sobota, 16 sierpnia 2014

Zagłada domu z ogródkiem


i zeszli na ziemię, by wzmocnić ich szeregi

   Takim cytatem (skąd?) zaczyna się najbardziej niezwykły film, jaki miałem okazję od kilku lat obejrzeć. Kilku ludzi: mężczyzna z rewolwerem i psem u boku, ksiądz ze strzelbą i młodzieniec z własnoręcznie wykonaną stalową piką, idą do lasu z ewidentnym zamiarem wytropienia i zabicia dziwnych ludzi mieszkających pod ziemią. Ci uciekają. Obserwujemy jednego z nich, jak w podniszczonym garniturze i brudnej koszuli, z patriarchalną brodą i długimi siwymi lokami szuka domu, w którym mógłby się odświeżyć.
    Znajduje go: z powodu nieudanego fortelu gościa, gospodarz bije go do nieprzytomności. Ale czy nieudanego? Dręczona wyrzutem sumienia gospodyni znajduje włóczęgę i... już jest tylko dziwniej.
    Pierwotnie chciałem dać tytuł „Zagłada domu van Schendel”, by jeszcze bardziej podkreślić podobieństwo do opowiadanie E. A. Poego, lecz zauważyłem, że samo nazwisko rodziny nic tu nie znaczy. Przewija się tylko na początku. Są to po prostu holenderscy everymani klasy średniej. Istotny jest tytułowy Camil Borgman, choć nie wiadomo, czy to jego prawdziwe imię i nazwisko. Jego dziwni towarzysze, wszyscy naznaczeni blizną między łopatkami, wszyscy jednakowo pozbawieni pasji, nieludzko zimni, bezwzględni, zwracają się do niego tym imieniem, ale na ile to „tylko ludzkie imię”?
   Kim oni wszyscy są? Mieszkający pod ziemią włóczędzy w koszulach na początku budzą nasze współczucie. Ale w miarę upływu filmu budzą przerażenie. Czym są blizny, które noszą na plecach, i które zostawiają swoim ofiarom, wcielając je do swojej grupy? Epizod z psami buszującymi po domu i słowa Borgmana, które do nich wypowiada sugerują rodzaj wilkołaków, lecz scena z białym psem rozwiewa to wrażenie. Widz wystrychnięty na dudka szuka innych tropów: Borgman wprasza się do swoich ofiar, ale porzuca ich, by na głos wypowiedzieli życzenie jego powrotu. Tak jak czyniły to odskulowe wampiry: Enter at your free will. Kompania Borgmana nie żywi się jednak krwią, lecz konfliktami międzyludzkimi, złymi emocjami. Złem. Gdy Borgman okrakiem siada na Marinie nocą by sprowadzić na nią koszmar, staje się naszą swojską zmorą, czyli dusiołkiem nieomal leśmianowskim. A baśń o Białym Dziecku i potworze z jeziora wskazuje na trop zwyczajnie diaboliczny.
   Czyli kim oni są?
    Przypuszczam, że klucz tkwi w cytacie z początku filmu. Nie potrafię znaleźć jego bezpośredniego źródła, jednak wydźwięk wskazuje na historię z Rdz 6,1-4: desant upadłych aniołów, który nastąpił przed Potopem. A to z kolei może nas zanieść do apokryficznych Ksiąg Henocha. I taki właśnie obraz demonów pasuje mi najbardziej. Taki przeraża i taki pokazuje na czym polega szerzenie zła.
    Nie da się uniknąć na koniec filmu skojarzenia z carpenterowskim „Thing”: i tu i tam otwierająca scena polowania nabiera innego znaczenia. Przychodzi nam na myśl, ze kibicowaliśmy niewłaściwej stronie. Że nic nie jest tym, czym się wydawało. Że byłoby lepiej dla świata, gdyby trzech panów w lesie nie licząc psa dopadło Borgmana w jego podziemnym legowisku. Albo nie budziło licha.

sobota, 2 sierpnia 2014

Aleksandryjski „skyfall”


Celtowie to ludek, który przeszedł przez całą Europę niemal niezauważony. Oni się osiedlali i nieśli kulturę, a nie podbijali i nie nieśli śmierci, a to oznacza, że większość podręczników historii dla szkół pomija tak „nieudolne” poczynania dziejowe. Nauczana historia, to historia przemocy, o tym mówi się łatwiej. I dlatego lepiej zapamiętuje się Aleksandra Macedońskiego, niż Celtów.
   O zasięgu wędrówek celtyckich ludów świadczyć mogą świadectwa miejsc, gdzie zapuścili korzenie: Irlandia (wiemy, wiemy), Galia, czyli spora część dzisiejszej Francji, Europa Wschodnia, Illiria (okolice Serbii), hiszpańska Galicja, a nawet część Azji Mniejszej, leżąca w dzisiejszej środkowej Turcji – zamieszkiwali ją celtyckiego pochodzenia Galatowie, do których pisywał św. Paweł z Tarsu.
   Celtowie nie słynęli z efekciarskich wojen, jak np. Hunowie, czy Mongołowie. Wędrowali sobie i osiedlali się, nieśli swoją kulturę i język i żywo interesowali się otaczającym ich światem.
   Pewnego razu Celtowie illyryjscy usłyszeli, że na południe od nich szarogęsi się niewysoki blondyn zdradzający symptomy polityczno-wojskowego ADHD: podbijał wszystko co nie uciekło i bił wszystkich, który mu się nie poddali. Albo odwrotnie. Celtowie stwierdzili, że dla świętego spokoju spotkają się z nim, żeby ustalić warunki sąsiedzkiej egzystencji.
   Ze swojej strony Aleksander Macedoński, który niedawno podbudował swoje ego bijąc plemię Tryballów (to trochę jak pokonać Kanadę w hokeja – zdarza się, ale nieczęsto), spodziewał się, że Celtowie przybyli oddać mu hołd i zobowiązać się do płacenia trybutu. Trzeba dodać, że Aleksander nie był zainteresowany podbijaniem górzystych terenów na północy, bo czekała nań do podbicia cała Azja. Potraktował zatem poselstwo celtyckie jako gratis, który mu się nawinął psim swędem. Tymczasem Celtowie przyjechali sobie Aleksandra pooglądać. I wcale nie mieli zamiaru się mu poddawać.
   Rozmowa się nie kleiła. Aleksander myślał sobie, że nie widział w życiu większych bubków, a oni – gładząc swoje długie wąsy – myśleli o nim to samo. Wreszcie Macedończyk zagaił:
- Czego boicie się najbardziej na świecie?
Po chwili namysłu padła odpowiedź:
- Żeby niebo nie spadło nam na głowy.

Anegdotkę tę przytaczam za Peterem Greenem, autorem świetnej biografii Macedończyka. Green wydał swoje dzieło w roku 1970. Spółka Goscinny & Uderzo rysowała swój komiks od 1959 roku. Ponieważ nie mam (na razie) dostępu do tekstów historycznych opisujących przytoczony dialog, równie atrakcyjne wydają mi się dwie hipotezy: pierwsza, mówiąca o tym, że mieszkańcy armorykańskiej wioski niemożliwej do podbicia przez legiony Rzymu, cytują swych pobratymców znad Adriatyku unieśmiertelniając celtycką niezawisłość w popkulturze; i druga, która każe mi wyobrażać sobie pana Greena wpadającego na pomysł ubarwienia popularnonaukowej książki poprzez cytowanie w niej prześwietnego komiksu.
   Nie dotarłem do tekstów źródłowych i nie wiem, czy takie istnieją. Znajoma filolog klasyczna wydawała się zaskoczona i ubawiona, gdy przy piwie/winie opowiedziałem jej powyższą historyjkę. Nie zaprzeczyła jej, ani nie potwierdziła.
   Mnie podobają się obie wersje. Dopóki nie poznam trzeciego źródła, będzie to dla mnie „Asterix Schroedingera” - ani prawdziwy, ani fikcyjny jednocześnie. A w całości fajny.