niedziela, 19 kwietnia 2015

Adynatochromatyka - nauka o kolorach niemożliwych

„Pisanie o muzyce to jak tańczenie o architekturze” – to głównie dlatego jeszcze nie rozpocząłem pisania bloga muzycznego, którego miałem już rok temu założyć. Ale pisanie o muzyce jest niewiele mniej skomplikowane od pisania o kolorach.
   Jak opisać kolor?
   Zacząć należy od L. Wittgensteina, gdyż i on od kolorów zaczynał. „Dociekania filozoficzne” uważam za podstawową książkę, którą winni znać wszyscy specjaliści od komunikacji, począwszy od „pijarowców”, przez dziennikarzy, krytyków literackich, do samych pisarzy. Przyda się także nauczycielom. Podstawową, nie znaczy pierwszą, gdyż wujek Ludek, pisał językiem trudnym i zwięzłym, o rzeczach ważnych, i nieuważne pominięcie jednego akapitu może łacno wykoleić zrozumienie lektury. Ale do ad remu, jak mawiał kolega Gienek. Wittgenstein już na początku swego dzieła zaczyna od mowy o kolorach:

Pomyśl więc o takim oto użyciu języka: wysyłam kogoś po zakupy. Daję mu kartkę, na której znajdują się znaki: „pięć czerwonych jabłek". Ów ktoś niesie kartkę do sprzedawcy, ten otwiera skrzynię ze znakiem „jabłka", następnie odnajduje w tabeli wyraz „czerwone" ze znajdującą się obok niego próbką koloru, wreszcie wypowiada ciąg liczebników głównych — przyjmuję, że zna je na pamięć — aż do słowa „pięć", przy każdym liczebniku wyjmując ze skrzyni po jednym jabłku w kolorze próbki. Tak, i podobnie, operuje się słowami. „Skąd on jednak wie, gdzie i jak szukać winien wyrazu 'czerwone' i co począć z wyrazem 'pięć'?" Cóż, przyjmuję, że działa on tak, jak to opisałem. Objaśnienia mają gdzieś swój kres. — Ale co jest znaczeniem wyrazu „pięć"?
L. Wittgenstein „Dociekania filozoficzne”

Nie mogłem się powstrzymać przed zacytowaniem całości, ten akapit jest dla mnie Bereszit bara Elohim filozofii języka. Ale zwróć, proszę, uwagę na sposób odczytania koloru. Czytelnik porównuje go do wzornika znanych mu kolorów. Wie, że słowo czerwony odpowiada temu zakresowi kolorów, który ma krew, płatki róż, płatki maków, czy zachodzące w wyżowym powietrzu słońce. Dogadujemy się, gdyż wszyscy rodzice pokazywali swoim dzieciom różne przedmioty i mówili na nie „czerwone”, a my je katalogowaliśmy. Wiedzieliśmy, że ich wspólną cechą jest zbliżona barwa. Oczywiście sam kolor nie zawsze precyzyjnie odzwierciedli o co nam chodzi, dlatego wymyślono odcienie. Różowy, pąsowy, amarantowy, purpurowy. Mężczyzną będąc klasyfikuję kolory w trzy grupy podstawowe, których nazw tu nie przytoczę z uwagi na to, że czytują mnie damy. Dla porozumienia się z płcią piękną udaje mi się jako tako posługiwać kilkunastoma najpopularniejszymi odcieniami. Ale wciąż nie wiem czym, do jasnej Anielki, jest fuksja, a dynia i łosoś są dla mnie nazwami jedzenia, a nie farby na ścianę. Howgh.
   Jeśli czytając powyższy akapit przez myśl przeszło Ci choć kilka barwnych plam, wiesz już jak działa język w kontekście przekazywania wyobrażenia koloru. Mówię „pąsowy” i już widzisz kolor dojrzałej piwonii. No dobrze, właśnie przeczytałem, że piwonie są i białe, przez różowe i pąsowe do kasztanowych. Nie mamy dziś lekko. Muszę założyć, że wiesz o jaki kolor chodzi. To niedogodność języka. Mówienie o kolorach staje się również tańczeniem o architekturze. A co najmniej o budowie mostów.
    Ale jest i plus języka.
   Podobno niemożliwe jest wymyślenie nowego koloru. Co do zasady, z biologicznego i fizycznego punktu widzenia jest to słuszne. Widzimy wszystko co mieści się w zakresie fal elektromagnetycznych od długości 380-780 nm (mniej więcej) i już. Można naginać pewne zjawiska, by np. wydłużyć okres fal pasma nadfioletowego, by „ściągnąć” je w pasmo widzialnych fioletów i wtedy np. oglądać płatki kwiatów, które wydają się nam białe w słońcu. Nagle nabierają niezwykłych barw, ale są to barwy nam znane – po prostu „nasz” fiolet.
   Tymczasem ciekawostką jest język, w którym możemy się umówić, że coś w opowieści jest w kolorze niespotykanym w naturze. Język ma tę cechę, że można opisać coś poprzez wskazanie „tego tu nie ma”. Najlepszym przykładem jest pojęcie Bóg. Już św. Tomasz Akwinata stwierdził, że możemy o Bogu mówić, ale nie możemy go zdefiniować. Zamknąć go w słowach i w pojmowaniu. Możemy tylko wskazywać na niego.
    No dobrze, ale jak ten nowy kolor można opisać? Można nazwać coś sinokoperkowym różem, lub powiedzieć, że to taki kolor jak ta białozłota-lub-czarnoniebieska sukienka. Ale tak naprawdę znów posługujemy się wittgensteinowskimi wzornikami, tyle, że wylaliśmy je odbiorcy na głowę. Ale można powiedzieć jak w Upaniszadzie: neti neti. Ani to, ani tamto.
   Na przykład tak:
(…) Tym razem zatopili dłuto głębiej, a wtedy przekonali się, że jądro tej bryły nie jest jednolite.
Odsłonili coś, co zdawało się być boczną ścianą dużej kuli osadzonej wewnątrz masy. Jej kolor, przypominający kręgi w dziwnym spektrum meteorytu, był prawie nie do opisania; i tylko przez analogię nazwali to kolorem.
(...)
Stephen Rice przejeżdżając rano koło domu Gardnera zauważył, że w błotnistej ziemi koło lasu po drugiej stronie drogi rośnie dzika kapusta. Jeszcze nigdy nie widziano kapusty takich rozmiarów, a jej koloru nie oddałyby żadne słowa.
(...)
A tymczasem snop fosforescencji dobywający się ze studni coraz bardziej jaśniał i napełniał skupionych w gromadkę mężczyzn poczuciem zagłady i potworności, przerastających wszelkie wyobrażenie, do jakiego zdolne były ich umysły. Już nie tylko świecił, ale wytryskał światłem; a kiedy ten bezkształtny strumień nieprawdopodobnego koloru wydostał się ze studni, wszyscy odnieśli wrażenie, że uniósł się prosto w niebo.
H. P. Lovecraft „Kolor z przestworzy”

Karkołomne, ale sugestywne. A w następnym odcinku opowiem o innym pomyśle na nie-kolor.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz