdział o nauce Wodnego Tańca. Młoda Arya ucząca się szermierki od mistrza z Braavos tak bardzo przypomniała mi Paula Atrydę, że kiedy ów mistrz, Syrio Forel, zginął osłaniając jej ucieczkę, chciało mi się powiedzieć: „dziękuję Duncanie”. Nie twierdzę, że Martin przepisał z Herberta całą fabułę, jak Kurosawa z Shakespeare'a, ale wśród wielu inspiracji ta wydaje się bardzo poważna. I co więcej – Martin zrobił to lepiej. Ale po kolei.
    „Diuna” stanowiła jawną inspirację pierwszej części: „Gry o tron”. Mamy tu ojca, tyleż odważnego i rozważnego, co przesadnie wręcz honorowego, co powoduje, że wchodzi wprost w pułapkę, wiedząc, że to pułapka. W „Diunie” to Arrakis, w „Pieśni...” to urząd Namiestnika (ang. Hand of King, Królewskiej Ręki, którą „król się podciera”). W wyniku śmierci ojca syn wiedzie życie banity na Arrakis, ale Eddard ma wiele dzieci, więc Martin jest w stanie rozwodnić schemat, by był mniej widoczny. Jest zatem motyw syna z matką (Robb i Catelyn), ale już od razu wrzucony w formę władcy rebeliantów. Ale Catelyn poucza Robba niczym lady Jessica, zwłaszcza studząc go po pierwszym zwycięstwie (choć nie dostał tak widowiskowo w twarz).Tułaczkę dziecka-uciekiniera załatwia tu Arya. A skoro o niej mowa – napotkany przez nią Jaqen H'gar jest niemal jawnie Tancerzem Oblicza, a powtarzana przez Aryę maksyma, ze strach tnie głębiej niż miecze, jest jakąś pochodną litanii przeciw strachowi z „Diuny”. Branowi zdecydowanie przypadł przyprawowy kawałek tortu nazwany tu „zielonymi snami”. Nawiasem mówiąc jest też kilkoro bohaterów oczekujących mesjańskiego Księcia Obiecanego, który trochę przypomina Quisatz Haderach.
    Na szczęście Martin nie idzie dokładnie tą samą drogą co Herbert. Miesza inspiracje historyczne (np. Krwawe Gody mają co najmniej dwa źródła inspiracji w historii brytyjskiej, a wzajemna niechęć Reach i Dorne przypomina trasnpirenejskie konflikty karolingów, gdzie Alester Oakheart dął w róg ostatkiem sił umierając w Książęcym Wąwozie, a echo powtarzało imię Rolanda). Siedem Królestw Westeros jakoś kojarzy się z  heptarchią anglosaską sprzed podboju Wilhelma Zdobywcy (Aegona Zdobywcy?), a cała geografia kulturowa przypomina dziwnie Europę z Murem jako Wałem Antonina, szkockimi klanami Północy, Wikingami z Żelaznych Wysp, Francuzami z Reach, Iberami z Dorne, dothrackimi Mongołami, których ośrodkiem kultu jest kopia australijskiej Uluru. Już o Tytanie z Bravos inspirowanym Kolosem z Rodos nie będę wspominał. Doprawdy, Tolkien z orientacją Shire – Mordor (Wielka Brytania – III Rzesza) był bardziej subtelny.
    Ciekawostką jest Róg Zimy, którego głos miałby spowodować zburzenie Muru. Taka ichnijesza bomka atomowa. Czytelnik łyka całą legendę nie mrugnąwszy okiem. Właściwie dlaczego? Dlaczego nie skrzypce, harfa, czy choćby bęben? Dlatego, że przywykliśmy już do opowieści o trąbach jerychońskich.
    Specjalną uwagę należałoby poświęcić niejakiemu Petyrowi Baelishowi, który zdaje się być postacią elżbietańską pod każdym względem. Odnalazłby się zarówno w intrygach dworu Tudorów, jak i na kartach Shakespearea. Grałby w tej samej lidze, co Iachomo, Iago, czy trzy wiedźmy Makbeta razem wzięte.
    Za co kochamy „Pieśni Lodu i Ognia”? Za to, że wszystkie klocki już znamy. Mają inne barwy, ale znane kształty i funkcje. Za to, że autor pisze powieści jakby kręcił film. Narracja jest płynna, obrazowa, czysta, bez wtrętów i nachalnych dygresji, bez anachronizmów wszelkich maści, pisana z punktu widzenia różnych osób stojących po różnych stronach tej krwawej szachownicy. Dzięki temu nikt nie jest czarny, ani zupełnie biały.
    Prócz tego gratuluję HBO pomysłu na serial. Powinni tak właśnie uczynić z „Diuną” Herberta - co najmniej jeden sezon serialu na jedna powieść. Nie mniej, bo wychodzą gnioty.

PS.
    Co do serialu. Serdecznie bawią mnie komentarze mówiące, że G. R. R. M. zabija jakąś postać, gdy tylko dowie się, że zyskała ona sympatię widzów. Przykładem ma być śmierć Oberyna Martella w pojedynku z Górą. No nie. Z przykrością informuję, że Oberyn Martell zginął już w zeszłym millenium, gdyż pierwsze wydanie „Nawałnicy mieczy” (aktualny sezon serialu) miało miejsce w sierpniu 2000 roku.
    I bardzo chciałem pozdrowić ludzi, który naprawdę uważają, że Brodaty George nie powinien publikować „spojlerów do serialu”. Idźcie ratować ryby przed utonięciem.