niedziela, 21 września 2014

Tańczyłem na prapremierze

Na początek wyjaśnijmy to sobie: nie lubię muzyki zespołu ABBA, nie lubię teatru tańca, a na samym tańcu znam się jak świnia na gwiazdach. Ale prapremierowy spektakl „I have a dream”, na którym znalazłem się przez przypadek, bardzo mi się spodobał. Pewnie dlatego, że lubię Shakespeara. I pewnie dlatego, że Paweł Tyszkiewicz jest jednym z lepiej predestynowanych do roli Puka aktorów.
    Spektakl miał miejsce w piątek, 19.09.2014 roku na deskach Gliwickiego Taetru Muzycznego.
    Powiedzieć, że „I have a dream” to musical, byłoby nieporozumieniem. To widowisko taneczne do zmiksowanej muzyki zespołu ABBA, które stanowi tańcowaną ilustrację „Snu nocy letniej” Stratfordczyka.
    Na początku, na scenie urządzonej jak do skeczu pt. „impreza w lesie”, pojawia za konsoletą DJ Puk. Nie mówi nic. Ani słowa. Wszystko co ma do powiedzenia, wyświetlone jest z rzutnika na ścianie. Dziwnym trafem  dość szybko nawiązuje kontakt z publiką składającą się z niemrawych i sztywnych dyrektorów, prezesów i członków rad nadzorczych. Nie tylko, że wciąga ich w zabawę polegającą na nauce pewnego układu choreograficznego osiągalnego dla publiki (machanie łapkami), ale pobudza do salw śmiechu, więc nim pierwsi tancerze wybiegną na scenę, publika jest już „rozgrzana”.
    Jak podkreśliłem na początku – takie przedstawienie jest zupełnie poza moją dziedziną zainteresowań. Ale bawiłem się dobrze. Może gdyby były to abstrakcyjne popisy taneczne, pewnie by mnie szybko znużyły. Ale oglądanie spektaklu, gdzie językiem tańca ukazany jest międzyosobowy galimatias dwóch par, kłótnie Oberona i Tytanii, pukowa robota, która wymknęła się spod kontroli, co kończy się pokładzinami Tytanii z oślogłowym, było całkiem przyjemne.
    W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, grono elfów w czasie tańca zbiegło ze sceny i... powciągało na nią osoby z publiczności. Z uwagi na pewien defekt szczęścia, wciągnięto i mnie. Partnerowałem kilka minut w tańcu pewnej elfce będąc kompletnie nieprzygotowany na takie okoliczności. Mogę więc rzec, iż pierwszy mój występ sceniczny, w epizodycznej roli statysty („statysta taneczny”, cóż za oksymoron!) na imprezie poddanych Oberona mam za sobą.
    Ponieważ Puk jest tancerzem i ma swym tańcem okazywać niepożytą, nieludzką energię, jego ruchy nader przypominały mi kreację Kalibana w greenawayowskich „Księgach Prospera” - adaptacji „Burzy”. Nie wiem, czy choreograf uczynił to celowo, ale zielony Puk niezwykle przypominał mi tamtego czerwonego Kalibana. Ma to swój sens, gdyż jedna i druga z postaci są reprezentantami nieokiełznanej siły natury. Tej, której patronował grecki bożek Pan, od którego wywodzi się pojęcie panika.
    Jest jeszcze jedno podobieństwo do „Burzy”. Spektakl „I have a dream” kończy się monologiem Puka, który stanowi coś na kształt kończącego „Burzę” monologu Prospera au rebours. O ile Prospero żegna się z publiką sugerując ostateczne pożegnanie, Puk w „I have a dream” kończy zapewniając, że jeśli zabawę publiczność uważa za zbyt słabą, postara się w przyszłości poprawić jej poziom. Jest tu zdecydowany akcent położony na kontynuację w przyszłości. Otwarcie na życie.
    Resume? Można nie znać Shakespearea i świetnie się na tym spektaklu bawić. Można nie lubić teatru tańca i ABBY a jednak świetnie się bawić. Ocena końcowa: mocne pięć.
    Czy było coś, co mnie rozczarowało? Owszem, lecz jednocześnie rozumiem, że w realiach teatru tańca Tytania nie mogła posiadać atrybutów, którym zawdzięczała swoje oryginalne, angielskie imię. Tak, uważam, że Shakespeare celowo dał jej takie imię, gdyż będąc Anglikiem i czytając Owidiusza, w naturalny sposób kojarzyło mu się łacińskie słowo opisujące córy tytanów. Tę nietrudną zagadkę pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy.

sobota, 20 września 2014

Kontekst Oscara P.

Ponoć kiedyś Stańczyk założył się o to, jaki fach jest najpowszechniejszy w Polsce i twierdził, że jest nim lekarz. Ponieważ lekarz dyplomowany był w owych czasach równie rzadko spotykany co dziś zdun czy szewc, więc zakład został przyjęty i sromotnie przegrany dzięki fortelowi królewskiego trefnisia, który przechadzając się z obwiązaną twarzą po Kleparzu zebrał w godzinę dwa tuziny rozmaitych kuracyj na ból zęba.
    W dniu dzisiejszym trudno byłoby wskazać jaki zawód byłby powszechniejszy: stylistka, komentator sportowy, czy autorytet moralny? Wydaje mi się, że jednak byłby nim polityk. Ale jakiś specjalistyczny: ministrowie finansów, spraw wewnętrznych, administracji, rolnictwa i infrastruktury płyną ulicami szerokimi potokami, wydając nieustannie wytyczne do ustaw i rozporządzeń, których nikt nie uchwali i nie ogłosi, mimo że od ręki uzdrowiłyby kondycję państwa. No i właśnie dlatego nie będę pisał o polityce.
    Ale zdarzają się od czasu do czasu sytuacje, które polaryzują tłum w innym kierunku. Tak jak na przykład wyrok wobec Oscara Pistoriusa, niepełnosprawnego lekkoatlety południowoafrykańskiego, który zastrzelił swoją dziewczynę, Reevę Steenkamp, w łazience swego domu czterema strzałami oddanymi przez drzwi. Tłumaczył się, że myślał, iż to włamywacz. Wątki poboczne mówiły o tym z jaką łatwością, zgoła bez powodu, sięgał po broń przy innych okazjach oraz o kłótni, jaką mieli ze sobą tego wieczoru odbyć. Jednak nie było w mediach polskich publikowanych protokołów z przesłuchań, ani innym materiałów procesowych. Jednak gdy ogłoszono wyrok oczyszczający z oskarżenia o morderstwo (czyli zamierzone, celowe pozbawienie życia swej dziewczyny) i uznające go winnym nieumyślnego spowodowania śmierci, nagle zawrzało. Zerwały się różne „ałtoryteta” i dalej gardłować: że to niedopuszczalne, że przecież wiedział, że tam jest człowiek, że co z tego, że włamywacz, że mógł zrobić coś innego, że się wzywa w takich sytuacjach policję i dalej w ten deseń.
    Problem leży w tym, że osadzają całe zdarzenie, jakby się wydarzyło w Grójcu, Wilkowyjach, czy też w Świerklańcu. Tymczasem w RPA sprawa wygląda trochę inaczej.
    Peter Temple w 2002 roku wydał powieść pt. „In the Evil Day” (polski tytuł: „W dzień zła”). Powieść zdecydowanie nurtu rozrywkowego, nie aspirującego do bycia literaturą refleksyjną. Zaczyna się ona sceną, w której ochroniarze przyjmują zlecenia na dany dzień – w większości rzecz dotyczy eskortowania biznesmenów z miejsc publicznych (lotnisk, restauracji do ich domów). Już podczas pierwszego zlecenia tego dnia zostaje nakreślony obraz kraju, w którym na porządku dziennym są włamania i napady rabunkowe na osoby majętne połączone z pozbawieniem ich życia. Już pierwsza scena kończy się opisem takiego właśnie starcia z włamywaczami, w którym ginie dwóch włamywaczy, jeden z ochroniarzy i eskortowana kobieta. A scena ta tylko jest marginalnym zawiązaniem akcji.
    Oczywiście, to jest tylko literatura. To jest tylko powieść sensacyjna, która powinna – zgodnie ze schematem pana Hitchcocka – zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie winno narastać. Ale rozpoczęcie powieści od układu: w RPA z zakupów do domu odprowadza nas dwóch ochroniarzy z bronią długą, daje do myślenia.
    Jeśli jedziemy do Grecji, czy Chorwacji i zachwycamy się tym, że można zostawić otwarty samochód, czy namiot i nikt nic nie kradnie, dlaczego nie możemy się domyślić, że mogą istnieć kraje, gdzie „włamywacz” oznacza „bezwzględny morderca”, gdzie nie wzywa się policji do takich rzeczy, tylko trzeba się bronić samemu? Dlaczego nie możemy przyjąć, że istnieją kraje, w których strzał do włamywacza nie jest morderstwem, ale dopuszczalną samoobroną, gdyż pojęcie „włamywacz” zawiera w tamtej kulturze pojęcie „zabójca”? Dlaczego wydajemy osądy wynikające z naszego kontekstu kulturowego, a nie kontekstu miejsca zdarzenia?
    Może to efekt pojęcia „globalnej wioski”, który spowodował, że zaczęliśmy uważać, że cały świat (przynajmniej zachodniego kręgu kulturowego) jest już zhomogeniozwany niczym marketowy serek. Myślimy, że cały świat przypomina nasze obejście. Że nasza kultura jest kulturą całego świata. Że wszyscy na świecie nucą "Ona tańczy dla mnie".
   Obawiam się jedynie, że głównym efektem tego myślenia jest zmiana nas samych w wieśniaków globalnego formatu.

wtorek, 16 września 2014

Konkluzja wujka Staszka #3: „Potop Redivivus: Podtopienie”

Informacja o tym, że na festiwalu w Gdyni widzowie nagrodzili owacjami nową, „odświeżoną” wersję „Potopu” Hoffmana stała się pewnego rodzaju znakiem czasu. O ile reżyserka wersja „Czasu Apokalipsy” („Apocalypse Now: Redux”) jest dłuższa od kinowego pierwowzoru, to „Potop Redivivus” jest okrojony o godzin dwie. Prawdą jest, że pierwowzór bardziej nawiązuje do fresków w stylu „Przeminęło z wiatrem”, czy „Kleopatra”, niż do współczesnych filmów, ale zabieg polegający na uatrakcyjnieniu poprzez pocięcie w  krótkie ujęcia i odchudzenie o 40% świadczy o pewnego rodzaju zubożeniu intelektualno-czasowym społeczeństwa doby bryków i opracowań.
    Osobiście ciekawi mnie, dlaczego włożono tyle pracy w „Potop Redivivus” zamiast zaprosić CyberMariana i nagrodzić go hurtem za wszystkie jego filmiki. Oszczędziłoby to widzom jeszcze więcej czasu.