środa, 30 grudnia 2015

Na STARych śmieciach

Uwaga!!! Poniższy tekst może zawierać i zawiera spore ilości faktów fabularnych pochodzących z filmu „Gwiezdne wojny VII: Przebudzenie Mocy”. Przed przeczytaniem skonsultuj się z lekarzem, lub farmaceutą, gdyż każda z tych informacji może wywołać szereg psychofizycznych stanów od irytacji, po rozczarowanie.
Innymi słowy: nie chcesz znać fabuły – nie czytaj.

O czym mógłby być ostatni wpis tego roku, jeśli nie o siódmej części „Gwiezdnych wojen”?
    Gdy już umilkną uciszające, acz potrzebne, atyspoilerowe posykiwania, gdy opadnie entuzjazm wywołany faktem, że wreszcie mamy nową historię, bez powtórek i konfrontacji z kilkudziesięcioletnim kanonem, ludzie zaczną „Przebudzenie Mocy” traktować bardzo oschle. Nihil novi sub astris, powiedzą. Wszystko już było. I nie da się zaprzeczyć, że mają rację.
   Ale czy to źle?
   Co tak naprawdę uczynili twórcy filmu? To czego się współcześnie czytelnicy Cortazara spodziewają po lekturze „Gry w klasy”: że z tych samych elementów, lecz poprzestawianych da się ułożyć inną historię. U Cortazara tego nie znajdziemy, a u Abramsa – tak.
   Po wczorajszym seansie mam nieodparte wrażenie, że brakuje mi tylko zamrożenia kolejnej osoby w karbonicie. Choć pewnie śmierć Hana Solo jest tego ekwiwalentem. Śmierć za hibernację? Tak. Bo tylko śmierć mogłaby być mocniejszym uderzeniem w lubianego bohatera. Bo też w „Przebudzeniu Mocy” wszystko jest większe, lepsze, bardziej zabójcze. Nędza pustyni, na której wychowuje się Rey, jest wyraźniejsza, niż na Tatooine, Kylo Ren jest okrutniejszy niż Vader. Znów ten zły nosi czarną maskę i znów przesłuchuje tę dobrą dziewczynę. Znów ktoś władający Mocą tłumaczy szturmowcom, że mają zrobić coś nieregulaminowego, a Brienne z Tarthu trafi nawet do zgniatarki na śmieci. Znów droid przenosi najważniejsze informacje, ale droid jest sympatyczniejszy. Źli przemieszczają się po galaktyce czymś dużym, kulistym i niszczącym, ale jest to bardziej niszczące (cztery planety odparowane jednym strzałem). I też dało się to rozpirzyć, lecz wybuch był większy i okazalszy. Ale znów, żeby to załatwić, trzeba było wylądować na powierzchni. I coś tam wysadzić. Znów u Złych zaistniał konflikt między pionem wojskowym a ideologicznym, jak w podstawowej trylogii, gdzie najbardziej charakterystyczną sceną jest wystąpienie admirała Conana Antonio Mottiego przeciw religii Sithów, zduszone – z niezwykłą dosłownością – przez Dartha Vadera. 

 Szach mat, ateiści! (cyt. z Darth Vader)

Chociaż Kylo Ren nie wypłacił generałowi Huxowi z dyńki, jak się tego można było po angstującym, zakompleksionym nastolatku spodziewać, lecz Hux, który przybiega do Snokea naskarżyć na Kylo Rena, też od standardów gimnazjalnych nie odstaje. Znów mamy „sierotę Mocy” (chyba niepełna rodzina jest w tym uniwersum jakimś warunkiem wybitności), znów mamy knajpę przemytników, znów Han Solo podpada jakimś gwiezdnym gangsterom. Tym razem dwóm bandom naraz. Znów Leia stoi na czele jakiegoś ruchu oporu, a bitwy X-wingów z TIE-fighterami są silnym punktem batalistycznym filmu.
    Czy zatem jest źle?
   Kilkanaście lat temu nakręcono film „Blues Brothers 2000”, który był kontynuacją „Blues Brothers”. Był dokładnym powtórzeniem pierwowzoru, tyle, że bez świętej pamięci Johna Belushi. Ja bawiłem się na nim doskonale. Gdy zapytano, czy nie przeszkadza mi to, że tę historię już znam, powiedziałem, że to tak, jakby twórcy wstawili nową lokomotywę na istniejące tory. Krajobraz, stacje, rozjazdy – to się nie zmieniło. Mamy tylko nowszy, młodszy skład na tych szynach. Podobnie, a nawet lepiej jest z „siódemką”. Mamy te same elementy, zazębiane pokolenia bohaterów i nowe (choć nieoryginalne) wątki.
   Jest dobrze.

PS.
   Co jeszcze łączy „Blues Brothers” i „Gwiedzne wojny”? Carrie Fisher. I szczerze mówiąc, jej rola z „Blues Brothers” bije na głowę całe jej czterofilmowe księżniczkowanie.

niedziela, 6 grudnia 2015

Wdowi post

Wyobraź sobie, że wchodzisz ciemną, zimową nocą do wanny pełnej ciepłej, aromatycznej wody. Łazienka jest skąpana w półmroku płomieni dziesiątek świec. Twoje zziębnięte ciało zdaje się tajać pod dotykiem wody. Przymykasz oczy i pogrążasz się w doświadczeniu ciepła, komfortu i spokoju.
   O czym ja piszę? O muzyce.
   Zazwyczaj pod koniec roku popełniam posta o utworze lub płycie roku. Tym razem będzie to „zespół roku” i od razu trzy płyty i cały bukiet utworów. Zespół nazywa się TRUE WIDOW i w sumie w tym roku nic nowego nie wydał. Ale niemal rok temu w zakładkach opatrzonych etykietką „do sprawdzenia” zostawiłem sobie link do ich płyty „Circumambulation”. Gdy ją sobie wrzuciłem do posłuchania, poczułem mniej więcej to, co opisałem w pierwszym akapicie.
    Jaka jest ta ich muzyka? Wolna i ciężka. Ten wyświechtany frazes jest w ich przypadku niezwykle stosowny. Ba, rzekłbym, że jest to jedyny zespół, którego muzykę mógłbym opisać tą koniunkcją epitetów. Przy ich muzyce cały nurt sludge jest po prostu jarmarcznym disco-metalem. Nie broni się nawet LOCRIAN, który przypina sobie etykietkę ambient drone metal. Wyobraźcie sobie taki takt perkusyjny, który trwa ponad pięć sekund, a składa się z czterech uderzeń – tak mają na drugiej swej płycie. Oni sami, gdy mają się określić, nazywają swoje produkcje stonegaze, przez połączenie pojęć stoner-rocka i shoegaze. Choć jest w tym żart dodatkowy, gdyż sugeruje pewną właściwość mitycznej Gorgony zwanej Meduzą, która wzrokiem obracała ludzi w kamienie. Jeśli Meduza była pewnego rodzaju hipnotyzerką, to byłoby to nader trafnym porównaniem, biorąc pod uwagę, że cały listopad słuchałem w kółko ich trzech płyt, które mogłem na bandcampie odsłuchać.
   Zacząłem od ostatniej, od „Circumambulation”, na której szczególnie poruszyły mnie „HW:R” i najbardziej melodyjny „Four Teeth”. Zresztą ten drugi porusza wszystkich, z recenzentem Pitchforka na czele. Jest piękny, melancholijny, kołyszący i melodyjny. I bardzo żwawy w porównaniu z resztą utworów. 

Przypuszczam, że już wiesz, skąd znam obraz Kapkowa z listopadowego posta?

Potem wsłuchałem się w EP pt. „I.N.O.” i wsiąkłem w tytułowy utwór, który jakby składał się z dwóch: rockowego, trwającego prawie dziesięć minut, i noisowego, wypełniającego czas do końca tego niemal piętnastominutowego utworu. Po nim następuje wyrywający z gaci „Bathyscaphe”, który wszyscy chcą porównywać z SONIC YOUTH. No cóż. Mnie porównania z SONIC YOUTH nasuwały się wcześniej i wobec innych utworów też. Może to przez specyficzne rozumienie roli gitary jako źródła sfuzzowanej melodii, może to przez sposób, w jaki Nicole Estill posługuje się gitarą basową. Może to przez manierę wokalną, gdy słyszę jak Dan Phillips i Nicki Estill współdzielą przestrzeń głosu, tak bardzo przypominając Thurstona Moore i Kim Gordon. Nieodżałowany duet. Może dlatego tak polubiłem wdowią ekipę, że wypełniają mi pustkę po rozpadzie SONIC YOUTH? Może.

„Bathyscaphe”, krótki, pięciominutowy utworek u źródła.
Następnym przystankiem, jak dotąd ostatnim była ich druga płyta, wydana jeszcze w 2011 roku, pod krótkim tytułem „As High As the Highest Heavens and From the Center to the Circumference of the Earth”, przez co doskonale nadaje się do sączenia piwa w krakowskim przybytku o nazwie "Pierwszy lokal na Stolarskiej po lewej stronie idąc od Małego Rynku". Gdy rozległy się pierwsze takty otwierającego utworu „Jackyl”, pomyślałem, że ktoś źle to nagrał, że pomylono częstotliwości próbkowania i to o połowę. To niemożliwe, żeby dało się tak wolno grać. Ale „Jackyl” to nic. „NH” i „Boaz” dopiero mi pokazały, jak wolno można grać. Z kolei gdy doszedłem do „Night Witches”, wydawało mi się, że ktoś wrzucił mnie w punkowy świat, zwłaszcza, gdy w czasie trwania utworu dowiadujemy, że pędzące nocnym niebem wiedźmy w pewnym momencie obsypują miasta bombami. I już mamy antywojenny, typowo punkowy przekaz, od którego także nie stroni swego czasu SY.
   Tyle tych porównań teksańskich wdów do nowojorskich tytanów. Czy to znaczy, że są równie wielcy? Nie. Większość stoi u stóp tytanów i się napina. A oni wiedzieli jak wejść na ramiona tytanów. I gdy na nich stanęli, po prostu sięgnęli wyżej.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Urorurodzinowo



Rzadko kiedy zdarza mi się trafić z notką biograficzna w urodziny. A zdarzyło mi się dziś. I to chodzi o osobę nie byle jaką. Ladies and gentelmen, oto Hedy Lamarr.

Hedy Lamarr w roku 1940. Źródło.

Wspomniana nawet przez dzisiejsze Google doodle Hedy była pierwszą aktorką, która rozebrała się całkowicie w scenie filmowej. To nie czyniłoby ją w żaden sposób ciekawszą niż Linda Lovelace, gdyby nie inne jej przymioty, które zbliżają ją bardziej do AdyLovelace. Otóż panią Lamarr (podówczas jako Hedy Kieser Markey) zajmowała się chemią (z małymi sukcesami), usprawniła system sygnalizacji świetlnej i w 1942 roku uzyskała wraz z Georgem Anthelim patent na system utajnionej łączności bazującej na zaprogramowanym przełączaniu między kanałami.

Aplikacja patentowa pani Lamarr. Źródło.


Frequency hoping spread-spectrum, jak nazywa się ten system, stał się dla telekomunikacji radiowej tym, czym wynalezienie generatora prądu przemiennego dla elektrotechniki. Bez wynalazku pięknej pani Lamarr właściewie nie miałaby szans rozwinąć się ani cyfrowa telefonia komórkowa, ani sieci bezprzewodowe (Wi-Fi). Panowie inżynierowie: kapelusze z głów!
    Aczkolwiek są i inne sposoby upamiętniania Hedy Lamarr. Na przykład taki, w jaki uczynił to Mel Brooks w „Płonących siodłach”, gdy imię czarnego charakteru, Hedleya Lamarra, cały czas przekręcane jest na imię naszej jubilatki.


PS.
   To była jedynie wrzutka z okazji sto pierwszych urodzin uzdolnionej technicznie pani. A teraz pogrążam się z powrotem w błogim, listopadowym, milczeniu.

piątek, 6 listopada 2015

Nim napiszesz post

Serdeczny mój kolega nauczył mnie, że podstawowe pytanie zarządzania brzmi: po co? Może bardziej dostojnie brzmiałoby: w jakim celu?, ale przekazał mi je w tej właśnie nader dosadnej formie. Samo postawienie tego pytania na piedestale pytania podstawowego sugeruje nadrzędną wartość celowego działania, co mogłoby stanowić samodzielny powód do sympatycznej pogawędki filozoficznej z butelką szkockiej w tle.
    Ale wróćmy do „brzytwy Sławka”, nazwanej tak per analogiam do „brzytwy Ockhama”.  Patrzę w kalendarz i jak ten chłop z mrożkowego „Indyka” myślę: „idzie kolejny weekend, może by napisać post”. I ręce mi jakoś jesiennie opadają. Nie dlatego, ze nie mam o czym pisać. Zaległe a pomysłowe posty o wampirach u Wattsa, Castanedzie (już kilka lat temu obiecany samemu sobie), o Mary Kenneth Keller, czy o Wyspach Diomedesa: jest o czym pisać. Ale czy jest po co?
    Czy ktoś mnie czyta? Ze statystyk wynika, że prócz kilku botów wyszukiwarkowych, tak. Co najmniej kilkoro żywych ludzi. Ale po co oni to robią? Co im to daje? W poszukiwaniu sensu bloga zerkam na inne blogi, czytane przeze mnie. Skąd ich autorzy biorą tematy i motywację do pisania? Czy też z obsesji kalendarza? Bo nowy dzień-tydzień-miesiąc? Czy z wewnętrznej potrzeby ekstrawertycznej osobowości? Czy po to, by pogwarzyć w gronie znajomych, w komentarzach? Może kompulsywnie wyrzucają z siebie posty, by utrzymać się na powierzchni tzw. życia. Nie wiem. Wracam do pytania: po co robię to ja? I zostaję z tym pytaniem i kubkiem lapsanga.
    Może to tak już musi być. Może to moja cecha temperamentu: stanąć nagle i pytać: po co? Może to nagły ubytek światła, syndrom jesiennej chandry: los, przeznaczenie, mnisi drzew nie odpowiadają. Początek listopada, przyprószony szarością mgły i popiołu. Trzykroć po trzynaście. Ha.

„Młoda wdowa”, obraz pędzla J. Kapkowa. Najlepiej pasuje mi na ilustrację mojego nastroju. Źródło.
    A może to faktyczne ochłonięcie. Może posty są srebrem, a milczenie złotem. Wygaszając podaż postów nie dopuszczę do inflacji, gdy białego kruszcu będzie już zbyt dużo. Może zamiast mnożyć słowa, trzeba czasem zamilknąć, by pomnożyć znaczenia. I nie dlatego, że cisza sama w sobie będzie wystarczająco lanserska, niczym u Cage'a, ale dlatego, by nie wyjałowić gruntu zbyt eksploatując słowa.
    Może lepiej na chwilę zwolnić. Dopiję herbatę i wrócę, gdy będę czuł, że to co napiszę ma sens i będzie lepsze, niż gdyby zrobił to szpak.
Nim napiszesz wiersz
pomyśl i zważ
jak dalece słuszny to krok
i czy naprawdę masz czas
żeby pisać wiersz
żeby pisać wiersz

Może raczej wstań
może raczej leż
literatura jest piękna i bez
podobnie jak ten
dogasający już dzień
i gęstniejący już mrok

Zanim doliczysz do stu
dawno zapomnisz o dniu

G. Turnau „Uno Momento Mortis”

czwartek, 22 października 2015

Zimny grób komandora Vitusa

Ile wynosi odległość między granicami USA i Federacji Rosyjskiej? Jeśli chcesz wydąć wargi i unieść brwi przygotowując się do odpowiedzi w stylu „no, to tak kilka tysięcy kilometrów, bo cały Atlantyk i Europa...” to uprzedzam, że jesteś w błędzie. Odległość wynosi okrągłe zero. Oba państwa graniczą ze sobą na morzu. A minimalna odległość pomiędzy lądowymi terytoriami wynosi niecałe cztery kilometry – tyle wody dzieli od siebie należącą do Rosji Wyspę Ratmanowa (Wielką Diomedę) od Małej Diomedy –  należącej do Stanów.
    Ale jak do tego doszło? No dobrze, tak, oczywiście, Rosja sprzedała Stanom Alaskę. Ale skąd ją miała? Przecież jej chyba nie wytworzyła na Uralu i nie przeciągnęła na Pacyfik?! I tu odpowiedź brzmi: nieomal. Teraz, gdy już wytworzyliśmy namiastkę wystudiowanego napięcia, należy flegmatycznie rzucić klasykiem, co niniejszym czynię:

Jednak nie uprzedzajmy faktów.
B. Wołoszański

Klucz do sprawy leży w nazwie miejsca, które dzieli Amerykę od Azji, a którego pokonanie dało Rosji asumpt do skolonizowania nikomu niepotrzebnego kawałka zmrożonej ziemi (jak o Alasce myślano w czasie jej sprzedaży). Miejsce to nazywa się Cieśniną Beringa.
    Vitus Bering urodził się w 1681 roku w Horsens, w Danii. Zaciągnął się, jak wielu w tym czasie, do służby w budowanej przez Piotra I Wielkiego marynarce rosyjskiej. W czasie Wojny Północnej walczył w randze porucznika na Bałtyku i na Morzu Czarnym. W czasie jej trwania dosłużył się stopnia komandora. Jednak to nie wojenne dzieła przyniosły mu nieśmiertelność na mapach i globusach, lecz wyprawa naukowa. Właściwie to dwie. A obie zostały wysłane martwą ręką wielkiego cara.
    Piotr I umiera w 1724 roku, lecz zostawia precyzyjne (jak na ten szczebel zarządzania) wskazówki dotyczące sposobu przeprowadzenia eksploracji terenu, gdzie Azja spotyka Amerykę (była to ledwie hipoteza cieśniny, dobrze postawiona dzięki wyprawie Dieżniewa, lecz wciąż niepewna co do jej położenia i rozmiarów). Jak bardzo święte było carskie słowo, niech świadczy fakt, że wyprawy osiągnęły swój cel po siedemnastu latach. W tym czasie zmieniło się pięciu samodzierżców, lecz wszyscy konsekwentnie dążyli do zbadania styku kontynentów. Fakt, że przysłówek „konsekwentnie” w kontekście carskiej administracji przywodzi na myśl obserwacje orogenezy, lub z bardziej dynamicznych sportów – sztafetę winniczków na dystansie cztery razy sto metrów, ale liczy się efekt.
    Pierwszą ekspedycję zdaje się nawet zdążył pobłogosławić umierający Piotr. Na jej czele staje nasz bohater, komandor Bering, jego zastępcami są ludzie ważni dla geografii, lecz geografia nie odwdzięczyła im się żadną wielką nazwą: Aleksy Czyrikow i Martin Szpanberg, rodak Vitusa Beringa.


Rzekomy portret Vitusa Beringa. Obecnie uważa się, ze to portret jego stryja.
 
    Trudno nawet opisać, przed jakim wyzwaniem stają organizatorzy wyprawy. Rosja de facto to obszar od Warty po Ural. To, co za Uralem, to rodzaj ziemi niczyjej, którą Siemion Dieżniew wziął w imieniu cara we władanie w czasie, gdy nikt nie patrzył. Przez to petersburscy urzędnicy o rozmiarach imperium dowiedzieli się sprzątając w archiwum i przez przypadek znajdując raporty zawadiackiego Kozaka, który przyjmował hołdy naczelników plemiennych, nie do końca świadomych, że oddają się carowi w opiekę. Mając zatem gospodarkę kraju w Europie, a chcąc wybudować statek w Ochocku na brzegach Pacyfiku, połowę kuli ziemskiej dalej, trzeba było właściwie przywieźć wszystko ze sobą. Włącznie z okuciami i akcesoriami (np. kotwice), linami, żaglami etc.
    Wyprawa składa się z dwudziestu pięciu ludzi, którzy saniami i tratwami (część drogi spławiano wielkimi syberyjskimi rzekami) przetransportowali kilkaset ton sprzętu przez osiemnaście miesięcy na odległość ośmiu tysięcy kilometrów. I dopiero byli w Jakucku. Teraz został im do Ochocka, będącego podówczas rybackim portełkiem, „zaledwie” tysiąc kilometrów. Przez góry, bagna i generalnie – bezdroża. W dodatku przyszła zima i głód. Cóż można powiedzieć, by ukazać skalę problemu? Że na tym ostatnim odcinku Szpanbergowi zostały cztery konie. Z sześciuset, którymi dysponował na początku. Że ludzie z głodu żuli swoje buty, które były im potrzebne, by nie stracić nóg na mroźnych bezdrożach Syberii. Ale dali radę.
   Statek nazwano „Swiatoj Gawriił” - „Święty Gabriel”. Daleko nie popłynął. Przez Morze Ochockie na Kamczatkę, potem do ujścia Anadyru i trochę za Wyspę Św. Wawrzyńca (którą właśnie odkryli). Nieco zmęczony trudami całej ekspedycji i przestraszony nieznanymi wodami, mgłami i niesamowitością tego, co spotykają (np. Czukcze), Vitus Bering decyduje się (wbrew naciskom Szpanberga), zawrócić. Przechodzi przez cieśninę, którą nazwą potem jego imieniem i zawraca, uznając, że dowiedzenie braku lądowego połączenia miedzy Azją i Ameryką to wystarczające osiągniecie. W pewnym sensie ma rację. A i biorąc pod uwagę pływanie po nieznanych, mglistych i sztormowych wodach, ma też rację zachowując ostrożność i myśląc o bezpieczeństwie.

Trasy wypraw Beringa. Niestety podpisy są niemieckie, gdyż grafika pochodzi stąd.
   Druga wyprawa była lepiej przygotowana. W lecie 1733 roku z Petersburga do Ochocka wyruszyła grupa dziesięciokroć większa – pod dowództwem Beringa, Czyrikowa i Szpanberga było teraz przeszło trzystu ludzi. Ale zabrano też większy ekwipunek. Ekipa ta powiększała się sukcesywnie, tak, że w Ochocku było ich już kilka tysięcy. Widocznie zadziałał jakiś sprytny program motywacyjny, który skłaniał do przyłączenia się napotkanych po drodze cieśli, kowali, majstrów wszelakiej specjalności, chłopów, a nawet – i tu mnie właśnie zastanawia ten mechanizm – wojsko, które jak wiadomo chadza własnymi, zwyczajowo regulaminowymi ścieżkami.
   Dość rzec, że statki „Swiatoj Piotr” i „Swiatoj Pawieł” spuszczono na wodę dopiero jesienią 1740 roku. Siedem lat po rozpoczęciu wyprawy. „Swiatoj Piotr” pozostał pod dowództwem Vitusa Beringa, natomiast kapitan Czyrikow wyruszył na „Swiatoj Pawlie”. Każdy miał załogę liczącą niecałe osiemdziesiąt osób. Zimę spędzili razem, w małym porcie, który Bering nazwał Pietropawłowskiem. Wiosną wyruszyli na Pacyfik, lecz po kilku tygodniach rozłączyła ich burza. Mimo wzajemnych poszukiwań nigdy się już nie spotkali.
   Aleksy Czyrikow odkrył Attu, najbardziej na zachód wysuniętą wyspę Aleutów i wrócił do Pietropawłowska. Jak ciężka musi być żegluga po północnym Pacyfiku winien świadczyć fakt, że żeglarze po powrocie całowali niegościnną ziemię Kamczatki.
   Komandor Bering dopłynął do Alaski obejmując ją we władanie w imieniu cara. Lękając się zimowania na nieznanym lądzie, ruszył w kierunku Kamczatki, na wschód. O tym, że komandor Bering był zbyt ostrożny, by zapisać się w panteonie wielkich odkrywców, już wiemy od czasu pierwszej wyprawy. Chciał wracać i przekazać wieści o tym, co zobaczyli, a nie ginąć w nieznanym jak Marek Tempe. Niestety, szczęście i wiatr im nie sprzyjały. Walcząc cały czas z przeciwnymi sztormami wlekli się cierpiąc głód i szkorbut. Wreszcie dotarli do jakiegoś lądu, sądząc, że to północne wybrzeża Kamczatki. Były to jednak wyspy, które dzięki Beringowi nazywają się obecnie Wyspami Komandorskimi.


Rozbitkowie załogi Beringa. Rozpoetyzowane, gdyż statek był tylko jeden. Autor nieznany, a obrazek z Wiki

   Tam swoje groby znalazła spora część załogi, a pierwszy oddał ducha komandor Bering. Samotny, ostrożny człowiek, któremu na barki położono zadanie, przy którym anabaza Ksenofonta była harcerskim biwakiem. Jeden z najbardziej niedocenionych odkrywców europejskich pochowany został w zimnym, skromnym grobie poza skrajem znanego świata. Od jego imienia wyspę tę nazwano Wyspą Beringa. I jako ciekawostkę dodam, że o ile wiedziano o grobach załogi Beringa, to dopiero w 1991 roku udało się zidentyfikować grób samego komandora.

Miejsce oryginalnego grobu komandora Beringa. Źródło
 
   Gdy minęła zima, resztka załogi, pod przewodnictwem Georga Stellera, przyrodnika towarzyszącego wyprawie, zbudowała z resztek zniszczonego sztormami statku dwunastometrową łódź, na której po dwóch tygodniach, cudem unikając śmierci w burzy, dotarli do Kamczatki.
   Nad wyspą Beringa krążą oceaniczne ptaki, z góry spoglądając na cichy, zatopiony w zieleni grób komandora Beringa.
Obecny grób Beringa, po ekshumacji. Źródło to samo

sobota, 17 października 2015

Ostatnie tango Chochołów

Naplułem na Polskę. I co wy na to, moi mili?”. Tak brzmi najkrótsze podsumowanie „Trans-Atlantyku” W. Gombrowicza. I co my na to?
   Gdy w 1953 roku paryska „Kultura” wydrukowała tę powieść, zanotowała największy jednorazowy spadek prenumeratorów w swej historii. Żaden tekst krytyczny, czy publicystyczny, polityczny, nie był tak bulwersujący, jak ta ledwie ponad stu stronicowa powieść.
    Czym to tak Ojczyznę swą Witold Gombrowicz znieważył?
   Historia zaczyna się dnia 21 sierpnia 1939 roku, gdy do nadbrzeża portu w Buenos Aires cumuje transatlantyk m/s „Chrobry”. Jest to jego dziewicza podróż. Ledwie 29 lipca tamtego roku o godzinie 16:00 wypłynął z portu w Gdyni, na swym pokładzie niosąc Polaków ku brzegom Ameryki Południowej. Historycznie rzec ujmując, według dziennika pokładowego m/s „Chrobry” zawinął do Buenos Aires już dzień wcześniej, o godzinie 11:00. Choć nie jestem pewien, czy nie określono raczej godziny zatrzymania na redzie portu i zgłoszenia kapitanatowi gotowości do przybicia. Wtedy faktycznie mógłby nasz statek przybić nawet i z dobowym opóźnieniem. Zresztą autor miesza także i inne fakty, każąc „Chrobremu” wypływać w pośpiechu na wieść o zbliżającej się wojnie i przygotowywać się do zawinięcia do Anglii, miast powrotu do kraju. Te wieści i decyzje podjął kapitan „Chrobrego” dnia 2 września, na morzu, w drodze do Recife w Brazylii. Mając już na samym początku dyskretnie rozemgloną chronologię autor każe swemu bohaterowi, pisarzowi o nazwisku Gombrowicz (zbieżność zajęć i nazwisk przypadkowa), zrejterować ordynarnie na argentyński brzeg. Historyczny Gombrowicz musiał w Argentynie pozostać z uwagi na zdrowie, ale w powieści – rzec to trzeba głośno – pierwej siebie autor opluwa nim na RzeczPospolitą przyjdzie pora.
   Umknąwszy sromotnie na argentyński brzeg (a ulice Buenos Aires malują mi się takie, jakimi je Horacio Oliveira widział, mieszkając obok Travelera i jego żony – Tality), Gombrowicz szuka zajęcia zarobkowego. I zwraca się ku rodakom. Polonia argentyńska stanie się lustrem narodu polskiego, ale lustrem krzywym. Może nawet nie. Kiedyś A. Poniedzielski określił skecze kabaretu Łowcy.B jako świat widziany nie w krzywym zwierciadle, lecz raczej w baterii; takiej łazienkowej. I tak też trzeba postrzegać „Trans-Atlantyk”. To wykrzywienie, które uświadamia. Odziera z chwały i wyniosłości i nakazuje przyjrzeć się pryszczom, które starannie na Obliczu Narodu Naszego pudrujemy. Wręcz zgoła szpachlujemy. Ma więc powieściowy Gombrowicz swoje przejścia w Poselstwie (ambasadzie RP), ma je w fimie „Baron, Ciumkała, Pyckal, Koński, Psi Interes”, ma je na balu, gdzie nagle znajomość zawiera z niejakim Gonzalo, milionerem-homoseksualistą, co prowadzi do ciągu następnych, fatalnych wydarzeń. Fatalnych nie tyle nawet w skutkach, co w swym smaku.
   Jest więc pojedynek między Gonzalem a majorem Tomaszem Kobrzyckim, któremu Gonzalo próbuje uwieść syna, Ignacego. Gonzalo jest bogaczem, lecz wyzutym z moralności, wyfiletowanym z kręgosłupa honoru, który u majora Kobrzyckiego jest z kolei przerośnięty. Miast zlekceważyć sytuację i Gonzala unikać, wyzywa go na pojedynek. Nasz bohater, sekundantem będąc starego Tomasza, a nie chcąc zabijać Gonzala, daje się namówić na oszustwo – w czasie pojedynku pistolety nabijane są jedynie prochem. W ten sposób nikt nie ucierpi a honor się uratuje – tak to myślą sekundanci (Gombrowicz z pewnym prawnikiem dla Tomasza, Ojca, zaś Baron i Pyckal dla Gonzalo). Problem już jest w tym, że sami obmyśliwszy ten podstęp, sami ustalają, że pojedynek ma być do trzeciej krwi. Której wszak przy braku Kuli być nie może. I tak Pusta Lufa, jałowy pojedynek, tymczasem przechodzi lasem Kawalkada prowadzona przez Posła, która na szaraki ma być łowami (a wszak szaraków nima, ale Kawalkada być musi bo Protokuł! (pisownia oryginalna)), i to wszystko puste, jak jakaś Bania, suchy Badyl.
    Powyższy akapit jest jedynie próbą odmalowania atmosfery powieści. Nie jest to szczególny hiperrealizm, a fani narracji charakterystycznej dla kryminału mogą się czuć dość zagubieni.
   „Naplułem na Polskę. I co wy na to, moi mili?”. No ale gdzież on napluł? Pluje na narrację wojenno-patriotyczną, począwszy od sceny z Ministrem Kosiubidzkim w Poselstwie:

Zapytał: – A jaki Gombrowicz? Powiadam: – Gombrowicz, Gombrowicz. Łypnął i powiada: – Ano, jak Gombrowicz, to maszże tu 80 pezów i więcej nie przychodź, bo Wojna i Pan Minister zajęty. Ja powiadam: – Wojna. On mówi: – Wojna. Ja mówię: – Wojna. On mnie na to: – Wojna. To ja jemu: – Wojna, wojna. Przestraszył się nie na żarty, aż mu jagody zbielały, łypnął na mnie okiem: – A co?Maszże wiadomość jaką? Mówiono ci co? Nowiny jakie?... – Ale się pomiarkował, chrząka, kaszle, za uchem się drapie i mnie klepnął: – Nic to, nic, nie bój się, już my wroga pokonamy! A zaraz głośniej krzyknął: – Już my wroga pokonamy! Wtedy więc jeszcze głośniej krzyknął: – Już my wroga pokonamy! Pokonamy! Powstał i krzyczy: – Pokonamy! Pokonamy!
   Słysząc te wykrzyki jego, a widząc, ze z fotela powstał i Celebruje, a nawet Zaklina, ja na kolana padłem i, w tej Celebracji św. się stowaryszając krzyczę: Pokonamy, pokonamy, pokonamy!
W. Gombrowicz „Trans-Atlantyk”

To zdanie: ja na kolana padłem, staje się refrenem w inne scenie, w tymże samym Poselstwie:

Ale JW.Poseł, do Protokułu nakrzyczawszy, skrzywił się, łypnął i, głos ściszając, rzekł na boku do Radcy: – Oj kapcan, kapcan z Pana Kapcana, jakże to będziesz na pojedynek zapraszał, przecie Pojedynek to nie Polowanie. (…) Sczerwieniał Radca, bazyliszkowym okiem na ministra spojrzał, ale powiada, a ciszej, na boku: – Może by wymazać? Mówi Poseł: – Jakże będziesz wymazywał, przecie to protokuł! Dopiroż pobledli; i wszyscy trzej na Protokuł spoglądają, który na stole leży. Ja na kolana padłem.(...)
   Dopiroż jak oparzeni skaczą. Ale zawołał Minister: – Bójcie się Boga, szaleni jesteście, a toż szaraków nima, szaraków! Czyście oszaleli, jakże polowanie na Szaraków robić, gdy tu miasto wielkie, a jednego szaraka ze świcą nie znajdzie! Mruknął Radca: – W tym sęk, że szaraków nima! Ja na kolana padłem. Powiada Pułkownik: – Prawda, że szaraków ani na lekarstwo. Ale JW.Panie Protokuł, Protokuł, przecie jakoś wybrnąć trzeba, Protokuł, Protokuł...
    Dopiroż jak szaleni wokół Protokułu skaczą. Ja na kolana padłem (…)
W. Gombrowicz „Trans-Atlantyk”

Ze swarliwości polskiej nabija się ukazując splecione w jakimś absurdalnym klinczu dzieje wspólników: Barona, Pyckala i Ciumkały, które wypełnione są jakimiś mrocznymi zadrami o Młyn, o Karasie (czyżby te, którymi zabito Iwonę Ksieżniczkę Burgunda?), o Stodołę, o Grykę.
   Ze swarliwości polskiej nabija się, gdy powołuje Zakon Ostrogi w zimnej piwnicy, gdzie wszyscy zamknięci są za kiepskimi drzwiami, co się na lichy haczyk tylko trzymają, ale żaden nie ucieknie, bo jak się który ruszy, to jeden drugiemu Ostrogę w łydkę wrzepi. Wszak przy polskim kotle w Piekle żaden diabeł nie dyżuruje, bo nie musi. A któż to stoi na czele Zakonu Ostrogi? Stary, zasuszony Rachmistrz Popacki, taki trochę Towiański. Nie wymyśliłem tego sam, lecz powtarzam za S. Chwinem. Właśnie. Gdyśmy truchło Towiańskiego na ekran wywlekli to trzeba przypomnieć, że nabija się Gombrowicz z wieszczy naszych, którzy niczym powieściowy Gombrowicz, Ojczyźnie służą jakoś dziwnie z dala od Ojczyzny będąc.
   Ale i z czynu zbrojnego się natrząsa tym paleniem z Pustej Lufy. Choć to i śmiech z całego naszego ultrahonorowego pryzmatu, przez który patrzymy. Który każe nam stawać do walki w sytuacji rycerza bijącego się z ciurą wyposażonym w cebrzyk gówna w każdym przypadku, zwycięstwa, czy porażki, okazujemy się śmiesznymi.
   Natrząsa się Gombrowicz z hejterstwa polskiego w scenie przechodzenia po ciemku przez korytarz pełen śpiącej służby, gdy powieściowy Gombrowicz zapala zapałki, by oświetlić twarz, w którą pluć będzie.
   A Kulig z Balem kończący powieść, co się zdaje Ostatnim Zajazdem na Pampie połączonym z „Weselem” Wyspiańskiego, gdy wszyscy tańczący puści są, niby Chochoły zaklęte w Polaków, gdy wszystko tonie w śmiechu, pustym, to smutny akord, czarny kleks na karykaturze polskiej kultury. Karykaturze, z której winniśmy poświęcić chwilę uwagi. By wyciagnąć wnioski dotyczące naszych złych zwyczajów.
   „Naplułem na Polskę. I co wy na to, moi mili?”. I co my na to? A my to mamy najczęściej w nosie. Niestety.

My, wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Razem się kołyszemy
Głowy napełnia nam słoma
Nie znaczy nic nasza mowa
Kiedy do siebie szepczemy
Głos nasz jak suchej trawy
Przez którą wiatr dmie
Jak chrobot szczurzej łapy
Na rozbitym szkle
W suchej naszej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez barwy
Siła odjęta, gesty bez ruchu.

T. S. Eliot „Wydrążeni ludzie”
tłum. Czesław Miłosz

poniedziałek, 12 października 2015

Konkluzja wujka Staszka #7: Crowley kontra św. Katarzyna

Ledwie rok minął od awantury o Sashę Grey na krakowskim festiwalu Unsound, a znów o tej imprezie robi się głośno i (nie)ciekawie. Chodzi o występ zespołu Current 93, który miał się odbyć w kościele św. Katarzyny.
   Jak donoszą media tu i tu, pewien bloger uznał, że zespół propaguje satanizm, gdyż w jego znaku figuruje „odwrócony pentagram”. Dla zilustrowania jak odwrócony pentagram nie wygląda zaprezentuję teraz rzeczone logo:
 
Logo zespołu Current 93, którego trzeba się najpierw mocno naszukać, bo jakoś go nie eksponują. Znalezione w końcu tu

Kuria nieco się zlękła i kazała proboszczowi wyprosić muzyków. Oni (w gruncie rzeczy sam jeden David Tibet, wokół którego cały projekt C93 się kręci), zaczął krzyczeć, że jest chrześcijaninem, że umie po koptyjsku i czytał apokryfy Nowego Testamentu w oryginale. To pięknie. Ale ten znak w tle, za krucyfiksem, to znak związany z thelemą, gałęzią... hmmm... ezoteryki, którą umyślił Aleister Crowley, a którą pan D. Tibet się tak prywatnie i zawodowo fascynuje. I nie przeszkadza mi, że pan D. Tibet w czasie, który jest mu dany, próbuje połączyć thelemę z chrześcijaństwem. Trochę przeszkadza mi, że chcieli zagrać ten koncert w kościele, ale nie będę tłumaczył się dlaczego. Natomiast bardzo przeszkadza mi obustronna ignorancja.
   Bo jeśli pan D. Tibet chce nazywać się chrześcijaninem będąc jednocześnie thelemitą, a pan K. Osiejuk chce nazywać go satanistą, mimo, że tenże jest thelemitą, to proponuję dla A. Crowleya nobla z medycyny (co z tego, że pośmiertnie), a Cthulhu na prezydenta. A co, jak nonsens, to nonsens. Po całości.

środa, 30 września 2015

Temat na stronę

Gdy Umberto Eco wydał „Cmentarz w Pradze” wybuchła wrzawa: że za grube, że za ciężkie, że właściwie to o co chodzi, że po grzyba ten pamiętnik itd. I na koniec konkluzja, że takie bełkoty satysfakcjonować mogą jedynie zboczonych wykształciuchów, a ludzie to wolą jakąś lekką i zgrabną historyjkę o współczesności. I może jakiś kryminał.
    Gdy Umberto Eco wydał „Temat na pierwszą stronę”, który jest krótką, zgrabną opowieścią o tym jak się „robi” dzisiejszą prasę, z wątkiem spiskowym i morderstwem, to nikt nic nie powiedział. Kilka osób ziewnęło i przeszło nad książką do porządku dziennego.
    To nie fair.

    Do rąk dostajemy książkę „podwójnego zastosowania”. Osoby zainteresowane prostszą rozrywką otrzymują nienajgorzej skonstruowany thriller zaczynający się od tego, że głównemu bohaterowi zabrakło rano wody w kranie. A wieczorem była. Może wzruszylibyśmy ramionami (i on też), gdyby nie fakt, że przyczyną braku wody było zakręcenie zaworów w mieszkaniu. To oznacza, że ktoś w mieszkaniu był w nocy, gdy nasz bohater pochrapywał sobie pokrzepion butelczyną whiskey. Ponieważ nic nie zginęło, zaczynają się domysły: po co wchodzili, czego szukali, czy przypadkiem nie było to związane z zasztyletowaniem redakcyjnego kolegi, który – być może – wpadł na trop pewnego spisku... I tu następuje flashback do wydarzeń związanych z powstawaniem pewnego dziennika. Główny bohater jest tam pewnego rodzaju asystentem redaktora naczelnego, który ma za zadanie napisanie książki o powstawaniu dziennika. Tymczasem kolegium redakcyjne zbiera się i produkuje tak zwane „numery zerowe”, czyli projektują wydania swej gazety takie, jakie ukazałyby się ileś tam dni, czy też miesięcy temu. W ten sposób, na starych wiadomościach, docierają się zarówno dziennikarze między sobą, jak i z wydawcą gazety, dość tajemniczym Prezesem, z którym kontakt utrzymuje tylko rednacz. Czytelnik zostaje poczęstowany gorzką pigułką (biorąc pod uwagę szczupłość powieści, to taka większa kapsułka) uświadamiającą jak funkcjonuje prasa i – ogólnie – media. Wiadomości się nie przekazuje, ale wyszukuje tych, które służą temu, kto płaci wynagrodzenie. A jeśli koniecznie trzeba się odnieść do niewygodnej dla „mecenasa” informacji, to należy ją przekręcić i pokazać wszystko w świetle powodującym wysyp wątpliwości niczym grzybów po deszczowym nowiu. Ewentualnie, gdy występuje groźba , że coś na jaw wyjdzie, należy wystosować atak prewencyjny na tych, którzy mogliby zaszkodzić. I nie jest to specyfika moskiewskich agencji, czy mitycznego Radia Erewań, lecz tak zwanych „wolnych mediów”. I w sumie nie jest to nic dziwnego i nowego – po prostu czytelnik przygląda się medialnej kuchni siedząc na ramieniu głównego bohatera.
    A do tego dochodzi spisek. I tu uważam, świetnie sprawdza się ta książka, jeśli prostymi transformacjami przeniesiemy jej fabułę z historii ostatnich dni Mussoliniego na casus „złotego pociągu” spod Wałbrzycha. Wtedy można zasiąść przed telewizorem z miską popcornu i delektować się dopisywaniem historii zza kulis podawanych nam wiadomości. Eco, opisując dziennik „Jutro”, opisuje nam to, co dzieje się za kulisami telewizyjnego show o niby-to-szukaniu-pociągu.
    Nie wiem, czemu wzruszono ramionami na całą powieść. To znaczy, chyba wiem. Gdy dawno temu Eco popełnił swoją drugą powieść, jedną z najlepszych, czyli „Wahadło Foucaulta”, polały się skargi i łzy, że zbyt duże, że zbyt erudycyjne, że zbyt zawiłe. Teraz autor wypuścił powieść krótszą, o mniejszej liczbie wątków i nie wymagającą rozległej wiedzy ezoterycznej, ale zachowując schemat spisku i swoje przesłanie, że świat, który nas otacza jest tekstem, który czytamy i interpretujemy. My wszyscy. I jeśli ktoś przeczyta ten tekst interpretując moją osobę jako zagrożenie, to będzie starał się mnie wyeliminować, niezależnie od tego, czy to zagrożenie jest prawdziwe, czy też urojone, wynikające z nadinterpretacji. Dlatego zarówno Braggadocio i Jacopo Belbo muszą umrzeć. Obaj, w obu powieściach, wpadają na trop czegoś, co miało pozostać ukryte. Ale w obu przypadkach postawiony zostaje wielki znak zapytania. W „Wahadle Foucaulta” postawiona zostaje teza, że osławiony dokument templariuszy, to w istocie coś w guście kwitu z pralni, zaś w „Temacie na pierwszą stronę” - że śmierć redaktora jest zupełnie przypadkowa. Zwłaszcza w kontekście paradokumentalnego filmu BBC, który główny bohater ogląda na końcu. I w obu przypadkach głosem rozsądku są kobiety: Lia w „Wahadle …” i Maia Fresia, młoda dziennikarka, w „Temacie ...”. Za każdym razem zadane jest to same pytanie: „czy my tu czegoś nie nadinterpretujemy?”. Mistrzowie zen zapytaliby: „czy to nie jest domalowywaniem wężowi nóg?”.
    Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy powinno się odczytywać książki U. Eco w oderwaniu od jego pracy naukowej i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że można. Ale to odczytanie niepełne. Możemy przeczytać „Wahadło Foucaulta”, „Temat na pierwszą stronę”, czy „Cmentarz w Pradze” jako tak zwany „czytelnik pierwszego poziomu”. I dostaniemy postmodernistyczną powieść o kabale, przeciętne political-fiction o włoskich mediach i niestrawnego gniota historycznego nie wiadomo o czym bardziej: czy o powstawaniu „Protokołów Mędrców Syjonu”, czy też o marności paryskiej gastronomii połowy XIX stulecia. Albo możemy przeczytać je przez pryzmat naukowej działalności profesora Eco i otrzymujemy powieść o kabalistycznej hermenutyce odczytywania rzeczywistości, uogólnienie tej tezy w powieści o interpretowaniu rzeczywistości i nadawaniu znaczeń przez czytelnika („Lector in fabula” się kłania) oraz opasłe tomiszcze będące studium prowadzenia gry strukturalnej identycznej z tą, którą nieświadomie zastosował Nerval w „Sylwii” z jednoczesnym sfabularyzowanym opisem jak tekst kształtuje świat, czyli jak w połowie XIX wieku napisano podstawę antysemityzmu europejskiego (to z kolei rozwinięcia dwóch z „Sześciu przechadzek po lesie fikcji”).
    Podsumowanie? Czym dłużej piszę tego posta, tym bardziej dochodzę do wniosku, że powieści U. Eco są jak wino ze szczepu syrah (lub w Nowym Świecie – shiraz): niektórzy się nimi delektują. Nie chcę przez to powiedzieć, że stoję wyżej na drabince rozwoju intelektualnego, bo czytam Eco przez pryzmat Eco. Co to, to nie. Rozwój intelektualny następuje w przestrzeni wielowymiarowej, w której każdy kreśli swoje trajektorie, a nie na jednowymiarowej drabince. Chcę tylko powiedzieć, że Eco nie pisze dla wszystkich. Jeśli więc nie spodoba Ci się książka, lub nie zasmakuje kieliszek wina, nie pomstuj, nie hejtuj, nie wysuwaj argumentów ad personam wobec tych, którym smakowało. Odstaw i szukaj swojej drogi.
    A powieść ma swój mocno owocowy bukiet z nutą pieprzu.

sobota, 19 września 2015

Konluzja wujka Staszka #6: Zwyczajny człowiek sukcesu

Przegrani, podobnie jak samoucy, wiedzą zawsze więcej od ludzi sukcesu, bo żeby odnieść sukces, musisz wiedzieć jedno, nie tracić czasu na poznanie wszystkiego. Satysfakcja płynąca z erudycji jest zastrzeżona dla przegranych. Im więcej ktoś wie, tym bardziej nie powiodło mu się w życiu.
U. Eco „Temat na pierwszą stronę”

I co teraz?! Muszę szybko odnieść jakiś spektakularny sukces, by nie nazwano mnie pyszałkowatym wykształciuchem.


PS.
Niektórzy nawet się ze swoją erudycją obnoszą, jak pokazuje to załączony filmik.



poniedziałek, 14 września 2015

Apokalipsa według St. Lema


Jest w architektonicznym łuku jeden kamień, który jest specjalny. Będąc umiejscowiony w samym szczycie, wydaje się być on wyróżniony swą wyjątkową pozycją – najwyższą. Gdy spogląda się na piękny, strzelisty profil gotyckiego łuku, tenże kamień, czyli zwornik lub inaczej klucz, w naturalny sposób przyciąga uwagę. Jest zwieńczeniem, szczytem, ponad nim nie ma już nic godnego uwagi...
    To skojarzenie pojawia się, gdy wspominam „Fiasko” S. Lema. Oto wszystko co do pewnego momentu napisał galicyjski geniusz znajduje swe ukoronowanie w tej jednej powieści.
    Pierwsze jest niepowodzenie.
    Począwszy od tytułu, a gdy mamy w rękach egzemplarz z edycji Wydawnictwa Literackiego z roku 1987, to jeszcze od jednolicie czarnej okładki z białoliterowym tytułem napisanym, budowany jest ponury nastrój. Na początku: Las Birnam, makbetowskie miejsce klęski, i Parvis, który idzie ratować ludzi, którzy w owym lesie zostali. W tym swego mentora, komandora Pirxa. Pirx nie żyje! To był dla mnie cios, gdy czytałem powieść za młodu. No dobrze, może żyje, wszak diglatory miały możliwość hibernowania swych operatorów, gdy sytuacja była już krytyczna. Zaraz też i nasz bohater zmuszony jest się zamrozić. Autor, niczym bracia Kliczko, bije rzadko, ale mocno i konsekwentnie. Nagle akcja przenosi się w przyszłość i na pokładzie „Eurydyki” lekarze próbują „wskrzesić” zamrożonych operatorów, w tym obu pilotów. I tu kolejne niepowodzenie – nie ma możliwości rozmrożenia wszystkich. Technologia hibernacji była zbyt prymitywna i można wykorzystać jedynie fragmenty ciał obu pilotów i jeden mózg. Czyj? Nie wiadomo. Dokumenty uległy zniszczeniu. Pozostała tylko pierwsza litera nazwiska: „P”. Czyli dalej nic. „Nowy” pilot otrzymuje nowe imię i nazwisko: Marek Tempe. Tempe, nie od witkiewiczowego Sajetana, lecz od nazwy doliny, w której Orfeusz spotyka Eurydykę. Właśnie. Nazwa statku. Gdy sięgnąć do mitologii, to wyprowadzenie Eurydyki z Hadesu nie było jakimś modelem przedsięwzięcia zakończonego sukcesem.
    Po co w ogóle „Eurydyka” leci do gwiazdozbioru Harpii? Nawiązać Kontakt. Z wyliczeń naukowców związanych z SETI i CETI wynikło, że można nawiązać kontakt jedynie z cywilizacjami, które znajdują się na odpowiednim poziomie technicznym. Ludzkość jest już wyposażona w wiedzę i umiejętności, by móc znaleźć i dolecieć we właściwym czasie do takiej cywilizacji. A potem? Kwiaty, czerwone dywany, dzieci w strojach ludowych i uścisk dłoni braci w rozumie. Prawda okazuje się być mniej kolorowa. Kwinta Harpii jest planetą o dwóch kontynentach i miriadach dziwnych, zdecydowanie technicznych obiektów latających wokół niej. Tysiące orbiterów, patrolowce, pociski balistyczne wystrzeliwane w kierunku intruzów, wyludniony księżyc z generatorem plazmowym. Jest dziwnie i obco. I nikt na Kwincie Kontaktu nie pragnie. Kolejne, bezzałogowe próby nawiązania kontaktu nieodmiennie kończą się jakimś wariantem zniszczenia, czy to aparatów jednej, czy drugiej strony. Próby demonstracji siły mają jeszcze bardziej koszmarny przebieg. A odwrót nie wchodzi w grę. 
     Jest w tej powieści koda wszystkich chyba motywów, z którymi Lem mierzył się przez życie. Jest przede wszystkim człowiek. Przede wszystkim kim jest człowiek wobec. Wobec obcych, wobec stworzonej przez siebie techniki, wobec drugiego człowieka, wobec całej ludzkości. Zwłaszcza to ostatnie pytanie zmienia się w problem pod tytułem „jak pozostać człowiekiem wobec ludzkości”. Decyzja, którą podejmuje Steergard, „Kontakt za wszelką cenę”, nie wypływa z jego dążeń autorytarnych, z jakiejś psychopatologii. On czuje presję ludzkości, która tyle wysiłku włożyła w wyprawę „Eurydyki”, że odwrót z pustymi rękami byłby niemożliwy.
    Jest także problem „człowiek a komputer”. Znów, jak u Pirxa (choć to może znów Pirx), pojawia się motyw naturalnych predyspozycji człowieka, które mogą nadal przewyższać umiejętności komputerów jako zwyczajnych, lecz szybkich liczydeł. Czytelnicy „Przygód pilota Pirxa” pamiętać winni „Ananke”, historię komputera pokładowego, który bez jakiejkolwiek żenady doprowadził do katastrofy, bo tak został nauczony przez swego „mentora” cierpiącego na syndrom anankastyczny. Tu jednak problem jest głębszy. GOD, komputer ostateczny (czytelnicy Dukaja winni od razu skojarzyć sobie pojęcie „osca” z „Perfekcyjnej niedoskonałości”), ma w sobie coś z HALa, którego oglądaliśmy w „2001 Odysei kosmicznej”. Jest jednak zdecydowanie subtelniejszy. Jest, rzecz oczywista, bliższy Golemowi XIV. I też gdzieś koło trzeciej setki stron pojawia się rozważanie o źródłach pogoni za sztuczną inteligencją i manowcach, na które nas ta pogoń prowadzi.
   Space-opera. Jak w „Edenie”, „Niezwyciężonym”, „Obłoku Magellana”. Teraz już pozostawione w odwodzie stosy atomowe i miotacze antymaterii, które już trącają myszką, zastąpione zostają inżynierią sideralną, która ma swe źródła w kwantowych oddziaływaniach grawitacyjnych. No i jest też rozmach, który przytłacza. Wobec lunoklazmu z „Fiaska”, epickie bitwy „Niezwyciężonego” to zaledwie bójki pod barem. A tu znów wyrasta przed bohaterami pytanie: czy po tamtej stronie przypadkiem nie mamy do czynienia li tylko z ewolucją maszyn?

Bardzo mi się spodobał pomysł Krzysztofa Nowaka na poster.
 Źródło
 
   Jest także wymiana informacji. Znów sygnał radiowy. Znów nieodczytywalny, coś jakby szum, lecz jakby nieprzypadkowy. I teraz ludzkość, która Kwintan próbuje przekonać o swych dobrych zamiarach... wyświetlając im bajkę. Czy można bardziej zaakcentować daremność tej próby? Światło widzialne, które chłoniemy oczyma jest małym wycinkiem całego widma promieniowania elektromagnetycznego. Do tego ruch, który obserwujemy oczyma jest obarczony całym ciężarem zjawiska sakadycznego – tego, które umożliwia nam uznane dwudziestu czterech nieruchomych obrazów wyświetlonych w ciągu jednej sekundy jako płynnego ruchu. Tymczasem już pszczoła nie poradzi sobie z telewizją: nie ten zakres promieniowania jest dla niej światłem widzialnym, a wyświetlanie bez sensu pojedynczych, pourywanych w dodatku obrazów mogłoby wydać by się jej bezsensowne. Przy jej szybkości percepcji, w czasie naszej sekundy mijają jej godziny. Ale gdy z politowaniem pokiwacie głową nad pomysłem astronautów z „Eurydyki”, pomyślcie o „płytce Pioneera”. To ją skrytykował w ten sposób Lem. Czym ją obcy będą oglądać? Co z niej mają zrozumieć? Ludzie stają po drugiej stronie problemu z „Głosu Pana”: co i jak nadać, żeby ktokolwiek nas zrozumiał? Odpowiedź już na poziomie teorii informacji jest krótka, smutna i negatywna:

Samowyjaśniające się kody nie istnieją.
S. Lem „Fiasko”

Jest też w ostatniej podróży Tempego, tej na powierzchnię planety, coś z wariantu wyprawy Rohana na Regis III. Tym razem astrogator, czy też pilot nie wraca szczęśliwie, w ostatniej chwili. Tym razem, jeśli to znów Pirx, to już się nie wywinie.
    Jest zastanowienie teologiczne. Nie tylko w oczywistej figurze dominikanina-lekarza, lecz też w całym przedsięwzięciu, które mając być nawiązaniem Kontaktu przeistacza się w apokalipsę. Kontakt, którego scenerią są stosy trupów gospodarzy, rozerwany księżyc, niewyobrażalne tsunami, genocyd i pośród tego kilku ludzi mówiących: „chcieliśmy po dobroci”, toż to zarzewia mitologii związanych z potopem i apokalipsami. I Sodoma z Gomorą. Jakby Lem chciał delikatnie nazwać Stary Testament taką próbą nawiązania kontaktu przez Boga. Ale nie chcę wchodzić dalej w to rozważanie, gdyż figura Tempego, zstępującego i ginącego na Kwincie w imię Kontaktu stałaby się cokolwiek bluźnierczą.
    Katedry gotyku nie kończą się na wielkich łukach ich witrażowych okien. Rzędy łuków podtrzymują następne kondygnacje wystrzeliwujące pękami pinakli i kolejnych łuków. Tak też i „Fiasko”, w którym oparcie, choć może nieuświadomione, mają inni autorzy ze swymi dziełami. Źródło dukajowego „In partibus infidelis” bije około trzechsetnej strony pierwszego wydania „Fiaska”. I to zarówno jako źródło całego tematu „chrześcijaństwo a obce formy życia”, jak i samego tytułu, wprost przytoczonej łacińskiej sentencji. Z kolei konstatacja, że jedynym sposobem Kontaktu może okazać się archeologia kultur, stanowi rdzeń „Córki łupieżcy”. Walka, która celowo, czy też nie, będzie formą Kontaktu, to przecież Watts ze swoim „Ślepowidzeniem”, ale i z całą dynamiką układu ludzkość-wampiry. Tu można wspomnieć, że duet Steergard-GOD, jakoś osobliwie podobny jest do tandemu Sarasti-Kapitan w „Ślepowidzeniu”. Tak samo, dopiero pod koniec, przekonujemy się, jak dużą rolę w wypracowywaniu decyzji przez dowódcę ma pokładowy system informatyczny. Nieludzki, zatem moralnie nie tylko niedoskonały, lecz zgoła ułomny.
   Pojęcie fiaska przesyca całą powieść. Jest w Lesie Birnam, jest w czytanej przez Tempego książce o czarnej kuli mrówek, jest w wysiłkach zmierzających do Kontaktu, w nazwie „Eurydyka”, zgoła wszędzie. Jest, zdaje się mówić autor, naturalnym przeznaczeniem wysiłków rodzaju ludzkiego.
   Powieść jest zwieńczeniem wielkiego, pięknego gotyckiego łuku wypełnionego misternym witrażem łączącym akcję, rozmach epicki, naukowy i głębię traktatu filozoficznego. Moja notka to zaś garść tłuczonego szkła. Mam nadzieję, że te okruchy nie zrażą Was i sięgniecie po „Fiasko”. Spojrzycie na witraż i zauważycie jego piękno, mimo iż przedstawia koniec świata.
   Amen.

I tak wszystko to, czego się tknę,
W proch i śmierć obraca się,
Nie wiem sam, gdzie miejsce dla mnie jest.

PERFECT „Wyspa, Drzewo, Zamek”

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Międzygwiezdny poltergeist

Ani żar, który leje się z nieba cyklicznie, ani mnogość tematów, o których chciałbym Wam opowiedzieć, nie sprzyjają regularnym publikacjom blogowym.
   Mając kilka do połowy napisanych postów, zdecydowałem się dołożyć następny. O filmie „Interstellar”, który wreszcie niedawno obejrzałem. I srodze się rozczarowałem.
   Co było złego w tym filmie? Aktorstwo? Całkiem dobre. Pomysł fabularny? Dobry. Wizualizacja, zdjęcia, efekty specjalne – na piątkę. No to czego brakowało? W gruncie rzeczy – świeżości. Zasadniczo, to wszystko już było. Ludzie uwięzieni w pętlach czasowych byli już w „Terminatorze”. Nadawanie alfabetem Morsea przez „ducha” to czysty „Terminus” Dziadka Lema. Brewerie czasowo-grawitacyjne to znów Lem, tym razem w niezrównanym „Fiasku”. Bramy i tunele czasoprzestrzenne, modele zagiętych kartek, to już oglądaliśmy od „Gwiedznych Wojen”, przez „Gwiezdne wrota” do „Ukrytego wymiaru”. Wszystko już gdzieś było. Dlaczego więc nie dam temu filmowi spokoju i po co o nim piszę? Bo jedna rzecz została zrobiona tam mistrzowsko. Jedna dla mnie. Na najgłębszym planie budowania świata i fabuły.
   Kontakt.
   W momencie, gdy okazuje się, że do ludzkości ktoś wyciągnął rękę i zbudował im tunel do innej galaktyki, gdy ten obcy podał dłoń pani Brand („pierwszy, międzywymiarowy uścisk dłoni”), a wcześniej nadawał morsem i w kodzie dwójkowym, to myślałem, że mam do czynienia z czkawką po tak nielubianym przeze mnie „Kontakcie” Sagana. Ale nie. Wszystko okazało się na miejscu.
   Jedyny Kontakt, jaki okazał się możliwy, to tylko między ludźmi, którzy kontaktu pragnęli.
   Stanisław Lem spać może spokojnie. Bez przewracania.

sobota, 8 sierpnia 2015

Stary człowiek i Meksyk

Dla wytchnienia od wampirzych wynurzeń proponuję najsłynniejszą powieść Carlosa Fuentesa, czyli „Stary gringo”. Nie jest to lektura wakacyjna, lekka, łatwa i przyjemna. Jest ona gęsta znaczeniami i symbolami. I to w dodatku nieco piętrowymi. Czyli: można nie wiedzieć nic i coś z książki wyciągnąć, albo można wiedzieć dużo i znaczeń wyciągnąć zdecydowanie więcej.
    Oto garść spoilerów, które przydadzą się w lekturze tej powieści. To tylko moje, osobiste przekonanie, że warto wiedzieć, znać kilka faktów i postaci, by lektura smakowała lepiej.

Ambrose Bierce
    Stary gringo nazywa się Ambrose Bierce, ale dowiadujemy się tego dopiero na ostatnich kartach powieści. Przez cały czas konsekwentnie nazywany jest gringo (pogardliwe określenie białego człowieka), starym gringo, bądź „białym generałem” (trochę ironicznie - był majorem w armii amerykańskiej i wojskowym kartografem). Nie zdradzam tu jakichś strasznych tajemnic – autor konsekwentnie wspomina, że stary gringo był autorem opowiadania „Jeździec na niebie”, które mówi o ojcobójstwie wynikającym z prawa wojennego.
    Był pisarzem piszącym też opowiadania grozy. On wymyślił pierwszą Carcossę (druga wywodzi się od R. W. Chambersa; ta, którą znasz może z serialu „True Detectives” z HBO jest połączeniem obu) oraz boga Hastura, którego łyknął potem Lovecraft a jego akolici postawili znak równości między pasterskim bożkiem Hasturem a chambersowskim „Królem w Żółci” (którego dla odmiany możesz znać z serialu „True Detectives” HBO).
    Był też dziennikarzem w imperium William Randolpha Hearsta.
   A. Bierce zginął w czasie rewolucji meksykańskiej, nie wiadomo jak i gdzie. Legenda głosi, że został rozstrzelany na cmentarzu w Sierra Mojada w Meksyku. Tę legendę wykorzystuje C. Fuentes.

„Jeździec na niebie”
    To opowiadanie o ojcobójstwie. O wyższości decyzyjnej obowiązku wojskowego nad więzami krwi. Ale i o ojcobójstwie archetypicznym. Edypie i Zeusie. Nie, Bierce nie pisze tego wprost. To trzeba samemu dostrzec. Jak mawia profesor U. Eco: tekst jest leniwą maszyną.
    Młody Carter Druse wywodzący się z ziemiaństwa zachodniej Wirginii komunikuje ojcu, że wstępuje do armii Unii w czasie Wojny Secesyjnej. Ojciec, którego sympatie zdecydowanie lokują się po stronie Konfederatów, nie powstrzymuje go, lecz kwaśno komentuje jego wybór mówi tylko: „Cokolwiek się zdarzy, rób, co uważasz za swój obowiązek”.
    W czasie, w którym dzieje się fabuła, Carter Druse jest odpowiedzialny za ochronę pięciu pułków piechoty, które przechodzą przez niezwykle niebezpieczny odcinek, by zająć stanowiska do ataku. Odkrycie ich na tym odcinku (w dolinie o stromych zboczach i wąskich drogach wejścia i wyjścia) zakończyłoby się katastrofą. I oto Carter Druse spostrzega konfederackiego oficera, który lustruje dolinę. Musi go zabić. Strzela. Jeździec spada w przepaść na koniu, jakby wykonywał wielki skok w nieskończoność. Wojska Unii są bezpieczne. Carter Druse zabił swojego ojca.

Jeździec w Meksyku.
Mamy też i synobójstwo, czyli ojcobójstwo au rebours:

- To był dzielny człowiek, prawda? Dzielny gringo. Opowiadano mi o jego bohaterskich czynach. I został rozstrzelany od przodu, nie trafiony zza węgła jak tchórz, bo nim nie był, prawda, Tomas Arroyo?
- Tak, generale. Gringo był bardzo dzielny.
- No więc, Tomas, dobij go. Wiesz, jesteś jakby moim synem. Zrób to przyzwoicie. Wszystko trzeba robić przyzwoicie. (…)
C. Fuentes „Stary gringo”

Chwilę później, gdy Arroyo stoi przy zwłokach starego gringo, by je „dobić”, Pancho Villa wydaje rozkaz, by oddać do niego salwę...

„Obywatel Kane”
   Jeden z najlepszych filmów w historii kina, „Obywatel Kane” Orsona Wellesa jest parafrazą biografii Williama R. Hearsta. Mieli z tego powodu kłopoty: zarówno film w dystrybucji, jak i Welles jako jego twórca. Warto znać film, żeby zrozumieć to co stary gringo czuje wobec swego dawnego suwerena i w obliczu czego staje Harriet Winslow. Ale jeśli się filmu nie widziało i nie zamierza oglądać, to ważny jest jeden cytat, scena przy śniadaniu z żoną, gdy Charles Foster Kane komunikuje jej bodajże swoją decyzję o rozwodzie:

- Charles, ludzie pomyślą...
- … To co im każę!
„Obywatel Kane”
 
Gazety Hearsta jako pierwsze na taką skalę dyktowały ludziom, co mają myśleć. Dyktował ludziom co mają myśleć generał Tomas Arroyo, dlatego nie mógł znieść, że Harriet Winslow postanowiła uczyć jego ludzi.
   Moc mediów doskonale rozumie Pancho Villa:

Amerykaninowi Walshowi, który obsługiwał kamerę, obiecał:
- Niech się pan nie przejmuje, don Raul. Jeżeli pan uważa, że światło o czwartej rano nie służy pańskiemu aparacikowi, to nie szkodzi. Będziemy rozstrzeliwywali o szóstej.
C. Fuentes „Stary gringo”

Doskonale rozumie. Dlatego gdy dowiaduje się, że stary gringo został zabity przez generała Arroyo kilkoma strzałami w plecy i pochowany na pustyni, a teraz ktoś żąda wydania jego ciała i odesłania do Stanów, wie, że trzeba coś z tym fantem zrobić: każe ekshumować ciało i rozstrzeliwywuje je na cmentarzu, nocą w tajemnicy. Jest tylko on, pluton egzekucyjny i generał Arroyo. Przynajmniej na początku.
    Villa wie, ile szkody może wyrządzić martwy Amerykanin:

- Co zrobimy z ciałem generale? - zapytał dowódca plutonu.
- Wyślemy je tym, którzy się o nie upominają w Stanach Zjednoczonych. Powiemy, że zginął w walce przeciw wojskom federalnym, że go złapali i rozstrzelali.
Villa nie patrzył na Arroya, ale oznajmił, że nie zamierza przewozić zwłok Amerykanów, ponieważ to mogłoby stworzyć Wilsonowi pretekst do uznania Carranzy albo do interwencji z północy przeciwko Villi.
C. Fuentes „Stary gringo”

U C. Fuentesa zwłoki A. Bierce'a jednak trafiają do Stanów, ale nikt o tym nie wie, gdyż H. Winslow przywozi je jako zwłoki swojego ojca.
   Nie tyle kłamie, co uświadamia sobie, że stary gringo został jej przybranym ojcem.






sobota, 1 sierpnia 2015

Good Ole Vampyres – wieczór czwarty: zwykły drapieżnik

Szeroko rozpowszechniony jest pogląd, że po to, by przedłużyć istnienie gatunku, wampiry muszą doprowadzić w jakiś sposób do tego, by człowiek skosztował ich krwi; potem, gdy człowiek taki umrze, zmartwychwstanie już jako wampir. Tego typu przekonanie należy określić jako czysty przesąd. Ci, którzy umierają w wyniku jednorazowej napaści czy też długotrwałej „eksploatacji” przez wampiry, pozostają już martwi, a poza tym wampiry to ssaki – dosyć specyficznego rodzaju, rzecz jasna – i rodzą się nie inaczej tylko właśnie jak ssaki.
B. Leman „Pielgrzymka Clifforda M.”

Swego czasu w „Nowej Fantastyce”, bodajże Konrad Lewandowski, opublikował cykl artykułów na styku fantastyki i nauki pod wspólnym tytułem „Alternatywy ewolucji”. Taka zabawa w „co by było gdyby”. Na przykład, gdyby owady nie były w swych rozmiarach ograniczone niewydolnym mechanizmem oddychania poprzez dyfuzję stężeniową (upraszczam, mechanizm ten jest bardzo wydolny, ale do pewnego, progowego rozmiaru ciała). Co by wtedy było? No pewnie nie byłoby nas, bo z chrząszczem wielkości psa nikt by sobie rady nie dał – homo sapiens nie zdążyłby wymyślić niezbędnych mu do walki narzędzi, nim by go eksterminowały gigantyczne mrówki, chrząszcze i co większe muchy. Jednym z takich analizowanych scenariuszy alternatywnych (prócz tych megaowadów) był wariant człowieka drapieżnego. Co by było gdyby człowiek miał kły i pazury? Do tego refleks, szybkość i wyostrzone zmysły drapieżnika? Nie traciłby czasu na wymyślanie narzędzi do walki. Nie potrzebowałby ognia (za drapieżnością szła by w zestawie specyficzna budowa układu pokarmowego). Zająłby się czymś innym. Na przykład – rozwijał sztukę i religię. To jeden z wariantów.
    Bob Leman w „Pielgrzymce Clifforda M.” (też swego czasu publikowanej na łamach starszej jeszcze „Fantastyki”) przedstawia inną wizję. Nie wiem dla kogo bardziej koszmarną – dla ludzi, czy też dla żyjących obok nich wampirów.
   Wampir u niego jest ssakiem. Samica w miocie rodzi od ośmiu do dwunastu szczeniąt i w związku z tym ma adekwatną liczbę sutków (czy widział ktoś dorosłego wampira bez ubrania? ja też nie). Cały cykl rozwojowy wampirów jest niezwykle długi: ciąża trwa prawdopodobnie dziesięć lat, zaś młode karmione są mlekiem przez dwa lata, w czasie których samica karmiona jest wyłącznie ludzką krwią przynoszoną przez samca. Gdy małe zostają odstawione od piersi, dobrze, by na podorędziu znajdował się nieprzytomny człowiek, by mogły od razu posmakować świeżej krwi. Młode są pokryte czarną, gęstą sierścią do osiągnięcia wieku lat około piętnastu. Trzeba przyznać, że wtedy są wielkością i posturą podobne dzieciom pięcioletnim. Stad wampiry wydają się nieśmiertelne, gdyż w wieku stu lat są żwawi niczym trzydziestolatkowie. Autor dalej opisuje zwyczaje wampirów językiem publikacji popularnonaukowej, tak, że podświadomie oczekiwałem, iż ostatnie zdanie brzmieć będzie: „czytała Krystyna Czubówna”. Ale po kilku stronach głos narratora zmienia się na Bogusława Wołoszańskiego i oto stajemy przed zagadką tytułowego bohatera, którego koleje losu narrator próbuje zrekonstruować na podstawie skąpych źródeł.
   Clifford M. jest Tarzanem czy też Mowglim au rebour. Na znajdujące się w jaskini gniazdo wampirów przypadkiem trafia młody chłopak w czasie polowania. Zabija większość szczeniąt, a jedno, które wpiło mu się kłami w podeszwę buta, zabiera do domu i trzyma w klatce. Stworzenie (bardziej małpie jeszcze podobne niż człowiekowi) ucieka jednakowoż po kilku latach, by znów wpaść w ręce ludzi po siedmiu kolejnych latach. Tym razem już wygląda na człowieka na tyle, że miejscowy pastor bierze „dzikiego chłopca” na wychowanie i zauważa w nim niepospolitą inteligencję. Gdy znów ucieka (a każda jego ucieczka zaczyna się od osuszonych zwłok aktualnego opiekuna), odnajduje się na... Harvardzie. Narrator przypuszcza, że musiał uczęszczać tam na zajęcia, skoro uzyskał dyplom. Źródła także świadczą o tym, że jego przychodząc na uniwersytet miał już rekomendacje pewnych kręgów socjety. Po osiągnięciu dojrzałości płciowej wampiry nabywają szczególnej cechy, jaką jest zapadanie w niekontrolowaną śpiączkę o wschodzie słońca i pozostawanie w tym stanie do zmierzchu. Dlatego Clifford M. musiał zrezygnować z posady maklera giełdowego, lecz jako inwestor nadal odnosił sukcesy pracując nocami. Proszę, zapamiętaj to, gdy będę opowiadał o wampirach u Petera Wattsa.
   Już jako człowiek majętny wycofał się z życia i zajął się poszukiwaniami wampirów. Domyślał się, czuł już kim jest. Fakt, że przez różnice anatomiczne nie mógł uprawiać seksu z kobietami także był oczywistym dowodem na to, że nie był człowiekiem. Postanowił szukać swoich. Mowgli postanowił wrócić do wsi.
   Ale wampiry „naturalne”, mimo iż nie tak oczytane jak Clifford, ukrywały się dosyć dobrze. A w tym czasie trójka pewnych ludzi domyśliła się działania wampirów w pewnym rejonie Apallachów. Przybywają na miejsce i zastają tam Clifforda M., który się do nich przyłącza. W tym miejscu narracja przestaje mieć formę gawędy, czy też wykładu, a wpada w normalne tory opowieści przetykanej dialogami. I widzimy tę zimną kalkulację wampira, który pod płaszczykiem poszukiwań wampirów przyjmuje swoich potencjalnych oprawców pod dach i przez kilka tygodni ramię w ramię (oni w dzień, on w nocy), szukają w okolicy krwiopijców. Jest na tyle przebiegły, że ekipa poszukiwaczy nawet nie próbuje się zastanawiać, dlaczego ich gospodarz i „towarzysz broni” przesypia całe dnie i nie śpi po nocach.
   Tymczasem Clifford znajduje gniazdo wampirów. Są starzy. Mają chyba po trzysta lat, choć ciała ich są jeszcze sprawne. Natomiast nie ma możliwości nawiązania z nimi kontaktu. Słabo mówią po angielsku (wampiry mają swój język, lecz Clifford go nie zna), ich potrzeby są prymitywne, umysły – zdegenerowane, kontakt seksualny (Clifford zobaczył spółkującą parę) – odstręczający. Na domiar złego istnieje duże prawdopodobieństwo, że odnalazł swoich rodziców. Tego było już zbyt wiele. Clifford wraca do domu, zostawia list opisujący położenie kryjówki wampirów i ubrany w smoking dołącza do nich w gnieździe, by razem z nimi umrzeć z rąk swoich gości.
   Nie będąc człowiekiem i nie mogąc być wampirem staje wobec ostatecznej, hamletowskiej alternatywy i wybiera „nie być”.
   Światło słońca niszczy tkankę wampirów, kołek zabija. Po wbiciu kołka ciało wampirów zamienia się w proch. Reszta jest milczeniem.

Zdziwi was zapewne mój strój. Szczerze mówiąc, ja także nie bardzo wiem, co o tym myśleć. Przypuszczam, iż jest to ostatnia próba udowodnienia, że chociaż jestem jednym z tych odrażających stworzeń, to jednocześnie jestem jednak inny – i lepszy. Bez wątpienia jest również coś zabawnego w myśli, że gdy poczuję wbijający mi się w serce drewniany kołek, będę ubrany dokładnie tak, jak sam baron Dracula. Chociaż chyba ta analiza nie ma żadnego sensu. Nigdy jeszcze nie słyszałem o wampirze, który potrafiłby ocenić i docenić zabawność jakiejkolwiek sytuacji; (…)
(fragment listu pożegnalnego odnalezionego po śmierci Clifforda M.)
B. Leman „Pielgrzymka Clifforda M.”

sobota, 25 lipca 2015

Good Ole Vampyres – wieczór trzeci: dewampiryzacja według Lumleya

Gdy znamy genezę i przebieg choroby, przejdźmy do jej leczenia. Jak wampira utłuc?
    Samo zabijanie wampirów mogłoby stanowić odrębną gałąź wiedzy. Sposobów na pozbywanie się wampirów od Juraty po Sołuń jest setki. W cyklu „Nekroskop” możemy dowiedzieć się precyzyjnie czym się pozbywać klienta i dlaczego.
   Po pierwsze – kołek.
   Kołek wbity w serce nie zabija ani wapira-pasożyta, ani nosiciela, ale unieruchamia pasożyta. To dość ważne. Bez unieruchomienia nie będziemy mogli wykonać następnego kroku. No chyba, że wykorzystujemy ogień lub światło. Ale wtedy też zdecydowanie lepiej, gdy wampir się nam nie rusza.
   Kołek musi być z drewna. Chyba autor nie posunął się do analizy dlaczego właśnie drewno, a nie na przykład obsydian (jak przeciwko Innym z „Pieśni Lodu i Ognia”), ale dokładnie opisał, jak wampir radzi sobie z metalem:

Strzęp nie był większy od szczenięcia, ale miał ohydny kolor i kształty rodem z koszmarnego snu. Właściwie, nie kształty, a ich potworne zarysy. Mógł być ślimakiem, płodem, jakimś dziwacznym smokiem. Wił się w świetle, wysuwając ruchliwe palce i jedno oko. Potem pojawiła się paszcza o krzywych, ostrych ząbkach. Oko było miękkie i wilgotne od śluzu. Rozglądało się, a paszcza kłapała.
(…)
Vrykoulakas, vrykoulakas! — rozwrzeszczeli się greccy kapłani. Mimo iż zaledwie garstka wiedziała, co znaczy to słowo, w sali zapanował wściekły popłoch. Kobiety wrzeszczały, mdlały, wszyscy uciekali od wielkiego stołu, goście tłoczyli się przy drzwiach. Przyznać jednak należało, że Grecy wiedzieli, co trzeba robić. Jeden z nich złapał za sztylet i przygwoździł potwora do stołu. Ten natychmiast spłynął z ostrza jak woda. Kapłan przybił go po raz wtóry.
Przynieście ogień, spalcie to! — krzyczał.
B. Lumley „Nekroskop 2: Wampiry”

Ogień jest najważniejszy.
   Ogień jest tu zawsze na końcu procedury. Ale warto wcześniej wampira, między unieruchomieniem a spaleniem, pociąć na kawałki. Najlepiej zaczynając od odcięcia głowy. Nawet nienaturalna moc regeneracji wampira nie pomoże w wyhodowaniu nowej głowy do czasu spalenia.
    Pamiętaj zatem: drewniany kołek w sercu unieruchamia pasożyta, odcięcie głowy neutralizuje nosiciela. Potem palimy. Jak najszybciej.
    Krzyż.
   Krzyż nie działa u Lumleya. I to już od pierwszego tomu zostało wytłumaczone przez pewne zaszłości historyczne i animozje sięgające którejś krucjaty. Krzyż nie jest dla wampira symbolem potęgi, lecz raczej wspomnieniem focha. Ale za to dosyć konkretnie działa imię Yog-Sothotha opakowane w bełkotliwe zaklęcia. Więc nie jest tak, że świat wampirów jest oderwany od jakiejkolwiek religii, czy mitologii.
   Czosnek. I od razu srebro.
   Zajrzyjmy do źródła:

Więcej okoliczności sprzyjało Lardisowi. Na przykład, wampiry śmiertelnie bały się srebra. Działało ono na ich organizm podobnie jak ołów na ludzki. Lardis odkrył u zachodnich podnóży niewielkie złoża tego rzadkiego metalu. Groty strzał łuczników kazał pokryć jego cienką warstwą. Poza tym, cała broń, którą mieli do dyspozycji posmarowana była sokiem z czosnku. Jego woń mogła na wiele godzin sparaliżować wampira. Powodowała nie kończące się torsje i rozstrój nerwowy, trwający nawet kilka dni.
B. Lumley „Nekroskop 3: Źródło”

Pominę to jak sobie wyobraża autor wpływ ołowiu na organizm ludzki. Zasadniczo nie powoduje on gwałtownych objawów, chyba, że dozowany jest w kilkugramowych porcjach miotanych za pomocą broni palnej, ale wtedy konsekwencje są raczej urazowe, mechaniczne, niż biochemiczne.
   Reasumując: lumleyowskie wampiry są ze swej natury paradoksalnie podobne kreaturze Frankensteina. Nie dlatego, że są sztucznie wyhodowane, bynajmniej. Dlatego, że pomijając marginalne znaczenie inwokacji do Yog-Sothotha, wampiry są w pełni wytłumaczalne biologicznie i fizycznie. Nie są nadprzyrodzone, tak jak nie jest nadprzyrodzony stwór Victora Frankensteina. Są po prostu innymi zwierzętami. Ba, jeśli wziąć pod uwagę ich bagienny rodowód ze Świata Za Bramą, moglibyśmy nawet zaliczyć je do... kosmitów.

piątek, 17 lipca 2015

Good Ole Vampyres – wieczór drugi: pasożyt

Czy można potraktować wampira jako tasiemca?
    Choć trzeba przyznać, że częściej – przynajmniej w pierwszej powieści cyklu – autor porównuje wampira do monstrualnej pchły. Ale chodzi mu o porównanie zachowań, pchlego i wampirycznego łaknienia krwi.
    Mowa o cyklu „Nekroskop”, pióra Briana Lumleya, jednego z bardziej płodnych autorów horroru u schyłku XX wieku. Cykl „Nekroskop” obejmuje siedemnaście powieści podzielonych na podcykle o dość nierównym poziomie wykonania. Co do jednego wszyscy się zgadzają: najlepszy jest pierwszy podcykl, określony nazwą główną, czyli „Nekroskop”. Od pierwszego tomu obserwujemy zmagania tytułowego nekroskopa, Harrego Keogha, z wampirami, które to zmagania nabierają rozmachu z każdym kolejnym tomem. Zaczyna się od konfrontacji z młodym, świeżo zwampirzonym rumuńskim (wołoskim, jak zwykł sam siebie nazywać) nekromantą na usługach KGB, a potem napięcie wzrasta, by w trzecim tomie odsłonić bramę do świata, w którym władają wampiry i przez którą to bramę... wyrzucają do naszego świata banitów. I tu dopiero akcja się rozkręca. W piątym tomie, gdy sam Harry jest już kimś innym niż w pierwszej powieści, a jego rodzina jest też na swój sposób odmieniona, spotykamy za to taką postać, przy której cała wampirza oligarchia Świata Za Bramą jest stadkiem sfrustrowanych, lecz w gruncie rzeczy niewinnych, nastolatek. I mimo wszystko wydaje się, że autor panuje nad tą rozwijającą się spiralą koszmaru, gdyż za drugą lekturą cyklu natknąłem się w pierwszej powieści na jedno zdanie zapowiadające to spotkanie z piątej części. Ale dopiero znając powieść „Roznosiciel”, zorientowałem się jak daleko Lumley projektował swój cykl.
   Jakby na boku winienem jest objaśnienie tytułu. Otóż nekroskopem autor nazywa osobę, która rozmawia ze zmarłymi. Zmarli przypominają nieco czeredkę poczciwych duchów z „Rodziny Addamsów”, z tym, że nie śmieszą, lecz stanowić mogą śmiertelne niebezpieczeństwo dla tych spośród żywych, których nie lubią. Lub którzy nie lubią Harrygo Keogha - pierwszego człowieka w historii rozmawiającego ze zmarłymi jak z przyjaciółmi. W pierwszej powieści jest postawiony w opozycji do nekromanty, jako postaci, która przemocą wydziera wiedzę z wnętrzności zwłok, co sami zmarli odczuwają jako połączenie gwałtu i rozboju.
    Ale – do wampirów.
   Wampiry są u Lumleya pasożytami pokrewnymi pijawkom, które pędząc podły i prymitywny żywot w bagnach Świata Za Bramą łączą się ze swymi nosicielami zwiększając ich siłę, kondycję, długowieczność, żądze i wyposażając w poboczne zdolności, jak hipnoza, czy panowanie nad kształtem ciała. Nie bez znaczenia jest fakt, że pasożyt umożliwia niemal nieograniczone możliwości regeneracyjne. To, co my rozumiemy pod pojęciem wampir, to człowiek będący nosicielem. Sam wampir, pasożyt, mieszka wewnątrz organizmu ludzkiego rozrastając się w nim niczym grzyb. Czasami go widać, zwłaszcza, gdy ciało nosiciela zostaje zniszczone, lub silnie uszkodzone. Tak jak to wynika z opowieści Ladislau Giresci, który obecny był przy śmierci Faethora Ferenczy w czasie bombardowania podczas drugiej wojny światowej:

Powiedziałem, że dojrzałem coś we wnętrzu ciała tego człowieka. Rzeczywiście! Przez chwilę mignęło mi to... Myślałem, że wzrok nie zawodzi. Zresztą — zobaczyliśmy się nawzajem jednocześnie. Wtedy, to coś zaczęło się kurczyć i znikać wśród wnętrzności. A może... po prostu, wyobraźnia podsunęła mi ten obraz. Wtedy pomyślałem, że dojrzałem jakby ośmiornicę o wielu ruchliwych mackach. Ale dlaczego te macki były większe od normalnych ludzkich organów. To była wielka wić, oplatająca mięsień serca!
(…)
Pamiętasz, przyłożyłem marynarkę od odkrytych wnętrzności. Niewidzialna siła ujęła ją od dołu, rozerwała i rzuciła w dwóch płatach pod sufit. A potem, drgająca, dzika oślizgła macka — obrzydliwe cielsko wypełzło z brzucha. Miotała się, szarpała w potwornym bólu, szukając czegoś.
Sunęła po podłodze, dokładnie sprawdzając płonący pokój. Wskoczyłem na krzesło i przykucnąłem na nim przykuty strachem. Widziałem, jak gniją resztki korpusu, sypią się kości — pozostał tylko pył. Macka stała się ociężała, wróciła do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą leżało ciało, do prochu, do pyłu.
B. Lumley „Nekroskop”

Jeszcze bardziej widowiskowa jest „pierwsza” śmierć Borysa Dragosani:

Dragosani umierał.
Szyja pogrubiła się, szarą twarz oblała purpura i błękit: Wampir wycofał się z mózgu, uciekał z wewnętrznych organów, odrywał się od nerwów. Przybrał kształt pijawki, przebijając się w górę, do gardła, wypłynął ustami Dragosaniego z krwią i śluzem. Nekromanta wypluł stworzenie na piersi, wielka pijawka zwinęła się, płaska głowa zakołysała się jak u kobry. Purpura krwi byłego żywiciela ściekała na podłogę.
B. Lumley „Nekroskop”

A jak można wampirem zostać? Przez ukąszenie? No nie do końca. Główny mechanizm jest precyzyjny: każdy wampir ma jedno jajo, które może przekazać temu potencjalnemu nosicielowi, który okaże się go szczególnie „godny”. Jajo jest opalizującą kulką o średnicy około centymetra, która przez skórę na karku wnika najpierw do rdzenia kręgowego, a potem rozprzestrzenia się po organizmie. Ktoś powie, że to dosyć kiepska strategia rozmnażania, gdy jeden przedstawiciel gatunku może go przedłużyć tylko o jednego kolejnego przedstawiciela. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że obdarzony nieśmiertelnością drapieżnik nie może mnożyć się bez opamiętania, gdyż naruszy równowagę biologiczną. Jest jeszcze jedno ale. Czasami zdarzają się wampiry... samice. No a te nie dysponują pojedynczym jajem. No i jeszcze mamy takich quasiwampirów, jak Julian Bodescu, który nie będąc wampirem „jajecznym”, lecz wampirzejąc przez dotyk pasożyta w okresie prenatalnym, miał zdolności takie same jak wampiry właściwe.
    Cały cykl życia wampirów i meandry jego atypowości, wyjątków i quasiwampirzenia jest u Lumleya dość dobrze przemyślany i nie zostaje wylany na głowę czytelnika w jednym wykładzie, lecz stopniowo jest odkrywany, niczym poprzez podnoszenie upiornej kurtyny.
   No dobrze, to przejdźmy do konkretu. Jak się wampira pozbyć? Kołek? Krzyż? Czosnek? Tu też autor ma bardzo skonkretyzowane, biologiczne i fizyczne mechanizmy wampirocydu. Opowiem o nich w następnym odcinku.