sobota, 11 kwietnia 2015

Kto się boi Chaunceya Gardinera?

Kim jest Chauncey Gardiner, wybitny ekonomista, mąż stanu, kandydat na prezydenta, na którego polują służby specjalne światowych mocarstw?
    Bohater powieści J. Kosińskiego „Wystarczy być” jest niepiśmiennym ogrodnikiem, który całe życie poświęcił dwóm rzeczom: pielęgnacji jednego ogrodu i oglądaniu telewizji. Nie ma nic swojego, nawet nazwiska. Nosi imię Chance i ubrania po swoim gospodarzu nazwanym Starym Człowiekiem, który przypuszczalnie jest finansistą i przedstawicielem ścisłej elity estabilishmentu amerykańskiego. Imię Chance jest oczywiście znaczące, w polskim tłumaczeniu „Los”, co nie jest do końca szczęśliwe, gdyż zamiast jednoznacznie wskazywać na szansę („los na loterii”) ponurym polskim czytelnikom kojarzy się z posępnym przeznaczeniem (niczym gałczyńska Hermenegilda Kociubińska wtrącająca głosem Ireny Kwiatkowskiej co kilka zdań: „Los. Przeznaczenie. I cielęcina podrożała”). Będę trzymał się oryginalnego imienia. Tak jest lepiej.
   W pewnym momencie Stary Człowiek umiera i Chance zostaje w czasie postępowania spadkowego wyeksmitowany z domu, gdyż z żadnych dokumentów nie wynika ani kim jest, czy był zatrudniony, ani na jakiej podstawie zajmuje pokój w domu. I ta nieomal kafkowska ofiara nomen omen losu opuszcza dom z walizką starych ubrań gospodarza. Ale jakich. Gdy zostaje potrącony przez limuzynę pani Rand, ona sądzi go po ubraniu. I gdy on przedstawia się „Chance, the gardner” (pol. „Los, ogrodnik”), ona słyszy „Chauncey Gardiner” (pol. „Ross O'Grodnick” - dlatego wolę oryginał, nie powoduje zażenowania czytelnika). Chance trafia do domu państwa Rand, napatacza się na prezydenta USA, któremu wygłasza dwa zdania na temat pielęgnacji ogrodu, a prezydent bierze to jako piękne i trafne metafory sytuacji gospodarczej kraju, więc cytuje go w przemówieniach. Dalej lawina toczy się sama. Bankiety, wywiady, programy telewizyjne. Chance doskonale daje sobie radę, gdyż naśladuje te zachowania, które już w telewizji widział. Co lepsze, każda kolejna rozmowa pogłębia nie-porozumienie, gdyż rozmówcy tak naprawdę nie rozmawiają z Chancem, lecz ze swoimi projekcjami. I tak ambasador radziecki sporządzając tajny raport stwierdził, że Chauncey Gardiner czyta Kryłowa w oryginale, choć w rozmowie to on, Skrapinow, zasugerował mu znajomość Kryłowa i mówił do Chancea po rosyjsku, choć ten nie odpowiadał. Uprzejmie kiwał tylko głową. Gdy dochodzi do tego etapu, że ambasador radziecki chce od wywiadu informacji o Gardinerze, a prezydent USA żąda od swoich służb tego samego, wybucha walka wywiadów zakończona stratami po obu stronach i... brakiem jakiejkolwiek informacji. Nie peszy to jednak żadnej ze stron. Obie odczytują to po swojemu przekuwając to na swoją korzyść. W końcu brak jakiejkolwiek informacji o przeszłości Chancea staje się powodem, dla którego partia rządząca wystawia go jako kandydata na prezydenta: nie ma informacji, którymi można kandydata skompromitować.
   Zarzuca się Kosińskiemu plagiat z „Kariery Nikodema Dyzmy”. Uważam, że niesłusznie. A że literaturoznawcą nie jestem, mogę sobie pozwolić na zdecydowane odrzucenie tej tezy. Owszem, jest podobieństwo Chance'a do Dyzmy, lecz bohater Kosińskiego jest Dyzmą au rebours. Jeśli chodzi o osobowość, bliżej mu do wolterowskiego Kandyda, który opuszcza macierzysty zamek jako personifikacja naiwności, chodząca tabula rasa. Tyle, że Chance ma przewagę nad Kandydem: oglądał telewizję. Zna kulturę zachodnią, w której nie uczestniczył izolowany w posiadłości Starego Człowieka. Może ją naśladować. Tak naprawdę staje się ludzką wersją „chińskiego pokoju”, o którym pisałem w poście „Konatkt, ale jaki?”. Chiński pokój jest hipotetyczną strukturą naśladującą inteligencję poprzez manipulację językiem, którego uczy się, lub raczej adaptuje się do niego w czasie konwersacji. Ale nie jest inteligentny, czy nawet świadomy. Jest pewnego rodzaju algorytmem. Symulacją świadomej inteligencji. Taką istotą, nieludzką w swym oderwaniu, jest Chance. Wie on o ludziach tyle, co widział w telewizji. Nie znane są mu niuanse emocji i głębia refleksji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest co najmniej tak nieludzki jak SIL w filmie „Gatunek”. Prawdziwy obcy w obcym kraju, który podobny jest bohaterowi Heinleina. Tę nie-ludzkość podkreśla jeszcze jego impotencja zarówno wobec mężczyzn, jak i kobiet. A i obie te sceny, które miały być stosunkami z Chancem, a skończyły się masturbacją w jego obecności, są specyficznie symboliczne. W gruncie rzeczy nie liczy się dla nich Chance. Chcą swojego zaspokojenia, a jego obecność nobilituje ich autoerotyzm i tyle. Zwłaszcza to, co mówi EE o tym jak Chance pozwala jej być sobą, co ją wyzwala i oczyszcza, ma swój inny wydźwięk, który trzeba ostrożnie odczytać: „cieszę się, że nic ode mnie nie chcesz i mogę nakarmić mój egoizm bez ścierania się z twoim”. Tak naprawdę mogłaby równie dobrze zaspokoić się w zaciszu swej sypialni, ale tu, w sypialni Chance'a, który patrzy na nią, ma wartość dodaną: zawłaszcza uwagę Chaunceya Gardinera, nowego samca alfa międzynarodowego estabilishmentu. Utworzy i uwierzy w każde kłamstwo, które może to potwierdzić.
   Chance jest obcy. I pozostaje obcy, bo jego myśli są niezmącone do samego końca. Nie uczestniczy w tym mortal coil, światowym zgiełku. Nawet postać Chaunceya Gardinera spływa z niego niczym źle położony makijaż.
   Chance pozostaje czystym zwierciadłem, w którym przeglądają się pożądliwe umysły ludzi cywilizacji. Duchy głodne i duchy walczące. Mówią do niego, ale go nie widzą. Widzą jedynie swoje odbicia i z nimi prowadzą fikcyjne konwersacje i gry pozorów. Piją do lusterka.

Państwa krytyków oskarżających Kosińskiego o plagiat uprasza się, by odwołali swe oskarżenia. Widzicie w tej powieści jedynie to co chcecie widzieć. Zupełnie jak rozmówcy Chance'a.

Westchnął głęboko, włączył telewizor i zapadł w sen.
J. Kosiński „Wystarczy być”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz