sobota, 3 stycznia 2015

Król Narcyzów do siebie mrugnął

Stephen King wydał w roku 1977 powieść „Lśnienie”. Chciałbym nie być zmuszanym do opowiadania o fabule tego utworu, gdyż nie ma ona tu najmniejszego znaczenia. Dość powiedzieć, że w roku 1980 Stanley Kubrick wziął ją na warsztat i uczynił z niej (przy wydatnej pomocy Jacka Nicholsona, który właściwie nie zrobił nic nadzwyczajnego, tylko odpowiednio wyglądał) małe arcydziełko filmowe zbudowane z grozy, braku wyczucia granic rzeczywistości i maligny oraz z doskonałego oddania atmosfery izolacji. Trzeba jednakże też przyznać, że udało się to Kubrickowi głównie dlatego, że nie trzymał się książki w większości momentów.
    Najwidoczniej nie zadowoliło to autora, który postanowił sam napisać scenariusz na podstawie własnej książki. Film tak długi, że podzielony na miniserial, ujrzał światło dzienne w roku 1997, dwie dekady po Kubricku. O tej ekranizacji mogę rzec tyle co pan Dibley z „Latającego Cyrku Monty Pythona” o „Oknie na podwórze” Hitchcocka: że rozciągnął akcję na ponad godzinę i stracił całe napięcie (na marginesie: „Okno na podwórze” imć pana Dibleya trwało wszystkiego piętnaście sekund). Nie pomogło też, że Steve Weber, kojarzący się uparcie z gamoniowatym pilotem z serialu „Skrzydła” i ciapowatym Jonathanem Harkerem z „Dracula: wampiry bez zębów” Mela Brooksa, miał zastąpić psychopatycznie rozczochranego i wyszczerzonego Jacka Nicholsona. Ale pozostawmy to z boku.
    Autor jednak docenił kubrickowską ekranizację, gdyż w roku 1987 ukazuje się drugi tom serii „Mroczna Wieża” pt. „Powołanie Trójki”. I tam znajdujemy taki ustęp:

Znowu przypomniało mu się „Lśnienie”, na którym pokazano, co widział chłopczyk, gdy jechał na trzykołowym rowerku po korytarzach nawiedzonego hotelu. Pamiętał, że w jednym z tych korytarzy chłopiec spotkał martwe bliźnięta. To przejście kończyły bardzo prozaicznie białe drzwi.
S. King „Powołanie Trójki”

Mógł przebierać w tysiącach filmów, w których znalazłoby się dziesiątki ujęć z jadącej kamery, które nadawałyby „pierwszoosobową narrację obrazu”, ale wybrał właśnie nielubianą ekranizację własnej książki. Cóż za gest!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz