niedziela, 28 grudnia 2014

Piosenka roku 2014

Zbiera się ludziom na koniec roku na różne podsumowania. Wpisując się w ten nurt chciałem Wam napisać jaki utwór muzyczny określiłbym moją „piosenką roku”, czy też który z albumów byłby moim „płytą roku”.
   Okazało się, że albumy takie są dwa. Nie potrafię powiedzieć teraz, który  z nich podoba mi się  bardziej. Nie potrafię powiedzieć, który z utworów bardziej zasługuje na pokreślenie go „piosenką roku”, choć to określenie jest z gruntu fałszywe, gdyż jeden utworów jest instrumentalny. Zatem zaprezentuje je w kolejności alfabetycznej.
   Pierwszy zatem BRUNT z Guernsey, niezwykle dziwnej wyspy na Kanale La Manche, która leżąc o rzut beretem od francuskiego wybrzeża podlega koronie brytyjskiej, lecz nie należy do Unii Europejskiej. Z resztą, nie jest ważne komu kłaniają się mieszkańcy tej wyspy, lecz jak zaczarowaną muzykę BRUNT potrafi zagrać. Na swoim debiutanckim albumie o tytule „Brunt” oferują cudną odtrutkę na pop-rockowe zagubienie. Silny, gęsty stoner-rock, w którym gitara basowa nie czyni tła, lecz stanowi filar utworów. A najbardziej z nich energetyczny jest umieszczony pierwszym na płycie. Ladies and gentelmen, oto przed wami, prosto z mglistej wyspy Guernsey, BRUNT w utworze „St Felix of Nola":

http://brunt.bandcamp.com/track/st-felix-of-nola

Drugi z zespołów, które spowodowały, że odzyskałem wiarę w mocny, energetyczny stoner-rock, niczym z początków kariery MONSTER MAGNET, wywodzi się z jeszcze bardziej osobliwej (z punku widzenia występowania źródeł tej muzyki) okolicy. SOMALI YACHT CLUB, bo o nich mowa, jest zespołem nie urzędującym wprawdzie w upadłym państwie Rogu Afryki, lecz niedaleko naszej granicy - we Lwowie. Jako się rzekło: ich muzyka jest jakby bardziej skojarzona z amerykańskimi korzeniami, lecz nie wyrastają na epigonów MM, lecz raczej tworzą po swojemu gitarowe pasaże i krajobrazy w ciemnych, sfuzzowanych pastelach. A oto kawałek, który spodobał mi się najbardziej, otwierający ich drugą płytę „Sun” utwór zatytułowany „Loom”:
http://somaliyachtclub.bandcamp.com/track/loom

 Miłego słuchania!

PS.
Do ulubionych utworów tego roku zaliczyć też powinienem DEAD CAN DANCE „In Power We Entrust the Love Advocated”, lecz nie umieszczę tu linku, gdyż na YouTube.com ktoś zwinął wszystkie wystąpienia prócz bootlega podłej jakości i coverów THE GATHERING, a swojego konta ze Spotify.com nie odzyskałem do tej pory. Dla porządku dodam tylko, że utwór pochodzi z płyty „Garden of the Arcane Delights”, co oznacza, że w tym roku minęło mu już trzydzieści lat od jego publikacji. Ładna rocznica, a emocje słuchaczy nie ulegają zmianie!

piątek, 19 grudnia 2014

Ćwiczenie z niebycia sobą

Patrick Modiano w swoim eseju laureata literackiej Nagrody Nobla stwierdza, że pisarz (szerzej – autor) nie może być własnym czytelnikiem. Że jego odbiór utworu, który napisał, zawsze jest odbiorem technicznym, a nie podążaniem za tekstem. Nie jest to specjalnie odkrywcza myśl, ale powoduje, że zaczynamy myśleć nad taką sytuacją, w której autor mógłby być swoim czytelnikiem.
    Jak to uczynić? Autor zawsze ma w pamięci ideę, zamysł, informację pierwotną, którą zamienia w kod. W tekst. W efekcie czytania swojego tekstu nie przetwarza go, ale od razu powraca do źródłowej informacji. Nie wie, co napisał, bo przesłania mu widok to co napisać chciał. Musiałby zapomnieć pierwotnej informacji, inspiracji i odkrywać swój tekst jako tekst innego człowieka. Ale czy wtedy byłby dalej jego autorem? Pozostawmy to pytanie na boku i zastanówmy się jak technicznie rozwiązać takie zagadnienie. Czy autor może napisać coś, czego nie rozpozna? Co będzie musiał interpretować, przetwarzać, zgadując zamiar autora? Czy autor może okłamać siebie samego, swoim własnym tekstem?
    Można to zrobić jak to uczynił Ch. Nolan w „Memento”, gdy główny bohater tatuuje sobie informacje na ciele, gdyż stracił zdolność przepisywania pamięci krótkotrwałej do długotrwałej: po kilku minutach nie pamięta co robił, z kim rozmawiał, gdzie był. Zapisuje najważniejsze rzeczy na skórze, by móc szukać mordercy swojej żony, lecz w wyniku pewnych zdarzeń zaczyna cynicznie manipulować sam sobą: zapisując fałszywe informacje oszukuje siebie po kilku minutach. Okłamuje siebie samego, który pozbawiony pamięci musi ślepo wierzyć informacjom zapisanym w postaci tatuaży.
    Można to uczynić jak U. Eco w „Cmenatrzu w Pradze”, gdy główny bohater nie tylko cierpi na rozszczepienie jaźni, ale w dodatku mieszka w dwóch różnych miejscach, co powoduje ciekawe zjawisko: oto budzi się pewnego dnia w obcym mieszkaniu i odnajduje zapiski nieobecnego gospodarza, zaczyna je studiować, nie wiedząc, że czyta... własny pamiętnik.
    Da się? Da się. Ale nadal nie wiem jak spełnić pewien szczególny postulat wysunięty przez U. Eco mówiący o napisaniu takiej opowieści kryminalnej, gdzie zabójcą będzie czytelnik...

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Ćwierć wieku później



Czy tak wygląda staczanie ku starości?
    Dziś rano, jadąc do pracy pociągiem, poczułem gwałtowny niepokój. Nie mogłem sobie przypomnieć imienia Borgesa. Czarna dziura w pamięci, a po niej nazwisko argentyńskiego mistrza. I przemożna potrzeba przypomnienia sobie, aby udowodnić samemu sobie, że można pokonać erozję pamięci, że to przypadkowy kiks mózgu, a nie ordynarna skleroza. Zatem nie wprost. Zatem bibliotekarz z „Imienia Róży”. Niewidomy Jorge z Burgos. Jorge!
   Jakże zmyślnie skomponowana jest ta postać, która zawiera cztery elementy odnoszące się do Borgesa: imię tożsame, podobieństwo dźwiękowe nazwiska do nazwy miasta hiszpańskiego (Burgos), ślepota, która dotknęła Argentyńczyka u schyłku życia oraz biblioteka, której idealny model Borges zapostulował, a Eco opisał jej parafrazę.
   Piękna transpozycja J. Borgesa na niewidomego bibliotekarza nie mogła być przez mnie rozpoznana, gdy czytałem tę powieść po raz pierwszy, ćwierć wieku temu. Nawet nie wiedziałem, że istniał ktoś taki jak Jorge Borges. Czytałem „Imię róży” jako kryminał w średniowiecznym sztafażu, z Giewontem skrytym nocą za oknem, nieświadom piękna prozy Borgesa, odniesień literackich Eco, ani tego, że moja ukochana mama przegrywa z nowotworem walkę o swoje życie.
   Tamta nadzieja słodsza była od obecnej wiedzy. Widzenie przyszłości to straszny dar.