sobota, 25 kwietnia 2015

Adynatochromatyka w radiu Erewań

Znasz zapewne historyjki o błyskotliwych replikach radia Erewań, z których najsłynniejsza brzmi:

Pytanie: Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają Mercedesy?
Odpowiedź: Prawda, ale z małymi poprawkami: nie w Moskwie tylko w Leningradzie, nie Mercedesy tylko rowery i nie rozdają tylko kradną.

Ostatnio przypomniała mi się to, gdy w periodyku „Nowa Fantastyka” z kwietnia 2015 przeczytałem, że opowiadanie „Draństwo” („The Damned Thing”) A. Bierce'a było inspiracją dla „Koloru z przestworzy” H. P. Lovecrafta. Otwarcie powiem: nie wiem, co na ten temat zeznał sam HPL, ale wydaje mi się, że o ile na pewno czytał to opowiadanie, to przypuszczalnie skorzystał z jego inspiracji zupełnie gdzie indziej.
    „Draństwo” jest opowieścią, której właściwym momentem akcji jest pełnienie swych obowiązków przez koronera. Koroner ma ustalić, a ławnicy potwierdzić lub odrzucić, okoliczności śmierci H. Morgana, którego szczątki – nader właściwe słowo – spoczywają na stole przed zebranymi. Tymczasem świadek śmierci opowiada co widział. A widział zgoła niewiele:

Już miałem się odezwać, kiedy spostrzegłem, że dziki owies porusza się w niesamowity wręcz sposób. Wprost nie umiem tego opisać. Przez pola szła szeroka smuga, która przypominałaby wiatr, gdyby owies tylko się przyginał, ale on się kładł wgnieciony w ziemię. Smuga sunęła prosto na nas.
(…) Wyprężył prawe ramię, ale dłoń gdzieś znikła, w każdym razie nie mogłem jej dostrzec, tak jak i lewego ramienia. Chwilami – jak podszeptuje mi pamięć – widziałem go tylko fragmentarycznie, kawałkami, (…)
A. Bierce „Draństwo”

 Coś, co zabiło Morgana, grasowało już od jakiegoś czasu po jego polach. Znał to i bał się tego. Na koniec opowiadania znajduje się fragment dziennika Morgana, który dochodzi do takiej konkluzji dotyczącej braku widzialnej postaci swego prześladowcy:

(...) Fizyk rozszczepiając światło słońca może stwierdzić obecność promieni zwanych nadfiołkowymi. Reprezentują one kolory – samodzielne kolory w kompozycji światła – których nie potrafimy dostrzec. Oko ludzkie jest niedoskonałe, obejmuje ledwie kilka oktaw rzeczywistej skali chromatycznej . Nie dostałem pomieszania zmysłów; istnieją kolory, których nie widzimy.
    I – niech mnie Pan Bóg strzeże – to draństwo jest takiego właśnie koloru!”
A. Bierce „Draństwo”

Jasno napisane jest, czarno na białym – jeśli o kolorach mowa – że potwór, który zabił Morgana był niewidzialny dla ludzkiego oka. Tymczasem, jak już w poprzednim poście pisałem, tajemnicze „coś” u Lovecrafta było jak najbardziej widzialne, choć kolor był słabo opisywalny.
    Jest za to inne opowiadanie Lovecrafta, które może nam przypominać biercowskie „draństwo”:

Mówiący te słowa umilkł, ale już zaczął następny:
- Jeszcze nie ma godziny, jak Zeb Whateley usłyszał telefon. To dzwoniła pani Corey, żona George'a, mieszka przy rozstaju dróg. Powiedziała, że jej chłopak najemny, Luther, właśnie spędzał z pastwiska krowy, po tym, jak uderzył piorun, i on to właśnie zobaczył, że wszystkie drzewa na brzegu wąwozu się pochylają i że śmierdzi tak samo jak w poniedziałek rano, kiedy znalazł ślady. Mówił też, że słyszał jakiś świst i chlupot, ale to nie były odgłosy tratowanych drzew i krzaków, a potem wszystkie drzewa przy drodze zostały odepchnięte i usłyszał ciężkie stąpanie i chlupot błota. Ale Luther niczego nie widział, tylko te stratowane drzewa i krzaki.
    Potem, trochę dalej, tam gdzie Bishop's Brook płynie pod drogą, usłyszał straszne trzeszczenie i skrzypienie mostu, tak jakby rozszczepiało się drzewo. Ale przez cały czas nie widział tej rzeczy, tylko tratowane drzewa. (...)
    Teraz włączył się człowiek, który mówił na początku:
- Ale to jeszcze nic strasznego, to dopiero początek. Zeb, który jest tutaj z nami, zwołał do siebie wszystkich i wszyscy słyszeli, jak zadzwonił Seth Bishop. Jego gospodyni, Sally, szalała z przerażenia, bo widziała, jak przewracają się drzewa przy drodze, i mówiła, że słyszy, jakby po błocie szedł słoń prosto na dom. (…) A potem Sally zaczęła okropnie krzyczeć i wołać, że szopa koło drogi rozpadła się, jakby zdmuchnęła ją burza, tylko że nie było silnego wiatru. Wszystkim prawie dech zaparło. Ale już po chwili Sally krzyknęła, że zawalił się płot, choć nie widać od czego. Po chwili wszyscy usłyszeli krzyk Chaunceya i Setha Bishopa, a Sally zawołała, że coś ciężkiego uderzyło w dom, wcale nie piorun, i że to choć pcha dom, ale nic przez okna nie widać.
H. P. Lovecraft „Koszmar w Dunwich”

No cóż. Jak widać nie w Moskwie, ale w Leningradzie. Nie na farmie Nahuma Gardnera, w małej wiosce na zachód od Arkham, ale w Dunwich, pod Sentinel Hill. Moim zdaniem.

Reasumując: nowych kolorów u Biercea nie ma. Jest raczej rodzaj „niewidzialności”, taki, jak potem Lovecraft przypisze pomiotowi Yog-Sothotha. Jeśli chcemy wywołać w sobie „wrażenie nowego koloru”, sięgamy po „Kolor z przestworzy” Lovecrafta.


Ten kolor w rogu, co urąga widmu,
To jest ta sama śmierć, tylko z profilu.
R. Wojaczek „Wstęp do nauki o barwach, czyli malarz, malujący nocą”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz