sobota, 21 lutego 2015

Prawdziwy opis wypadku z czytnikiem e-booków


Naród nasz ma pewną cechę, która nakazuje mu walczyć o wszystko i ze wszystkimi. Nie interesuje nas budowanie wielkich katedr, ale szarże na armatnie baterie. A gdy nie ma się z kim bić, bijemy się między sobą. O wszystko. O miedzę, o poglądy polityczne i drużyny piłki kopanej. A nawet o książki, mimo że w czytelniczych rankingach walczymy o końcowe pozycje za konkurentów mając Rumunię i Albanię.
    Ostatnio miałem okazję „na żywo” uczestniczyć w wymianie poglądów dotyczącejczytników e-booków. I chciałem się w tym miejscu podzielić moimi spostrzeżeniami, w typowo konfliktowym, bokserskim sztafażu.
    W niebieskim narożniku: półka książek. 65 woluminów formatu A5 o wadze 21 kg. Zasięg półki: 120 cm. W czerwonym narożniku: czytnik e-booków. 4 GB pamięci flash, procesor 1 GHz, 256 MB RAM, 6 cali ekranu z oświetleniem. Załadowany kilkuset dziełami literackimi w kilkunastu językach przez producenta, a jeszcze moich znalazło się tam kilkadziesiąt. Waga: 200 g. Bateria, która starczy na przeczytanie kilkudziesięciu książek, nim trzeba będzie ją naładować.
   Patrząc na przełożenie parametrów: liczba książek na gram obiektu oraz brak konieczności zewnętrznego oświetlenia, czytnik miażdży przeciwnika. Ale na tym polega piękno tego sportu, jakim jest stosowanie urządzeń technicznych w życiu, że nigdy nie należy skreślać underdoga.
   Oto, po dwóch tygodniach użytkowania i zachwytu, przyszedł dzień, gdy między dwudziestą a dwudziestą pierwszą stroną „Don Kichtota” na ekranie pojawiły się jakieś linie. „No nic”, pomyślałem, „co pięć stron odświeżany jest ekran, może minie”. A musicie wiedzieć, że ekrany e-ink czytników nie są wyświetlaczami, lecz ustrojstwem, które korzysta z zasilania jedynie po to, by zmienić kolor punktu (czarny lub perłowo-biały). Dlatego ich bateria tyle wytrzymuje: nie emituje światła, lecz przestawia tylko kolor punktu. W efekcie, po wyłączeniu zasilania, ekran może nadal coś tam pokazywać. No i rozsypało się ze szczętem. Dziwne, poszatkowane linie zajęły cały ekran, wyłączanie i resety - nic nie pomagało. Czytnik reagował na zasilanie zewnętrzne i na podłączanie komputera zmieniając deseń szumiastych linii. Koniec czytania. Nokaut.
   Zawodnik w niebieskim narożniku podniósł triumfująco rękawicę. W jednej sekundzie, przy przewijaniu stron, straciłem możliwość czytania kilkuset książek. A półka, jak wisiała, tak wisi.
   Czy to oznacza, że stanąłem całkowicie po stronie analogowych książek? Nie. Gdybym wybierał się na wakacje samolotem, a limit na bagaż wynosiłby 20 kg na osobę, to czytnik byłby zwycięzcą w pierwszej rundzie, gdy zwrócimy uwagę na jego możliwości i pomijalną wagę. A każdą książkę musiałbym ważyć i przekładać na niezabrane ubrania.
   Co lepiej zatem mieć: książki papierowe, czy czytnik? Odpowiedź brzmi: jedno i drugie. Każde z nich ma swoją domenę w której bije drugie na głowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz