sobota, 22 listopada 2014

Dobór nienaturalny


Nie wspomnę kto, może Dawkins, wykoncypował równoległość zachowań genów i pewnych jednostek informacyjnych, które nazwał memami. Wskazał, ze jedne i drugie „walczą” o swoje nisze, które zapełniają samoreplikującymi kopiami. Aby wspomóc jakoś zajmowanie tych nisz geny konstruują sobie pewne opakowania, czy też wehikuły w postaci organizmów. Okazuje się, że wyższe organizmy urządzają sobie nisze na niższych organizmach (drapieżcy) a niższe – na wyższych (pasożyty). Ciekawe.
    W memetyce jeszcze nie dorobiliśmy się takich klasyfikacji jak w biologii, ale dzięki tej ostatniej możemy już z daleka ujrzeć pewne prawidłowości.
    Oto Adam Smith w swoim „Bogactwie narodów” odwołuje się do konieczności edukacji, argumentując, że naród edukowany mniej podatny jest na uniesienia i zabobon, który często ciemne narody zaburza.
    Niby racja. Powszechność druku rozwiała pewne zmory, które motały ciemne zasłony wokół tak oczywistych rzeczy, jak przekaz Pisma Świętego. Gutenbergowi należy dziękować za to, że zabobon nie zdążył przeżreć wiary jak trąd. Ale z drugiej strony patrząc na E. L. James, N. Roberts, J. Collins i ich epigonów, to kwiat smętny w dłoni więdnie. Gdy przeanalizować zawartość brukowców i tygodników opiniotfurczych, to można byłoby zastanowić się, czy szczęśliwsi nie są ci, którzy ubodzy wiedzą nie posiedli umiejętności czytania.
    Złe wiadomości, omamy i zabobony: „strać cellulit w pięć dni stosując dietę buraczaną”, „jajka podwyższają rakotwórczy cholesterol”, „wybuch gazu na squacie to porażka urzędującego premiera”, „uwaga: za trzy dni koniec świata!”. Oto nasze środowisko życia, które nie zaistniałoby, gdyby nie edukacja. Adam Smith by się zdziwił. A wracając do naszej biologicznej paraleli: wszy i pluskwy oblazły współczesną cywilizację niosąc śmiertelne choroby. I albo wreszcie wdrożymy zasady intelektualnej higieny, albo przypomnimy sobie, że przenoszona przez pchły dżuma jest chorobą śmiertelną.

sobota, 15 listopada 2014

Narracja imperialna

Nauczono nas w szkole patrzeć na historię z punktu widzenia Polski. I dobrze. Bo Polakami jesteśmy i z tym krajem winniśmy się identyfikować. Jego historię mieć jako swoją. Ale niedobrze jest popadać w szowinistyczny solipsyzm uważając, ze jesteśmy jedynym narodem godnym uwagi historycznej, a całe dzieje europejskiej cywilizacji kręcą się wokół naszej mlekiem i miodem płynącej krainy.
    Wielkim atutem „Pieśni Lodu i Ognia” G. R. Martina jest zastosowany przezeń mechanizm narracji. Widzimy rozwój globalnej sytuacji śledząc losy bohaterów znajdujących się w różnych miejscach geograficznych, w różnych warunkach, w działających w odmiennych układach politycznych, po przeciwnych stronach barykad. Dzięki temu wyrabiamy sobie pogląd na temat całokształtu sytuacji, nie budujemy czarno-białych podziałów i jednostronnych sympatii.
    Podobnie dzieje się, gdy czytujemy historyków opisujących dzieje z innych perspektyw (nota bene wytworzył się ostatnio taki modny nurt zwany global history, ale to już zostawiam Ci do odrębnej lektury). Jednym z takich przykładów spojrzenia na historię z perspektywy innej niż nadwiślańska łąka są książki Nialla Fergusona. Ktoś może żachnąć się, że to po prostu perspektywa innej łączki, położonej nad Tamizą i nie zaprzeczę. Ale jest to perspektywa inna niż nasza. Perspektywa imperium, którego terytorium w tej samej mierze, co zamorskie kolonie, stanowiły oceany. Imperium, które choć „powstało w akcie roztargnienia”, jednak nie wstydziło nazywać siebie Imperium i traktować swej dominacji jako odrębnej wartości.
    Na tym tle rozrysowuje N. Ferguson historię zachodniej cywilizacji, w której powstanie Stanów Zjednoczonych Ameryki staje się aktem zrzucenia dominacji imperialnej zakończonym sukcesem. Ale za to obarczonym pewną ceną: pełnym hipokryzji zaprzeczeniem własnych ambicji imperialnych. Wszyscy wiemy, że  USA nie przystępują do wojny dla własnych korzyści, lecz dla „krzewienia demokracji”. Nawet jeśli w danej kulturze demokracja jest równie egzotycznym fenomenem jak kakaowiec w nadbiebrzańskim bagnie (vide Afganistan), nawet jeśli nikt jej nie rozumie i nie chce, to i tak muszą ją przyjąć. Pięknie oddaje to przytoczony przez autora dialog pomiędzy Walterem Pagem, przestawicielem USA w Londynie i Edwardem Grayem, brytyjskim ministrem spraw zagranicznych, który dotyczył interwencji USA w Meksyku po puczu wojskowym w 1913 roku. USA, jak zawsze, weszły do Meksyku celem przywrócenia demokracji.

- Jak sądzę, będziecie interweniować, i co wtedy?
- Pozwolimy im głosować i żyć według ich decyzji?
- A jeśli oni nie będą tak żyć?
- Wtedy ponownie wejdziemy i pozwolimy im głosować.
- I robić tak przez 200 lat?
- Tak. Stany Zjednoczone będą tam 200 lat i będą strzelać do ludzi w tym miejscu, aż nauczymy ich głosować i samodzielnie rządzić.
N. Ferguson „Imperium”

Paradne. Hiszpańska inkwizycja nie była ostatnią instytucją masowego przymusu zbawienia – wciąż mamy Wujka Sama.
    Z drugiej strony funduje nam autor lekcję imperialnych szachów w postaci polityki A. Hitlera, prywatnie wielbiciela Imperium Brytyjskiego za jego otwarte bycie imperium. Czy zastanawialiście się po co Hitlerowi był sojusz z Japonią? By związać USA? USA nie paliły się do europejskiej wojny tak długo, jak długo wojna ta osłabiała jego prywatnego wroga: Wielką Brytanię. Tak! USA i GB były zaciekłymi konkurentami bez wzajemnych sympatii. Ferguson opisuje negocjacje dyplomatyczne między Niemcami a Wielką Brytanią jako postawione przez Berlin ultimatum: albo Brytania da Hitlerowi wolną rękę w Europie i zachowa Azję, albo wystąpi przeciw III Rzeszy w Europie i straci Azję. Dla przypomnienia: w Azji brytyjskie były Indie, obecny Pakistan, Iran, Bangladesz, Birma, spory kawałek Malajów z Singapurem i jeszcze trochę. Oczywiście Hitler w Azji nie miał żadnych sił, które mogłyby zaszkodzić Brytyjczykom. Ale mógł poszczuć na nich Japonię, która – po obietnicy związania Brytyjczyków wojną europejską – bez większych problemów zagarnęła Malaje. Gdyby nie działania w Europie i walki o Atlantyk, flota brytyjska z niedużymi siłami lądowymi dałyby radę obronić Daleki Wschód. Ale nie. I nie stało się tak dlatego, że Wielka Brytania tak bardzo chciała dotrzymać zobowiązań sojuszniczych wobec kilkunastoletniej Polski, ale dlatego, że politycy brytyjscy zrozumieli, że oddanie Hitlerowi kontroli w Europie oznacza szybką zagładę Wysp Brytyjskich. Stolica Imperium w Delhi? No cóż. Na to nie chciano się zgodzić. Stanąwszy do wojny, po Dunkierce i Afryce wezwano USA na pomoc. I tu pojawił się problem, bo jak już powiedziano, USA wolałby widzieć Brytanię na kolanach. Churchill zawarł pakt z diabłem, tym razem w osobie F. D. Roosvelta, w wyniku którego Imperium Brytyjskie rozleciało się w ciągu kilkunastu powojennych lat niczym świński domek ze słomy. Na placu boju zostały dwa krygujące się imperia: jedno udawało, że krzewi demokrację, a drugie – równość społeczną.
    W tych globalnych szachach na razie stanowimy figurę i szachownicę. Jeszcze nie możemy udawać gracza. Ale jeśli będziemy zachowywali się mądrze i – co za tym idzie – dyskretnie, w pewnym momencie tym graczem możemy zostać.